W oczekiwaniu na lajka. O (moim) uzależnieniu od mediów społecznościowych.

Prolog:

Sahara. Wokół nas niekończące się po horyzont wydmy. Cisza, niezmącona szelestem liści i odgłosami ptaków, aż boli. W oddali rysują się góry, granica między Marokiem a Algierią. Jesteśmy zanurzeni w nicości, w oderwaniu od cywilizacji. Czasami nie ma prądu, czasami nie ma wody. Ale… jest zasięg. Jest internet. Ach, no i jest Facebook. Przy porannej kawie siedzimy my- Agata, która świadomie zrezygnowała z pracy w warszawskiej korporacji i wybrała życie na pustyni. I ja, autorka Stresoterapii, która za swoją misję uznała wspieranie innych w poszukiwaniu wewnętrznej ciszy, spokoju i równowagi. Obie – przeładowane bodźcami miejskiego pędu, przytłoczone atmosferą i bezcelowością etatowej pracy, tęskniące za spokojem, oddechem i naturą. Siadamy więc przy stole i…

ja: Agatko, a masz może internet?Ja tylko coś sprawdzę na szybko.

Agata: już udostępniam, potrzebuję odpisać na maile gościom

ja: O, zobacz, ile mamy polubień pod naszym zdjęciem!

Agata: Super, daj oznaczę u siebie!

Mija 45 minut, a my- które podłączyły się „na chwilę” do sieci orientujemy się, że gapimy się w ekrany smartfonów, choć przecież po to wylądowałyśmy na pustyni, żeby od tego się odciąć. Żeby nie było: obie dostrzegamy ten paradoks- uciekając przed wirtualnym życiem i nadmiarem pracy dla kogoś, nagle pracujemy więcej i dłużej- wisząc na mailu i fb. Z tą różnicą, że teraz pracujemy dla siebie, więc teoretycznie to nasza decyzja, ile czasu na to przeznaczymy… Teoretycznie. Jeśli same prowadzimy swój fun-page, publikujemy, wpisy, artykuły (ja), rezerwacje (Agata), odpowiadamy na maile. Social Media są bezlitosne: nie jesteś aktywny? Nie istniejesz. Eksperci doradzają „minimum jeden wpis dziennie, najlepiej w konkretnych godzinach, odpowiadaj jak najszybciej, zaskakuj użytkowników, zachęcaj do interakcji. Jak nie-klienci pójdą gdzie indziej.” No tak. Misja i pasja to piękna rzecz, ale przed materią nie uciekniesz. Przecież jakoś potrzebuję informować ludzi o tym, co robię. Przecież nie chcę rezygnować z mojej ścieżki i wrócić do pracy, która mnie nie cieszy. Tak to sobie tłumaczyłam.

Ocho. Aż w końcu do mnie dotarło, że to hipokryzja. Że jestem tak samo uzależniona od dopaminy na widok lajków pod moim postem, jak inni od polubeń swoich zdjęć bez koszulki na siłowni .To prawda-to, co piszę i tworzę płynie ze szczerej intencji wspierania innych. Dzielę się tym w mediach społecznościowych, ponieważ to najbardziej efektywny i darmowy kanał, jaki mam do dyspozyji. Ale czy na pewno darmowy? Czy nie płacę za to nieustanną presją odpowiadania na komentarze? Czasem i energią, jaki poświęcam na obecność w wirtualnej rzeczywistości?

Let’s be honest 1

Social media to nie organizacja charytatywna. Nad tym, żebyśmy nie mogli oderwać się od ekranu, pracuje sztab ludzi. Interfejs jest tworzony w taki sposób, aby uzależnić od ciągłej potrzeby scrollowania. Nie, to nie są tajemne i podstępne sztuczki. To prosty algorytm, wykorzystujący działanie naszego mózgu. Kiedy widzimy pozytywne komentarze czy lajki pod postami, pobudza to nasz układ nagrody- bardzo pierwotny mechanizm układu limbicznego. Mózg uwalnia zastrzyk dopaminy, a my czujemy przyjemne pobudzenie. W ten sposób ewolucja chce zwiększyć szansę powtarzania zachowań potencjalnie korzystnych dla organizmu. Aza Raskin, twórca funkcji scrollowania, stwierdził – „To tak jakby wziąć „behawioralną kokainę” i po prostu pokryć nią cały interfejs. To rzecz, która sprawia, że znów wracasz, i wracasz, i wracasz.” Niestety, tak jak z każdym uzależnieniem z upływem czasu układ nerwowy potrzebuje coraz większej dawki bodźców, aby uruchomić mechanizm przyjemności. Inżynierowie od social mediów szukają więc coraz to nowych pomysłów, które nas przyciągną: transmisje on-line, wspólne oglądanie, odświeżanie wspomnień, idiotyczne zestawy gotowych pytań do podzielenia się na swoim wall’u (wybaczcie, ale naprawdę kogoś interesuje, co najbardziej lubię jeść na śniadanie?!) to tylko niektóre przykłady. Acha, nie zastanowiło Was przypadkiem, dlaczego sieć podsuwa nam reklamy idealnie wpasowujące się w to, czym się interesujemy i potencjalnie możemy kupić? Temat danych, jakie są gromadzone na nasz temat, to historia na książkę. A może kryminał.

