Kiedy Twoim życiem rządzi lęk. Jak ciało uczy się bać własnych myśli

To by znaczyło, że tym, czego się boisz najbardziej, jest… strach. To bardzo mądre, Harry.  J.K. Rowling, Więzień z Azbakanu

Każdy z nas doświadczył w swoim życiu lęku. Ciężkich poranków, spoconych dłoni, płytkiego oddechu i tych ciągnących się w nieskończoność nocnych godzin, kiedy w głowie kotłowała się masa myśli, a żołądek zawijał w ciasny supełek. Niektórzy z nas spotykają się z nim na chwilę. Inni mają wrażenie, że potykają się o niego na każdym kroku. A bywa też tak, że lęk nie pozwala nam już wyjść z domu i mamy poczucie, że tak właśnie wygląda koniec. Ale bez względu na to, jak jest nam źle, w przeważającej liczbie przypadków- wciąż żyjemy. Bo nasze ciało ma ogromną mądrość i potencjał. To przekonanie towarzyszy mi od dawna. Jednak odkąd rozpoczęłam szkolenie terapeuty w metodzie Somatic Experiencing zyskałam jeszcze większą pewność, że ma to również uzasadnienie w neurofizjologii i może pomóc bardzo wielu osobom odnaleźć ponownie spokój i radość życia 🙂

Skąd bierze się lęk?

Lęk nie jest chorobą. Odczuwanie lęku nie oznacza, że zwariowałeś. Wszystko jest z Tobą ok. Lęk stanowi naturalną reakcję, która być może kiedyś uratowała nam życie. Kiedy coś zadziało się zbyt szybko, zbyt mocno i zbyt intensywnie. Kiedy nasz układ nerwowy wypracował sobie taki system wczesnego ostrzegania. Kłopot w tym, że ten system ma dość prosty algorytm. Nie ma czasu na długą analizę, czy kłótnia z partnerem, mail od szefa i podwyższone wyniki białych krwinek morfologii to subtelne problemy, czy wielkie zagrożenie. Działa szybko i wydajnie. Uruchamia kaskadę hormonów stresu, odcina racjonalne myślenie. Niestety, najczęściej zupełnie nieadekwatnie do rzeczywistości…


Kiedy mózg się boi, ciało cierpi

W metodzie Somatic Experiencing poświęcamy szczególną uwagę zjawisku lęku, który zawsze sygnalizuje nam coś ważnego. Jeśli wsłuchamy się w sygnały płynące wówczas z ciała możemy zauważyć jak mocno rezonuje on z fizjologią np. ból brzucha, głowy, napięcie mięśni itp. Proces wywoływania lęku w naszym ciele jest związany min. z ciałem migdałowatym, któremu natura dała pierwszeństwo przed logicznym myśleniem, za które odpowiada min. kora mózgowa. Ewolucyjnie na pierwszym planie zawsze było przetrwanie (uciekasz przed mamutem, albo walczysz) nie rozmyślanie (mamutowi wszystko jedno, co sądzisz na jego temat i swoich szans na zbudowanie z nim relacji).

Dlatego też tak trudno nam zarządzać procesem lęku z poziomu myślenia. Przecież dobrze wiemy, że nam to nie służy; rozumiemy skąd się to bierze; może nawet spędziliśmy wiele godzin z terapeutą nad przyglądaniem się traumom z przeszłości. Ale mimo to miewamy momenty, kiedy ponownie wpadamy w błędne koło strachu. Nie jest to najprzyjemniejszy stan, dlatego większość z nas ma liczne strategie pomagające nam uciekać przed takimi myślami np. zajmujemy się czymś innym albo uciekamy w alkohol, kompulsje (uciekać również można w jogę, medytację itp.)


To jednak nie pomaga, bo w naszym układzie nerwowym utrwalamy informację, ślad pamięciowy, że ta myśl=zagrożenie dla życia. Jeśli przed czymś nieustannie uciekamy, to mózg uczy się uruchamiać automatycznie coraz silniejszą reakcję stresową w odpowiedzi na dany bodziec. Finalnie życie w permanentnym lęku może doprowadzić do ataków paniki, gdy układ nerwowy tak wyspecjalizował się w śledzeniu zagrożenia, że ciało reaguje eksplozją lęku, zanim my zdążymy pomyśleć, czy ma on jakiekolwiek uzasadnienie.

To, co może nam pomóc, to ucieleśnienie tego doświadczenia. Odczuwanie i urealnienie danego zjawiska w ciele pomaga nam wypracować nowe wzorce reagowania w układzie nerwowy,

Ucieleśnienie. Jak sobie pomóc.


Dzięki zrozumieniu tego mechanizmu możemy spróbować zatrzymać proces wpadania w wir lęku. Na wczesnym etapie odczuwania dyskomfortu związanego z jakimiś myślami pomocna jest obserwacja reakcji płynących z ciała.
Jeśli czujesz, że Twoja głowa znowu generuje negatywne myśli nie uciekaj. Zatrzymaj się.

  • zaobserwuj czy lęk, który odczuwasz to prawdziwe zagrożenie?
  • rozejrzyj się po swoim otoczeniu, znajdź bezpieczne i wygodne miejsce, usiądź, poczuj bezpieczne oparcie dla ciała (to uspokaja nasz układ nerwowy).Oddychaj.
  • postaraj się zostać z tą myślą (na chwilę, może być to kilkanaście sekund) i zaobserwuj co się dzieje w Twoim ciele
  • możesz teraz odłożyć myśl na zewnątrz swojej głowy, może jest to jakieś miejsce w pokoju lub poza nim, gdzie myśl może poczekać
  • teraz przypomnij sobie pozytywną sytuację, kiedy czułeś się bezpiecznie, dobrze, spokojnie i odczuj wszystkie wrażenia płynące z ciała
  • jeśli jesteś gotowy/gotowa możesz z powrotem przyjrzeć się tej trudnej sytuacji i zaprosić bliżej siebie
  • zaobserwuj, czy coś zmienia się w ciele, kiedy ponownie konfrontujesz się z tą myślą?
  • ponownie zorientuj się gdzie jesteś, rozejrzyj, poczuj osadzenie w swoim ciele


Jeśli nie chcemy być niewolnikami swoich myśli potrzebujemy się nad nimi pochylić. Odebrać im moc cieni czyhających na nas za każdym rogiem. Lęk kryje w sobie potężną siłę. To, czego się tak bardzo boimy i tak mocno nas pogrąża, potrafiłoby nas z równą mocną unieść, tylko konieczne jest zatrzymanie i spojrzenie na niego z ciekawością i życzliwością.

Uzdrawianie lęku


Co ważne, z perspektywy Somatic Experiencing aby poznać i oswoić lęk nie musimy zagłębiać się w przeszłość i analizować z detalami naszych trudnych lub traumatycznych doświadczeń. Skonfrontowanie się ze swoją przeszłością jest niezbędne to rozpoczęcia procesu zmiany. Jednak jeśli spędzamy kilka lat na terapii i rozpamiętywaniu swoich ran, efekt bywa odwrotny od tego, na co liczyliśmy. To, co się stało już się nie zmieni. Zmienić możemy jedynie teraźniejszość, dostrzegając jak przeszłość wpłynęła na nasz sposób działania i myślenia. Nauczyć się zmieniać stare wzorce i odkrywać nową jakość funkcjonowania.

Kiedy nieustannie koncentrujemy się na przeszłych traumatycznych przeżyciach ponownie angażujemy te struktury mózgu, które zapisały tamte wspomnienia jako źródło naszego strachu. To, czemu poświęcasz uwagę rośnie w siłę. W pracy z Somatic Experiencing nie chcemy nieustannie aktywizować tego, co trudne. Skupiamy się na tym, żeby przetransformować wzorce reagowania w naszej codzienności. Bo żyjemy w tu i teraz. Nasz mózg jest plastyczny, układ nerwowy nieustannie potrafi się uczyć i oduczać danych reakcji. Jest to ogromny potencjał, który może nas wesprzeć w wyjściu z błędnego koła lęku. Bardzo często proces ten jest możliwy tylko przy wsparciu życzliwej i uważnej osoby czy terapeuty, który nie obawia się naszego lęku i potrafi stworzyć nam bezpieczną przestrzeń.

Nigdy nie wzniesiesz się ponad to, czemu nie chcesz spojrzeć w oczy.

Anthony de Mello

Kamila

zdjęcie: https://www.facebook.com/justynatomczakphoto/?modal=admin_todo_tour

LENIWA NIEDZIELA Z YIN JOGĄ, JOGĄ NIDRĄ I RELAKSACJĄ 24.02

Zapraszam na spontaniczną leniwą niedzielę w towarzystwie yin jogi, jogi nidry i relaksacji 🙂

Wszyscy, którzy bywają na spotkaniach z yin jogą i nidrą mają teraz niepowtarzalną okazję, żeby doświadczyć jej mocy w podwójnej dawce 🙂 Dodamy do sesji relaksujące techniki oddechowe i elementy automasażu, aby jeszcze pełniej się zregenerować.

