Jak wypleniłam negatywność z mojego życia :)

Niektórym będzie trudno w to uwierzyć, ale jeszcze nie tak dawno byłam jednym z najbardziej czarnowidzących, narzekających i niecierpliwych stworzeń na tej planecie. Często słyszałam od innych „Kama, przestań marudzić”, ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Ok, obiektywnie patrząc na niektóre moje doświadczenia życiowe, miałam prawo domagać się współczucia i uwagi (bo o to wołało właśnie moje marudzenie) . Dziś, bogatsza o doświadczenia i wiedzę psychologiczną widzę wyraźnie, skąd jeszcze taka tendencja się u mnie wzięła. Ale to temat od oddzielny i bardzo osobisty wpis, może przyjdzie na niego kiedyś przestrzeń.

Skupmy się jednak na pozytywach 😀 Bardzo chciałam zmienić swoje nastawienie. Mimo, że dostrzegałam ten mechanizm i nawet rozumiałam- za nic nie mogłam się go pozbyć. Bo zrozumieć, a umieć to zintegrować ze swoją głową i zachowaniem- to dwie różne rzeczy. Pozytywne myślenie nie działało. Dzisiaj, kiedy słyszę od innych, że jestem chodzącym optymizmem i uśmiechem zastanawiam się, kiedy właściwiej nastąpiła ta zmiana? Kiedy po przebudzeniu zaczęłam uśmiechać się do życia? Kiedy przed snem zaczęłam dziękować Bogu (siłom wyższym, wszechświatowi, Absolutowi lub nicości- co tam komu pasuje)? To był proces. To był dzień po dniu mikro zmian. I kilkoro ważnych nauczycieli, którzy przez ostatnie 10 lat (noo, proces, mówię Wam!) uczyli mnie, że można inaczej 🙂

Nauczyciel numer 1 : (najważniejszy) CIAŁO.

O moich perypetiach ze zdrowiem pisałam sporo.
Podsumuję to krótko: Człowieka łatwo uszczęśliwić. Należy zabrać mu to miał i oddać z powrotem. Kiedy miesiącami czy latami towarzyszy Ci permanentny ból, kiedy trafiasz na stół operacyjny, kiedy każda zwyczajna czynność urasta do rangi marzenia i boisz się, czy kiedykolwiek będzie inaczej- to zyskujesz nową perspektywę na to, co nazywasz „problemem”. Kiedy jest mi trudno i smutno często sobie myślę „Hej, Kama, jest temat, ale spójrz- wstałaś rano, masz siłę żyć, możesz pracować i praktykować jogę: to już tak wiele!” Może brzmi to banalnie i infantylnie, ale poważnie – każdy dzień traktuję jak dar. Choroby nauczyły mnie, co jest w życiu ważne. I kiedy milimetr po milimetrze pogłębiam asanę, która była dla mnie zupełną abstrakcją, czuję w sercu ogromną wdzięczność. Wdzięczność za zwyczajność. I nawet, kiedy ciało mi odmawia współpracy, to mam też w sobie pokorą i nadzieję, że będzie lepiej, że to chwilowe. Że to jakiś sygnał od organizmu, który o coś prosi. Bo skoro raz się udało to dlaczego miałoby się nie udać kolejny? 🙂

Nauczyciel numer 2: JOGA.

Och, to temat rzeka. Na blogu są już wpisy, gdzie dzieliłam się dobrem, jakie płynie z jogi min. tu http://streso-terapia.pl/rozciaganie-na-macie-czy-praktyka-jogi-po-czym-poznac-ze-praktykujesz-joge-a-nie-gimnastykujesz-cialo/ Joga jest w moim życiu na macie i poza nią. Wszystko, co robię w asanach, przenoszę do codzienności. Uczę się więc pokory, odpuszczania, szanowana granic, przekraczania ograniczeń, podążania za oddechem. Praktyka jogi jest drogą, a nie celem samym w sobie. Kiedy to rozumienie przeniknęło do mojego życia, zaczęłam ze spokojem obserwować to, co się wydarza. Idę swoją ścieżką, ale też daje sobie przestrzeń na danie kroku w tył, jeśli się pomylę. Joga nauczyła mnie, że jedyny moment jaki istnieje to TERAZ. Jeśli robię trikonasanę, to TA trikonasana jest najważniejszą rzeczą na świecie 🙂 Nie mogę się więc martwić tym, co jest w przyszłości lub tym, co było-to przecież nie istnieje. Jasne, czasami wkręcam się w jakieś rzeczy, ale dość szybko dyscyplinuje mnie wewnętrzny głos i staram się wracać do tu i teraz.

Nauczyciel numer 3: LUDZIE.

