Smutek- emocja, która uczy nas żyć w pełni. Jak go przeżywać, jak towarzyszyć innym w smutku?

„Jesteś tutaj. Nie jesteś tym, który przyjdzie i odejdzie. Pozwól, by twoje cierpienie przychodziło i odchodziło, a nie ty. Ty zostań na miejscu.”
Mooji

W trakcie naszych warsztatów często rozmawiamy o emocjach. O złości, gniewie,lęku i smutku. O tym, że są tak samo potrzebne jak te po drugiej stronie brzegu, czyli radość i spokój. Często jednak nie pozwalamy sobie na ich ekspresję. W dzieciństwie słyszymy „nie płacz”, „nie becz”, „chłopcy się nie mażą”. Wyrastamy na dorosłych, którzy nie potrafią płakać. Sama wiele, wiele lat wstydziłam się swoich leż, a kiedy już pękłam i „się rozkleiłam”, to nie potrafiłam zatrzymać szlochu. Tak, jakbym próbowała nadrobić lata, kiedy swoje łzy trzymałam w ukryciu. Wydawało mi się, że skoro nie pozwolę sobie na płacz a czasami- rozpacz, to tak jakby tego wcale nie było…

Tymczasem płacz (podobnie jak krzyk) jest najprostszą i najbardziej naturalną drogą uwalniania napięcia. Aleksander Lowen, twórca metody psychoterapii, pracującej bardzo mocno poprzez ciało napisał:

Uczucie smutku lub krzywdy uwalniamy poprzez płacz. Jeśli nie możemy płakać, gdyż boimy się reakcji rodziców lub z innych powodów, to mięśnie, które normalnie uczestniczyłyby w płaczu, się napinają. Są to mięśnie ust, gardła, piersi i brzucha. Jeśli uczuciem, które domaga się uwolnienia, jest gniew, napinają się mięśnie pleców i ramion. Zakazany impuls gryzienia napina szczęki, zakazany impuls kopania prowadzi do napięcia w nogach. Korelacja między napięciami mięśniowymi a zakazami jest tak wyraźna, że studiując rozkład napięć w ciele jakiejś osoby, można powiedzieć, jakie impulsy i emocje uważa ona za zakazane.

Nie pozwalając sobie na płacz wcale nie zmniejszamy swojego cierpienia. Zamiast tego „przepychamy” te emocje do niektórych miejsc w ciele. Ciało się kurczy, spina, a my czujemy się coraz bardziej wyczerpani i samotni. Czasami robimy jakąś asanę i nagle łzy napływają do oczu. Szczególnie widać to w wygięcach, kiedy odsłaniamy nasze gardło i klatkę piersiową, a więc te miejsca, które mocno powiązane są z ekspresją smutku.

„Właśnie się rozstaję z partnerem, straciłam pracę, mama jest w szpitalu, ale jakoś się trzymam…Zawsze może być gorzej, prawda?”. Jeśli należycie do takich „fajterów” z kamienną twarzą, wiecznie odmawiający sobie prawa do płaczu, to warto spróbować przyjrzeć się swojemu smutkowi. Nie umiesz się rozpłakać? Zapytaj siebie, gdzie czujesz ten smutek, w ciele. Pozwól go sobie przeżyć. Jak każda emocja minie i przyniesie odczucie oczyszczenia i ulgi. Jak go przeżywać? Mamy różne sposoby. Jedni potrzebują wypłakać się przy bliskiej osobie, inni w poduszkę; przytulić do zwierzaka. Objąć siebie. Choć czasami strategia odraczania smutku („zajmę się czymś, co mnie odciągnie, obejrzę dobrą komedię” itp.) jest dobra, to na dłuższą metę będzie tylko pogarszać sytuację. Z emocjami jest jak z zamiataniem kurzu po dywan. Co chwilę nie ma dobrego momentu na gruntowne odkurzenie- a to wpadają goście, a to czasu brakuje… I tygodniami dorzucamy kolejne śmieci, aż któregoś dnia w najmniej spodziewanym momencie potykamy się na wystającej górce…

Smutek jest jedną z podstawowych emocji wyróżnionych przez Paula Ekmana. Wyrażają go identycznie wszyscy ludzie, w każdej kulturze. Umożliwia zatrzymanie się, refleksję nad tym, co w naszym życiu jest na tu i teraz. Uwrażliwia na emocje swoje i innych. Przeżywaniu smutku jest dla nas także trudne w roli obserwatora. Bardzo często widok innej osoby, która płacze, powoduje przywołanie naszych trudnych uczuć.  Osoby bardziej empatyczne mogą same się rozpłakać albo wycofać, aby nie konfrontować się ze swoim smutkiem. Często trudno nam też towarzyszyć innym w trudnych chwilach. Mamy tendencję do dawania rad („ja bym zrobiła tak”), pocieszania („to nie koniec świata, dasz radę”), rozśmieszania lub odwracania uwagi. Tymczasem w takim momencie wszyscy potrzebujemy przede wszystkim wysłuchania i akceptacji.

Co mówić, kiedy ktoś przy nas przeżywa smutek?

  1. Widzę, że jest Ci trudno

  2. Jestem przy Tobie

  3. Dobrze, że płaczesz

  4. Co mogę zrobić, aby Ci pomóc?

  5. Opowiedz mi, co się dzieje

  6. Czego ode mnie potrzebujesz?

  7. Wyobrażam sobie, że to trudne

  8. Pomogę Ci w tej sytuacji, jeśli chcesz?

  9. Będę obok, jeśli będziesz mnie potrzebował

  10. Czy potrzebujesz być sam czy mam z Tobą pobyć?

Towarzyszenie przy czyimś smutku polega na BYCIU OBECNYM. Na jednym z warsztatów usłyszałam od prowadzącej takie polecenie „Pozwólcie tej drugiej osobie przeżywać, a wy po prostu trzymajcie przestrzeń”. Jak dla mnie- jedno z piękniejszych słów na określenie wsparcia.

Smutek to nie depresja. Zdrowe uczucie smutku jest żywe, intensywne, odczuwalne. Depresja to stan, kiedy czujemy się pozbawieni uczuć i przestaje nam na czymkolwiek zależeć. Depresja uwarunkowana jest wieloma czynnikami, również czysto fizjologicznymi (jak np. funkcjonowanie naszych przekaźników nerwowych, wychwytu serotoniny czy predyspozycji genetycznych). Zdrowe wyrażanie smutku uwalnia napięcia na bieżąco, jednocześnie obniżając ryzyko przerodzenia się długo tłumionych uczuć w stany obniżonego nastroju. Ale to temat na odrębny wpis .

A cytat Mooji jest dla mnie właśnie o tym. Jeśli pozwalasz sobie na przeżycie uczuć na bieżąco, to dajesz sobie prawo na wyrażanie siebie. Wszystko co się pojawia (i to,co trudne i to, co łatwe) i tak przeminie, ale Ty w środku jesteś taki wciąż taki sam 

Dobrego i prawdziwego czasu dla Was – ze smutkiem i radością 

Namaste

Kamila

To, co jest- po prostu jest. O sztuce mądrej akceptacji

Moje urodziny uczciłam 30 km. spacerem brzegiem naszego cudownego Bałtyku. Pod koniec drogi zaczęła mnie mocno boleć stopa. Pomyślałam, że to normalny efekt kilku godzin marszu po piasku. Jednak kolejnego dnia wcale nie było lepiej. A dziś, kiedy miałam zamiar naładowana morską energią i jodem wskoczyć na matę, pobiegać, nagrać jogową lekcję- leżę z lodem na nodze. Obstawiam zapalenie rozścięgna podeszwowego. Dość lipna kontuzja. Szczególnie dla kogoś, kto kilka godzin dziennie pracuje fizycznie i zdecydowanie potrzebuje stabilnej i mocnej podstawy. Po wielu godzinach jazdy kiedy zmęczona wróciłam do Warszawy i marzyłam o łóżku- moje auto odmówiło współpracy. Kolejnego dnia spędziłam kilka godzin na załatwianiu lawety i transportu, skacząc na jednej nodze. Odwołałam długo wyczekiwane spotkanie z przyjaciółką. W warsztacie okazało się że auto z niewiadomych powodów odżyło i w zasadzie cała akcja była zbędna. Po powrocie do domu zabrałam się za nadrabianie zaległości w pracy- pisania zaległych materiałów. I wtedy mój laptop pokrył ekran nieprzeniknioną czernią. Standardowa akcja pt. „miałam zrobić back-up dokumentów, ale ciągle nie mogłam się zebrać.