Warsztat składa się z dwóch oddzielnych 3 – godzinnych sesji. Można wpaść na jedną lub na dwie:

  1. g.9.00 -12.00 yin joga na klatkę piersiową, barki i odcinek szyjny
  2. g.13- 16 yin joga na biodra, nogi, odcinek lędźwiowy

Koszt jednej sesji to 120 zł.od osoby. Dla tych, którzy zostają na dwie- 220 za całość 🙂

Jest przeznaczony dla osób, które (poza tym, że lubią yin jogę i nidrę 😉 )

*Czują się stale zmęczone i trudno im się skupić
*Towarzyszą im bóle kręgosłupa i mięśni
*Mają kłopoty ze snem i wyciszeniem
*Chciałyby poznać skuteczne techniki uwalniające napięcia z ciała i uspokajania głowy

Czym jest joga powięziowa?

Jest łagodną praktyką jogi, dostępną dla każdego, bez względu na staż na macie. Koncepcja yin jogi inspirowana jest taoistyczną medycyną chińską, wedle której harmonia w naszym ciele i umyśle pochodzi z równowagi pomiędzy Yin i Yang. Yang oznacza to co aktywne, energiczne, szybkie. Yin – bierne, powolne, łagodne. Praca w yin jodze polega na całkowitym odpuszczeniu napięcia mięśniowego i wsłuchaniu się w swoje ciało. W przeciwieństwie do dynamicznych form yogi nie angażujemy do pracy siły mięśni. Dzięki temu docieramy do miejsc, które dotychczas były niedostępne – powięzi, ścięgien, więzadeł a także kości. Ponieważ nasze ciało pamięta emocje lepiej niż nasz świadomy umysł, uwalniamy także niepotrzebne nam więcej odczucia. Odzyskujemy spokój, a ciało – swobodę ruchu i lekkość. Jednocześnie pozycje są komfortowe- używamy dużej ilości koców, poduszek i zawsze szanujemy naszą granicę komfortu.

O yin yodze pisałam na blogu tutaj: http://streso-terapia.pl/yin-yoga-o-potedze-wewnetrznej-ciszy/

Czym jest joga nidra?

Jest prowadzoną medytacją, w warunkach totalnego komfortu: leżymy wygodnie otuleni kocami i podążamy za instrukcjami nauczyciela. Podstawową techniką jest rotacja świadomości, czyli przenoszenie swojej uwagi z poszczególnych części ciała. W klasycznej medytacji umysł pozostaje świadomy a ciało aktywne. W jodze nidrze staramy się uzyskać stan świadomego snu. Nie doświadczamy w niej marzeń sennych lecz stan snu głębokiego. Dzięki temu nasz mózg zaczyna pracować w obszarze fal Delta (0,5-4 Hz).). Fala delta jest najwolniejszą ze wszystkich fal mózgowych typową dla stanu głębokiego snu (Non-rapid eye movement, NREM, SEM). Głęboko regeneruje ciało, sprzyja procesom zdrowienia. Sesja jogi nidry potrafi zastąpić 3 godziny snu. Jest także doskonałą metodą rozpoczęcia swojej przygody z medytacją, ponieważ łatwiej w niej utrzymać koncentrację i nie wymaga pozycji siedzącej. Jest dostępna dla każdego, również osób z poważnymi kontuzjami i ograniczeniami zdrowotnymi.

O jodze nidrze więcej na blogu:http://streso-terapia.pl/joga-nidra-medytacja-dla-kazdego/

Informacje praktyczne:
Pamiętajcie – ubierzcie się w wygodne stroje do praktyki (takie, aby było Wam ciepło w trakcie leżenia). Można zabrać swoją poduszkę, koc i ewentualnie coś do przykrycia oczu. Nie przychodźcie głodni ani mocno najedzeni. Najlepiej zjeść posiłek 2-3 godziny przed sesją.

GDZIE:
CUD GROCHÓW – Studio Rozwoju i Edukacji
Osowska 84a, 04-351 Warszawa

ZAPISY: Proszę o przesłanie maila ze zgłoszeniem na kamila@streso-terapia.pl

Inwestycja w swój spokój: 120 zł.za jedną sesję

Ilość miejsc jest ograniczona- do 12 osób na sesji.

Można zapłacić przelewem na konto z tytułem „Leniwa niedziela 24.02” lub gotówką przed warsztatem.

Stresoterapia Kamila Karpinska
05 1950 0001 2006 0075 1444 0002

Zapraszam ♥
Kamila

zdjęcie http://www.slothville.com/what-is-a-sloth/

„Stracić głowę, aby odzyskać serce.” Dlaczego rozluźnianie głowy jest takie ważne?


Wczorajszy warsztat jogi powięziowej dotyczył obszaru bioder i o tym zamierzałam dziś napisać. Jednak poczułam, że zamiast o biodrach napiszę o…głowie 🙂 Kto bywa na moich sesjach wie, że często powtarzam „puść głowę”, „pozwól głowie się rozluźnić”, „daj głowie oparcie”. Czasami nawet proszę Was, by zrobić to fizycznie. Oprzeć ją na kocu, na wałku. Puścić. Podtrzymać czoło jedną ręką, a drugą położyć na potylicy. Sprawdzić, czy w ogóle potrafimy głowę rozluźnić? Zaobserwować jak się czujemy? Czy potrafimy w ogóle dotknąć swojej głowy? Czy myślimy, że to dziwne, nienormalne czy może kojące i potrzebne? Czujemy niechęć do bycia w kontakcie ze swoją głową? Być może zastanawiacie się, dlaczego, jakie to ma znaczenie?

Ogromne.

Na poziomie fizjologicznym do naszej czaszki przyczepia się wiele taśm powięziowych. Zatem napięcie i ból karku czy samej głowy może pochodzić z pozornie niezwiązanych obszarów ciała. Przykład taśm przechodzących przez różne płaszczyzny ciała jest na rysunku poniżej. Sztywność karku może być zależna od napięć w stopie i odwrotnie.
Nadmierne usztywnienie w okolicy głowy może przejawiać się kłopotami ze wzrokiem, bólem karku, szyi, łopatek, migrenami itp. Dlatego wszystko, co pomaga nam zmniejszyć napięcia mięśniowe w karku, jest dobre: masaż, ciepła kąpiel, odpowiednie asany jogi itp.

źródło: Mayers T. Anatomy Trains

Na poziomie emocjonalnym puszczenie głowy ma dużo głębsze znaczenie. Kiedy jesteśmy maleńkimi dziećmi nie potrafimy samodzielnie utrzymać głowy. Musimy otrzymać OPARCIE: stabilne i (oby) kochające ugruntowanie w postaci dłoni mamy, taty, opiekuna. Matka karmiąc dziecko zawsze daje mu podparcie dla głowy w postaci swojego ciała. Jest to jeden z najbardziej pierwotnych mechanizmów, który kojarzy nam się z poczuciem bezpieczeństwa. Alexander Lowen, twórca psychoterapii pracującej z ciałem, określał to jako pierwsze i najważniejsze „uziemienie”. Na jodze często mówimy „stań świadomie i pewnie na ziemi, poczuj swoje stopy”, odwołując się właśnie do umiejętności czucia stabilnego gruntu pod nogami. Jednak na najgłębszym poziomie pierwsze poczucie uziemienie dokonuje się właśnie poprzez głowę.

Jednak nawet jeśli mieliśmy świadomą i kochającą mamę, która dawała swojemu maleńkiemu dziecku oparcie, to życie często wystawia nas na próby, w których je tracimy. Kiedy spotyka nas cierpienie, ale nie widzimy lub nie mamy możliwości ucieczki, ciało przechodzi w fazę zamrożenia/ odcięcia. Lowen opisywał to jako stan, w którym „muszę wyjść z ciała, muszę przestać czuć, bo inaczej tego nie przeżyję”.

Nie muszą to jednak być bardzo traumatyczne przeżycia. Z perspektywy dziecka każda sytuacja, w której jest karane za wyrażanie swoich uczuć, będzie budować pewien wzorzec napięć w ciele, utrwalający się z wiekiem. Szczególnie istotne jest blokowanie złości, strachu i smutku. Jeśli taki wzorzec się utrwali zaczynamy „żyć w głowie” zamiast „czuć w ciele”. Dlatego im jesteśmy starsi, im więcej za nami doświadczeń, prób życiowych, sytuacji trudnych- tym więcej mamy w ciele napięć, bólów, sztywności. Jeśli jednak mamy tego świadomość, uczymy się wracać do ciała, wyrażać emocje możliwe jest usunięcie/zmniejszenie tego dyskomfortu.

