Jak joga pomaga leczyć depresję?

Obiecałam wpis o metodach leczenia depresji. Kiedy jednak zaczęłam zagłębiać się w literaturę naukową (nie lubię opierać się tylko na tym, co pamiętam ze studiów lub książek) uznałam, że jest dużo różnych podejść i nurtów. Niewątpliwie są sytuacje, gdy osobom chorującym na depresję należy włączyć leki przeciwdepresyjne. Czasami może być to jedyny sposób, aby odzyskać choć odrobinę jasności w głowie i sił do kontynuowania leczenia. Według mnie nie powinny być one nigdy jedynym środkiem stosowanym w leczeniu depresji. Bardzo ważne jest podjęcie psychoterapii, ponieważ tylko wtedy mamy szansę dotrzeć do podstaw choroby. Nawet jeśli depresja nie jest indukowana przez trudną sytuację życiową, lecz np. przez genetyczną podatność naszego mózgu, psychoterapia daje nam narzędzia, które pomogą nam poradzić sobie w gorszym momencie.

Niestety w naszym fast-foodowym świecie antydepresanty są nadużywane, przepisywane bez faktycznej potrzeby i łykane jak aspiryna. Spotykałam ludzi, którzy brali je latami, jednocześnie nie wykonując żadnej pracy nad chorobą u źródeł. Ponownie podkreślam, że nie jestem przeciwna farmakoterapii (bywa, że ratuje życie kiedy pojawią się np. myśli samobójcze). Jednak poleganie tylko na czynnikach zewnętrznych w leczeniu, odbiera pacjentowi najpotężniejsze narzędzie- wiedzę i wiarę w to, że sam dysponuje zasobami pomagającymi wyjść z choroby albo zmniejszyć jej intensywność.

Jako że nie jestem psychiatrą, nie chciałabym wnikać dłużej w ten temat. Skupię się natomiast na obszarze, w którym poruszam się dużo swobodniej tzn. pracy z ciałem i praktyką jogi 🙂 Sama doświadczyłam wiele razy, jak praktyka jogi może wspierać w najtrudniejszych momentach życia (pisałam o tym min. tu http://streso-terapia.pl/7-lekcji-od-cierpienia-akceptacja-dyskomfortu/  I tak się zresztą często dzieje, że na pierwsze sesje jogi trafiamy, bo szukamy wyciszenia, zatrzymania; bo wszystko już zawiodło i ktoś nam powiedział, że joga dobrze robi na głowę; bo jesteśmy osłabieni, chorujemy, nie mamy siły na rzucanie hantlami i tylko „rozciąganie” zostało. I po niedługim czasie okazuje się, że zamiast rozciągania głowy mamy rozciąganie umysłu 😉 Poszerza się zakres sytuacji, które potrafimy zaakceptować; rośnie przestrzeń naszej strefy komfortu; trudniej nam się zdenerwować i mamy więcej wyrozumiałości dla innych.

Dlaczego joga może pomagać w zaburzeniach nastroju?

  • zwiększa w mózgu ilość kwasu gamma-aminomasłowego (GABA), neuroprzekaźnika o działaniu hamującym w systemie nerwowym.  W 2007 roku w Boston University School of Medicine przeprowadzono legendarny już dziś eksperyment badania wpływu praktyki jogi na poziom GABA w mózgu. Uczestników podzielono na 2 grupy: jedna czytała magazyny a druga ćwiczyła przez godzinę jogę (różne rodzaje). W grupie jogującej poziom GABA wzrósł o niemal 30%. Co ma to wspólnego z leczeniem depresji? Ano to, że osoby cierpiące na zaburzenia nastroju często mają obniżony poziom GABA i jego wzrost sprzyja również poprawie samopoczucia.
  • dla naukowców: pozwala podnieść poziom energii w naturalny sposób. Jeśli dłużej praktykujecie zapewne zauważacie, że niektóre sekwencje dodają nam energii (aktywne vinyasy, mocne skręty, mocne wygięcia), a inne wyciszają (skłony, podparte wygięcia, stabilne pozycje odwrócone). W lekkiej depresji chorzy mają jeszcze siłę na podjęcie umiarkowanej aktywności fizycznej, ale najlepiej aby była ona mądra. Mądra czyli świadoma. Oddziaływanie poszczególnych asan na ciało i umysł nie jest żadną magią, lecz fizjologią. Wzrost energii lub efekt wyciszający jest związany z pobudzaniem lub hamowaniem Autonomicznego Układu Nerwowego, zmianą ciśnienia krwi czy pojemności oddechowej płuc. Zainteresowanym tematem od strony anatomii i nauki polecam lekturę książki „Anatomia Hatha Jogi” H. Davida Coultera 🙂
  • dla mistyków: reguluje przepływ prany w ciele. Pranę jogini rozumieją jako podstawową energię życiową, która  znajduje się w całym wszechświecie,a więc i w naszym organizmie. Według tradycyjnych przekazów zaburzenia w jej przepływie są powodem chorób i złego samopoczucia. Asany mają przygotować ciało do pracy z oddechem (pranayamą) i medytacją, aby pomagać energii krążyć swobodnie i odżywiać wszystkie komórki. Dla tych, do których nie przemawia koncepcja prany, pozostaje niepodważalny naukowo fakt, że od jakości naszego oddechu zależy jakość naszego funkcjonowania i procesy chemiczne zachodzące w mózgu. Osoby w stanie niepokoju, lęku czy własnie depresji mają tendencję do zbyt płytkiego oddychania. Wpływa to na bardzo niski poziom energii życiowej, utrzymuje organizm w stanie ciągłego niedotlenienia i pogłębia poczucie bezsilności i braku sił.
  • uczestnictwo w grupowych sesjach jogi buduje sieć społecznego wsparcia. Jednym z najsmutniejszych obrazów depresji jest niechęć  do utrzymywania kontaktów społecznych, odizolowanie i poczucie  głębokiego osamotnienia. Szkoły jogi często tworzą specyficzne osoby: które sporo przeszły, sporo przepracowały i mają dużo większą empatię dla drugiego człowieka. Kiedy czujemy się mile widziani, nie oceniani mimo naszych niedoskonałości, chętniej wracamy do takich miejsc. A wsparcie społeczne i poczucie przynależności jest jednym z najpotężniejszych „leków” antydepresyjnych
  • zwiększa umiejętność bycia w tu i teraz. Technika zakorzeniania w chwili obecnej jest jedną z podstawowych metod stosowanych w leczeniu zaburzeń lękowych i PTSD (Post Traumatic Stress Disorder). Umożliwia pacjentom zatrzymanie procesu ruminacji, uspokojenie ciała migdałowatego (struktury w mózgu, która odpowiada za uruchomienie
    reakcji walki lub ucieczki), wyciszenie systemu nerwowego i powrót do racjonalnego myślenia. W jodze nie robimy nic innego, jak próbujemy być właśnie obecni. Jeśli odpływasz myślami w jakiejś pozycji balansowej czeka Cię niechybnie gleba 😉 Zresztą na początku praktyki wszystko jest tak abstrakcyjne i często nieprzyjemne fizycznie, że nie da się od tego uciec. I to własnie jest nasz mindfulness
  • uczy szacunku do własnych ograniczeń jednocześnie dając siłę, aby je przełamywać. Depresja to często temat tabu. Sprawia, że czujemy się beznadziejni, gorsi, pozbawieni prawa szacunku dla samego siebie. Na macie zazwyczaj nie możemy zrobić wszystkiego modelowo. Czasami nie możemy zrobić czegoś w ogóle. I to nas uczy, że to jest ok : czegoś nie potrafić. Że doskonałość to iluzja. Że jednego dnia stoisz na głowie, a drugiego się boisz. A z czasem doświadczamy tego, że jakaś pozycja z kategorii „nigdy w życiu/nie dam rady” jest osiągalna. To uczy nasz mózg wytwarzać nowe połączenia, nowe ścieżki myślenia i działania, które depresja zaciera. Daje wiarę, że pomimo trudności zawsze może nadejść moment, gdy będzie lepiej 🙂

Na temat dobra płynącego z praktyki jogi w leczeniu zaburzeń nastroju powstały setki artykułów naukowych. W terapii jogą mamy specjalne sekwencje asan i pranayamy, które pomagają w leczeniu depresji. Ja mogę ręczyć za jej dobroczynne rezultaty swoim własnym przykładem. Nieraz w chwilach najgorszego zwątpienia wyciągałam matę i mam głębokie przekonanie, że to mnie zabierało z powrotem w stronę światła 🙂

Jednocześnie kolejny raz podkreślam, że joga może WSPIERAĆ tradycyjne metody leczenia depresji, ale nie powinna nigdy zastąpić profesjonalnej pomocy psychiatrycznej i psychologicznej.