Kiedyś zapewne mocno bym się zirytowała. Kierowała pytania do ekipy na górze dlaczego w moje urodziny zafundowało mi taki urodzinowy prezent. Szczęśliwie po wielu latach tracenia energii na tego typu rozważania zmieniłam strategię 😉 Odkąd staram się akceptować to, co mi się przydarza, jest mi dużo lżej. Jak mawia jedna z moich nauczycielek jogi „żaden płatek śniegu na tym świecie nie spada w przypadkowym miejscu”. Dlatego dziś wpis o jednym z najskuteczniejszych sposób na ulżeniu sobie- świadomej i mądrej akceptacji.

„Boże! Proszę, daj mi siłę, abym pogodził się z tym, czego zmienić nie mogę; odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę i mądrość, abym potrafił odróżnić jedno od drugiego.”

Ten cytat jest dla mnie kwintesencją sztuki mądrej akceptacji. Nie jest to umiejętność z którą przychodzimy na świat. Kiedy dorastamy spotykamy się często z wzorcami zachowania, które nam w tym nie pomagają. Jesteśmy wychowywani w kulturze rywalizacyjnej, gdzie wygrywają najsilniejsi. Sama kiedyś mocno boksowałam się z życiem i wydawało mi się, że tylko walka jest strategią umożliwiającą przeżycie. Hahaha, teraz już wiem, że sama idea walczenia z życiem jest z góry skazana na porażkę! Zaprzeczając rzeczywistości tracimy energię. Energię, którą można mądrze zainwestować w poszukiwanie rozwiązania i zadbanie o swój spokój. Jak więc ulżyć sobie i innym w pogodzeniu się z życiem?

  1. ZAAKCEPTUJ SYTUACJĘ. Nie oznacza to, że masz biernie czekać. Mądra akceptacja oznacza zadanie sobie pytania jaki mam wpływ na to, co mi przeszkadza?Co musiałoby się stać, aby w tej sytuacji było lepiej? Czy w ogóle mogę coś zmienić? Jeśli tak, co jest mi potrzebne,żeby działać? Widząc już kierunek, łatwiej o podjęcie decyzji.

  1. ZAWSZE MASZ WYBÓR. Często wydaje nam się,że sytuacja jest bez wyjścia. Ale to nieprawda! Pomiędzy czernią a bielą jest wiele odcieni szarości. Może nie mogę z dnia na dzień rzucić pracy, ale mogę porozmawiać z szefem o zmianie zakresu obowiązków?Może nie dam rady chodzić 3 x na jogę do szkoły, ale mogę 15 min. wcześniej wstać i zrobić kilka głębokich oddechów?

    3. Tak, to prawda. CZASAMI NIE MASZ WPŁYWU na czynniki zewnętrzne. Ale wciąż MASZ WYBÓR, jak ZAREAGUJESZ na sytuację. To nie wydarzenia nas stresują, lecz to jak je wartościujemy. Każda nasza reakcja emocjonalna wywołuje odpowiedź organizmu. Dla naszego mózgu nie ma różnicy pomiędzy wyobraźnią a rzeczywistością. Za każdym razem będzie uruchamiał cały szereg reakcji mobilizujących Ciebie do walki-wyczerpując coraz bardziej ciało.

    Pomiędzy Twoimi emocjami a faktami jest taka piękna przestrzeń, która nazywa się WOLNOŚCIĄ. Jest wiele sposobów na jej tworzenie. Joga,medytacja, mindfulness, wszelkie wolne od rywalizacji i autoteliczne czynności jak np. zabawa z dziećmi to czas, kiedy jesteś w tu i teraz.

    4. Mądra akceptacja pomaga ODUCZYĆ SIĘ SŁOWA „POWINNI”. „Inni powinni coś zrobić”,”coś powinno się wydarzyć””oni powinni się zachować”. Oczekiwanie, że będzie nam dobrze, kiedy ktoś lub coś się zmieni to słaba strategia. Wiedzie do frustracji lub manipulowania innymi, aby zmieniali się pod nasze dyktando. Mądra akceptacja polega na POSZANOWANIU PRAWA INNYCH DO BYCIA TAKIMI, JAKIMI SĄ. Oczywiście, warto mówić ludziom o swoich potrzbeach i stawiać granice, ale bez ukrytej intencji, aby kogoś ulepić według swoich wyobrażeń. Jeśli coś nam nie pasuje mamy zawsze prawo odejśc od kogoś lub opuścić miejsce, jakie nam nie służy.

    5. NIE SZUKAJ AKCEPTACJI U INNYCH. Uff. To chyba najtrudniejsze. Rodzice chwalili Ciebie tylko za 5 w szkole i za grzeczne zachowanie? Trener za zrzucenie 3 kilo? Teściowa za porządek w jadalni i uprasowane koszule dla jej synka? A gdyby tak zaakceptować, że jesteś całkowicie w porządku i nie potrzebujesz uznania nikogo z zewnątrz, aby odzyskać swój spokój i poczucie własnej wartości? Wtedy automatycznie dajesz też prawo światu i innym do bycia ok, takimi,jakimi są. Zdejmujesz z siebie ciężar dostosowywania się do innych. Uniezależniasz swój spokój od uznania otoczenia.

    6. ZAUFAJ. Na pewno zdarzyła Ci się sytuacja,która początkowo wydawała się negatywna, a finalnie okazała się zbawieniem. Niektórzy np. spóźnili się na samolot, który się rozbił… Nigdy nie wiesz, co mogłoby się wydarzyć, gdybyś za wszelką cenę walczył z realiami. Ja uczę się ufać światu. Konsekwentnie realizuję swoje plany,ale kiedy ewidentnie coś nie wychodzi-odpuszczam. I nad wyraz często okazuje się, że problem sam się rozwiązuje w zaskakujący sposób 🙂

Sztuka akceptacji jak sama nazwa wskazuje jest pewnego rodzaju dziełem. Dziełem, które sami tworzymy lub niszczymy. Jeśli chcesz być radosnym, pozytywnym, uśmiechniętym człowiekiem to…po prostu bądź! Bez czekania,aż ktoś lub coś Ci to zagwarantuje. I któregoś dnia,bez żadnych oczekiwań, będziemy mogli powiedzieć komuś tak jak Puchatek do Prosiaczka:

„Jaki dziś dzień – zapytał Puchatek, dziś – odpowiedział Prosiaczek, na to Puchatek – to mój ulubiony dzień” A. Milne

Namaste
Kamila

Ja i moje ciało. Kim dla siebie jesteśmy?

Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest najważniejsza relacja w naszym życiu? Mąż, żona, dziecko? Przyjaciele? Rodzice? Nie. Najważniejszą relacją w naszym życiu jest relacja z naszym ciałem. To od niej zależy zdrowie fizyczne i psychiczne, a więc jakość całego naszego życia. Rodzimy się bez świadomości naszego ciała. Kiedy rośniemy uczymy się, czym jest dotyk, jakie są nasze granice. Czasami mamy go zbyt mało, czasami za dużo. W oparciu o nasze doświadczenia z dzieciństwa nabywamy pewien rodzaj relacji z naszym ciałem. Czasami jest to piękny stan akceptacji i życia w harmonii. Dużo częściej jest to jednak odrzucenie, obrzydzenie, lekceważenie a czasami nawet nienawiść. Dopóki nie zaakceptujemy swojego ciała dopóty będzie ono spięte, zaniedbane, zestresowane i obce. Będzie chorować. Będziemy ćwiczyć na siłowni, a ono dalej nie będzie wyglądać jak z okładki Men’s Health. Będziemy stosować cudowne diety, a ono wciąż będzie o te kilka kilo do przodu. Proces odrzucenia ciała oznacza odrzucenie siebie. Szczególnie widoczny jest u kobiet, ponieważ na nas wywiera się dużo większą presję dotyczącą wyglądu. Rzadko kiedy pamiętamy, że modelki na zdjęciach są poddawane retuszowi albo przynajmniej fotografowane w taki sposób, aby zamaskować ich niedoskonałości…

Tymczasem w trakcie moich podróży obserwuję różne wymiary kobiecości. I te najpiękniejsze cechuje jedno- akceptacja. Kobiety w Azji rzadko kiedy się malują, za to dużo się śmieją, tańczą i poruszają biodrami. Noszą luźne spódnice i kolorowe sukienki.  Ich brzuch służy do oddychania, przyjemności i dawania życia, nie do permanetnego zamęczania go ćwiczeniami. Większość tancerek na Wschodzie ma miękkie i falujące brzuchy. Trudno wyobrazić sobie taniec brzucha bez jego obecności. Kiedy wracam do Europy, a Polski- w szczególności, widzę wiele naprawdę pięknych i zgrabnych kobiet. Zadbanych, umalowanych i świetnie ubranych. Tylko często w nich nie ma życia. Poruszają się sztywno, jak w klatce stworzonej z kompleksów, odrzucenia i presji społecznej. Nie wiem, jak odczuwają to mężczyźni, ale zapewne im też nie jest lekko spełniać społeczne standardy i akceptować swoje ciało, choć podejrzewam, że jednak mają mniejszy problem.

Niektórzy z nas traktują swoje ciało jak nieposłusznego zwierzaka: tresują, karcą, rygorystycznie trzymają się diety lub nie dają sobie prawa do odpuszczenia treningu, kiedy są bardzo zmęczeni. Wiecie, jak zachowuje się pies, którego nikt nigdy nie głaszcze i wiąże na łancuchu? Dokładnie tak samo odczuwa to nasze ciało… Jest też druga strona medalu- odrzucenie. Skoro brzuch za gruby, cellulit na udach, mięśnie za małe, to lepiej w ogóle się ciałem nie zajmować. W końcu nie dotykasz czegoś, czego się brzydzisz. W oby warianatch nasze ciało usycha, marnieje; staje się coraz mniej zdolne do czerpania z życia radości i przyjemności.

Dlaczego o tym piszę właśnie dziś? Z dwóch powodów. Jeden osobisty. Drugi- zawodowy 🙂 Za kilka dni skończę 33 lata. I nigdy tak dobrze nie czułam się w swoim ciele. Choć 10 lat temu byłam o te 10 lat młodsza, szczuplejsza i moje ciało też wyglądało inaczej. Ale czy lepiej? Nie sądzę. Choć zawsze byłam wysportowana i miałam całkiem niezlą sylwetkę, to nie akceptowałam swojego ciała.  Traktowałam je jak maszynę do spełniania okreśłonych zadań. Ignorowałam jego gorsze momenty, nie potrafiłam się o nie zatroszczyć. Potrafiłam po treningu wymiotować ze zmęczenia i uważałam, że to „nagroda” za dosadne dociśnięcie organizmu. Pewnym punktem zwrotnym był czas, kiedy problemy z kręgosłupem nasiliły się tak bardzo, że nie mogłam już normalnie funkcjonować. Każdy dzień rozpoczynał się i kończył przeszywającym bólem. Wiele miesięcy rehabilitacji i czekania z nadzieją na moment bez bólu sprawiły, że doceniłam to co mialam. Sprawne i zdrowe ciało. Aleksandra Stec autorka pięknego bloga kiedyś napisała:”Myślę, że człowieka łatwo uszczęśliwić, wiesz. Wystarczy zabrać mu coś, co było jego, a później mu to oddać. I nagle okazuje się, że miał wszystko. Kiedy jestem w stanie znowu wejść na matę, biegać czy choćby podróżować wiele godzin na siedząco bez bólu to mam wrażenie, że nic mi więcej nie potrzeba, aby wyrazić wdzięczność swojemu ciału i sobie. Za to, że po prostu jest i umożliwa mi doświadczanie życia w każdym jego aspekcie.

Drugi powód jest związany z moją pracą. Doświadczenia w pracy psychologa i nauczycielki jogi coraz wyraźniej pokazują mi, że ciało i nasze emocje są ze sobą nierozerwalnie połączone.  Powięź – tkanka łączna, która otacza wszystkie struktury w naszym ciele magazynuje wszelkie emocje i traumy- również te, które chcieliśmy wyprzeć. Bóle kręgosłupa, sztywność mięśni, stany zapalne w organiźmie nie pochodzą tylko od złego stylu życia i godzin przesiedzianych przed komputerem. Są także wynikiem nie stawiania granic w naszym życiu, mówienia „tak” kiedy wszystko w środku krzyczało „nie”. Pozwalania innym decydowania o sobie, ignorowaniu swojego prawa do odpoczynku i wyborów swojej drogi życiowej. Wszytskie te momenty, kiedy chieliśmy tupać nogami ze złości albo okładać kogoś pięściami- zostają w naszym ciele uwięzione. Dlatego wchodząc głębiej w pratykę jogi czasami przypominają nam się zupełnie bez powodu jakieś sytuacje. Albo odczuwamy emocje, które nie mają uzasadnienia w rzeczywistej chwili. Choć bywa to niepokojące, to jest dla nas dobre i oczyszczające. Poruszając ciało zawsze poruszamy też to, co w nim schowane. Jeśli pozwalamy sobie raz jeszcze na przeżycie niewyrażonych uczuć, to zdejmujemy z siebie ogromny ciężar.

Praca ze stresem nie może odwrócić się od ciała. Dzieci, zanim dorośli zaczną je socjalizować mówiąć „nie wypada, nie wolno, nie można”, wyrażają emocje całymi sobą. Krzyczą, płaczą, smieją się, skaczą, kopią, rzucają się na podlogę i walą rękoma w ziemię. W ten sposób insynktownie uwalniają napięcie i neutralizują fizjologiczny efekt hormonów stresu. Jako dorośli ze względów społecznych rzadko kiedy możemy pozwolić sobie na taką ekspresję, choć byłoby to dla nas dobre. Jednak trudno byłoby rzucać laptopem o ziemię na widok maila od szefa lub kijem baseballowym potraktować telefony w call center 😉 Dlatego musimy zadbać o to, aby na bieżąco uwalniać nasz organizm ze stresu. Po pracy zapewnić sobie chociaż kilkanaście minut intensywnego wysiłku, najlepiej nienastawionego na żaden wynik. Idealnie, jeśłi udałoby się nam też swobodnie wzdychać lub krzyczeć. Do krzyczenia świetnie nadaje się samotna jazda samochodem autostradą. Polecam 🙂  Na  tym polegają min. ćwiczenia w metodzie Lowena, TRE( Trauma Release Excercises) czy medytacje aktywne Osho, które skutecznie niwelują skutki stresu. O naukowym uzasadnieniu tego procesu pisałam więcej w tym  artykule.

