Trudne czasy dla bliskich związków: miłość, mózg i kultura

Wpis http://streso-terapia.pl/zwiazek-na-drut-kolczasty-toksyczne-relacje-i-serce/na temat tzw. „toksycznych relacji”, czyli „związków na drut kolczasty” wzbudził u Was sporo reakcji. Ostatnio sporo mojej uwagi kieruję właśnie na ten temat. Jednym z powodów jest to, że ja i moi najbliżsi przyjaciele coraz częściej zastanawiamy się nad tym, czym jest dobry związek. Bo choć współczesny świat bardzo promuje indywidualizm, to bliskie i wspierające relacje są od dawna uznawane w psychologii za najważniejszy element naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. Tak jest zbudowany nasz mózg i układ nerwowy- jesteśmy istotami społecznymi, ssakami, które do przeżycia potrzebują bliskości swojego „stada” 🙂 Im więcej czytam na temat neuronaukowych podstaw naszego funkcjonowania, leczenia traumy i redukcji stresu tym wyraźniej widzę, jak ważną rolę w naszym życiu odgrywa obecność wśród innych, spokojnych i kochających ludzi 🙂

No właśnie. Rozejrzyj się wkoło i policz, ile znasz naprawdę udanych, mądrych i dojrzałych związków, które trwają latami?Jeden, dwa- no może kilka? Dlaczego tak się dzieje? W pokoleniu naszych rodziców związki były trwalsze, co nie znaczy, że wiele z nich było równie nieudanych, tylko nie dochodziło do rozstania z powodów społecznych, ekonomicznych czy światopoglądowych. Mimo wszystko obecnie relacje międzyludzkie wydają się być naprawdę wystawiane na próby. I wiele osób ma wątpliwości, czy w ogóle jest w stanie stworzyć i utrzymać uczucie, które zwiąże mocniej niż przysłowiowy kredyt.

Powodów jest wiele. Jedynym z nich jest to, że współczesny świat w porównaniu do tego z młodości naszych rodziców po prostu kipi od możliwości wyboru. Wzrasta ilość pytań „czy nie ma kogoś lepszego, mądrzejszego, bardziej zaradnego” bo „rynek ludzki” oferuje milion możliwości. Zawsze będzie ktoś „bardziej jakiś”. Pytanie, czy to jest wolność wyboru, czy tyrania wyboru? Jeśli pójdę w czyimś kierunku, to przecież nie pójdę w innym… Indywidualizm dominujący w naszej kulturze ma sporo plusów: mobilizuje do rozwoju, wspiera w osiągnięciu celów i realizacji swoich planów. Jednak w kontekście bliskich relacji nie działa za dobrze. Ponieważ związek wymaga współzależności. Jak mawiał Lis w Małym Księciu „stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoisz.”

Kolejną pułapką jest brak wiedzy. Miłość- z poziomu neurobiologii ma 3 fazy. Początkowo najczęściej pojawia się namiętność, czyli eksplozja hormonów jak oksytocyna, serotonina, dopamina, która ma za zadanie przywiązać partnerów do siebie i jak najszybciej przedłużyć gatunek 😉 Jednak trwając w tej fazie zbyt długo szybko wykończylibyśmy się fizycznie- ile można nie spać, nie jeść, nie ogarniać rzeczywistości. Dlatego namiętność oparta na koktajlu hormonów powoli wygasa. Organizm wraca do neurobiologicznej równowagi i pojawia się miejsce na intymność. Czyli pogłębianie wiedzy o sobie, akceptacji, bliskości. Wymaga wysiłku, ciekawości drugiego człowieka i otwartości na jego odmienność, bo przecież nieustannie się zmieniamy. Intymność staje się mocną podstawą dla relacji, ponieważ przyjaźń jest dużo głębsza niż chemia fizyczna. Ostatnim etapem jest zaangażowanie, czyli świadoma decyzja, że chcę z Tobą tworzyć swoje życie i mam gotowość, żeby podjąć odpowiedzialność. Bywa że związki zaczynają się również od przyjaźni- ważna jest świadomość tego, że brak motyli w brzuchu to nie koniec miłości, tylko naturalny i biologiczny proces przechodzenia relacji na inny etap. Chemia może narodzić się również później- z zaufania i bliskości. Jednak tej wiedzy, o naturalnej dynamice związku, nie dostajemy w szkole. Zamiast tego widzimy sztuczne obrazki „idealnych” związków celebrytów uważając, że my to chyba mamy w domu jakiś gorszy model – home edition 😉 Dlatego często, kiedy chemia wygasa i pojawiają się wyzwania codzienności- relacje się rozpadają. Jednak poza wolą walki o relacje istotne jest także zadanie sobie pytań, czym ona jest dla mnie i czy czuję się w niej widziany/widziana i uszanowana? Poświęcanie siebie jest zaprzeczeniem miłości do najważniejszej osoby – do samej/samego siebie. Czasami trzeba coś puścić i pozwolić się czemuś domknąć- z szacunku dla swojej godności.

Dlatego bardzo bliskie jest mi postrzeganie relacji, jakie opisał dawno temu Erich Fromm. Według niego, miłość nie jest rzeczą, tylko pewną umiejętnością, która opiera się na czterech filarach:

*troska: interesuje mnie co się z Tobą dzieje, wspieram Ciebie w tym, co daje Ci rozwój. Obchodzi mnie to, co się dzieje z Tobą. Chcę, żebyś wzrastał/a, Jeśli masz zmartwienie, chorujesz, jest Ci źle: chcę wiedzieć, jak mogę Ci pomóc

*wiedza: ciekawisz mnie, jako człowiek. Im więcej o Tobie wiem, tym lepiej mogę Ci towarzyszyć. Chcę wiedzieć, co Ciebie cieszy, a co smuci

*odpowiedzialność: czuję się współodpowiedzialny za to, co się z Tobą dzieje. Nie może być tak, że nie dostrzegam, kiedy gaśniesz. Mobilizuję Ciebie do rozwoju, kiedy widzę w Tobie potencjał

*szacunek: biorę Ciebie takim/ą, jakim/ą jesteś. Doceniam Twoje wartości. Nie wystawiam Twojego zaufania na próby i nie naruszam Twojej godności. Mogę próbować na Ciebie wpływać, ale nie ma intencji zmieniać Twoich przekonań. Nie pozwalam sobie na przemoc słowną i emocjonalną wobec Ciebie.

Warto sobie zadać te kilka pytań i sprawdzić, czy ja otrzymuję od partnera/ki te jakości, ale także-czy potrafię je dawać?

Nie przychodzi mi do głowy żadne podsumowanie tych refleksji poza tym, że zanim zbudujesz z kimś dobry związek, musisz go umieć zbudować z samym sobą. Uczę się tej sztuki nieustannie 🙂 A sam wpis był inspirowany wspaniałym wykładem prof. Katarzyny Popiołek na SWPS, który serdecznie polecam https://www.youtube.com/watch?v=YujuducddJY.

Kamila

Zaciekawił Ciebie wpis?Chcesz się czymś podzielić? Pisz śmiało :)