Dlatego wszelkie chwile, kiedy pozwalamy głowie odpocząć, opaść; kiedy dajemy jej stabilne oparcie- są dla nas bezcenne. Często pojawia się smutek, złość, lęk – czyli wszystkie emocje, które na poziomie napięć mięśniowych „zamroziliśmy” wewnątrz swojego ciała. Jedyne, co może nam przynieść ulgę to ich uwolnienie -poprzez płacz lub krzyk. Dla wielu z nas, szczególnie tych, którzy „zawsze sobie radzą” i „nigdy się nie łamią” może być to niemożliwe do przeprowadzenia samodzielnie. Dlatego polecam gorąco wybranie się na warsztaty lub grupy ćwiczeniowe w analizie bioenergetycznej. Sama uczęszczałam i nie sądziłam, że mogę mieć w sobie tak wiele poupychanych emocji…Nie jest to łatwy proces, ale pojawia się ogromna ulga i ciało uzyskuje więcej swobody 🙂

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto wspomnieć „puszczając głowę”. Z poziomu rozwoju osobistego puszczenie głowy może stanowić przełomowy moment. Nasza kultura przyznaje prymat myśleniu, czucie rezerwując dla mięczaków. W szkołach uczymy się budowy osławionego pantofelka, tymczasem nikt nas nie uczy, jak komunikować się z samym sobą i innymi ludźmi. W efekcie bardzo często żyjemy tylko „w głowie” : nie pozwalamy sobie na podejmowanie nieracjonalnych decyzji, kierujemy się tym, co nam wtłoczono do niej jako jedyny słuszny schemat postępowania; rezygnujemy z własnych marzeń i wyborów, aby spełnić społeczne oczekiwania, automatycznie odtwarzamy znane nam role. Tymczasem „wyjście z głowy” i pozwolenie sobie na odczuwanie ciała, na doświadczanie emocji, na ekspresję, to często najprostszy sposób na bycie w „tu i teraz”. Na wprowadzenie zmiany do swojego życia. Żyjemy w ciele i ono nieustannie z nami próbuje z nami rozmawiać. Ale my je zagłuszamy, kiedy boli łykamy tabletkę, bo głowa ma tyle do zrobienia, tyle zaplanowała… Ogarnia nas lęk przed tym, żeby wyjść z myślenia na rzecz czucia. Ale czasami nadchodzi taki moment, gdy wreszcie „tracimy głowę”, odzyskując serce, czyli dostęp do uczuć.

Jeśli interesuje Was, jak można pomóc głowie odpuścić za pomocą prostych ćwiczeń to polecam lekturę artykułów Marzeny Barszcz: https://www.marzenabarszcz.com/uziemienie-glowy-dostep-do-samokojenia/

Tymczasem życzę nam wszystkim spokojnej głowy,którą czasami możemy po prostu puścić 🙂

Kamila

opierałam się na lekturze książek Alexandra Lowena „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” oraz „Bioenergetyka. O tym jak poprzez ciało leczyć problemy umysłu”

Jak uwolnić stres z ciała cz. I. Trauma Release Excercises (TRE®)

„Uwalniamy coś, nie po to, aby zapomnieć lub wybaczyć, lecz po to, aby uwolnić energię przeszłości, odzyskać życie w teraźniejszości – konieczne, by móc wkroczyć w nową przyszłość” Holloway

Jeśli czytacie mojego bloga albo wpadacie do mnie nie zajęcia, to zapewne wiele razy usłyszeliście ode mnie zdanie, że „ciało pamięta emocje, a co w ciele to i w głowie”. Jestem wielką zwolenniczką korzystania w psychoterapii z pracy z ciałem. Obecnie coraz więcej nurtów terapii odchodzi o czystej pracy z głową i zaczyna korzystać z różnych form ruchu, który pomaga pacjentom odzyskać swobodę i spokój. Dlatego w cyklu wpisów „Jak uwolnić stres z ciała” zapraszam Was, do zapoznania się z kilkoma metodami terapii i ruchu, które często przynoszą niespodziewane rezultaty.

O tym, dlaczego i jak nasze ciało jest połączone z emocjami pisałam więcej we wpisie http://streso-terapia.pl/stres-mieszka-w-ciele-i-kiedy-choruje-glowa-choruje-cialo/ oraz w artykule poświęconym jodze powięziowej i roli tkanki łącznej dla naszego samopoczucia http://streso-terapia.pl/emocje-zapisane-w-ciele-jak-usunac-stres-z-ciala-joga-powieziowa/ Dzisiaj przyjrzymy się kolejnej metodzie. Przyznam, że nie ma chyba drugiego tego rodzaju ćwiczeń, które wzbudzają u uczestników tyle fascynacji, co TRE® 🙂

Drżenia neurogeniczne: co to jest i dlaczego to działa?

Wyobraź sobie scenkę rodem z filmu National Geographic: gepard próbuje upolować antylopę. Po szaleńczej ucieczce drapieżnik dopada swój przyszły obiad. Antylopa nieruchomieje, myślimy, że już nie żyje. Kiedy gepard ma już zadać antylopie ostateczny cios pojawia się hiena, która ma ochotę na jego zdobycz. Gepard zostawia więc antylopę i zajmuje się odganianiem hieny. W tym czasie antylopa „ożywa”, a całe ciało zwierzaka wpada w drżenia, zupełnie jakby miała epilepsję. Po pewnym czasie antylopa podnosi się i niewzruszona ucieka. Co się stało? Czy zwierzę było zwyczajnie przestraszone? Ale dlaczego drżenia były tak silne, że wyglądały na atak „antylopiej” padaczki?

Antylopa zaprezentowała najbardziej uzdrawiający mechanizm uwalniania traumatycznego napięcia: drżenia neurogeniczne. Mogliśmy obserwować dwie kluczowe z punktu widzenia przeżywania silnego stresu reakcje: zamrożenie (kiedy udawała martwą) i resetowanie układu nerwowego w naturalny sposób poprzez drżenie. Jeśli ktoś teraz zastanawia się, co ma miotająca się po ziemi antylopa do ludzkiego stresu, to już wyjaśniam 🙂

Organizm ludzki posiada doskonałą zdolność samoregulacji. Małe dzieci nie mają w zwyczaju powstrzymywać emocji: w złości, strachu, przy bardzo silnym płaczu, ekscytacji ich ciałka wpadają w drgania. Dorosłym także zdarza się trząść ze złości, z przerażenia czy w podekscytowaniu. Niestety, wraz z procesem socjalizacji uczeni jesteśmy tłumić te naturalne odruchy. Nie chcemy okazać słabości, za jaką w naszej kulturze uchodzi okazywanie uczuć. Powstrzymujemy biologiczne mechanizmy i tym samym skazujemy się na kumulowanie hormonów stresu w organizmie. Kto ciekaw więcej zajrzyjcie do wpisu : http://streso-terapia.pl/szczepionka-na-stres-czesc-i-wyladuj-sie/ 

Jeśli nie pozwolimy ciału na „wyrzucenie stesu” nadmiar energii pozostaje uwięziony w pętli biologiczno-nerwowo-fizycznej. Napięcie to jest tak duże, że możemy reagować zdecydowanie zbyt gwałtownie na pozornie normalne sytuacje, mieć problemy ze snem czy skupieniem się i kompletnie nie umieć się zrelaksować. Skrajny mechanizm takiego „zapętlenia” obserwujemy w PTSD, czyli Zespole Stresu Pourazowego typowego dla osób, które doświadczyły ekstremalnie trudnych lub długotrwałych stresorów. David Berceli, twórca metody TRE ® sam miał PTSD i współpracując przy leczeniu innych osób zaczął sztucznie wywoływać drżenia neurogeniczne, aby pomóc pacjentom wyjść z koła traumy.

Same drżenia stanowią istotny element psychoterapii metodą A. Lowena, praktyk wschodnich (np. medytacje aktywne Osho). Sam zestaw ćwiczeń opracowany przez Berceliego zawiera również sporo inspiracji jogą czy tai chi.

Dla kogo jest TRE® :

  • dla osób cierpiących na PTSD
  • dla osób żyjących w bardzo dużym stresie na co dzień
  • dla ofiar wypadków, ofiar nadużyć, po bardzo ciężkich przeżyciach osobistych
  • dla osób cierpiących z powodu dużego bólu, napięć w ciele, bezsenności
  • dla osób mających trudność w adekwatnym reagowaniu emocjonalnym na wydarzenia życiowe

Jak ćwiczyć TRE ®?

TRE to zestaw prostych, niewymagających zbyt wielkiego wysiłku ćwiczeń wśród których znajdują się także pozycje wywołujące wibracje. W książce „Zaufaj Ciału” D. Berceliego znajdziecie dokładny opis. Można też wyszukać filmiki np. na YouTube. Choć sama korzystam z tych ćwiczeń (zarówno dla siebie jak i włączam drżenia np. uczestnikom warsztatów) polecam Wam wybrać się na profesjonalne sesje do tzw. TRE ® Providera. Wibracje mogą uwolnić silne reakcje emocjonalne, dlatego jeśli ktoś doświadczył ogromnego stresu lub nadużycia, powinien je stosować w towarzystwie profesjonalnego wsparcia.

Ważne: TRE ® nie jest psychoterapią, tylko metodą pracy z ciałem, które może stanowić jej wspaniałe uzupełnienie.

Co daje TRE ® ?

  • zmniejsza reakcje lękowe
  • redukuje symptomy PTSD
  • pomaga przywrócić spokój
  • obniża napięcie emocjonalne i fizyczne
  • poprawia relacje interpersonalne
  • zmniejsza bóle kręgosłupa i zaburzenia psychosomatyczne
  • na bieżąco wspiera radzenie sobie z trudnymi i długotrwałymi sytuacjami życiowymi

Osobiście bardzo sobie cenię tą metodę – widziałam wielokrotnie, jak pomagała ludziom pozbyć się ogromu napięcia. Wibracje są też dla wielu osób fantastycznym momentem, kiedy puszczamy kontrolę, z czym sporo z nas ma ogromny problem. Ja sama włączam ją często do domowej praktyki jogi lub w chwilach, gdy spotyka mnie coś trudnego.

Kamila

ps. po więcej informacji zajrzyjcie na stronę do wspomnianej książki „Zaufaj Ciału” Berceliego i na stronę http://tre-polska.pl/

Jak joga pomaga leczyć depresję?