Jeśli macie swoje przemyślenia na ten temat- podzielicie się proszę w komentarzach!

Namaste

Kamila

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1550830711003429

https://www.liebertpub.com/doi/abs/10.1089/acm.2007.6338

7 lekcji, jakich może udzielić Ci dyskomfort

„Pain is inevitable. Suffering is optional” Haruki Murakami

Znowu chwilę mnie nie było na blogu… Tempo życia i pracy, jakie sobie narzuciłam ostatnimi czasy nie dawało mi przestrzeni na pisanie. Hmm, generalnie nie dawało przestrzeni na wiele innych rzeczy. Od miesiąca ciągle czułam się osłabiona, co chwilę łapałam jakąś infekcję, aż w końcu moje ciało uznało, że zadecyduje za mnie i właśnie leżę chora złożona jakąś wybitnie rzadką odmiana anginy. Nie jest to najprzyjemniejszy stan 😉 Tym bardziej, że planowałam w tym tygodniu jeszcze intensywnie popracować (bo przecież potrzebuję zarobić na szkołę psychoterapii, na naprawę auta, na warsztaty itp.) a później odpocząć w górach swój jedyny wolny weekend.

Zamiast tego leżę z antybiotykiem obserwując empirycznie „Gwiezdne Wojny”, toczące się na moim migdałku. I właśnie dlatego postanowiłam dziś podzielić się wpisem o tym, jak akceptować w życiu dyskomfort. Zarówno ten codzienny, jak i ten ekstremalny, związany z odejściem bliskiej osoby, rozpadem relacji, chorobą. Bo skoro on się już pojawia na Twojej drodze, to zapewne ma w tym jakiś cel.

Czy cierpienie uszlachetnia?

Trudno jest mi się z tym zgodzić. Kiedy sama doświadczałam bólu i strachu związanego ze swoim zdrowiem bynajmniej nie czułam, żeby wspierało to proces mojego „oświecenia”. Raczej zamykało, kurczyło, oddalało od radości życia i sprawiało, że głównym pytaniem w moim życiu było „dlaczego, po co i jak długo jeszcze?”. Jednak z perspektywy czasu zauważam, że właśnie ten czas stał się dla mnie najbardziej rozwojowym momentem . Umiejętność zaakceptowania tego stanu była kamieniem milowym na mojej drodze poznawania siebie. Pamiętam, kiedy po operacji kręgosłupa, która zakończyła się powikłaniami dowiedziałam się, że wygląda na to, że robi mi się bliznowiec. Leżałam sama w zimową noc w szpitalu i myślałam sobie, że serio- nie chcę takiego życia. Życia, w którym mam 24 lata, od miesięcy z bólu nie mogę sama założyć butów, usiąść na krześle, a tu jeszcze mi mówią, że może być jeszcze gorzej. Pamiętam swój bunt i lęk o to, co będzie dalej. I ten moment, kiedy płacząc powiedziałam do siebie „ok, jest jak jest. Inaczej nie będzie na ten czas. Może nie będziesz mogła biegać, ale zawsze możesz pływać”. I to był ten moment, kiedy zebrałam siły i zaczęłam szukać drogi wyjścia. Moment, w którym nauczyłam się doceniać takie życie, jakie mam. I dużej mierze zawdzięczam tamtej nocy to, gdzie teraz jestem.

Dalej nie uważam, że cierpnie nie uszlachetnia. Uszlachetnia nas jednak nasze podejście do niego i to, jak potrafimy sobie z nim radzić. Dlatego warto zauważyć, co może dam przynieść mądre podejście do doświadczanego przez nas dyskomfortu. Mnie nauczył wiele:

Lekcja numer 1 : WDZIĘCZNOŚĆ Nauczyłam cieszyć się z najprostszych rzeczy. Z tego, że wstaję, nic mnie nie boli, mogę iść zarabiać, wyjść na własnych nogach na ten obślizły warszawski deszcz w lutowy poranek 🙂 To jest tylko tyle i AŻ TYLE.

Lekcja numer 2: USTAWIANIE PRIORYTETÓW W tym czasie zrozumiałam, jak ważne jest wsparcie najbliższych. Jak cenne jest to, że ktoś jedzie 1,5 g. podmiejskim autobusem, żeby potrzymać mnie za rękę. Wysyła smsa. Jak ważne są relacje oparte na prawdziwej obecności. Priorytetem jest dla mnie również moje zdrowie- wybieram taką pracę, taki styl życia, który je wspiera, a nie eksploatuje. Priorytetem jest dla mnie życie w zgodzie z tym, co mnie wzmacnia, dodaje energii, rozwija. Korzystać z każdej okazji, która cieszy moje serce. Bo naprawdę nie wiemy, ile mamy czasu na tej planecie.

Lekcja numer 3 : ROZWÓJ DUCHOWY  Kiedy nie mogłam się ruszać- nauczyłam się medytować. Nic innego mi nie pozostało i po lekturze kilku książek stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia 😉 Zrozumiałam też głębiej istotę jogi. Sens uważnej praktyki, pracy nad detalami, obecności. Tego, że pozycję można rozwijać bardzo subtelnie, oddechem, nawet gdy na zewnątrz nie zajdzie żaden fizyczny ruch. Zaczęłam pracować z wyobraźnią, podświadomością i intuicją. Jestem absolutnie pewna, że to była praca, która w głównej mierze dała mi siłę, aby się nie dać i pomogła stanąć na nogi.

Lekcja numer 4 : WEWNĘTRZNA SIŁA 
Tyle wiemy o sobieile nas sprawdzono” napisała Wisława Szymborska. Ludzie, w sytuacjach kryzysowych potrafią w sobie znaleźć zasoby sił, o które nigdy siebie nie podejrzewali. To skarb i kotwica, która nie raz pomogła mi w trudniejszych momentach. Kiedy świat się wywalał myślałam „Hej, jest ciężko, ale zobacz, z czym sobie poradziłaś, co przeszłaś, to też uniesiesz i jak wszystko- to też przeminie”.

Lekcja numer 5 EMPATIA Kiedy pracuję z osobami, które doświadczają bólu, fizycznego i  emocjonalnego jest mi łatwiej pomagać. Because „I’ ve been there, i know that.” Jednocześnie mam prawo z pełnym przekonaniem komuś powiedzieć „wiesz co, z tym można coś zrobić, tylko się nie poddawaj”, bo sama to przeszłam. Odczuwam też głębiej ludzkie emocje, dostrzegam subtelności, jakie pokazuje ciało. Jest mi łatwiej być bliżej drugiego człowieka.

Lekcja numer 6 SZACUNEK DO WŁASNYCH OGRANICZEŃ Choroba pozostawiła na moim ciele ślady, które sprawiają,  że pewne rzeczy są dla mnie niedostępne. Dzisiaj nie buntuje się przeciwko temu. Nie jestem w stanie wszystkiego kontrolować, układać wedle swojej myśli. Nie oznacza to bierności, ponieważ wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie kompletną abstrakcją, dziś mogę robić 🙂 Jednak na to potrzebny był czas i determinacja. Przenoszę to również na życie: jeśli coś kompletnie mi nie idzie mówię sobie „ok, widocznie nie jest to dla Ciebie na ten czas” i szukam innego wyjścia.

Lekcja numer 7: ZAUFANIE Nie jestem zwolenniczką przyjmowania z biernością wszystkiego, co zsyła na nas życie. Jestem przekonana, że robienie w swoim umyśle dramatu, kierowanie pretensji do świata i Boga, uciekanie przed problemem to strata energii. Ufam, że czasami pewne lekcje po prostu muszą się w naszym życiu przytrafić, aby wybić nas ze starych schematów. I to od nas zależy, jak do tych lekcji podejdziemy.

Przez większość swojego życia reagowałam na trudności dokładnie odwrotnie, spalając się, tracąc energię i siły. Z pełną odpowiedzialnością Wam powiedzieć, że odrabiając powyższe lekcje lżej mi się żyje 🙂

Na koniec jeszcze jedna, bardzo ważna uwaga. Pogodzenie z cierpieniem nigdy nie powinno oznaczać zamrożenia, bierności i otępienia. Niektórzy myślą, że człowiek na pewnym stopniu rozwoju powinien niczym się nie przejmować, nie okazywać emocji, tylko obserwować. W moim odczuciu to duży błąd! Nie wolno nie okazywać emocji, które pojawiają się w trakcie trudnych doświadczeń. To jedna z gorszych rzeczy, jakie można zrobić 🙁 Krzyk, złość, płacz, rozpacz, bunt jest zdrowym i naturalnym mechanizmem samoregulacji i usuwania napięcia, kiedy spada na nas coś trudnego. To ważne, aby znaleźć sobie bezpieczną przestrzeń (rodzina, przyjaciele, psycholog, grupa wsparcia) na wyrażenie i pobycie ze WSZYSTKIMI emocjami. Istotne jest to, żeby później z tego czerpać siłę do szukania rozwiązania, a nie pogrążać się w tym emocjonalnym koktajlu.