Coraz więcej pracy z ciałem pojawia się na moich antystresowych warsztatach. Czasami sama jestem zaskoczona z jaką otwartością i ciekawością pracownicy firm wchodzą w tak wyraziste ćwiczenia. Kiedy minie moment pierwszego skrępowania domagają się nawet więcej np. rąbania drewna na kolanach 🙂 Niebawem planuję nagrać na you tube przykłady takich ćwiczeń. Często trudno jest jednak pozwolić sobie na taką ekspresję w ciele, jeśli go nie akceptujemy…  Dlatego jeśli macie chwilę- spróbujcie przyjrzeć się temu, o co prosi Wasze ciało i napiszcie list. List od ciała do Was. Co mogłoby chcieć przekazać, gdybyś zadał sobie te pytania?

*co Twoje ciało czuje?

*czym je krzywdzisz?

*za co jest Ci wdzięczne?

*co je cieszy a co smuci?

*kiedy jest mu z Tobą najtrudniej?

*o co chciałoby poprosić?

Dzięki temu prostemu ćwiczeniu możemy dowiedzieć się bardzo wiele o tym, jaką mamy relację ze swoim ciałem i rozpocząć proces troszczenia się o nie. Kiedy kochasz siebie, dajesz sobie i światu odetchnąć 🙂

Namaste, Kamila

 

Rozciąganie na macie, czy praktyka jogi? Po czym poznać, że praktykujesz jogę, a nie gimnastykujesz ciało :)

Każda asana to pozycja wykonywana z odczuciem stabilności, zrównoważenia, i wytrwałości w ciele: życzliwości w inteligencji głowy oraz uważności i zadowolenia w inteligencji serca. Oto jak jak należy rozumieć, praktykować i doświadczać każdej asany. Wykonanie asan powinno być odżywcze i oświecające. ~BKS Iyengar

Kiedy prowadzę zajęcia w grupach początkujących i przychodzą nowe osoby zazwyczaj przestawiają się: „cześć, mam na imię X i jestem zupełnie nierozciągnięty. Będę sobie ostrożnie ćwiczyć w kącie”. Ewentualnie „przyszłam na zajęcia, bo bardzo sztywna jestem i plecy mnie bolą” 🙂 Dla osób spoza jogowego świata joga oznacza ćwiczenia rozciągające, ewentualnie jakieś kadzidełka i „om” śpiewane nie wiadomo w jakim celu 🙂 Zresztą wystarczy wpisać „yoga” w wyszukiwarkę na Instagramie i naszym oczom ukażą się piękne kobiety i mężczyźni zawieszeni w szpagacie nad przepaścią. Tymczasem prawdziwa joga i praktyka asan ma niewiele wspólnego z tym, czy zakładasz nogę za głowę. Do tego, aby praktykować jogę konieczna jest świadomość i uważność. Najbardziej spektakularna pozycja pozostanie tylko akrobacją, jeśli nie będziemy obecni w tym, co robimy. Stojąc w autobusie możesz przyjąć piekną tadasanę. Możesz też zrobić byle jaki (choć doskonały technicznie) mostek na jogowych warsztatch. Bywa, że ćwicząc jogę nabawiamy się kontuzji albo frustrujemy tym, że coś nam nie wychodzi. Po niektórych sesjach boli nas głowa i czujemy duże zmęczenie. To właśnie sygnały, że ćwiczymy, a nie praktykujemy. Jeśli jesteś obecny w swoim ciele i umyśle to możesz dostrzec, która asana Ci dzisiaj służy, jakich pomocy użyć aby ciało przyjemnie się wydłużało, a nie napinało. Czasami ta uważność oznacza też przekraczanie swoich granic, strachu, lenistwa. A następnie zabranie tych doświadczeń poza matę. Odkrywanie, że lżej się żyje 🙂 To jest właśnie istota jogi. Oczywiście, zawsze zaczynamy od ciała, ale to tylko wstęp do tego, aby pozwolić jodze rozgościć się też daleko poza naszym największym palcem u stopy 🙂

Dlatego dziś dzielę się z Wami kolejnymi skarbami z jogowego świata 🙂 Po czym możesz poznać, że joga zmienia Twoje życie?

  • Nie nudzisz się w asanach i czerpiesz coraz więcej radości z sesji 🙂 Wręcz przeciwnie, zaczynasz zauważać, że dopiero po dłuższym czasie pozycja zaczyna się zmieniać, pracować.  W cichej obserwacji dostrzegasz subtelne poruszenia w ciele i w umyśle.
  • Zauważasz wpływ poszczególnych asan na ciało. Czujesz, kiedy potrzebne są wyciszające skłony, kiedy energetyzujące mostki. Czujesz, kiedy Twoje „nie chce mi się” pochodzi z umysłu, a kiedy ciało prosi „daj mi odpocząć, zaopiekuj się mną”
  • Na macie z nikim nie konkurujesz i nie rywalizujesz. Nie interesuje Ciebie, czy sąsiad dotyka głową do kolana. Nie oceniasz siebie, ani nikogo innego. Rozumiesz, że jeśli jesteś w swojej praktyce uczciwy i uważny- jest ona na ten moment doskonała.
  • Rozumiesz, że codziennie jesteś inny, Twoje ciało jest inne i ma inne potrzeby. Szanujesz jego gorsze dni i wykorzystujesz te, kiedy masz więcej energii. Czasami odpuszczenie sesji i sen jest dużo bardziej potrzebne, niż 108 powitań słońca.
  • Nie krzywdzisz się.  Mamy różną budowę ciała, swoje kontuzje i traumy w nim zapisane. Akceptujesz, że pewne pozycje mogą pozostać poza Twoim zasięgiem. Nie robisz ich brutalnie i na siłę.
  • Zaczynasz akceptować swoje ciało i siebie właśnie takie, jakie jest. Uczysz się troszczyć o siebie, jak o najukochańszą osobę w swoim życiu
  • Nie opuszczasz savasany. Relaksacja na koniec sesji to najważniejszy element integrujący pracę wykonaną na macie i uspokajający układ nerwowy.
  • Jesteś w stałym kontakcie ze swoim oddechem. Wiesz, że kiedy on znika, to czas zmienić sposób wykonywania pozycji.
  • Uważność ciała towarzyszy Ci już cały czas. Siedząc w pracy prostujesz kręgosłup i rotujesz barki 🙂 Podnosząc coś ciężkiego zwracasz uwagę na pracę nóg i brzucha. Chodząc- unosisz mostek i patrzysz przed siebie, nie w ziemię. Wszystko, co robisz staje się bardziej uważne i świadome.
  • Dostrzegasz inteligencję Twojego ciała. Zauważasz, że dociśnięcie małego palca u stopy zmienia to, jak ustawia się Twoja miednica. Każda wielka zmiana miała gdzieś najmniejszy początek.
  • Rozumiesz, że pewne sekwencje mają określoną kolejność i układ, aby przynieść jak najwięcej korzyści. Ufasz nauczycielowi. Nie robisz pozycji „po swojemu” i nie sięgasz głową do podłogi, jeśli nauczyciel mówi, że dla Ciebie lepiej będzie ją położyć na krześle.
  • Odkrywasz, że dojrzała praktyka nie polega na uciecze w jogę lecz na zabraniu jogi do codzienności. Uważności i obserwacji poza matą. W trudnych chwilach nie dajesz się wkręcać w wycieczki Twojego umysłu, tylko wracasz do oddechu i obecności. Łatwiej opanowujesz emocje i mniej przywiązujesz się do materialnych aspektów życia. Umysł staje się bardziej stabilny a ciało- pewniej stoi na ziemi.
  • Jesteś lepszym człowiekiem 🙂 Szanujesz inne istoty, przyrodę i czujesz, że wszystko co robisz w życiu- wróci do Ciebie.