Jeśli łapiesz się na tym, że po wrzuceniu nowego postu co chwilę sprawdzasz, ile przybyło Ci lajków i odczuwasz smutek, gdy jest ich niewiele- to prawdopodobnie masz problem.

Let’s be honest 2:

Obraz jaki kreujemy w sieci jest często nieprawdziwy. I przez to tak kuszący. Rzadko kiedy wrzucamy zdjęcia, na których wystaje nam brzuch po wszamaniu wielkiej pizzy, czy relacje z rodzinnej awantury przy świątecznym stole. Na wirtualnej scenie łatwiej koloryzować i odstawiać teatr z doskonale wyrecytowaną przez nas rolą. Ten sztucznie tworzony wizerunek bywa niebezpieczny- również dla innych, którzy nabierają przekonania, że wszyscy wokół mają idealne życie, perfekcyjne ciało i same sukcesy na koncie. W ekstremalnych sytuacjach niektórzy zaczynają unikać realnych kontaktów, w obawie przed zdemaskowaniem.

Let’s be honest 3:

Media społecznościowe przesuwają szybko granice prywatności. Ile obcych osób zaprosiłbyś do domu, aby pokazać, co zjadłeś dziś na fit-lunch? Ilu osobom pochwaliłabyś się, że oświadczył Ci się ukochany? 3? 10? A jeśli masz na Facebooku 3 tysiące znajomych? Hmm? Szczególnie nastolatki ze swoją chwiejną tożsamością narażone są na cyberprzemoc. Kiedy ktoś gnębi Cię na szkolnym boisku widzi to kilka osób. Kiedy ktoś poniża Ciebie w sieci- nawet kilka tysięcy. Łatwo sobie wyobrazić, jak potężny ładunek emocjonalny niesie to dla użytkowników. Narastająca fala depresji, prób samobójczych spowodowanych właśnie nienawiścią w wirtualnym świecie jest smutnym dowodem 🙁

Let’s be honest 4:

Możesz mieć 5 tysięcy znajomych na fb i 100 tys.obserwatorów na Insta, ale czuć się samotnym do szpiku kości. Nic nie zastąpi prawdziwego, namacalnego kontaktu z drugim człowiekiem. Natura ukształtowała nas jako istoty społeczne. Mamy neurony lustrzane i empatię. Tulenie, patrzenie w oczy, głaskanie- to ewolucyjne mechanizmy, które podnoszą nam w organizmie poziom oksytocyny, serotoniny, obniżają poziom kortyzolu i adrenaliny. Jednym słowem obecność drugiego człowieka jest dla nas lecząca, kojąca. Dobra. Ale na to potrzebny jest czas. Uważność. Odłączenie się od wszystkich dystraktorów. Nie wiem, jak kształtują się dane w Polsce, ale amerykańska agencja marketingowa Mediaix wyliczyła,że przeciętny człowiek poświęca na media społecznościowe ponad 5 lat swojego życia…

Epilog:

Zanim zaczęłam prowadzić swojego bloga, fun page i Instagram nie miałam nawet smartfona, tylko starą Nokię (bez opcji internetu). Moje prywatne konto na fb było martwe i wcale nie było mi z tego tytułu smutno. Nikt nie wiedział, kiedy się zaręczyłam (ani z kim), ani kiedy się rozstałam. Jednak odkąd zaczęłam samodzielnie prowadzić swoją firmę media społecznościowe stały się moim kanałem komunikacji. Z 200 „znajomych” dzisiaj mam 1500 i byłoby więcej, gdyby nie to,że przestałam akceptować 90 % zaproszeń. Nie, nie zamierzam zrezygnować w prowadzenia fun page’a. Sama decyduję. co publikuję i co uważam za wartościowe. Sama też obserwuję inne strony, śledzę interesujące mnie wydarzenia. Czasami naprawdę znajduję mądre i inspirujące treści. Nie demonizuję. Ale czy naprawdę do tego niezbędna jest nieustanna obecność?

Dlatego postanowiłam, że w weekendy nie będzie mnie już w mediach społecznościowych. Będę dostępną pod mailem kamila@streso-terapia.pl- to część mojej pracy i jeśli organizuję np. weekendowe warsztaty, to z szacunku dla uczestników, będę odpowiadać w tym czasie na Wasze pytania. Odinstalowuję facebooka z mojego smartfona. Kiedy będę stać na przystanku zamiast scrollować fb pogapię się w niebo. Do pracy w social mediach będzie służył mi laptop, albo tablet- gdy pracuję będąc w podroży. Moich bliskich znajomych, którzy mają mój numer proszę o kontakt telefoniczny. Bardzo chciałabym ograniczyć ilość wirtualnych rozmów z ważnymi ludźmi. Bo sama bardzo nie lubię w życiu hipokryzji, a czuję, że Stresoterapia sama zmierza do tego. jeśli chodzi o zarządzanie swoją obecnością w sieci. Let’s be honest.

Love and light

Kamila