Życzę Wam dużo akceptacji i sił, wtedy kiedy będziecie ich potrzebować, ale jednocześnie- oby nie za często 🙂

Kamila

ps.na zdjęciu jestem w pozycji Supta Virasana, czyli jednej z najbardziej niewygodnych, jakie zna moje ciało. Kiedyś jej unikałam jak ognia, a dziś wykonuję bardzo chętnie. Dostrzegam, że właśnie to, co powoduje na macie największy dyskomfort, odpowiednio dopasowane przynosi mi największe korzyści. I z czasem potrzebuję coraz mniej wałków 🙂

Zdjęcie @justynatomczakfoto

Stres mieszka w ciele V: kiedy choruje głowa. Depresja.

Nie ma na świecie takiego leku, który nadałby sens życiu S. Kane 

To smutne zdanie bywa dobrze rozumiane przez sporą część ludzi, których codziennie mijasz na ulicy. Szacuje się, że na depresję cierpi kilkanaście procent społeczeństwa i dwukrotnie częściej zapadają na nią kobiety.  Odbiera siłę i chęć do życia, wolę przetrwania, zmienia świat w czarny worek bez dna. Czasami dopada w najmniej spodziewanym momencie życia, a czasami skrada się po chichu i jest jasną odpowiedzią na trudne doświadczenia życiowe. Smutek, apatia i marazm to naturalne etapy naszego życia. Depresja do nich nie należy- jest zaburzeniem psychicznym, wymagającym leczenia na wielu poziomach. W przeciwnym wypadku skutki mogą być bardzo poważne.

Smutek czy depresja? Jak je odróżnić?

  • smutek jest naturalną i zdrową reakcją na ból, trudne doświadczenia życiowe czy emocje.  Depresja to chroniczny stan, utrzymujący się przez dłuższy czas – bliższy poczuciu totalnej bezradności, niemocy, paraliżu.
  • smutek nie oddziaływuje na nasze zobowiązania- możesz być zrozpaczony, po śmierci kogoś bliskiego, ale dajesz radę iść do pracy, wykąpać dziecko, zrobić obiad. W depresji często chorzy nie są w stanie nawet podnieść się z łóżka.

Smutek w naturalny sposób przemija. Kiedy stan apatii, poczucia, że życie nie ma sensu, brak sił do umycia zębów utrzymuje się dłużej niż 2 tygodnie należy poszukać pomocy specjalisty.

Jak rozpoznać depresję?

ICD 10 (Międzynarodowaj Klasyfikacja Chorób) do najczęstszych klinicznych objawów epizodu depresji zalicza :

  • obniżony nastrój- najczęściej już od samego rana odczuwasz apatię, smutek, przygnębienie nieuzasadnione żadnymi konkretnymi czynnikami.
  • utrata zainteresowania zajęciami, które wcześniej przynosiły Ci radość
  • anhedonia, czyli zobojętnienie emocjonalne, kiedy masz poczucie, że cokolwiek się nie dzieje- jest Ci obojętne
  • bardzo niski poziom energii życiowej

Depresji bardzo często towarzyszą inne objawy również w ciele tj.

  • kłopoty ze snem : bezsenność lub bardzo długi sen
  • obniżenie apetytu (częstsze, niż nadmierny)
  • spowolnienie ruchów i wykonywania czynności
  • kłopoty z pamięcią, koncentracją
  • myśli samobójcze
  • obniżona samoocena; brak wiary w swoje możliwości

Jak poznać, że to depresja?

  • objawy występują przez min. 2 tygodnie
  • obserwujesz przynajmniej 2 główne objawy i 2 symptomy fizyczne
  • objawy mogą być też niespecyficzne: kluczem jest tu obserwacja swojego ciała i nastroju (lub bliskiej osoby)
źródło: http://online.synapsis.pl/Depresja-podstawowe-informacje/Przyczyny-etiologia-depresji.html

Skąd bierze się depresja?

Obecnie odchodzi się od obwiniania jednego czynnika, który może wywoływać depresję. W tradycyjnym ujęciu za przyczynę depresji uważa się zaburzenia w działaniu wewnątrzsynaptycznych mediatorów tj. serotoniny i dopaminy. Mocno upraszczając – nasz układ nerwowy nie potrafi prawidłowo wykorzystać hormonów „szczęścia”, które odpowiadają min. za nasze dobre samopoczucie. To tak, jakby budować dom: na ciężarówce leżą cegły, ale nie ma drogi, po której można je przewieźć na plac budowy. Nasze zachowanie i stan psychiczny jest w dużej mierze pochodną koktajlu hormonów i sprawnego działania neuroprzekaźników:

https://brief.pl/biohacking-czyli-o-tym-jak-suplementowac-szczescie-sukces-i-dobre-samopoczucie/

Jednak obecnie dużo bardziej podkreśla się rolę wielu czynników, które sprzyjają wystąpieniu depresji:

  • predyspozycje genetyczne (niektóre odmiany genów (alleli), mogą utrudniać prawidłowe działanie neurotransmiterów)
  • doświadczenia społeczne z okresu dzieciństwa (trudne i długotrwałe wydarzenia w dzieciństwie „przewrażliwiają” układ nerwowy, który nadmiernie reaguje na wydarzenia stresowe)
  • określony typ osobowości, który cechuje pesymizm, krytycyzm, perfekcjonizm, zewnątrzsterowność, niezdolność do wyrażania emocji i tłumienie trudnych uczuć w sobie
  • nadwrażliwość układu nerwowego i hormonalnego na światło słoneczne / jego brak
  • doświadczanie długotrwałego stresu lub nagłego traumatycznego wydarzenia może zdestabilizować mechanizmy regulacji nastroju i emocji w mózgu i sprzyjać powstaniu depresji
  • czynniki hormonalne (menopauza, ciąża)
  • przyjmowanie pewnych leków, które oddziaływują na układ nerwowy; pewne choroby; urazy fizyczne głowy

Dużą uwagę zwraca się dziś na to,że depresja często jest poprzedzona latami doświadczania stresu, który (w nadmiarze) rozregulowuje nasz układ nerwowy, hormonalny i odpornościowy. Trwanie w stanie „walcz lub uciekaj” powoduje stałe wydzielanie kortyzolu, adrenaliny, cytokin prozpalnych. Więcej pisałam o tym w poprzednim wpisie http://streso-terapia.pl/stres-mieszka-w-ciele-ii-choroby-tarczycy-hashimoto-a-stres/ Naczelnym mechanizmem do którego dąży nasz organizm jest równowaga. Kiedy jej braknie odbija się to na każdym poziomie naszego funkcjonowania min.na psychice.

Depresja WYMAGA LECZENIA I OPIEKI SPECJALISTÓW. To nie jest zwykłe przygnębienie. Nie mówcie komuś, żeby wziął się w garść, kiedy ktoś czuje, że nie ma ręki…Nieleczona depresja może mieć fatalne skutki. Ale istnieje wiele sposobów terapii, leczenia. Depresja to nie wyrok. Tylko potrzeba działać i tym, jak to zrobić zajmę się w kolejnym wpisie 🙂

Kamila

źródła:
1.  Rajewska-Rager A., Rybakowski J. Rola stresujących wydarzeń życiowych w patogenezie depresji. Neuropsychiatria i Neuropsychologia 2008; 3, 3–4: 147–152.

2. Godlewska B. R.: Genetyka i psychiatria w praktyce lekarskiej. Psychiatria w Praktyce Ogólnolekarskiej 2007, 7 (2), 97-109.

3. http://online.synapsis.pl/

„Jeśli nie wejdziesz do lasu, to nic ci się nie przydarzy i nigdy nie zaczniesz naprawdę żyć.” Bajka na nadchodzący rok :)

– Nie idź do lasu, nie zapuszczaj się w gęstwinę- ostrzegali
– Dlaczego? Dlaczego nie mogę iść dzisiaj do lasu?- pytała dziewczyna
– Mieszka tam groźny wilk, który pożera takie osóbki, słuchaj dobrych rad, nie idź do lasu, nie zapuszczaj się w gęstwinę

Oczywiście poszła. Poszła mimo przestróg i spotkała tam wilka, tak jak ją ostrzegano.
– A nie mówiliśmy?- zrzędzili
-To moje życie, nie żadna bajka, wy głupcy- odparła dziewczyna. Muszę chodzić do lasu i muszę spotkać wilka, bo inaczej nie zacznę naprawdę żyć!