Obiecałam wpis o metodach leczenia depresji. Kiedy jednak zaczęłam zagłębiać się w literaturę naukową (nie lubię opierać się tylko na tym, co pamiętam ze studiów lub książek) uznałam, że jest dużo różnych podejść i nurtów. Niewątpliwie są sytuacje, gdy osobom chorującym na depresję należy włączyć leki przeciwdepresyjne. Czasami może być to jedyny sposób, aby odzyskać choć odrobinę jasności w głowie i sił do kontynuowania leczenia. Według mnie nie powinny być one nigdy jedynym środkiem stosowanym w leczeniu depresji. Bardzo ważne jest podjęcie psychoterapii, ponieważ tylko wtedy mamy szansę dotrzeć do podstaw choroby. Nawet jeśli depresja nie jest indukowana przez trudną sytuację życiową, lecz np. przez genetyczną podatność naszego mózgu, psychoterapia daje nam narzędzia, które pomogą nam poradzić sobie w gorszym momencie.

Niestety w naszym fast-foodowym świecie antydepresanty są nadużywane, przepisywane bez faktycznej potrzeby i łykane jak aspiryna. Spotykałam ludzi, którzy brali je latami, jednocześnie nie wykonując żadnej pracy nad chorobą u źródeł. Ponownie podkreślam, że nie jestem przeciwna farmakoterapii (bywa, że ratuje życie kiedy pojawią się np. myśli samobójcze). Jednak poleganie tylko na czynnikach zewnętrznych w leczeniu, odbiera pacjentowi najpotężniejsze narzędzie- wiedzę i wiarę w to, że sam dysponuje zasobami pomagającymi wyjść z choroby albo zmniejszyć jej intensywność.

Jako że nie jestem psychiatrą, nie chciałabym wnikać dłużej w ten temat. Skupię się natomiast na obszarze, w którym poruszam się dużo swobodniej tzn. pracy z ciałem i praktyką jogi 🙂 Sama doświadczyłam wiele razy, jak praktyka jogi może wspierać w najtrudniejszych momentach życia (pisałam o tym min. tu http://streso-terapia.pl/7-lekcji-od-cierpienia-akceptacja-dyskomfortu/  I tak się zresztą często dzieje, że na pierwsze sesje jogi trafiamy, bo szukamy wyciszenia, zatrzymania; bo wszystko już zawiodło i ktoś nam powiedział, że joga dobrze robi na głowę; bo jesteśmy osłabieni, chorujemy, nie mamy siły na rzucanie hantlami i tylko „rozciąganie” zostało. I po niedługim czasie okazuje się, że zamiast rozciągania głowy mamy rozciąganie umysłu 😉 Poszerza się zakres sytuacji, które potrafimy zaakceptować; rośnie przestrzeń naszej strefy komfortu; trudniej nam się zdenerwować i mamy więcej wyrozumiałości dla innych.

Dlaczego joga może pomagać w zaburzeniach nastroju?

  • zwiększa w mózgu ilość kwasu gamma-aminomasłowego (GABA), neuroprzekaźnika o działaniu hamującym w systemie nerwowym.  W 2007 roku w Boston University School of Medicine przeprowadzono legendarny już dziś eksperyment badania wpływu praktyki jogi na poziom GABA w mózgu. Uczestników podzielono na 2 grupy: jedna czytała magazyny a druga ćwiczyła przez godzinę jogę (różne rodzaje). W grupie jogującej poziom GABA wzrósł o niemal 30%. Co ma to wspólnego z leczeniem depresji? Ano to, że osoby cierpiące na zaburzenia nastroju często mają obniżony poziom GABA i jego wzrost sprzyja również poprawie samopoczucia.
  • dla naukowców: pozwala podnieść poziom energii w naturalny sposób. Jeśli dłużej praktykujecie zapewne zauważacie, że niektóre sekwencje dodają nam energii (aktywne vinyasy, mocne skręty, mocne wygięcia), a inne wyciszają (skłony, podparte wygięcia, stabilne pozycje odwrócone). W lekkiej depresji chorzy mają jeszcze siłę na podjęcie umiarkowanej aktywności fizycznej, ale najlepiej aby była ona mądra. Mądra czyli świadoma. Oddziaływanie poszczególnych asan na ciało i umysł nie jest żadną magią, lecz fizjologią. Wzrost energii lub efekt wyciszający jest związany z pobudzaniem lub hamowaniem Autonomicznego Układu Nerwowego, zmianą ciśnienia krwi czy pojemności oddechowej płuc. Zainteresowanym tematem od strony anatomii i nauki polecam lekturę książki „Anatomia Hatha Jogi” H. Davida Coultera 🙂
  • dla mistyków: reguluje przepływ prany w ciele. Pranę jogini rozumieją jako podstawową energię życiową, która  znajduje się w całym wszechświecie,a więc i w naszym organizmie. Według tradycyjnych przekazów zaburzenia w jej przepływie są powodem chorób i złego samopoczucia. Asany mają przygotować ciało do pracy z oddechem (pranayamą) i medytacją, aby pomagać energii krążyć swobodnie i odżywiać wszystkie komórki. Dla tych, do których nie przemawia koncepcja prany, pozostaje niepodważalny naukowo fakt, że od jakości naszego oddechu zależy jakość naszego funkcjonowania i procesy chemiczne zachodzące w mózgu. Osoby w stanie niepokoju, lęku czy własnie depresji mają tendencję do zbyt płytkiego oddychania. Wpływa to na bardzo niski poziom energii życiowej, utrzymuje organizm w stanie ciągłego niedotlenienia i pogłębia poczucie bezsilności i braku sił.
  • uczestnictwo w grupowych sesjach jogi buduje sieć społecznego wsparcia. Jednym z najsmutniejszych obrazów depresji jest niechęć  do utrzymywania kontaktów społecznych, odizolowanie i poczucie  głębokiego osamotnienia. Szkoły jogi często tworzą specyficzne osoby: które sporo przeszły, sporo przepracowały i mają dużo większą empatię dla drugiego człowieka. Kiedy czujemy się mile widziani, nie oceniani mimo naszych niedoskonałości, chętniej wracamy do takich miejsc. A wsparcie społeczne i poczucie przynależności jest jednym z najpotężniejszych „leków” antydepresyjnych
  • zwiększa umiejętność bycia w tu i teraz. Technika zakorzeniania w chwili obecnej jest jedną z podstawowych metod stosowanych w leczeniu zaburzeń lękowych i PTSD (Post Traumatic Stress Disorder). Umożliwia pacjentom zatrzymanie procesu ruminacji, uspokojenie ciała migdałowatego (struktury w mózgu, która odpowiada za uruchomienie
    reakcji walki lub ucieczki), wyciszenie systemu nerwowego i powrót do racjonalnego myślenia. W jodze nie robimy nic innego, jak próbujemy być właśnie obecni. Jeśli odpływasz myślami w jakiejś pozycji balansowej czeka Cię niechybnie gleba 😉 Zresztą na początku praktyki wszystko jest tak abstrakcyjne i często nieprzyjemne fizycznie, że nie da się od tego uciec. I to własnie jest nasz mindfulness
  • uczy szacunku do własnych ograniczeń jednocześnie dając siłę, aby je przełamywać. Depresja to często temat tabu. Sprawia, że czujemy się beznadziejni, gorsi, pozbawieni prawa szacunku dla samego siebie. Na macie zazwyczaj nie możemy zrobić wszystkiego modelowo. Czasami nie możemy zrobić czegoś w ogóle. I to nas uczy, że to jest ok : czegoś nie potrafić. Że doskonałość to iluzja. Że jednego dnia stoisz na głowie, a drugiego się boisz. A z czasem doświadczamy tego, że jakaś pozycja z kategorii „nigdy w życiu/nie dam rady” jest osiągalna. To uczy nasz mózg wytwarzać nowe połączenia, nowe ścieżki myślenia i działania, które depresja zaciera. Daje wiarę, że pomimo trudności zawsze może nadejść moment, gdy będzie lepiej 🙂

Na temat dobra płynącego z praktyki jogi w leczeniu zaburzeń nastroju powstały setki artykułów naukowych. W terapii jogą mamy specjalne sekwencje asan i pranayamy, które pomagają w leczeniu depresji. Ja mogę ręczyć za jej dobroczynne rezultaty swoim własnym przykładem. Nieraz w chwilach najgorszego zwątpienia wyciągałam matę i mam głębokie przekonanie, że to mnie zabierało z powrotem w stronę światła 🙂

Jednocześnie kolejny raz podkreślam, że joga może WSPIERAĆ tradycyjne metody leczenia depresji, ale nie powinna nigdy zastąpić profesjonalnej pomocy psychiatrycznej i psychologicznej.

Jeśli macie swoje przemyślenia na ten temat- podzielicie się proszę w komentarzach!

Namaste

Kamila

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1550830711003429

https://www.liebertpub.com/doi/abs/10.1089/acm.2007.6338

7 lekcji, jakich może udzielić Ci dyskomfort

„Pain is inevitable. Suffering is optional” Haruki Murakami

Znowu chwilę mnie nie było na blogu… Tempo życia i pracy, jakie sobie narzuciłam ostatnimi czasy nie dawało mi przestrzeni na pisanie. Hmm, generalnie nie dawało przestrzeni na wiele innych rzeczy. Od miesiąca ciągle czułam się osłabiona, co chwilę łapałam jakąś infekcję, aż w końcu moje ciało uznało, że zadecyduje za mnie i właśnie leżę chora złożona jakąś wybitnie rzadką odmiana anginy. Nie jest to najprzyjemniejszy stan 😉 Tym bardziej, że planowałam w tym tygodniu jeszcze intensywnie popracować (bo przecież potrzebuję zarobić na szkołę psychoterapii, na naprawę auta, na warsztaty itp.) a później odpocząć w górach swój jedyny wolny weekend.