Jesteśmy istotami społecznymi. Mamy neurony lustrzane. Mamy swoistą energię, która nas otacza. Jim Rohn –  amerykański pisarz i  mówca motywacyjny powiedział, że „jesteśmy wypadkową sumą 5 osób, z którymi najczęściej przebywamy”. Co czujesz, kiedy wyobrażasz sobie te osoby? Czy ich obecność Ci służy? Jeśli nie- jeśli ściągają Cię w dół, zaśmiecają swoimi katastroficznymi wizjami i marudzeniem to może czas odejść z tego kręgu? Nie możemy i nie mamy prawa oczekiwać od innych, że się zmienią. Ale mamy prawo zadbać o siebie i wziąć odpowiedzialność za to, kto na co dzień ma na nas największy wpływ. Wiem, czasami jest to brutalne, bo są to nasi bliscy. Ale ja dopiero zaczęłam nad sobą pracować, kiedy zakończył się mój wieloletni związek- tak, mój wieczny pesymizm i narzekanie,również były powodem. BTW- współczuję Igorowi, że musiał tego słuchać i jednocześnie pozdrawiam, bo dziś wciąż jest dla mnie jednym z bliższych przyjaciół 😉 Bolało. Ale inaczej się nie da. Jak napisał Jung „Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgną do piekła”. Musiałam pozostać sama ze sobą, żeby to zrozumieć i zmienić. Dzisiaj wybieram siebie, otaczając się ludźmi, którzy patrzą na świat podobnie jak ja i widzą więcej dobra, niż zła.

Nauczyciel numer 4: PODRÓŻE.

O podróżach pisałam ostatnio w tym wpisie: http://streso-terapia.pl/podroze-w-pojedynke-samotnosc-czy-wolnosc/ . Podróże po Azji pokazały mi bezsens narzekania, irytowania się i próby przewidzenia rozwoju wydarzeń. Tłok, upał, kurz, brud i dni spędzone w lokalnych autobusach. Wielogodzinne czekanie. Psujące się i rozklekotane taksówki. Biorę przykład z miejscowych. Zaczynam zabijać czas rozmową, wypijam kolejną słodką herbatę z mlekiem i ze spokojem przyjmuję informację, że odjedziemy „jak się zbiorą ludzie, a zbiorą się- kiedy się zbiorą” 🙂 Sytuacja i tak nie ulegnie zmianie od moich nerwów, a o ile mniej energii człowiek zużywa. I miejscowi ludzie. Dzieci w Nepalu, dla których połamany patyk obwinięty nitką to najlepsza na świecie zabawka. I jedyna, jaką mają. Hinduska dziewczynka, której oddaję swoje bluzki, bo jej koszulka ma więcej dziur niż materiału. A mimo wszystko tyle w nich radości! Pogody ducha w bezzębnych tybetańskich staruszkach, które częstują Ciebie herbatą z masłem, szeroko się uśmiechając. A my, ludzie Zachodu, mamy coraz więcej, ciągle coś trzeba kupić, naprawić, poświęcić czas i energię na rzeczy. Martwimy się ,kiedy nas nie stać, kiedy się psują, kiedy ciągle trzeba o nie dbać. A przecież tylko relacja z drugim człowiekiem ma znaczenie. Mniej rzeczy, więcej ludzi…

Nauczyciel numer 5: DUCHOWOŚĆ.

Dla mnie duchowość to poczucie, że jestem czymś więcej, niż zbieraniną kości i mięśni obleczoną w powięź 😉 Współistnieję jako malutka cząstka wszechświata i każdy atom, jaki mam w sobie, kiedyś był częścią kamienia, dinozaura, innego człowieka. Zaufanie, że wszystko ma swój czas i miejsce. Zaufanie, że dostanę to, co chcę kiedy będę gotowa, a nie kiedy mi się wydaje, że już zasłużyłam. Kiedyś irytowałam się, kiedy coś nie wychodziło. Dzisiaj mówię „ok, widocznie to się dzieje po coś, może dzięki temu uniknęłam jakiegoś większego kłopotu?”. I dostrzegam, że „jak mówię- tak mam” w życiu. Co za ulga nie dokładać sobie zmartwień!

Wiem, że podróż do „pozytywności” to proces. Ale uwielbiam tą ścieżkę, bo dostrzeganie szklanki do połowy pełnej, a nie pustej, czyni moje życie dużo piękniejszym 🙂

ps. zdjęcie autorstawa Kasi Czajkowskiej https://czuleoko.com/ w makijażu Marty Kozioł http://www.martakoziolmakeup.pl/ Przy okazji ta sesja była w kosmicznym upale, w środku puszczy, gryzły nas robale, komary, zaszło słońce, a mnie dopadła alergia. Ale jak widać, pozytywność nas nie opuszczała 🙂

Zaciekawił Ciebie wpis?Chcesz się czymś podzielić? Pisz śmiało :)