Ale wilk, którego spotkała, miał łapę we wnykach.
– Pomóż mi, pomóż- skowyczał. Sowicie się za to odwdzięczę. Tak zawsze mówią wilki w bajkach.
– Skąd mam wiedzieć, że mnie nie skrzywdzisz?- spytała. Taka była z kolei jej rola. Skąd mogę wiedzieć, czy mnie nie pożresz i nie rozwleczesz moich kości?
– Złe pytanie- wilk na to. Musisz wierzyć mi na słowo. I znowu zaczął wyć i lamentować:

Ojojoj, ajajaj,
Jest tylko jedno ważne pytanie,
które warto zadać,
piękna dziewczyno,
gdzie jest dusza?

– Dobrze, zaryzykuję. Tak! Rozciągnęła wnyki,wilk wyjął łapę. Przyłożyła na nią zioła i trawy lecznicze, obwiązała.
– Dzięki Ci piękne dziewczę- westchnął wilk, a dziewczyna, która naczytała się wszystkich głupich bajek, krzyknęła: teraz mnie już zabij i niech już będzie po wszystkim!

Nic podobnego się nie stało. Wilk położył jej łapę na ramieniu
-Jestem wilkiem z innego miejsca i czasu-rzekł. I wyrwawszy sobie rzęsę z oka, podał ją dziewczynie, mówiąc – weź to i stań się mądra. Od tej pory zawsze poznasz, kto jest dobry, a kto zły; popatrz tylko moim okiem i zobaczysz to wyraźnie.”

Fragment poematu „The Wolf’s Eyelash C. P. Estes 1970”

Z dedykacją na nadchodzący rok i na życie dla wszystkich – nie bójcie się schodzić z utartych ścieżek, a już na pewno nie słuchajcie ostrzeżeń tych, którzy nigdy nie odważyli się sami wejść do lasu. Słuchajcie za to swojego serca oraz mądrych i odważnych ludzi, którzy nie dają rad, dopóki ich się o to nie prosi. Idźcie przed siebie w zdrowiu, miłości, spokoju i prawdzie.

Aho!

Kamila

Stres mieszka w ciele IV: „Jestem wiecznie zmęczony i nie mam na nic siły…” Wypalenie nadnerczy objawy, przyczyny, leczenie

Poranek. Trudno Ci otworzyć oczy, choć spałeś przepisowe 8 godzin. Fakt, wybudzałeś się nad ranem, ale zdarza Ci się to już od roku, więc przywykłeś. Masz wrażenie, że tylko kawa może Ciebie uratować. I coś słodkiego, koniecznie. Zrywasz się więc z łózka i szybko przytrzymujesz się ściany, bo zakręciło Ci się w głowie. Po drodze do kuchni na grubą piżamę zakładasz sweter- niezależnie od pory roku jest Ci ciągle zimno…Planowałeś pójść na trening, w końcu się wyspałeś i masz wolną sobotę. Jednak ostatnio nawet wejście po schodach jawi Ci się jako ekstremalny wysiłek- brakuje Ci tchu po kilku krokach. Miałeś iść w czwartek do lekarza, ale zapomniałeś. Nastawiłeś sobie przypomnienie w telefonie, ale natarczywe dźwięki i światło tak drażni, że wyłączyłeś alarm, nie sprawdzając o co chodzi. Generalnie od jakiegoś czasu słabo u Ciebie z pamięcią i czasami czujesz się, jakby Twój mózg kompletnie nie nadążał.

Brzmi znajomo? Dla mnie było przez jakiś czas codziennością, gdy wirus EBV dobrał się do mojej tarczycy i zafundował 1,5 roczne kłopoty z Hashimoto i nadnerczami. Miałam wrażenie, jakbym oglądała swoje życie z zewnątrz, w slow-motion… No, ale dzięki temu zgłębiłam niezliczoną ilość literatury medycznej i przetestowałam wiele metod leczenia, czym mogę się z Wami podzielić 😉 A jednym w głównych bohaterów naszego dzisiejszego wpisu będą nadnercza. Jeden z najważniejszych narządów, który utrzymuje w naszym organizmie równowagę. I jeden z najczęściej uszkadzanych w efekcie występowania długotrwałego i/lub ekstremalnego stresu.

Wyczerpanie nadnerczy

O tym, jaką rolę pełnią nadnercza w reakcji stresowej pisałam tutaj: http://streso-terapia.pl/tag/hashimoto/

W skrócie można powiedzieć, że są to dwa małe gruczoły zlokalizowane w górnej części naszych nerek:

https://www.yourhormones.com/adrenal-glands/

Jak już wiemy, kiedy jesteśmy narażeni zbyt długo na stres i nie pozbywamy się na bieżąco jego skutków może dojść do zmęczenia nadnerczy. W medycynie akademickiej nie jest ono traktowane jako jednostka kliniczna, dopóki nie dojdzie do całkowitego załamania funkcjonowania nadnerczy, określanej chorobą Addisona. Choroba Addisona niekoniecznie musi rozwinąć się w pełnej postaci jako efekt długotrwałego stresu, ale może być on jej katalizatorem. Zazwyczaj proces wyczerpania nadnerczy trwa bardzo długo i wiele osób ignoruje delikatne sygnały, jakie daje nam organizm.

Kłopot w tym, że nadnercza są nierozłącznie związane z ogólnym funkcjonowaniem naszego organizmu. Ich zaburzenia implikują lub towarzyszą wielu chorobom autoimmunologicznym, jak Hashimoto, RZS, toczeń, zaburzeniom gospodarki hormonalnej, cukrowej i dysfunkcjom psychicznym jak stany lękowe, depresyjne i nerwicowe. Dlatego nie ma możliwości skutecznego leczenia, jeśli nie dotrzemy do przyczyn, które bardzo często powiązane są właśnie z długoletnią ekspozycją na stres.

Objawy wyczerpania nadnerczy:

*problemy ze wstawaniem, nawet po dobrze przespanej nocy

*szybkie męczenie się i trudności ze zregenerowaniem się np. po treningu

*kłopoty z zasypianiem; wybudzanie się szczególnie ok 4-5 rano

*kryzys energetyczny ok g. 14 , nagłe spadki energii w środku dnia i „przypływ sił” wieczorami

*złe samopoczucie w przerwach między posiłkami, potrzeba jedzenia słodkich lub słonych produktów, stałe odczuwanie głodu

*poczucie „mgły mózgowej”- osłabienie pamięci, spowolnienie myślenia, trudności w koncentracji

*nadmierna drażliwość na dźwięk, światło, zapachy, dotyk

*obniżenie libido, rozregulowanie okresu, nasilenie PMS

*zawroty głowy, niskie cieśninie, nadmierne odczuwanie zimna

*odczuwanie niepokoju, poczucie bezsilności i epizody obniżonego nastroju

*powolne gojenie się ran, siniaków; ciągnące się infekcje i obniżona odporność

Diagnozowanie zmęczenia nadnerczy

Diagnozując kłopoty z nadnerczami powinniśmy zbadać kortyzol, DHEA i min. estradiol, testosteron o poranku, melatoninę i progesteron przed snem.  Niestety w naszych warunkach lekarze bardzo rzadko kierują na takie badania. Dodatkowo badania często mogą wskazywać, że poziom hormonów jest w dolnej granicy normy, ale mimo wszystko czujemy się podle… To tak jak z różnymi kłopotami z kręgosłupem- możesz mieć przepuklinę jak lej po bombie, ale dzięki ćwiczeniom i zmianie stylu życia czuć się znacznie lepiej, niż ktoś z niezłymi wynikami, ale przyrośnięty do fotela.

Pozostaje więc przeprowadzenie testów na własną rękę. W literaturze poświęconej kłopotom z nadnerczami najpopularniejsze są:

Test na zwężenie źrenic :

*w ciemnym pomieszczeniu świecimy latarką w kierunku twarzy (nie wprost na oko) i obserwujemy zachowanie źrenicy (można samemu zrobić test przy pomocy lustra). Normalnie w reakcji na ostre światło źrenica powinna się zwęzić i taka pozostać. Jeśli nadnercza są wyczerpane, to mięśnie oczu nie działają prawidłowo (efekt zaburzenia gospodarki sód- potas) i po chwilowym zwężeniu źrenica znowu zacznie się rozszerzać. Jeśli mamy taki kłopot, to prawdopodobnie będzie nas również mocno drażnić ostre światło np. jarzeniówek lub słońca.

Test ciśnienia:

*kładziemy się na ok 10 min.i staramy się spokojnie oddychać. Mierzymy ciśnienie. Po tym czasie szybko wstajemy do pionu. Jeśli ciśnienie wzrośnie ok 10-20 Hg. to mamy prawidłowy wynik. Jeśli nadercza są słabo reaktywne zamiast wzrostu odnotujemy spadek. Dlatego tak typowe dla kłopotów z nadnerczami są zawroty głowy po zmianie pozycji z leżącej na stojącą.