Zamiast tego leżę z antybiotykiem obserwując empirycznie „Gwiezdne Wojny”, toczące się na moim migdałku. I właśnie dlatego postanowiłam dziś podzielić się wpisem o tym, jak akceptować w życiu dyskomfort. Zarówno ten codzienny, jak i ten ekstremalny, związany z odejściem bliskiej osoby, rozpadem relacji, chorobą. Bo skoro on się już pojawia na Twojej drodze, to zapewne ma w tym jakiś cel.

Czy cierpienie uszlachetnia?

Trudno jest mi się z tym zgodzić. Kiedy sama doświadczałam bólu i strachu związanego ze swoim zdrowiem bynajmniej nie czułam, żeby wspierało to proces mojego „oświecenia”. Raczej zamykało, kurczyło, oddalało od radości życia i sprawiało, że głównym pytaniem w moim życiu było „dlaczego, po co i jak długo jeszcze?”. Jednak z perspektywy czasu zauważam, że właśnie ten czas stał się dla mnie najbardziej rozwojowym momentem . Umiejętność zaakceptowania tego stanu była kamieniem milowym na mojej drodze poznawania siebie. Pamiętam, kiedy po operacji kręgosłupa, która zakończyła się powikłaniami dowiedziałam się, że wygląda na to, że robi mi się bliznowiec. Leżałam sama w zimową noc w szpitalu i myślałam sobie, że serio- nie chcę takiego życia. Życia, w którym mam 24 lata, od miesięcy z bólu nie mogę sama założyć butów, usiąść na krześle, a tu jeszcze mi mówią, że może być jeszcze gorzej. Pamiętam swój bunt i lęk o to, co będzie dalej. I ten moment, kiedy płacząc powiedziałam do siebie „ok, jest jak jest. Inaczej nie będzie na ten czas. Może nie będziesz mogła biegać, ale zawsze możesz pływać”. I to był ten moment, kiedy zebrałam siły i zaczęłam szukać drogi wyjścia. Moment, w którym nauczyłam się doceniać takie życie, jakie mam. I dużej mierze zawdzięczam tamtej nocy to, gdzie teraz jestem.

Dalej nie uważam, że cierpnie nie uszlachetnia. Uszlachetnia nas jednak nasze podejście do niego i to, jak potrafimy sobie z nim radzić. Dlatego warto zauważyć, co może dam przynieść mądre podejście do doświadczanego przez nas dyskomfortu. Mnie nauczył wiele:

Lekcja numer 1 : WDZIĘCZNOŚĆ Nauczyłam cieszyć się z najprostszych rzeczy. Z tego, że wstaję, nic mnie nie boli, mogę iść zarabiać, wyjść na własnych nogach na ten obślizły warszawski deszcz w lutowy poranek 🙂 To jest tylko tyle i AŻ TYLE.

Lekcja numer 2: USTAWIANIE PRIORYTETÓW W tym czasie zrozumiałam, jak ważne jest wsparcie najbliższych. Jak cenne jest to, że ktoś jedzie 1,5 g. podmiejskim autobusem, żeby potrzymać mnie za rękę. Wysyła smsa. Jak ważne są relacje oparte na prawdziwej obecności. Priorytetem jest dla mnie również moje zdrowie- wybieram taką pracę, taki styl życia, który je wspiera, a nie eksploatuje. Priorytetem jest dla mnie życie w zgodzie z tym, co mnie wzmacnia, dodaje energii, rozwija. Korzystać z każdej okazji, która cieszy moje serce. Bo naprawdę nie wiemy, ile mamy czasu na tej planecie.

Lekcja numer 3 : ROZWÓJ DUCHOWY  Kiedy nie mogłam się ruszać- nauczyłam się medytować. Nic innego mi nie pozostało i po lekturze kilku książek stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia 😉 Zrozumiałam też głębiej istotę jogi. Sens uważnej praktyki, pracy nad detalami, obecności. Tego, że pozycję można rozwijać bardzo subtelnie, oddechem, nawet gdy na zewnątrz nie zajdzie żaden fizyczny ruch. Zaczęłam pracować z wyobraźnią, podświadomością i intuicją. Jestem absolutnie pewna, że to była praca, która w głównej mierze dała mi siłę, aby się nie dać i pomogła stanąć na nogi.

Lekcja numer 4 : WEWNĘTRZNA SIŁA 
Tyle wiemy o sobieile nas sprawdzono” napisała Wisława Szymborska. Ludzie, w sytuacjach kryzysowych potrafią w sobie znaleźć zasoby sił, o które nigdy siebie nie podejrzewali. To skarb i kotwica, która nie raz pomogła mi w trudniejszych momentach. Kiedy świat się wywalał myślałam „Hej, jest ciężko, ale zobacz, z czym sobie poradziłaś, co przeszłaś, to też uniesiesz i jak wszystko- to też przeminie”.

Lekcja numer 5 EMPATIA Kiedy pracuję z osobami, które doświadczają bólu, fizycznego i  emocjonalnego jest mi łatwiej pomagać. Because „I’ ve been there, i know that.” Jednocześnie mam prawo z pełnym przekonaniem komuś powiedzieć „wiesz co, z tym można coś zrobić, tylko się nie poddawaj”, bo sama to przeszłam. Odczuwam też głębiej ludzkie emocje, dostrzegam subtelności, jakie pokazuje ciało. Jest mi łatwiej być bliżej drugiego człowieka.

Lekcja numer 6 SZACUNEK DO WŁASNYCH OGRANICZEŃ Choroba pozostawiła na moim ciele ślady, które sprawiają,  że pewne rzeczy są dla mnie niedostępne. Dzisiaj nie buntuje się przeciwko temu. Nie jestem w stanie wszystkiego kontrolować, układać wedle swojej myśli. Nie oznacza to bierności, ponieważ wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie kompletną abstrakcją, dziś mogę robić 🙂 Jednak na to potrzebny był czas i determinacja. Przenoszę to również na życie: jeśli coś kompletnie mi nie idzie mówię sobie „ok, widocznie nie jest to dla Ciebie na ten czas” i szukam innego wyjścia.

Lekcja numer 7: ZAUFANIE Nie jestem zwolenniczką przyjmowania z biernością wszystkiego, co zsyła na nas życie. Jestem przekonana, że robienie w swoim umyśle dramatu, kierowanie pretensji do świata i Boga, uciekanie przed problemem to strata energii. Ufam, że czasami pewne lekcje po prostu muszą się w naszym życiu przytrafić, aby wybić nas ze starych schematów. I to od nas zależy, jak do tych lekcji podejdziemy.

Przez większość swojego życia reagowałam na trudności dokładnie odwrotnie, spalając się, tracąc energię i siły. Z pełną odpowiedzialnością Wam powiedzieć, że odrabiając powyższe lekcje lżej mi się żyje 🙂

Na koniec jeszcze jedna, bardzo ważna uwaga. Pogodzenie z cierpieniem nigdy nie powinno oznaczać zamrożenia, bierności i otępienia. Niektórzy myślą, że człowiek na pewnym stopniu rozwoju powinien niczym się nie przejmować, nie okazywać emocji, tylko obserwować. W moim odczuciu to duży błąd! Nie wolno nie okazywać emocji, które pojawiają się w trakcie trudnych doświadczeń. To jedna z gorszych rzeczy, jakie można zrobić 🙁 Krzyk, złość, płacz, rozpacz, bunt jest zdrowym i naturalnym mechanizmem samoregulacji i usuwania napięcia, kiedy spada na nas coś trudnego. To ważne, aby znaleźć sobie bezpieczną przestrzeń (rodzina, przyjaciele, psycholog, grupa wsparcia) na wyrażenie i pobycie ze WSZYSTKIMI emocjami. Istotne jest to, żeby później z tego czerpać siłę do szukania rozwiązania, a nie pogrążać się w tym emocjonalnym koktajlu.

Życzę Wam dużo akceptacji i sił, wtedy kiedy będziecie ich potrzebować, ale jednocześnie- oby nie za często 🙂

Kamila

ps.na zdjęciu jestem w pozycji Supta Virasana, czyli jednej z najbardziej niewygodnych, jakie zna moje ciało. Kiedyś jej unikałam jak ognia, a dziś wykonuję bardzo chętnie. Dostrzegam, że właśnie to, co powoduje na macie największy dyskomfort, odpowiednio dopasowane przynosi mi największe korzyści. I z czasem potrzebuję coraz mniej wałków 🙂

Zdjęcie @justynatomczakfoto

Stres mieszka w ciele V: kiedy choruje głowa. Depresja.