Dla mnie zdecydowanie najpiękniejszy efektem mojej praktyki jest to, co dzieje się po zejściu z maty. Przełożenie akceptacji, uważności, ale też determinacji i konsekwencji na wszystkie obszary życia. Bycia bardziej wyrozumiałym i kochającym dla siebie. Dla innych. Jeśli od dłuższego czasu praktykujecie jogę, ale nie macie poczucia, że cokolwiek się zmienia- porozmawiajcie z nauczycielem 🙂 Czasami osoba do której chodzimy nie rezonuje z nami swoją energią czy stylem nauczania i trudno wtedy o postępy. Najczęściej jednak powód leży w nas. Zastanówcie się, czy przez te 1,5 godziny na pewno jesteście obecni i uważni? Czy dajecie jodze szansę na zapukanie do tych zamkniętych zakamarków ciała i umysłu? 🙂

Pięknej praktyki Nam życzę 🙂

Namaste,

Kamila

Refleksje z podróży. Proszę, nie umieraj za życia

Powoli żegnam się z Azją i szykuję się do powrotu do Polski. Wiele we mnie myśli i uczuć, którymi chcialam się z Wami podzielić we wpisie na blogu. Ale jakoś opornie mi szło pisanie, a że od pewnego czasu robię tylko to, co płynie, odłożyłam na chwilę blog na bok😉 I wtedy natrafiłam na wiersz, który dokładnie oddaje to, co chciałam przekazać 💚

2 miesiące pracy i podróży w Azji, życia w polowych warunkach i w luksusie; jedzenia ryżu 24/h z łyżką zupy i wymyślnych wegańskich dań. Ogromnego zmęczenia i blogiego relaksu; spotkań z prostymi ludźmi na wsi i wpływowymi przedstawicielami najwyższych kast. Cieszenie się z salda na rachunku, a później liczenia kazdej rupii. Bieganie na 3500 m z siłą górskiej kozicy i 2 tygodnie leżenia w łóżku z gorączką w 40 stopniowym upale. Latanie Quatar Airways i tluczenie się 10 g. po wertepach w skwarze lokalnymi autobusami w Nepalu.Czasami chciałam wracać, czasami plakalam na samą myśl o powrocie.Pełen kalejdoskop!

Każda moja podróż jest dla mnie najpiękniejszym nauczycielem. Metaforą życia. Wszystkich jego blasków i cieni. Akceptowaniem tego, że nie da się nic zaplanować i zaufaniem, że wszystko przypłynie. I przede wszystkim- doswiadczniem różnorodności. Zrzucaniem masek i zdejmowaniem z oczu polskich soczewek. Jestem wdzięczna sobie, ludziom, którzy wspierają mnie na mojej ścieżce i Wszechświatowi, że pozwala mi doświadczać życia, tak jak pragnę. Przez wolność, pasję i miłość. Ale nie trzeba wyjeżdżać na koniec świata. Bo wolność to stan umysłu😊

To tyle odemnie.Marta Medeiros nazwała to znacznie piękniej💚 Za inspirację dziękuję nieocenionej, mądrej kobiecie Jagodzie😊
Wystarczą małe zmiany, subtelne wyjście poza utarte drogi. Pójście do pracy inną trasą. Wypicie kawy w innym kubku. Zapytanie obcej osoby, jak sie czuje. Roześmianie się, kiedy nie wypada.
Proszę, nie umierajmy za życia…

„Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia,
powtarzając każdego dnia te same drogi…
kto nigdy nie zmienia punktów odniesienia…
kto nigdy nie zmienia koloru swojego ubioru…
kto nigdy nie porozmawia z nieznajomym….

Powoli umiera ten, kto unika w swoim życiu Pasji,
kto zawsze przedkłada czarne nad białe
i poszczególne chwile nad całą paletę emocji, które powodują,
że oczy błyszczą, na twarzy pojawia się uśmiech,
a serce bije mocniej w konfrontacji z błędami i racjonalizmem…

Powoli umiera ten, kto nie ‚wywraca stołu’,
kto jest nieszczęśliwy z pracy,
kto nie ryzykuje pewności dla niepewności realizacji Marzeń,
kto nie pozwoli sobie, przynajmniej jeden raz w życiu, uniknąć rozumnych rad i pójść za głosem Serca…

Powoli umiera ten, kto nie podróżuje…
kto nie czyta, kto nie słucha muzyki…
kto nie znajduje dobra w sobie…

Powoli umiera ten, kto niszczy swą miłość własną…
kto znikąd nie chce przyjąć pomocy…
kto idzie przez życie narzekając na własne nieszczęście i na „deszcz”, który pada…

Powoli umiera ten, kto rezygnuje z inicjatywy przed rozpoczęciem jej,
kto nie pyta o to, czego nie rozumie,
i nie odpowiada, kiedy zna odpowiedź…

Unikamy śmierci w małych dawkach,
pamiętając zawsze, że bycie żywym domaga się długiego wysiłku i wytrwałości, począwszy od prostej czynności oddychania…”

Marta Medeiros

Namaste

Kamila

O miłości i szacunku do samego siebie. List Charliego Chaplina.

„Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uświadomiłem sobie,
że emocjonalny ból i cierpienie są tylko ostrzeżeniem dla mnie,
żebym nie żył wbrew własnej prawdzie.
Dziś wiem, że to się nazywa
AUTENTYCZNOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, zrozumiałem,
jak żenujące jest dla innych, gdy narzucam im własne pragnienia,
wiedząc, że ani nie nadszedł odpowiedni czas,
ani tamta osoba nie jest na to gotowa,
nawet jeśli byłem nią ja sam.
Dziś wiem, że to się nazywa
SZACUNKIEM DO SAMEGO SIEBIE.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie,
przestałem tęsknić za innym życiem i mogłem dostrzec,
że wszystko wokół mnie stanowi zaproszenie do rozwoju.
Dziś wiem, że to się nazywa
DOJRZAŁOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, zrozumiałem,
że zawsze i we wszystkich okolicznościach
jestem we właściwym momencie i we właściwym miejscu
i że wszystko, co się dzieje, jest właściwe.
Od tamtej pory mogłem być spokojny.
Dziś wiem, że to się nazywa
WEWNĘTRZNĄ PEWNOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie,
przestałem ograbiać się z wolnego czasu
i przestałem tworzyć kolejne wielkie plany na przyszłość.
Dziś robię tylko to, co sprawia mi radość i przyjemność,
co kocham i co sprawia, że moje serce się uśmiecha.
I robię to na swój sposób i we własnym tempie.
Dziś wiem, że to się nazywa
RZETELNOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uwolniłem się
od tego wszystkiego, co nie było dla mnie zdrowe.
od potraw, ludzi, przedmiotów, sytuacji i od wszystkiego,
co wciąż odciągało mnie ode mnie samego.
Na początku nazywałem to „zdrowym egoizmem”
Ale dziś wiem, że to
MIŁOŚĆ DO SAMEGO SIEBIE.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie,
przestałem chcieć zawsze mieć rację.
Dzięki temu rzadziej się myliłem.
Dziś wiem, że to się nazywa
SKROMNOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie,
wzbraniałem się przed życiem w przeszłości
i troską o własną przyszłość.
Teraz żyję chwilą, w której dzieje się WSZYSTKO.
Żyję więc teraz każdym dniem i nazywam to
DOSKONAŁOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uświadomiłem sobie,
że moje myślenie może uczynić ze mnie chorego nędznika.
Kiedy jednak zwróciłem się do sił mojego serca,
mój rozum zyskał ważnego wspólnika.
Ten związek nazywam dziś
MĄDROŚCIĄ SERCA.