Test temperatury:

Mierzymy temperaturę 3 x dziennie o tej samej godzinie przez kilka dni. Im większe różnice pomiędzy pomiarami, tym większa szansa, że nadnercza nie pracują prawidłowo.

Test skóry:

Jeśli przejedziecie po skórze jakimś ostrym narzędziem np. wykałaczką powinien pojawić się biały ślad, który szybko przejdzie w czerwoną linię. Jeśli linia pozostaje biała może to świadczyć o kłopotach z nadnerczami. Podobnie jak blada skóra, sinawe usta, rany, które się długo goją i siniaki, które nie znikają.

Leczenie zmęczenia nadnerczy w ujęciu psychologicznym

Jako leczenie konwencjonalne stosuje się:

– uzupełnienie niedoborów ( C i B, potasu, cynku, żelaza i miedzi, magnezu, kwasu pantotenowego i biotyny. ) typowych dla osób, które poddawane są długotrwałemu stresowi

-zioła adaptogenne min. Ashwagandha, traganek (astragalus), lakownica lśniąca (reishi mushroom), dang shen, eleuterokok kolczasty (eleuthero), żeńszen (ginseg), lukrecja gładka (licorice), maca, suma oraz suplementy jak DHEA

– prednison, kortyzon i hydorkortyzon podawane pod kontrolą lekarza w leczeniu choroby Addisona

Ponieważ nie jestem ani lekarką ani zielarką opieram się na tym, co znalazłam w literaturze 😉 Natomiast jako psycholog specjalizujący się w holistycznym leczeniu skutków stresu mogę Was zapewnić, że NIE MA MOŻLIWOŚCI WSPARCIA NADNERCZY BEZ ZLIKWIDOWANIA I/LUB UMIEJĘTNEGO ZARZĄDZANIA POZIOMEM STRESU W SWOIM ŻYCIU. Mimo całej inteligencji naszego autonomicznego układu nerwowego, to MY DECYDUJEMY o tym, jak reagujemy na życiowe sytuacje. Nie jesteśmy marionetką naszego podwzgórza i nadnerczy 😉 Umiejętność radzenia sobie ze stresem to nie jest już jakaś fanaberia, tylko obowiązek współczesnego człowieka, który chce pozostać zdrową istotą. Metod jest mnóstwo:

-joga, medytacja, uważność (mindfulness), ćwiczenia oddechowe (możecie sprawdzić na moim kanale https://www.youtube.com/channel/UCsb_pBN7AMufokAZ8z2OeFw?view_as=subscriber

-dowolna, ale w miarę spokojna forma ruchu; nadnercza nie lubią ekstremalnego wysiłku co wyjaśniałam tu: http://streso-terapia.pl/stres-dlaczego-instruktorki-fitness-bywaja-grube-podejscie-medyczne/

-warsztaty radzenia sobie ze stresem, przeciwdziałania wypaleniu zawodowemu – jeśli macie ochotę wpaść do mnie to zapraszam 🙂 http://streso-terapia.pl/warsztaty-i-wyjazdy/ 

-eliminowanie najbardziej stresujących czynników ze swojego życia i ludzi, którzy ciągną nas w dół (no wiem, wiem… Ale coś na pewno możecie wybrać) 🙂

-słuchanie nagrań z relaksacyjną muzyką, prowadzonych medytacji (kilka przykładów można znaleźć na blogu: http://streso-terapia.pl/nagrania-z-relaksacja/

-słuchanie nagrań z dudnieniami różnicowymi http://streso-terapia.pl/dudnienia-roznicowe-dzwieki-ktorej-zwroca-ci-spokoj-jak-wygrac-z-bezsennoscia-cz-iii/

-praktykowanie wdzięczności http://streso-terapia.pl/przepis-na-szczescie-wdziecznosc/

-odpuszczanie, pozwolenie sobie na bycie wystarczająco dobrym, a nie perfekcyjnym, poddanie się życiu

-codziennie robienie dla siebie czegoś dobrego (pyszna kawa wypita w spokoju, długa kąpiel; co tydzień robienie czegoś wyjątkowo dobrego (może masaż, wizyta u kogoś, kto nas podnosi do góry?); co miesiąc czegoś super dobrego (wyjazd na weekend, wybranie się na wzmacniający nas warsztat?)

Leczenie wypalenia nadnerczy trwa często wiele miesięcy lub lat (ja odczułam poprawę po roku i po wielu zmianach min. diety, ale to już temat na książkę), ale JEST MOŻLIWE.

Trzymam kciuki za Nas i za nasze nadnercza 🙂

Kamila

literatura:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0022399902004294

https://www.nature.com/articles/nrendo.2009.106

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0301051101000928

„Zapalenie tarczycy Hashimoto” Izabella Wentz

Na Święta, Nowy Rok (i nie tylko) od Stresoterapii

Kiedy jestem sam i kiedy jest ktoś obok
Kiedy jest mi trudniej i kiedy jest mi lżej
Kiedy nie mam czegoś, a Ty masz
Kiedy mówisz tym samym językiem co mój i kiedy nie mówisz wcale
Kiedy trudno patrzy mi się na Twoje szczęście i kiedy trudno mi objąć Twój smutek
Kiedy jestem szczęśliwy i kiedy wszystko mnie w środku boli

Kimkolwiek jesteś
Gdziekolwiek jestem
Bez wzlędu na to
życzę Ci dobrze.

ps. Tekst powstał w mojej głowie, kiedy kolega podesłał mi zdjęcia wlepki ze zdaniem „kimkolwiek jesteś, życzę Ci dobrze”. I tak sobie pomyślałam, że to najwyższa forma życzeń.

Choć internet teraz pęka od lukrowanych zdjęć, to życie to nie pudełko marcepanu. I dla niektórych z nas Święta to szczególnie trudny czas… Kiedy mocniej czujesz że kogoś lub czegoś brakuje. To też jest w porządku. Na to też jest miejsce. Ale jeśli uznając swój smutek potrafisz wznieść się ponad to i życzyć drugiemu człowiekowi dobrze, to naprawdę jesteś wielki!
Bądźmy wielcy?ᅡᅠZ góry więcej widać 

Love & Light dla wszystkich na Święta i na życie 


Kamila

Czy pozytywne myślenie może szkodzić?

Czas Świąt to moment, kiedy wielu z nas kupuje na prezent książki. Od lat na szczycie bestsellerów wygrywają poradniki dotyczące tego, jak „zmienić swoje życie w 10 dni”,  a w tydzień uleczyć wszystkie dotychczasowe problemy. Za chwilę też Nowy Rok, a więc czas postanowień, wprowadzania zmian i życzenia sobie, aby „ten rok był lepszy, niż poprzedni.” No dobrze, i ode mnie czasami można usłyszeć, żeby skupiać się na tym, co dobre, a nie szukać problemów 🙂

Pozytywne myślenie jest z pewnością wartościową umiejętnością. Czasami naprawdę potrzebujemy usłyszeć, że „wszystko się ułoży” i pomaga nam to odzyskać na chwilę siłę do dalszej pracy.  Zaakceptować, że trudniejsze chwile są taką samą częścią życia, jak te dobre i iść dalej. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy zamiast skonfrontować się z problemem, uciekamy od niego afirmując do siebie „na pewno sam się rozwiąże/ sam się uzdrowi/ samo przyjdzie”.  Pozytywne afirmacje nie uzdrowią relacji, która umiera w środku. Ani nie sprawią, że pokochasz pracę, której nie znosisz. Również raczej nie zrobisz kontraktu swojego życia, jeśli nie zaczniesz szukać możliwości biznesowych i klientów.

Zdarza mi się usłyszeć od uczniów „Kamila, próbowałem przez to przejść zmieniając swoje nastawienie, ale to nie działa”. I nigdy nie zadziała- jeśli mierzysz się z np. obniżonym nastrojem, będącym początkiem depresji, to masz do czynienia z dysfunkcją działania Twojego mózgu. Tu potrzebne jest profesjonalne wsparcie terapeutyczne, a nie afirmacje. Podobnie, kiedy powtarzamy pakowanie się w nieodpowiednie relacje. Pozytywne myślenie może dać siłę do przepracowania pewnych schematów, które nas tam zapraszają, ale nie zastąpi pracy nas sobą.