Nie ma na świecie takiego leku, który nadałby sens życiu S. Kane 

To smutne zdanie bywa dobrze rozumiane przez sporą część ludzi, których codziennie mijasz na ulicy. Szacuje się, że na depresję cierpi kilkanaście procent społeczeństwa i dwukrotnie częściej zapadają na nią kobiety.  Odbiera siłę i chęć do życia, wolę przetrwania, zmienia świat w czarny worek bez dna. Czasami dopada w najmniej spodziewanym momencie życia, a czasami skrada się po chichu i jest jasną odpowiedzią na trudne doświadczenia życiowe. Smutek, apatia i marazm to naturalne etapy naszego życia. Depresja do nich nie należy- jest zaburzeniem psychicznym, wymagającym leczenia na wielu poziomach. W przeciwnym wypadku skutki mogą być bardzo poważne.

Smutek czy depresja? Jak je odróżnić?

  • smutek jest naturalną i zdrową reakcją na ból, trudne doświadczenia życiowe czy emocje.  Depresja to chroniczny stan, utrzymujący się przez dłuższy czas – bliższy poczuciu totalnej bezradności, niemocy, paraliżu.
  • smutek nie oddziaływuje na nasze zobowiązania- możesz być zrozpaczony, po śmierci kogoś bliskiego, ale dajesz radę iść do pracy, wykąpać dziecko, zrobić obiad. W depresji często chorzy nie są w stanie nawet podnieść się z łóżka.

Smutek w naturalny sposób przemija. Kiedy stan apatii, poczucia, że życie nie ma sensu, brak sił do umycia zębów utrzymuje się dłużej niż 2 tygodnie należy poszukać pomocy specjalisty.

Jak rozpoznać depresję?

ICD 10 (Międzynarodowaj Klasyfikacja Chorób) do najczęstszych klinicznych objawów epizodu depresji zalicza :

  • obniżony nastrój- najczęściej już od samego rana odczuwasz apatię, smutek, przygnębienie nieuzasadnione żadnymi konkretnymi czynnikami.
  • utrata zainteresowania zajęciami, które wcześniej przynosiły Ci radość
  • anhedonia, czyli zobojętnienie emocjonalne, kiedy masz poczucie, że cokolwiek się nie dzieje- jest Ci obojętne
  • bardzo niski poziom energii życiowej

Depresji bardzo często towarzyszą inne objawy również w ciele tj.

  • kłopoty ze snem : bezsenność lub bardzo długi sen
  • obniżenie apetytu (częstsze, niż nadmierny)
  • spowolnienie ruchów i wykonywania czynności
  • kłopoty z pamięcią, koncentracją
  • myśli samobójcze
  • obniżona samoocena; brak wiary w swoje możliwości

Jak poznać, że to depresja?

  • objawy występują przez min. 2 tygodnie
  • obserwujesz przynajmniej 2 główne objawy i 2 symptomy fizyczne
  • objawy mogą być też niespecyficzne: kluczem jest tu obserwacja swojego ciała i nastroju (lub bliskiej osoby)
źródło: http://online.synapsis.pl/Depresja-podstawowe-informacje/Przyczyny-etiologia-depresji.html

Skąd bierze się depresja?

Obecnie odchodzi się od obwiniania jednego czynnika, który może wywoływać depresję. W tradycyjnym ujęciu za przyczynę depresji uważa się zaburzenia w działaniu wewnątrzsynaptycznych mediatorów tj. serotoniny i dopaminy. Mocno upraszczając – nasz układ nerwowy nie potrafi prawidłowo wykorzystać hormonów „szczęścia”, które odpowiadają min. za nasze dobre samopoczucie. To tak, jakby budować dom: na ciężarówce leżą cegły, ale nie ma drogi, po której można je przewieźć na plac budowy. Nasze zachowanie i stan psychiczny jest w dużej mierze pochodną koktajlu hormonów i sprawnego działania neuroprzekaźników:

https://brief.pl/biohacking-czyli-o-tym-jak-suplementowac-szczescie-sukces-i-dobre-samopoczucie/

Jednak obecnie dużo bardziej podkreśla się rolę wielu czynników, które sprzyjają wystąpieniu depresji:

  • predyspozycje genetyczne (niektóre odmiany genów (alleli), mogą utrudniać prawidłowe działanie neurotransmiterów)
  • doświadczenia społeczne z okresu dzieciństwa (trudne i długotrwałe wydarzenia w dzieciństwie „przewrażliwiają” układ nerwowy, który nadmiernie reaguje na wydarzenia stresowe)
  • określony typ osobowości, który cechuje pesymizm, krytycyzm, perfekcjonizm, zewnątrzsterowność, niezdolność do wyrażania emocji i tłumienie trudnych uczuć w sobie
  • nadwrażliwość układu nerwowego i hormonalnego na światło słoneczne / jego brak
  • doświadczanie długotrwałego stresu lub nagłego traumatycznego wydarzenia może zdestabilizować mechanizmy regulacji nastroju i emocji w mózgu i sprzyjać powstaniu depresji
  • czynniki hormonalne (menopauza, ciąża)
  • przyjmowanie pewnych leków, które oddziaływują na układ nerwowy; pewne choroby; urazy fizyczne głowy

Dużą uwagę zwraca się dziś na to,że depresja często jest poprzedzona latami doświadczania stresu, który (w nadmiarze) rozregulowuje nasz układ nerwowy, hormonalny i odpornościowy. Trwanie w stanie „walcz lub uciekaj” powoduje stałe wydzielanie kortyzolu, adrenaliny, cytokin prozpalnych. Więcej pisałam o tym w poprzednim wpisie http://streso-terapia.pl/stres-mieszka-w-ciele-ii-choroby-tarczycy-hashimoto-a-stres/ Naczelnym mechanizmem do którego dąży nasz organizm jest równowaga. Kiedy jej braknie odbija się to na każdym poziomie naszego funkcjonowania min.na psychice.

Depresja WYMAGA LECZENIA I OPIEKI SPECJALISTÓW. To nie jest zwykłe przygnębienie. Nie mówcie komuś, żeby wziął się w garść, kiedy ktoś czuje, że nie ma ręki…Nieleczona depresja może mieć fatalne skutki. Ale istnieje wiele sposobów terapii, leczenia. Depresja to nie wyrok. Tylko potrzeba działać i tym, jak to zrobić zajmę się w kolejnym wpisie 🙂

Kamila

źródła:
1.  Rajewska-Rager A., Rybakowski J. Rola stresujących wydarzeń życiowych w patogenezie depresji. Neuropsychiatria i Neuropsychologia 2008; 3, 3–4: 147–152.

2. Godlewska B. R.: Genetyka i psychiatria w praktyce lekarskiej. Psychiatria w Praktyce Ogólnolekarskiej 2007, 7 (2), 97-109.

3. http://online.synapsis.pl/

Stres mieszka w ciele IV: „Jestem wiecznie zmęczony i nie mam na nic siły…” Wypalenie nadnerczy objawy, przyczyny, leczenie

Poranek. Trudno Ci otworzyć oczy, choć spałeś przepisowe 8 godzin. Fakt, wybudzałeś się nad ranem, ale zdarza Ci się to już od roku, więc przywykłeś. Masz wrażenie, że tylko kawa może Ciebie uratować. I coś słodkiego, koniecznie. Zrywasz się więc z łózka i szybko przytrzymujesz się ściany, bo zakręciło Ci się w głowie. Po drodze do kuchni na grubą piżamę zakładasz sweter- niezależnie od pory roku jest Ci ciągle zimno…Planowałeś pójść na trening, w końcu się wyspałeś i masz wolną sobotę. Jednak ostatnio nawet wejście po schodach jawi Ci się jako ekstremalny wysiłek- brakuje Ci tchu po kilku krokach. Miałeś iść w czwartek do lekarza, ale zapomniałeś. Nastawiłeś sobie przypomnienie w telefonie, ale natarczywe dźwięki i światło tak drażni, że wyłączyłeś alarm, nie sprawdzając o co chodzi. Generalnie od jakiegoś czasu słabo u Ciebie z pamięcią i czasami czujesz się, jakby Twój mózg kompletnie nie nadążał.

Brzmi znajomo? Dla mnie było przez jakiś czas codziennością, gdy wirus EBV dobrał się do mojej tarczycy i zafundował 1,5 roczne kłopoty z Hashimoto i nadnerczami. Miałam wrażenie, jakbym oglądała swoje życie z zewnątrz, w slow-motion… No, ale dzięki temu zgłębiłam niezliczoną ilość literatury medycznej i przetestowałam wiele metod leczenia, czym mogę się z Wami podzielić 😉 A jednym w głównych bohaterów naszego dzisiejszego wpisu będą nadnercza. Jeden z najważniejszych narządów, który utrzymuje w naszym organizmie równowagę. I jeden z najczęściej uszkadzanych w efekcie występowania długotrwałego i/lub ekstremalnego stresu.

Wyczerpanie nadnerczy

O tym, jaką rolę pełnią nadnercza w reakcji stresowej pisałam tutaj: http://streso-terapia.pl/tag/hashimoto/

W skrócie można powiedzieć, że są to dwa małe gruczoły zlokalizowane w górnej części naszych nerek:

https://www.yourhormones.com/adrenal-glands/

Jak już wiemy, kiedy jesteśmy narażeni zbyt długo na stres i nie pozbywamy się na bieżąco jego skutków może dojść do zmęczenia nadnerczy. W medycynie akademickiej nie jest ono traktowane jako jednostka kliniczna, dopóki nie dojdzie do całkowitego załamania funkcjonowania nadnerczy, określanej chorobą Addisona. Choroba Addisona niekoniecznie musi rozwinąć się w pełnej postaci jako efekt długotrwałego stresu, ale może być on jej katalizatorem. Zazwyczaj proces wyczerpania nadnerczy trwa bardzo długo i wiele osób ignoruje delikatne sygnały, jakie daje nam organizm.