Nie musimy już się obawiać sporów,
konfliktów i problemów z samymi sobą i z innymi,
ponieważ nawet gwiazdy wpadają na siebie, tworząc nowe światy.
Dziś wiem, że

TO JEST WŁAŚNIE ŻYCIE

 

List Charliego Chaplina napisany przez niego w swoje 70-te urodziny ” Love myself poem”.

*źródło polskiego tlumaczenia:www.zosia.piasta.pl/r4/CharlesChaplin.htm

Pracuj z pasją cz.III. Dlaczego warto. Moja historia.

Mam nadzieję, że poprzednie wpisy o poszukiwaniu swojej ścieżki zawodowej były dla Was pomocne Dziś ostatnia część serii pracuj z pasją . Po wpisie o pulapkach czas na optymistyczny artykuł o tym, dlaczego warto szukać pracy zgodnej ze swoim sercem.

Na wstępie kilka słów o tym, jak doszłam do momentu w którym tworzę nowy post siedząc na Bali. Moja droga zawodowa byla dość typowa. Skończyłam dwa kierunki na uniwersytecie i 1.5 roczne studia podyplomowe, studiowalam za granicą, nauczyłam się 3 języków obcych. Kariera w korporacji stała przede mną otworem. I nawet przez kilka lat próbowałam się w niej odnaleźć. Na swój sposób. Wstawalam przed świtem, żeby choć chwilę praktykować jogę. Do pracy dojeżdzalam rowerem, żeby złapać jak najwięcej powietrza, zanim utknę na cały dzień w klimatyzowanym pudełku bez okien. Po- jechałam na siłownię, do szkoły jogi albo na basen. W weekendy znikałam w lesie, żeby ładować akumulatory. Mimo że w większości firm mialam fajnego szefa i wspierających współpracowników, to nie mogłam się tam odnaleźć. Zoperowany kręgosłup bolał coraz bardziej, od stresu dorobilam się jelita drażliwego i problemów z tarczycą. Każdego dnia czułam się coraz bardziej wyczerpana. (Nie)szczęśliwie w mojej firmie zredukowano dział i zostałam zwolniona. Zdalam sobię sprawę, że i tak cały czas się ruszam, więc z braku pracy moglabym to wykorzystać do zarabiania. Zrobiłam kurs instruktorski zaczęłam prowadzić swoje pierwsze zajęcia. Jeździłam po całej Warszawie po zapyzialych klubach za śmieszne stawki, aby zdobyć jak najwięcej doświadczenia.

Kilka miesięcy później dostałam etatową pracę. Wiedziałam, że to nie moj świat jednak jakoś musiałam się utrzymać. Po pracy jechalam więc 20 km.w jedną stronę, żeby poprowadzić zajęcia. Wracałam o 21, o 6 wstawalam do pracy. W weekendy prowadzilam zastępstwa lub jeździłam na warsztaty, aby zdobyć jak najwięcej wiedzy. Ludziom zaczęło podobać się to, co robię, pojawiały się propozycje prowadzenia zajęć. Ale ja bylam totalnie wykończona. Pracowałam non-stop. W pewnym momencie zdecydowałam, że juz nie dam rady. Cialo odmówiło mi współpracy.

Podjęlam decyzję ze spróbuję żyć  w zgodzie ze sobą. Początki były trudne. Zapomnialam o nartach i o nurkowaniu, które było moją pasją. Jeżdżę 17-letnim samochodem i 16 letnim motocyklem (które zresztą uwielbiam!). Nie posiadam mieszkania. Zepsute rzeczy naprawiam, a nie wyrzucam. Zresztą to cudowna sprawa móc się obejść bez tylu gadżetów!Lżej się żyje. Bywało też ciężko. Nie wiem, jak poradzilabym sobie bez pomocy rodziców, kiedy zachorowalam i przechodzilam różne kosztowne badania. Dziekuje mamo i tato!

Dziś mogę do Was pisać pracując na Bali. Ale przez 5 lat raczej pisałabym z działki mojej mamy w Długosiodle. I nie wiem, czy jeszcze będzie mi dane pracować w tak wyjątkowym miejscu. Bo życie pisze różne scenariusze. Ale ja jestem już i tak głęboko wdzieczna za to, ze żyję po swojemu . A co konkretnie daje mi taki wybór?

1. Radość

Uwielbiam swoją pracę. Czasami jestem padnięta, ale przeważnie nie mogę sie doczekać kiedy pójdę poprowadzić zajęcia. Są też dni kiedy bywam bardzo zmęczona, ale po zejściu z maty mam nagły przypływ wdzięczności

2. Stały rozwój

Rozwój zawodowy jest dla mnie fascynujący. Kiedy tylko moge jeżdżę na szkolenia, ogladam, czytam- żeby móc dać innym jeszcze wiecej! Ponadto każde spotkanie z drugim czlowiekiem jest dla mnie nową lekcją. Aby bezpiecznie pracować z kobietami w ciąży, seniorami, różnymi typami kontuzji i ograniczeń bez przerwy się dokształcam. A im więcej wiem, tym wyraźniej widzę, że nic nie wiem.

3. Silne ciało i spokojny umysł

Moja praca mnie wzmacnia. Na duchu i w ciele . Jeśli nie przesadzam- to kręgosłup ma sie dobrze. Mimo mojego apetytu i miłości do gotowania wciąż mieszczę sie w stare spodnie . Staram się także pracować nad swoimi emocjami i podejściem do życia, aby pozostać spójną.

4.Ogromna satysfakcja

Ponieważ sama doświadczyłam dużo problemów zdrowotnych, lepiej rozumiem ograniczenia innych. Robię wszystko, aby poprzez praktykę pomóc innym w zredukowaniu bólu w ciele i uspokojeniu umysłu.

5. Kreatywność

Stale wymyślam nowe warsztaty i pomysły na działania stresoterapii. Ograniczają mnie tylko środki finansowe lub moja wyobraźnia.

Mam nadzieję, że wpis okaże się dla Was pomocny jeśli wciąż zastanawiacie się nad tym, czy warto iść za głosem serca. Pomimo różnych wyzwań nie żałuję swojej decyzji o pójściu swoją drogą. I Wam życzę odnalezienia swojej pracy marzeń 😊

Namaste

Kamila

 

Pracuj z pasją! cz. II: pułapki

W poprzednim wpisie przyglądaliśmy się przekonaniom, które powstrzymuja nas od zmian w naszym życiu zawodowym. Zakladam, że udało się nam odważyć na zrobienie kolejnego kroku, czyli zaplanować swoją pracę, która jest jednocześnie Waszą pasją😊Dlatego dziś chciałam się z Wami podzielić swoim doświadczeniem. Zaznaczam, że jest to bardzo subiektywna opinia! Zapewne jest bardziej adekwatna w stosunku do zawodów, gdzie pracujemy w bliskim kontakcie z ludźmi i w dużym  stopniu- fizycznie. Jednak w moim otoczeniu jest wielu wolnych strzelców, którzy realizują się zawodowo w mniej tradycyjnym modelu „kariery”. I doświadczamy podobnych wzlotów i upadków. Dziś kilka sugestii, które mam nadzieję wesprą Was w podążaniu swoją nową ścieżką 😊