W naszej kulturze lubimy mieć rozwiązania ekspresowe, załatwiające w 5 min. tematy, które wymagają pracy przez 5 dni, tygodni czy miesięcy. Boli brzuch od tego, że jesz przetworzone śmieciowe jedzenie? Nie szkodzi, weź tabletkę, zamiast zacząć zmieniać swoje nawyki”. Imprezujesz i wiesz, że będziesz mieć kaca?Spoko, dorzuć sobie pigułkę zanim zaczniesz pić, będzie mniej bolało rano”. Podobne podejście cechuje niekiedy ludzi, kiedy zamiast dotarcia do źródła swoich kłopotów, próbują dostać taki psychologiczny fast-food. A za dużo fast- foodów zawsze kończy się dla nas niedobrze…

No dobrze, a co z wizualizacjami czy treningiem mentalnym, stosowanym przez sportowców? To wspaniałe narzędzia, tylko również nie zastąpią pracy. Żaden sportowiec nie pobił jeszcze rekordu świata od tego, że popijał drinka, wyobrażając sobie wiwatujące tłumy na trybunach. Trening mentalny bazuje na posiadanych już umiejętnościach i wyobrażaniu sobie krok po kroku czynności, jakie będzie wykonywał na zawodach. Podobnie wizualizacje- są ogromnym skarbem dla naszego mózgu, który nie do końca umie odróżnić nasze fantazje od realiów. Uruchamia wówczas podobne działanie układu nerwowego. Dlatego wyobrażając sobie sytuacje stresujące naprawdę odczuwamy niepokój, a myśląc o czymś przyjemnym- radość. Ja również stosowałam wizualizacje, kiedy po operacji kręgosłupa długo nie mogłam normalnie funkcjonować. Wyobrażałam sobie siebie, biegnącą po lesie, ale przez kolejne 1,5 roku przez całe miasto jechałam na rehabilitację i ćwiczyłam dając z siebie 100%.

Jako nauczycielka jogi często obserwuję też tendencję, gdy praktyka jogi i medytacja stają się ucieczką od bycia przy tym, co trudne. Wspaniale jest umieć na chwilę wyłączyć głowę i uspokoić emocje. Jednak po zejściu z maty wracamy do życia. Pozytywne myślenie czy kierowanie się wszechogarniającą miłością może nas również oddalać do prawdy. W życiu istnieją też trudne chwile, jak śmierć, rozstanie, niepowodzenia, choroby, które są elementarną częścią życiorysu. Jeśli uwierzymy, że powinniśmy czuć tylko dobre emocje, zachowywać stoicki spokój wobec tego, co nas boli, to stwarzamy w sobie tylko więcej frustracji, gdy nie dorastamy do tego wzoru.

Ani joga, ani medytacja nie polega na tym, żeby stać się robotem, który nie reaguje na to, co się pojawia. Efektem prawdziwej i uważnej praktyki jogi jest umiejętność obserwacji swoich emocji, pozwalanie im na przepływanie i na odchodzenie. Zrozumienie, że na wszystko jest przestrzeń, również na tą ciemną stronę życia. Wybaczenie jest niezbędne, aby pójść przed siebie bez bagażu żalu i złości, która nas zjada od środka. Ale najpierw powinno mu towarzyszyć świadome poczucie tych wszystkich emocji. Wysyłanie miłości, okazywanie zrozumienia, jeśli jednocześnie czujemy gniew czy smutek, to oszukiwanie samego siebie.

Zatem życzę wszystkim na nadchodzący czas przede wszystkim prawdy, bo to z niej właśnie płynie miłość, która niczego nie oczekuje.

Kamila

Yamy – 5 zasad moralnych jogi, które pomagają mi być lepszym człowiekiem

Mity dotyczące jogi. Spotkałam się z wieloma: „joga to grzech, moja wiara nie pozwala mi ćwiczyć”;  „joga to religia, a ja jestem ateistą”; „po co komu filozofia z Azji, mam swoją, słowiańską” itp. Mimo to coraz więcej osób staje na macie. Pomimo trudności na początku prakytki (What?! Mam cofnąć dolne żebra i unieśc lewą nerkę?!Co oni palą w tych kadzidłach przed zajęciami? ) jakoś wraca na matę 😉 Często dzieje się tak nie tylko z powodu ewidentnych korzyści związanych z mądrą praktyką, jak zmniejszenie bólów kręgosłupa, odczucia rozluźnienia w ciele, unikaniu kontuzji, poprawie sprawności. Powodem bywają również zmiany, jakie zaczynasz dostrzegać w swoim życiu: w jakości relacji z ludżmi, ze światem, ze sobą.

Joga, jaką znamy na Zachodzie, jest wycinkiem tego, z czego wyrasta. W naszej kulturze ogromną uwagę przywiązujemy do wyglądu zewnętrzengo, a umysł mamy tak rozbiegany, że w zasadzie jedynie koncentracja na ciele pozwala nam rozpocząć przygodę z jogą. Jednak asany to jedynie jeden z elementów prawdziwej jogi. W trakcie moich podrózy po Indiach wielokrotnie widziałam starszych joginów z pokaźnym brzchem, którzy potrafili godzinami medytować. I raczej nie wykonaliby przejścia ze stania na rękach do kija przez bekasanę;-)

Hindusi z lekkim politowaniem patrzą na zachodnią wersję jogi, która często sprowadza się do dążenia do jakiegoś fizycznego modelu asany i zdjęć w szpagacie w obcisłych leginsach na Instagramie. Często towarzyszy jej napięcie niczym nieróżniące się od ciśnienia, jakie mamy na co dzień w pracy, czy presji kultury na idelany wygląd. Tymczasem pierwszym poziomem ośmiostopniowej ścieżki jogi Patandżalego wcale nie są asany tylko uniwersalne zasady moralne zwane yamami. Zresztą niewiele odbiegające od zasad, jakie możemy znaleźć w każdej religii. I dopiero kiedy  umiemy je stosować możemy stanąc na macie, praktykując ćwiczenia oddechowe i asany. Oczywiście zdecydowana większość ludzi (tak ja i ja) pierwszą przygodę na macie zaczęła od syczenia z bólu przy rozciąganiu tyłów nóg. Nie ma w tym nic złego. Jednak najdoskonalsza asana nie będzie mieć w sobie ducha jogi, jeśli nie zaczniemy patrzeć na nią przez pryzmat yam.

I tak często się dzieje, że te zasady niepostrzeżenie przenikają do Twojego życia. Odkąd praktykuję jogę coraz wyraźniej widzę, jak bardzo pomagają mi one żyć lepiej. W większym spokoju, zaufaniu, wolności i prawdzie. Dlatego chętnie się dzielę swoim doświadczeniem. Bo ja dużo częściej praktykuję jogę poza matą, kiedy życie sprawia, że niespodziewanie sięgam głową do ziemi 🙂

5 zasad moralnych jogi. YAMY.

  • AHIMSA. Niekrzywdzenie. Dużo osób naturalnie przechodzi na dietę bez mięsa. Zaczyna zwracać uwagę na troskę o przyrodę, środowisko, zwierzęta. Według mnie jednak bycie weganinem wcale nie oznacza, że stsoujesz ahimse.  Szczerze, to wzajemne hejty zwolenników vege kontra paleo nie mają dla mnie nic wspólnego z ahimsą… Ponieważ niekrzywdzenie obejmuje przede wszystkim CIEBIE. Czyli szanujesz swoje ograniczenia w ciele i w głowie. Najpierw nie robisz na siłę asany. Poźniej wychodzisz z relacji, która Ciebie rani. Stawiasz granice. Uczysz się kochać siebie. A dzięki temu prawdziwiej i szczerzej umiesz pokochać innych. Bo nie robisz tego z poczucia winy, obowiązku, strachu tylko wybierasz bycie bliżej, bo tak jest lepiej.

  • SATAJA. Prawda. Agghh. Jakie to bywa trudne na początku… Umieć odważnie powiedzieć prosto w oczy sobie samej, że to nie jest mój scenariusz na życie. Na związek. Na pracę. Odpadaja kolejne warstwy błota, które nam ktoś nawrzucał, bo jemu też powiedzili, że bez błota się nie da-no nie wypada! To przecież jakbyś stał nagi… Ale później jest lżej, a błoto spływa, zanim zdąży zaschnąć 🙂

  • ASTEJA. Niekradzenie. Uczciwość. Brak zazdrości. Nie interesuje mnie, czy ktoś obok zakłada nogę na głowę.Albo ma kaloryfer na brzuchu. Albo wspaniały związek, dzieci, świetnie płatną pracę. To ja jestem swoim własnym punktem odniesienia. Doskonalę się dla samej siebie. Cieszy mnie szczęście innych ludzi, bo wiem, że im więcej dobra i miłości wokół mnie, tym świat staje się lepszy.

  • BRAHMACZARJA. Wstrzemięźliwość. Nie chodzi tylko o jej seksulany aspekt. Oznacza to również pohamowanie ciała, mowy i myśli, tak, aby zachowaną energię wykorzystywać na drodze własnego rozwoju. Bo słowa i myśli mają moc. Potrafią ranić, potrafią wzmacniać. Mniej mówienia, więcej działania. To także powściąganie swojego ciała w praktyce- wybieranie asan, które są dla nas trudne, a nie powtarzanie tylko tego, co dla nas łatwe.