Kłopot w tym, że nadnercza są nierozłącznie związane z ogólnym funkcjonowaniem naszego organizmu. Ich zaburzenia implikują lub towarzyszą wielu chorobom autoimmunologicznym, jak Hashimoto, RZS, toczeń, zaburzeniom gospodarki hormonalnej, cukrowej i dysfunkcjom psychicznym jak stany lękowe, depresyjne i nerwicowe. Dlatego nie ma możliwości skutecznego leczenia, jeśli nie dotrzemy do przyczyn, które bardzo często powiązane są właśnie z długoletnią ekspozycją na stres.

Objawy wyczerpania nadnerczy:

*problemy ze wstawaniem, nawet po dobrze przespanej nocy

*szybkie męczenie się i trudności ze zregenerowaniem się np. po treningu

*kłopoty z zasypianiem; wybudzanie się szczególnie ok 4-5 rano

*kryzys energetyczny ok g. 14 , nagłe spadki energii w środku dnia i „przypływ sił” wieczorami

*złe samopoczucie w przerwach między posiłkami, potrzeba jedzenia słodkich lub słonych produktów, stałe odczuwanie głodu

*poczucie „mgły mózgowej”- osłabienie pamięci, spowolnienie myślenia, trudności w koncentracji

*nadmierna drażliwość na dźwięk, światło, zapachy, dotyk

*obniżenie libido, rozregulowanie okresu, nasilenie PMS

*zawroty głowy, niskie cieśninie, nadmierne odczuwanie zimna

*odczuwanie niepokoju, poczucie bezsilności i epizody obniżonego nastroju

*powolne gojenie się ran, siniaków; ciągnące się infekcje i obniżona odporność

Diagnozowanie zmęczenia nadnerczy

Diagnozując kłopoty z nadnerczami powinniśmy zbadać kortyzol, DHEA i min. estradiol, testosteron o poranku, melatoninę i progesteron przed snem.  Niestety w naszych warunkach lekarze bardzo rzadko kierują na takie badania. Dodatkowo badania często mogą wskazywać, że poziom hormonów jest w dolnej granicy normy, ale mimo wszystko czujemy się podle… To tak jak z różnymi kłopotami z kręgosłupem- możesz mieć przepuklinę jak lej po bombie, ale dzięki ćwiczeniom i zmianie stylu życia czuć się znacznie lepiej, niż ktoś z niezłymi wynikami, ale przyrośnięty do fotela.

Pozostaje więc przeprowadzenie testów na własną rękę. W literaturze poświęconej kłopotom z nadnerczami najpopularniejsze są:

Test na zwężenie źrenic :

*w ciemnym pomieszczeniu świecimy latarką w kierunku twarzy (nie wprost na oko) i obserwujemy zachowanie źrenicy (można samemu zrobić test przy pomocy lustra). Normalnie w reakcji na ostre światło źrenica powinna się zwęzić i taka pozostać. Jeśli nadnercza są wyczerpane, to mięśnie oczu nie działają prawidłowo (efekt zaburzenia gospodarki sód- potas) i po chwilowym zwężeniu źrenica znowu zacznie się rozszerzać. Jeśli mamy taki kłopot, to prawdopodobnie będzie nas również mocno drażnić ostre światło np. jarzeniówek lub słońca.

Test ciśnienia:

*kładziemy się na ok 10 min.i staramy się spokojnie oddychać. Mierzymy ciśnienie. Po tym czasie szybko wstajemy do pionu. Jeśli ciśnienie wzrośnie ok 10-20 Hg. to mamy prawidłowy wynik. Jeśli nadercza są słabo reaktywne zamiast wzrostu odnotujemy spadek. Dlatego tak typowe dla kłopotów z nadnerczami są zawroty głowy po zmianie pozycji z leżącej na stojącą.

Test temperatury:

Mierzymy temperaturę 3 x dziennie o tej samej godzinie przez kilka dni. Im większe różnice pomiędzy pomiarami, tym większa szansa, że nadnercza nie pracują prawidłowo.

Test skóry:

Jeśli przejedziecie po skórze jakimś ostrym narzędziem np. wykałaczką powinien pojawić się biały ślad, który szybko przejdzie w czerwoną linię. Jeśli linia pozostaje biała może to świadczyć o kłopotach z nadnerczami. Podobnie jak blada skóra, sinawe usta, rany, które się długo goją i siniaki, które nie znikają.

Leczenie zmęczenia nadnerczy w ujęciu psychologicznym

Jako leczenie konwencjonalne stosuje się:

– uzupełnienie niedoborów ( C i B, potasu, cynku, żelaza i miedzi, magnezu, kwasu pantotenowego i biotyny. ) typowych dla osób, które poddawane są długotrwałemu stresowi

-zioła adaptogenne min. Ashwagandha, traganek (astragalus), lakownica lśniąca (reishi mushroom), dang shen, eleuterokok kolczasty (eleuthero), żeńszen (ginseg), lukrecja gładka (licorice), maca, suma oraz suplementy jak DHEA

– prednison, kortyzon i hydorkortyzon podawane pod kontrolą lekarza w leczeniu choroby Addisona

Ponieważ nie jestem ani lekarką ani zielarką opieram się na tym, co znalazłam w literaturze 😉 Natomiast jako psycholog specjalizujący się w holistycznym leczeniu skutków stresu mogę Was zapewnić, że NIE MA MOŻLIWOŚCI WSPARCIA NADNERCZY BEZ ZLIKWIDOWANIA I/LUB UMIEJĘTNEGO ZARZĄDZANIA POZIOMEM STRESU W SWOIM ŻYCIU. Mimo całej inteligencji naszego autonomicznego układu nerwowego, to MY DECYDUJEMY o tym, jak reagujemy na życiowe sytuacje. Nie jesteśmy marionetką naszego podwzgórza i nadnerczy 😉 Umiejętność radzenia sobie ze stresem to nie jest już jakaś fanaberia, tylko obowiązek współczesnego człowieka, który chce pozostać zdrową istotą. Metod jest mnóstwo:

-joga, medytacja, uważność (mindfulness), ćwiczenia oddechowe (możecie sprawdzić na moim kanale https://www.youtube.com/channel/UCsb_pBN7AMufokAZ8z2OeFw?view_as=subscriber

-dowolna, ale w miarę spokojna forma ruchu; nadnercza nie lubią ekstremalnego wysiłku co wyjaśniałam tu: http://streso-terapia.pl/stres-dlaczego-instruktorki-fitness-bywaja-grube-podejscie-medyczne/

-warsztaty radzenia sobie ze stresem, przeciwdziałania wypaleniu zawodowemu – jeśli macie ochotę wpaść do mnie to zapraszam 🙂 http://streso-terapia.pl/warsztaty-i-wyjazdy/ 

-eliminowanie najbardziej stresujących czynników ze swojego życia i ludzi, którzy ciągną nas w dół (no wiem, wiem… Ale coś na pewno możecie wybrać) 🙂

-słuchanie nagrań z relaksacyjną muzyką, prowadzonych medytacji (kilka przykładów można znaleźć na blogu: http://streso-terapia.pl/nagrania-z-relaksacja/

-słuchanie nagrań z dudnieniami różnicowymi http://streso-terapia.pl/dudnienia-roznicowe-dzwieki-ktorej-zwroca-ci-spokoj-jak-wygrac-z-bezsennoscia-cz-iii/

-praktykowanie wdzięczności http://streso-terapia.pl/przepis-na-szczescie-wdziecznosc/

-odpuszczanie, pozwolenie sobie na bycie wystarczająco dobrym, a nie perfekcyjnym, poddanie się życiu

-codziennie robienie dla siebie czegoś dobrego (pyszna kawa wypita w spokoju, długa kąpiel; co tydzień robienie czegoś wyjątkowo dobrego (może masaż, wizyta u kogoś, kto nas podnosi do góry?); co miesiąc czegoś super dobrego (wyjazd na weekend, wybranie się na wzmacniający nas warsztat?)

Leczenie wypalenia nadnerczy trwa często wiele miesięcy lub lat (ja odczułam poprawę po roku i po wielu zmianach min. diety, ale to już temat na książkę), ale JEST MOŻLIWE.

Trzymam kciuki za Nas i za nasze nadnercza 🙂

Kamila

literatura:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0022399902004294

https://www.nature.com/articles/nrendo.2009.106

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0301051101000928

„Zapalenie tarczycy Hashimoto” Izabella Wentz

Stres mieszka w ciele III: choroby tarczycy, Hashimoto i stres

Dziś powracam do tematu, o który chyba pytacie mnie najczęściej w kontekście chorób związanych z długotrwałą ekspozycją na stres. Tarczycy. Wydaje się, że to już standard, że kobiety mają niedoczynność albo Hashimoto, czyli autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Oczywiście istnieje szereg przyczyn niezwiązanych z psychiką jak np. czynniki środowiskowe, skażenie środowiska i pokarmu, predyspozycje genetyczne. Jednak większość lekarzy zapisuje pacjentom hormony i mówi „tego się nie da wyleczyć” (tak jak ja usłyszałam i uparłam się, że pewnie się da 😉 ). Tymczasem leczenie chorób związanych z funkcjonowaniem nadnerczy (a choroby tarczycy są z tym niezwykle silnie powiązane) bez zmian trybu życia nie może dać pozytywnych rezultatów. Przypominam, że nie jestem lekarzem i nie doradzam w kwestiach kłopotów z tarczycą. Dzielę się jedynie swoim doświadczeniem oraz wiedzą na temat związku stresu i problemów zdrowotnych.