1.Po pierwsze – znajdź swoją PRAWDZIWĄ pasję. Dość oczywiste, ale często niełatwe. Mało kto rodzi się z gotowym pomysłem na życie 😊 I nie ma w tym nic zlego! W końcu życie to nieustanna zmiana😊Jednak jeśli zamierzasz długofalowo zainwestować swój czas i energię, to dobrze, żeby był to przemyślany wybor płynący z serca.
Warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań:
– co uwielbiam robić do tego stopnia, że mógłbym za to dopłacać?
– jaka aktywność sprawia, ze zatracam sie w niej całkowicie? Psychologowie nazywają to stanem przepływu tzw.”flow”. Taka czynność ma wtedy wartość autoteliczną. Przynosi satysfakcję z samego faktu jej robienia😊
– w czym jestem naprawdę dobry? Jakie umiejętności i mocne strony mógłbym zaangażować w nowej pracy?
Sam pomysł na pracę z pasją może niestety nie wystarczyć… Jak wszystko w życiu taka decyzja ma swoje plusy i minusy. Oto kilka wskazówek, czego  NIE oczekiwać planując pracę z pasją:
1. „Praca marzeń = biznes życia”
Praca z pasją to STYL życia. Owszem, bywa, że staje się również świetnie prosperującym biznesem. Najczęściej jednak wymaga dużej cierpliwości i pokory. Początki (mam na myśli miesiące lub lata) bywają naprawdę trudne. Jeśli więc Twoją motywacją jest głównie zarabianie, to lepiej pozostań przy tradycyjnym pomyśle na karierę. Inaczej szybko grozi Ci frustracja.
2. „Nie bede już nigdy sfrustrowany, bo robię to co kocham!”
Wbrew pozorom praca z pasją jest równie podatna na wypalenie zawodowe jak tradycyjna. Jeśli dzień w dzień robisz to samo, a dodatkowo sam poświęcasz ileś godzin w tygodniu na doskonalenie się ( tak tak – trudno sobie wyobrazić dobrego nauczyciela jogi, ktory sam nie praktykuje), to chwilami można mieć serdecznie dość. Dlatego tak ważne, aby kierować się w tym wyborze sercem.
 4. „W końcu odpocznę i nie będę tyle pracować” 
Jeśli znacie mnie bliżej to wiecie, że pracuję bardzo dużo. Najczęściej wtedy, kiedy inni mogą przyjść na zajęcia lub pojechać na warsztaty. Wolne weekendy w moim grafiku to istoty mityczne, podobnie jak popołudnia i wieczory.  Bardzo łatwo zatracić równowagę.
Pracując nie mam „pustych przebiegów”- kiedy uczę lub prowadze warsztaty, jestem w 100% skupiona na ludziach i na procesie. Nie mogę napić się kawy, odebrać smsa, odpisać na maile. Czasem tęsknię za czasem, gdy płacono mi za godziny, kiedy przeglądałam newsy w sieci 😉 8 godzin warsztatu to kilka dni przygotowań- scenariusza, materiałów, prezentacji itp. O zmęczeniu fizycznym po prowadzeniu np.6 godzin zajęć jednego dnia- nie wspominam😉
4.”Koniec z presją na nieustanne doskonalenie się”
O ile nie możesz sobie pozwolić na zatrudnienie sztabu specjalistów, to przygotuj sie na nieustanny rozwój😊Zostaniesz swoim PR-owcem, social media managerem, księgową,  informatykiem, grafikiem, logistykiem, negocjatorem. A jak masz biuro w domu – to sprzataczką i kucharzem😉To co wcześniej wymagało napisania maila do odpowiedniego działu- teraz robisz sam.
5.”Będę pracować tylko tyle, ile będę chciał
Niestety Twój nowy szef- czyli Ty sam, nad wyraz często nie może udzielic Ci L4 ani urlopu na żądanie. Jeśli nie poprowadzisz zajęć czy warsztatu, to nie zarobisz. Nie mówiąc o tym, że część ludzi przychodzi specjalnie do Ciebie i nie chcesz ich zawieść. Wielokrotnie prowadziłam zajecia chora czy w trudnym życiowo momencie. Ludzie przychodzą na zajęcia po wsparcie i dobrą energię, a nie podłączyć sie do Twoich życiowych kłopotów. Czasami zachowanie dla siebie swoich emocji bywa sporym wyzwaniem.

Ale spokojnie- każdy medal ma dwie strony 😊Celem wpisu nie jest zniechęcenie do podjęcia wyzwania, tylko podzielnie się pewnym ryzykiem, jakie wiąże się z taką pracą. Mimo gorszych momentów, nie żałuję mojej decyzji o rezygnacji z pracy biurowej! Nauczanie jogi, prowadzenie warsztatów czy zwykłe bycie z drugim czlowiekiem, są dla mnie źródłem największej satysfakcji i radości. Nawet późno w nocy wychodzę z zajęć z szerokim uśmiechem 😊 Dlatego w kolejnym wpisie podzielę się tym, dlaczego warto szukać swojej ścieżki i jakie są plusy pracy z pasją.

Uściski z Nepalu ( to ten jeden z wieelkich plusów)😊
Kamila

Pracuj z pasją! cz.I Dlaczego nie dajesz sobie szansy na pracę marzeń?

Ten post powstaje w moim tymczasowym biurze- w knajpce na Goa. Za plecami szumi morze, nad głową kołyszą się palmy, a ja popijam wodę ze świeżo rozłupanego kokosa. Zanim usiadłam do pracy biegałam po pustej plaży o wschodzie słońca. Hahaha- opis prawie tak kiczowaty, jak fototapeta w toalecie w latach 90 – tych? Ale to sama prawda 😉

W tej serii wpisów chciałabym się z Wami podzielić moim wnioskami z ostatnich kilku lat życia zawodowego. Dzisiaj mogę powiedzieć, że naprawdę lubię swoją pracę i jestem w stanie się z niej utrzymać. Ale zanim to nastąpiło kilka lat szukałam swojej drogi. Nie miałam nikogo, kto moglby mi pomóc i popełniłam wiele błędów.  Może kogoś z Was moja historia zainspiruje do tego,aby spróbować żyć w zgodzie ze swoim sercem i móc na tym zarabiać 🙂

W pierwszym wpisie przyjrzymy się powodom, dlaczego wiele osob nawet nie podejmuje próby zmiany swojej kariery. Jak pokazują badania 70% Polaków nie lubi swojej pracy. Co gorsza,większość z nas uważa, że tak być musi. Poniedziałkowymi porankami straszy się już małe dzieci. Praca wraz z dojazdem zajmuje nam średnio 10 g. dziennie. Jeśli doliczymy do tego czas, jaki pozostaje na sen, obowiązki domowe, toaletę itp., to miejsca na cieszenie się życiem zostaje bardzo niewiele… Ile znacie takich osób, które nie znoszą swojej pracy? Które w wolnym czasie starają się dojść do siebie i zebrać siły na kolejny dzień? A może sami do nich należycie? Na wstępie chcę podkreślić, że absolutnie nie jestem przeciwko etatom, korporacjom i biurowemu życiu tudzież pracy w tym samym miejscu od 15 lat. Jeśli lubisz to, co robisz to cudownie- rób to dalej☺Znam kilka spełnionych księgowych i autentycznych fanów tabelek w Excelu. I to jest super! Ten post jest dla osób, ktore czują, że chcą zmienić swoje życie zawodowe, ale mają wiele obaw. Rozprawiamy się więc  z mitami, które powstrzymują ludzi od znalezienia swojej wymarzonej pracy 😊

  • Mit nr 1. „Praca nie jest od lubienia tylko od zarabiania”. Twoi rodzice codziennie wracali umordowani do domu narzekając na szefa?Wybierali dla Ciebie nudne jak flaki z olejem kierunki studiów, ale dające tzw.”dobrą pracę?” Większość naszych przekonań wynosimy z domu. Jesli więc taki schemat wyniosleś to czas dorosnąć i zdecydować po swojemu 😊