  • APARIGRAHA. Niegromadzenie. W trakcie moich podróży doświadczam, jak niewiele potrzeba mi do życia. Przez wiele tygodni mogę zmieścić całe życie w plecaku. Podobnie w życiu. O ile jest lżej kiedy nie zagracam domu zbędnymi gadżetami, nie kupuję kolejnych leginsów, kosmetyków, nie potrzebuję nowszego samochodu. Dotyczy to także relacji- żegnam te, które mi już nie służą. Na ich miejsce pojawiają się ludzie, którzy pomagają mi wzrastać. Na macie nie chcę już robić nic na siłę, byle więcej i mocniej. Zachłanność w praktyce prowadzi do kontuzji. Zachłanność w posiadaniu w życiu bywa równie niebezpieczna.

Dla mnie joga nie ma nic wspólnego z religią. Moją religią jest wiara w dobro, w miłość, w podążanie ścieżką serca. Można to nazwać Bogiem, chrześcijaństwem, buddyzmem, moralnością,przepływem lub przykazaniami Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Interesuje mnie, jakim jestem człowiekiem i jak przeżywam swoje życie, co ono wnosi dla innych.  Z czym odejdę z tej ziemi. Jak powiedział Dalajlama XIV : Moja religia jest prosta. Nie wymaga kamiennych świątyń, nie wymaga filozoficznych dociekań. Świątynia jest nasz umysł i nasze serce; filozofią – dobroć.

Kamila

zdjęcie Kasia Czajkowska

„Chciałem inaczej, wyszło- jak zawsze”. Czyli dlaczego powtarzamy te same błędy w związkach?

Na pewno to znacie. Bardzo tego nie chcieliście, obiecywaliście sobie, że to już ostatni raz: „znowu trafiłam na synka mamusi”, „kolejny emocjonalny oszołom”, „to była straszna kobieta- bluszcz”, „jakbym widziała swojego ojca”. Przecież tyle raz nam się już to zdarzyło- wiemy, jak to się może skończyć. A jednak uparcie wracamy do tego samego schematu. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego powtarzamy te same błędy w relacjach?

Im mocniej eksploruję świat psychoterapii, uczę się, rozmawiam, doświadczam a (przede wszystkim!)- żyję, tym wyraźniej widzę, że problemy w związkach mają mocny związek z naszym dzieciństwem. Psychologowie i terapeuci są zgodni, że ten okres bardzo mocno warunkuje nasze późniejsze relacje. Dostrzeżenie pakowania się w stare schematy pozwala nam uwolnić się od przeszłości i zwrócić ku prawdziwym, dorosłym związkom.

1. „Jesteś, taka sama, jak Twoja matka!”

Jak napisał Aleksander Lowen: „Dziecko, którego potrzeby nie były zaspokojone wyrasta na potrzebującego dorosłego – czuje, że potrzebuje kogoś, kto trwałby przy nim i żył dla niego”. Oznacza to, że w dorosłym życiu wciąż możemy szukać w partnerach zaspokojenia potrzeb niezrealizowanych w dzieciństwie. Wiązać się z wiecznie kontrolującymi nas facetami (jak tata) albo z nieobecnym i zimnymi kobietami (jak mama). Nieważne, że to prawdopodobnie było i jest dla nas raniące. Nasza nienazwana potrzeba z dzieciństwa może w ten sposób domagać się uleczenia. To jest jednak niemożliwe w relacji, ponieważ nigdy już nie będziemy z powrotem małą dziewczynką albo chłopcem. Trzeba uznać przed samym sobą „to, co było minęło i nie wróci.” Wziąć odpowiedzialność za pracę nad tymi obszarami, które wymagają uwagi i wyjść z kręgu nieustannego powtarzania schematu.

2. „Zrobił ze mnie służącą!”

Zrzucanie winy na partnera to bardzo wygodna strategia. Najczęściej oznacza, że to ja nie potrafię postawić granicy, zadbać o swoje potrzeby. Czyli to nie on ze mnie zrobił służącą, tylko ja dałam mu prawo do zrobienia z siebie służącej. Jeśli mamy wtłoczone do głowy, że relacja oznacza poświęcanie się, to trudno będzie nam stworzyć równy związek, gdzie „śmieci wyrzucają się same.” Dojrzała asertywność to nie zgniły kompromis, ale uznanie tego, że „ja mam prawo prosić, a ty masz prawo odmówić. Ty masz prawo prosić, a ja mam prawo odmówić”. A jeśli proszę lub odmawiam zbyt często, to może jestem z osobą, z którą jest nam nie po drodze

Aleksander Lowen pisał, że punktem wyjścia do takiej postawy jest min. umiejętność sięgania po coś w dzieciństwie. Czy kiedy sięgaliśmy po coś ręką, to spotykało się to z akceptacją ze strony dorosłego? Czy zostawiono nas z poczuciem frustracji i smutku, że „mi się nie należy, nie mam po co wyciągać ręki”?

3. „Lepsze zło znane niż nieznane”

Zmiana to ryzyko. Zaproszenie do wyjścia poza to, co wbudowało się w schemat naszego dotychczasowego postępowania. Dlatego osoby, które wyrosły z rodzinach, gdzie była przemoc, często same wybierają dla siebie podobnych partnerów. Ponieważ nieświadomie poszukują tego, co znane. A to, co znane, jest zazwyczaj bezpieczne. Nieważne, że to taka namiastka bezpieczeństwa, bo przecież trudno o nie, kiedy żyję w lęku. Odtwarzanie roli może być cholernie męczące, ale jednak zapamiętałem dobrze te dialogi, scenografię i kostiumy, więc w pewien sposób jest mi wygodniej, niż uczyć się na nowo.

4. „Tym razem będzie inaczej”

Nasza nieświadoma część wciąż może mieć nadzieję, że zmieni bieg scenariusza z dzieciństwa. Przeżyć niekompletną relację na własnych zasadach, odczarowując przeszłość. Jest to oczywiście niemożliwe. Tą pracę można zrobić jedynie samemu ze sobą, przy wsparciu terapeuty lub inną drogą, która nas przekonuje. Powiedzieć sobie „ok, dzieciństwo było słabe, przykro mi. Ale już tam nie wrócę”. Mamy jednak pełno prawo i autonomię, aby już jako dorosły pożegnać tamten etap i pójść dalej. W innym wypadku za każdym razem będzie trafiać na osoby, które „okażą się znowu takie same”.

5. „Bez Ciebie nie istnieję”

Kiedy nasza potrzeba bliskości, akceptacji i miłości nie była zaspokojona możemy traktować partnera instrumentalnie. Danuta Golec piszę o tym dosadniej, mówiąc że partner przypomina „protezę”, która ma wypełnić to brakujące miejsce. Możemy więc wtłaczać się np. w rolę dziecka, które potrzebuje opieki i wybierać takie osoby, w których dominować będzie postawa opiekuńczości. Albo w rolę wiecznie rozumiejącej mamusi, która ukoi wszystkie smutki partnera (tak jak kiedy będąc dzieckiem pełniliśmy rolę powiernika trosk rodzica). Choć takie związki, mogą być bardzo trwałe, bo dwoje ludzi świetnie odgrywa swój dziecinny teatr, to jednak nie będzie to dojrzała miłość. Nie stworzy się tu żadna przestrzeń na rozwój i zrzucenie masek, a na tym polega dorosłe bycie ze sobą.

Cokolwiek więc dzieje się z naszych relacjach zawsze mówi nam o tym, jaki mamy związek z samym sobą. Nie chodzi o to, aby wiecznie taplać się w traumach z przeszłości, bo życie to nie problem do rozwiązania, ale przygoda do przeżycia 🙂 Jednak prawdziwe uznanie swoich krzywd pozwala tworzyć relacje dające przestrzeń na bycie w prawdzie ze sobą i drugim człowiekiem.

Kamila

ps. Inspirowałam się lekturą książek (poza swoim życiem) 😉  Aleksandra Lowena „Radość” i „Przyjemność” oraz wywiadem z Danutą Golec z książki „Żyj wystarczająco dobrze” Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego

Stres mieszka w ciele III: choroby tarczycy, Hashimoto i stres

Dziś powracam do tematu, o który chyba pytacie mnie najczęściej w kontekście chorób związanych z długotrwałą ekspozycją na stres. Tarczycy. Wydaje się, że to już standard, że kobiety mają niedoczynność albo Hashimoto, czyli autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Oczywiście istnieje szereg przyczyn niezwiązanych z psychiką jak np. czynniki środowiskowe, skażenie środowiska i pokarmu, predyspozycje genetyczne. Jednak większość lekarzy zapisuje pacjentom hormony i mówi „tego się nie da wyleczyć” (tak jak ja usłyszałam i uparłam się, że pewnie się da 😉 ). Tymczasem leczenie chorób związanych z funkcjonowaniem nadnerczy (a choroby tarczycy są z tym niezwykle silnie powiązane) bez zmian trybu życia nie może dać pozytywnych rezultatów. Przypominam, że nie jestem lekarzem i nie doradzam w kwestiach kłopotów z tarczycą. Dzielę się jedynie swoim doświadczeniem oraz wiedzą na temat związku stresu i problemów zdrowotnych.

