Moja joga. 15 lat na macie.

„Człowieka z pasją nie da się kontrolować; to jest niemożliwe. Można kontrolować tylko nieszczęśliwą osobę. Osoba ekstatyczna pozostaje wolna, nie może być zredukowana do roli niewolnika. Nie zniszczą cię tak łatwo; nie nakłonią cię, byś żyła w więzieniu. Chcesz tańczyć pod gwiazdami, iść z wiatrem, rozmawiać ze słońcem i księżycem. Potrzebujesz tego, co rozległe, co nieskończone, co ogromne, olbrzymie. Nikt cię nie skłoni do życia w ciemnej celi. Nie zrobią z ciebie niewolnika. Będziesz żyła własnym życiem i będziesz robiła swoje.”–OSHO


We wrześniu minie 15 lat odkąd stanęłam na macie. Poszłam na pierwsze zajęcia, bo trafiłam na artykuł o jodze i informację, „że nawet najwięksi twardziele z siłowni wymiękają na macie”. Ja, harpagan, ta Która-Zawsze-Daje-Radę” oczywiście musiałam sprawdzić. Faktycznie wymiękłam. 😉 Najbardziej chyba na poziomie umysłu, który cierpiał katausze w ciszy, chwilach bezruchu i dyskomforcie, w którym ktoś kazał Ci trwać i oddychać 😉

Od tego czasu zrobiłam sobie kilka kontuzji kierując się swoim ego. Przez dobre 10 lat uważałam savasanę za stratę czasu, mój umysł przypominał stado małp, byłam często nieuważna i robiłam większość asan w oparach przemocy. Ale coś mnie jednak pchało na matę. Kazało jechać kilkanaście kilometrów na rowerze albo stać pół godziny w korku, żeby zdążyć na zajęcia. Od urodzenia byłam sztywna jak Pal Azji, więc większość asan wykonywałam z wdziękiem kija od szczotki 😉 Po kilku latach takiej bezrefleksyjnej praktyki zmierzyłam się z operacją kręgosłupa, naczyniakiem, cierpieniem, niesprawnością i lękiem. Przez 1,5 roku jedyną asaną, jaka przynosiła mi ulgę była supta padangusthasana (dla niezorientowanych- rozciąganie nogi z paskiem w leżeniu na plechach). I choć było we mnie pełno lęku, stawałam na macie i szukałam nowego miejsca, w którym jest mniej strachu. Aż któregoś dnia, po kilku latach zauważyłam, że ból zniknął. Została natomiast większa uważność, akceptacja swoich ograniczeń, nieporównywanie się do innych i czerpanie radości z samego faktu ruchu. A kiedy jednak ból i lęk wracał, to powoli pojawiało się we mnie zaufanie, że skoro już raz było dobrze, to dlaczego nie mogłoby być znowu? 🙂

Mijały lata, a moja praktyka stawała się coraz bardziej spokojna, refleksyjna i dobra dla samej siebie. Rozstania, choroby, szpitale, odchodzenie bliskich, nowe związki, kilka kilo do przodu i kilka do tyłu, sukcesy i porażki- kręciłam się na życiowej karuzeli, a joga wciąż była obok. Zauważyłam, że jej istota to głównie to, co robię poza matą: jak traktuję inne istoty, jak rozumiem prawdę, dobro i szacunek wobec wszystkiego, co mnie otacza. Czy umiem się nie przywiązywać do tego, co produkuje mój umysł. Czy potrafię zachować otwartość na to, co nieznane. Czy udaje mi się nie oceniać, a obserwować. To, czy dotknę głową do ziemi nabrało zupełnie innego wymiaru. A moje ciało milimetr po milimetrze zaczęło puszczać. Pod plecami pojawiało się coraz mniej wałków, a klocki przestawały być potrzebne. Zaczęłam czuć subtelności: jak mój umysł się uspokaja i koncentruje w pozycjach odwróconych; jak w oczach pojawiają się łzy w wygięciach, kiedy dotykam oddechem serca; jak trudno mi jest wytrwać w skłonach- gdy trzeba pokłonić się życiu, zatrzymać i odpuścić.

Z pasji joga stała się powoli moją ścieżką. Praca z ciałem zaprowadziła mnie do studiowania metody Somatic Experiencing i szukania narzędzi, by pomagać innym głębiej. Odważyłam się odejść z pracy, która poza cyframi na koncie przynosiła mi zaostrzenie problemów zdrowotnych, bezsenność, zmęczenie i przede wszystkim- poczucie bezsensu. Nie mogłam też już dłużej pracować 10 godzin na siedząco- ból był nie do zniesienia. Pierwsze dwa lata szukania swojej drogi zawodowej były bardzo trudne i nie dałabym sobie rady bez pomocy rodziców, którzy wspierali mnie w trakcie zmagań z chorobą. Ale nawet wówczas nie żałowałam tej decyzji. A dziś, kiedy czuję, że to co robię, rodzi DOBRO, czuję się najbogatsza na świecie 🙂

Przede wszystkim, jak mówił cytowany przeze mnie Osho- joga dała mi wewnętrzną WOLNOŚĆ. Dalej płacę podatki, dalej wypatruję miłości, dalej wyniki badań bywają różne, dalej mieszkam w betonowym bloku i dalej mierzę się z naszą codziennością. Ale już się jej nie boję. Pojawiła się jakaś nowa przestrzeń, gdzie zamiast lęku o jutro jest wdzięczność za dziś 🙂 Nie zastanawiam się „a co będzie, a jak nie wyjdzie, a jak się pogorszy, jak nie zdążę, jak będzie za późno. Bla, bla, bla”. Bo, jak mawia jeden z moich nauczycieli „teraz wyciągnij dalej ręce, teraz wzmocnij nogi, teraz sprawdź, co możesz zmienić w asanie”. Bo poza tym, w tej sekundzie, nic innego nie ma znaczenia. Tylko Ty decydujesz, na co przeznaczasz swoją energię. Cokolwiek robisz – bądź w tym. BE. HERE. NOW.

Z serca dziękuję Wam za to, że mogę z Wami się dzielić swoim doświadczeniem. Za to, że przychodzicie na nasze sesje, przyjeżdżacie na warsztaty, obdarzacie mnie zaufaniem. Bo dobro to podobno taki wyjątkowy przypadek, który mnoży się, kiedy się dzieli 🙂 Z ciekawością wypatruję kolejnych 15 lat. Widzę, jak wiele jeszcze nie wiem i jak wiele jeszcze na tej ścieżce do odkrycia 🙂

Namaste <3

Kamila

2 Replies to “Moja joga. 15 lat na macie.”

Zaciekawił Ciebie wpis?Chcesz się czymś podzielić? Pisz śmiało :)