 

  • Mit nr 2 „Lepsze zło znane, niż niepewne dobro”. Lęk przed zmianą. Nie tylko dotyczący pracy, ale też relacji, związków czy nawyków. Strach przed tym, co nowe jest całkowicie naturalny. Jednocześnie czesto sprawia, że ludzie tkwią latami w miejscu, którego szczerze nie znoszą. Czasami płacą za to chorobami psychosomatycznymi np. zespołem jelita drażliwgo, bólami mięśni i stawów, depresją, chorobami tarczycy, nerwicą, bezsennością… Ze smutkiem patrzę na pokolenie moich rodziców. Wielu z nich ledwo żyjąc dociera do emerytur, na której funkcjonują niczym zombie. Nasze pokolenie ma chyba jeszcze gorsze perspektywy, ponieważ praca wymaga od nas znacznie więcej aktywności i dynamiki, niż kilkadziesiąt lat temu. Ilość energii, jaką niektórzy inwestują w zachowanie niewygodnego status quo, spokojnie mogłaby zasilić wdrożenie nowego pomysłu na siebie.

 

  • Mit nr 3 „W życiu najważniejsza jest stabilizacja.” Czyli, jak napisał Piotr C.- autor poczytnego polskiego bloga „Pokolenie Ikea”: „wczoraj było do d#py, dziś jest do d#py i jutro będzie do d#py.” Stabilizacja jest bardzo względnym pojęciem. Znam wiele osób, które są spokojne zarabiając nieregularnie i niewiele. Znam także wiele, które zarabiają spore pieniądze na etacie- z wszelkimi jego przywilejami, ale permanentnie czują się zagrożone. Stabilizacja to stan umysłu. Życie ze swojej natury jest jedną wielką zmianą. Jeśli łudzisz się, że bezpieczeństwo daje tylko ciepła posada, to niestety jesteś w błędzie. Chciałabym być dobrze zrozumianą- absolutnie nie jestem przeciwna etatom i wioletnim stażom pracy! Ba, czasami bardzo tęsknię za tymi czasami. Chcę tylko podkreślić, że poczucie bezpieczeństwa nie może zależeć od miejsca Waszej pracy, bo w ten sposób sami wiążecie swoje ręce.

 

  • Mit numer 4: „Wszystko albo nic” Czyli albo męczę się dalej w pracy, której nie znoszę, albo rzucam wszystko i jadę w Bieszczady😉 Stop. Nie musisz (a nawet nie byłoby to zbyt rozsądne) z dnia na dzień porzucać swojego dotychczasowego życia. Szczegolnie kiedy masz rodzinę i kredyt we frankach. Możesz poszukać pracy, która będzie Ciebie mniej angażować, ale w zamian da Ci czas na rozwijanie swojej pasji i pogłębianie wiedzy. Albo decydujesz się na mocny wysiłek, ale określisz wyraźnie gdzie jest jego finał. Np. bierzesz się za bardzo wymagajacy i dobrze płatny projekt. Po skończeniu pieniądze inwestujesz w rozwinięcie niezbędnych umiejętności lub nowego biznesu.

 

  • Mit numer 5 „Z takiej pracy nie da sie utrzymać”. Tu akurat jest ziarnko prawdy… Zaczynając swoją własny biznes, który płynie z serca, trzeba być cierpliwym. Nastawić się na miesiące, a dużo częściej lata, zanim zacznie się on zwracać. Ja dopiero po 5 latach mogę nieśmiało przynać, że prowadzenie warsztatów stało się to moim głównym źródłem utrzymania. Jednocześnie wszystkie badania wskazują, że duże zarobki wcale nie gwarantują nam większego szczęścia…Wzrost wymagrodzenia koreluje z większym zadowoleniem tylko do pewnego poziomu. Co więcej, ludzie, których frustruje praca, mają tendencję do kompulsywnych zakupów czy zatracania się w rozrywkach, aby odreagować trudy tygodnia. Tym samym wciąż potrzebują więcej pieniędzy aby finansować taki styl życia. Kiedy masz pracę, którą kochasz przynosi ona dużo więcej radości! Uczysz się obchodzić bez większości gadżetów. Nie musisz maskować swojego zmęczenia. Możesz ograniczyć swoje potrzeby i konsumpcję.
  • Mit numer numer 6:”nie mam wystarczających kompetencji i doświadczenia.” Myśląc w ten sposób raczej nie zbliżamy sie do celu. Bardzo często nawet nie podejmujemy próby zmiany. Tymczasem są zawody, których można nauczyć się w czasie kilku miesięcy lub maksymalnie- lat. W perspektywie spędzenia kilkudziesięciu lat w pracy, której nie lubisz, ten czas wydaje się być mgnieniem oka.A nagroda za włożony wysiłek jest nie do przecenienia!

Nikt nie mówi, że zmiana swojego zawodowego kierunku jest łatwą sprawą. Ale satysfakcja i radość z zarabiania na życie po swojemu wynagradza ten wysiłek. W kolejnym wpisie podpowiem wam, jak znaleźć swoją pracę marzeń. Jeśli tylko Twój nowy wybór płynie z serca,to zapewniam Was,że osiągnięcie swój cel 💜

Namaste

Kamila

 

Zdrowe ciasteczka owsiane.Bez pieczenia☺

Witajcie po dłuższej przerwie 🙂 Jak wiecie pracuję i podróżuję obecnie po Indiach. Mimo że kuchnia hinduska jest genialna, to mocno doskwiera mi brak możliwości gotowania… Kto mnie bliżej zna wie, że kiedy nie stoję na macie to mieszam w garnkach! Dlatego z ogromną radością powitałam lodówkę i kuchenkę w moim obecnym lokum na goańskiej wsi. Aby to uczcić dziś premiera nowego działu na stresoterapii tj. przepisów. Na pierwszy ogień fit ciasteczka w wersji podróżnej-bez pieczenia, do zrobienia na kolanie. Jeśli nie macie nawet lodówki też wyjdą, ale będą wtedy przypominać swoją konsystencją fudge lub nasze krówki ciągutki. Podobnie z rozpuszczaniem masła i miodu na kuchence. W takim upalnym klimacie można garnek postawić na słońcu na godzinkę i samo się podgrzeje ☺

Fit ciasteczka owsiane bez pieczenia (z opcją bezglutenową i proteinową)

Składniki:

Na około 10 duuużych ciasteczek

  • 1/2 szklanki masła orzechowego
  • 1/2 szklanka wiórków kokosowych, pestek dyni słonecznika lub dowolnych orzechów
  • 3/4 szklanki płatków owsianych (bezglutenowych w wersji GF)
  • 2/3 łyżki miodu, syropu z agawy, suropu daktylowego itp.
  • 1/2 szklanki mleka kokosowego lub innego roślinnego
  • Szczypta cynamonu
  • Opcja- 2 czubate łyżki odżywki białkowej (trzeba dodać wówczas więcej płynu, a jeśli odżywka jest slodzona- zredukować ilość miodu)

Przygotowanie:

  • Masło orzechowe, mleko i miód podgrzewamy na bardzo małym ogniu
  • Dodajemy partiami pozostałe składniki i dokladnie mieszamy
  • Mokrymi dłońmi formujemy kulki i rozpłaszczamy na kształt ciasteczek
  • Jeśli chcemy polewamy rozpuszczoną czekoladą (chemy!)
  • Wstawiamy do zamrażalnika na godzinę lub do lodówki- aż stężeją
  • Przechowujemy w lodówce kilka dni- jak tyle wytrzymacie 😉