Dlaczego stres rozregulowuje tarczycę?

1. Wielką trójka: podwzgórze- przysadka- nadnercza a problemy z tarczycą

Podwzgórze to rejon w mózgu, który odpowiada za wydzielanie hormonów w naszym organizmie. Informuje przysadkę mózgową o tym, jak ma zarządzić działaniem wielu organów w naszym ciele np. wątroby, nerek czy właśnie nadnerczy. Nadnercza są to małe gruczoły umiejscowione na nerkach, które produkują adrenalinę, noradrenalinę i dopaminę oraz glikokortykoidy, mineralokortykoidy i androgeny. Nie wchodząc w detale chemiczne te hormony są niezbędne do życia i utrzymania prawidłowej gospodarki hormonalnej. Dlatego wszelkie problemy z funkcjonowaniem osi podwzgórze- przysadka- nadnercza dość wyraźnie implikują kłopoty z tarczycą.

2. Stres i „wielka trójka”

W sytuacji stresu nasz organizm aktywuje podwzgórze, które wyzwala szereg reakcji w organizmie z cyklu „walcz lub uciekaj”. Jeśli faktycznie następuje walka lub ucieczka, a hormony w szybki i fizjologiczny sposób są usunięte z ciała- to wracamy do stanu równowagi. Więcej pisałam o tym tu. Niestety, większość współczesnych ludzi nie walczy ani nie ucieka fizycznie, tylko pozostaje przykutymi do fotela, zagryzając zęby ze złości lub dusząc w sobie emocje. I tu zaczynają się spore kłopoty:

3. Odpowiedź układu hormonalnego na stres:

Podobny obraz
https://briewieselman.com/adrenal-fatigue-part-3-adrenal-fatigue-is-actually-a-brain-problem/

→podwzgórze dostaje informację o zagrożeniu

→wydzielają się hormony aktywujące w rdzeniu nadnerczy produkcję adrenaliny i noradrelaniny

→kora nadnerczy wydziela kortyzol i aldosteron

→adrenalina zwęża naczynia krwionośne, wzrasta ciśnienie krwi, aby większy dopływ krwi i tlenu do mózgu pomógł w przeżyciu

→zwiększa się produkcja glukozy i wzrasta odporność na insulinę, aby szybciej dostarczać paliwo do mięśni

Wygląda niewinnie, co nie?

Ale…

Jeśli taka sytuacja utrzymuje się zbyt długo i za często (przypomnij sobie, ile razy w ciągu dnia stresujesz się np. korkiem, spóźnieniem, sprzeczką z dzieckiem, mailem od szefa itp.) nadnercza nie mają już mocy przerobowych. Nieustannie wydzielają kortyzol i jednocześnie „tracą siłę” do równoważenia jego sekrecji DHEA. DHEA (uwaga trudne słowo: dehydroepiandrosteron) to tzw. hormon młodości najsilniej wydzielany do 20 roku życia. Kortyzol i DHEA to jak słońce i księżyc. Oba potrzebne, ale w odpowiednim czasie i ilości 🙂 DHEA neutralizuje negatywne efekty wydzielania kortyzolu i redukuje skutki stresu. Kiedy nadnercza są już umęczone ciągłą stymulacją może dojść do ich wyczerpania. I tu zaczyna się poważny kłopot (o wyczerpaniu nadnerczy na skutek stresu i konsekwencjach- więcej w kolejnym wpisie)

!!! uwaga: bardzo intensywny i długotrwały wysiłek + niedostateczna regeneracja to prawie pewny wzór na zbyt wysoki poziom kortyzolu. Wszyscy trąbią, że wysiłek i sport jest dobry, ale mało kto uwrażliwia na to, jaki konkretnie powinien on być, aby nie pogłębiać kłopotów z tarczycą.  Więcej na temat czy i dlaczego zbyt intensywny trening może nam szkodzić napisałam w tym wpisie.

4. Zmęczone nadnercza a tarczyca

Kortyzol w nadmiarze zaburza prawidłową pracę tarczycy poprzez blokowanie wydzielania TSH (w dużym skrócie- dokładniej mówiąc utrudnia  T4 przemianą w w aktywny T3). Aby pomóc mięśniom otrzymać zastrzyk energii uwalnia z nich aminokwas- glutaminę, która min. chroni także ścianę jelita i uszczelnia jego barierę. To wyjaśnia, dlaczego często problemom z tarczycą towarzyszą kłopoty z trawieniem, cieknące jelito i zaburzenia wchłaniania. Utrudnia DHEA prowadzenie procesów naprawczych tkanek (dlatego każdy zawodowy sportowiec wie, że bez odpowiedniej regeneracji i odpoczynku nie ma co liczyć na przyrost mięśni czy siły). Nadmiar kortyzolu zmniejsza również odporność, powodując spadek wydzielania IgA- immunoglobulin wspierającym pokonanie wirusów i bakterii. W skrajnym wypadku organizm ma już tak rozregulowany układ immunologiczny, że nie rozróżnia własnych tkanek od cudzych. Niski poziom kortyzolu może nadmiernie eksponować Th-1 (limfocyty), a rezultatem tego jest wzmożona produkcja cytokin prozapalnych. Jednym słowem ciało „głupieje” i zaczyna atakować samo siebie, czyli powoduje choroby autoimmunologiczne jak np. Hashimoto.

W pewnym momencie nadnercza nie mają już nawet siły, aby produkować kortyzol, o jaki prosi przysadka i wtedy dochodzi do ich wyczerpania. Kortyzol jest przesadnie niski, podobnie jak jego odwrotność- DHEA, co całkowicie załamuje funkcjonowanie organizmu. Jak to zauważyć (a raczej się nie da nie zauważyć 🙁 ) i jak sobie pomóc pisałam w artykule: http://streso-terapia.pl/stres-mieszka-w-ciele-iv-jestem-wiecznie-zmeczony-i-nie-mam-na-nic-sily-wypalenie-nadnerczy-objawy-przyczyny-leczenie/

5. Podsumowanie: problem z tarczycą często NIE jest problemem z tarczycą- lecz problemem ze stresem i naszymi emocjami

Lekarze często traktują człowieka jak maszynę, gdzie szwankują poszczególne części. Patrzą na wyniki badań i wypisują syntetyczne hormony tarczycy mówiąc” no to będzie je pani brać już do końca życia”. A pacjenci, mimo początkowej poprawy po podaniu leków, wracają często do złego samopoczucia. Ponieważ ich nadnercza i cały układ hormonalny dalej nie potrafi się samodzielnie wyregulować. Absolutnie nie mówię, że branie leków jest niewskazane. Każdy, kto kiedyś miał kłopoty z tarczycą wie, że jakość życia bez nich jest czasami nie do zniesienia. Jednak to bardzo ważne, żeby dostrzec, że choroby, a w szczególności choroby autoagresywne ,to sygnał, że choruje cały organizm. Dopiero holistyczne spojrzenie na chorobę może przynieść pozytywne rezultaty.

Nie eliminując możliwych źródeł kłopotów z tarczycą, czyli działania „wielkiej trójki” w permanentnym stresie- nie ma możliwości zmniejszenia objawów choroby.

6.Czy choroby tarczycy mogą pochodzić z naszej głowy?

Mogą. Nawet jeśli nie bezpośrednio, to bez wątpienia emocje odgrywają dużą rolę. Psychosomatyczne podejście do kłopotów z tarczycą zauważa, że rejon gardła jest związany z funkcją mówienia- a więc wyrażania swojego zdania, stawiania granic, prawa do sprzeciwu i swobodnej ekspresji. Jeśli Twoje słowa przez długi czas „utykały w gardle”, to może nie bez powodu tam teraz pojawia się problem? Natomiast choroby autoimmunologiczne bywają rezultatem wieloletniego negowania swoich potrzeb, nadmiernego perfekcjonizmu i nie akceptowania swojego ciała i siebie takim, jakim jest. W końcu jak coś Ci się nie podoba, to jest chyba niepotrzebne, prawda?

Z tą refleksją Was zostawiam i mam nadzieję, że pomoże Wam to w znalezieniu drogi do zadbania o swoją tarczycę 🙂

Kamila

ps. zainteresowanym medycznym i dietetycznym ujęciem tematu gorąco polecam bloga i książkę genialnej autorki: Izabelli Wentz oraz kultowy już blog, które są prawdziwą kopalnią rzetelnych informacji o kłopotach z tarczycą i były również dla mnie ogromnym wparciem, kiedy uparłam się samodzielnie wyjśc na prostą z niedoczynności 🙂