Dlaczego stres rozregulowuje tarczycę?

1. Wielką trójka: podwzgórze- przysadka- nadnercza a problemy z tarczycą

Podwzgórze to rejon w mózgu, który odpowiada za wydzielanie hormonów w naszym organizmie. Informuje przysadkę mózgową o tym, jak ma zarządzić działaniem wielu organów w naszym ciele np. wątroby, nerek czy właśnie nadnerczy. Nadnercza są to małe gruczoły umiejscowione na nerkach, które produkują adrenalinę, noradrenalinę i dopaminę oraz glikokortykoidy, mineralokortykoidy i androgeny. Nie wchodząc w detale chemiczne te hormony są niezbędne do życia i utrzymania prawidłowej gospodarki hormonalnej. Dlatego wszelkie problemy z funkcjonowaniem osi podwzgórze- przysadka- nadnercza dość wyraźnie implikują kłopoty z tarczycą.

2. Stres i „wielka trójka”

W sytuacji stresu nasz organizm aktywuje podwzgórze, które wyzwala szereg reakcji w organizmie z cyklu „walcz lub uciekaj”. Jeśli faktycznie następuje walka lub ucieczka, a hormony w szybki i fizjologiczny sposób są usunięte z ciała- to wracamy do stanu równowagi. Więcej pisałam o tym tu. Niestety, większość współczesnych ludzi nie walczy ani nie ucieka fizycznie, tylko pozostaje przykutymi do fotela, zagryzając zęby ze złości lub dusząc w sobie emocje. I tu zaczynają się spore kłopoty:

3. Odpowiedź układu hormonalnego na stres:

Podobny obraz
https://briewieselman.com/adrenal-fatigue-part-3-adrenal-fatigue-is-actually-a-brain-problem/

→podwzgórze dostaje informację o zagrożeniu

→wydzielają się hormony aktywujące w rdzeniu nadnerczy produkcję adrenaliny i noradrelaniny

→kora nadnerczy wydziela kortyzol i aldosteron

→adrenalina zwęża naczynia krwionośne, wzrasta ciśnienie krwi, aby większy dopływ krwi i tlenu do mózgu pomógł w przeżyciu

→zwiększa się produkcja glukozy i wzrasta odporność na insulinę, aby szybciej dostarczać paliwo do mięśni

Wygląda niewinnie, co nie?

Ale…

Jeśli taka sytuacja utrzymuje się zbyt długo i za często (przypomnij sobie, ile razy w ciągu dnia stresujesz się np. korkiem, spóźnieniem, sprzeczką z dzieckiem, mailem od szefa itp.) nadnercza nie mają już mocy przerobowych. Nieustannie wydzielają kortyzol i jednocześnie „tracą siłę” do równoważenia jego sekrecji DHEA. DHEA (uwaga trudne słowo: dehydroepiandrosteron) to tzw. hormon młodości najsilniej wydzielany do 20 roku życia. Kortyzol i DHEA to jak słońce i księżyc. Oba potrzebne, ale w odpowiednim czasie i ilości 🙂 DHEA neutralizuje negatywne efekty wydzielania kortyzolu i redukuje skutki stresu. Kiedy nadnercza są już umęczone ciągłą stymulacją może dojść do ich wyczerpania. I tu zaczyna się poważny kłopot (o wyczerpaniu nadnerczy na skutek stresu i konsekwencjach- więcej w kolejnym wpisie)

!!! uwaga: bardzo intensywny i długotrwały wysiłek + niedostateczna regeneracja to prawie pewny wzór na zbyt wysoki poziom kortyzolu. Wszyscy trąbią, że wysiłek i sport jest dobry, ale mało kto uwrażliwia na to, jaki konkretnie powinien on być, aby nie pogłębiać kłopotów z tarczycą.  Więcej na temat czy i dlaczego zbyt intensywny trening może nam szkodzić napisałam w tym wpisie.

4. Zmęczone nadnercza a tarczyca

Kortyzol w nadmiarze zaburza prawidłową pracę tarczycy poprzez blokowanie wydzielania TSH (w dużym skrócie- dokładniej mówiąc utrudnia  T4 przemianą w w aktywny T3). Aby pomóc mięśniom otrzymać zastrzyk energii uwalnia z nich aminokwas- glutaminę, która min. chroni także ścianę jelita i uszczelnia jego barierę. To wyjaśnia, dlaczego często problemom z tarczycą towarzyszą kłopoty z trawieniem, cieknące jelito i zaburzenia wchłaniania. Utrudnia DHEA prowadzenie procesów naprawczych tkanek (dlatego każdy zawodowy sportowiec wie, że bez odpowiedniej regeneracji i odpoczynku nie ma co liczyć na przyrost mięśni czy siły). Nadmiar kortyzolu zmniejsza również odporność, powodując spadek wydzielania IgA- immunoglobulin wspierającym pokonanie wirusów i bakterii. W skrajnym wypadku organizm ma już tak rozregulowany układ immunologiczny, że nie rozróżnia własnych tkanek od cudzych. Niski poziom kortyzolu może nadmiernie eksponować Th-1 (limfocyty), a rezultatem tego jest wzmożona produkcja cytokin prozapalnych. Jednym słowem ciało „głupieje” i zaczyna atakować samo siebie, czyli powoduje choroby autoimmunologiczne jak np. Hashimoto.

W pewnym momencie nadnercza nie mają już nawet siły, aby produkować kortyzol, o jaki prosi przysadka i wtedy dochodzi do ich wyczerpania. Kortyzol jest przesadnie niski, podobnie jak jego odwrotność- DHEA, co całkowicie załamuje funkcjonowanie organizmu. Jak to zauważyć (a raczej się nie da nie zauważyć 🙁 ) i jak sobie pomóc pisałam w artykule: http://streso-terapia.pl/stres-mieszka-w-ciele-iv-jestem-wiecznie-zmeczony-i-nie-mam-na-nic-sily-wypalenie-nadnerczy-objawy-przyczyny-leczenie/

5. Podsumowanie: problem z tarczycą często NIE jest problemem z tarczycą- lecz problemem ze stresem i naszymi emocjami

Lekarze często traktują człowieka jak maszynę, gdzie szwankują poszczególne części. Patrzą na wyniki badań i wypisują syntetyczne hormony tarczycy mówiąc” no to będzie je pani brać już do końca życia”. A pacjenci, mimo początkowej poprawy po podaniu leków, wracają często do złego samopoczucia. Ponieważ ich nadnercza i cały układ hormonalny dalej nie potrafi się samodzielnie wyregulować. Absolutnie nie mówię, że branie leków jest niewskazane. Każdy, kto kiedyś miał kłopoty z tarczycą wie, że jakość życia bez nich jest czasami nie do zniesienia. Jednak to bardzo ważne, żeby dostrzec, że choroby, a w szczególności choroby autoagresywne ,to sygnał, że choruje cały organizm. Dopiero holistyczne spojrzenie na chorobę może przynieść pozytywne rezultaty.

Nie eliminując możliwych źródeł kłopotów z tarczycą, czyli działania „wielkiej trójki” w permanentnym stresie- nie ma możliwości zmniejszenia objawów choroby.

6.Czy choroby tarczycy mogą pochodzić z naszej głowy?

Mogą. Nawet jeśli nie bezpośrednio, to bez wątpienia emocje odgrywają dużą rolę. Psychosomatyczne podejście do kłopotów z tarczycą zauważa, że rejon gardła jest związany z funkcją mówienia- a więc wyrażania swojego zdania, stawiania granic, prawa do sprzeciwu i swobodnej ekspresji. Jeśli Twoje słowa przez długi czas „utykały w gardle”, to może nie bez powodu tam teraz pojawia się problem? Natomiast choroby autoimmunologiczne bywają rezultatem wieloletniego negowania swoich potrzeb, nadmiernego perfekcjonizmu i nie akceptowania swojego ciała i siebie takim, jakim jest. W końcu jak coś Ci się nie podoba, to jest chyba niepotrzebne, prawda?

Z tą refleksją Was zostawiam i mam nadzieję, że pomoże Wam to w znalezieniu drogi do zadbania o swoją tarczycę 🙂

Kamila

ps. zainteresowanym medycznym i dietetycznym ujęciem tematu gorąco polecam bloga i książkę genialnej autorki: Izabelli Wentz oraz kultowy już blog, które są prawdziwą kopalnią rzetelnych informacji o kłopotach z tarczycą i były również dla mnie ogromnym wparciem, kiedy uparłam się samodzielnie wyjśc na prostą z niedoczynności 🙂

Stres mieszka w ciele II: jelita kontra stres (IBS i choroby autoimmunologiczne)

Jak wspomniałam wcześniej zajmiemy się chorobami związanymi z nadmierną i długotrwałą ekspozycją na stres. Dziś przyjrzymy się niezwykle ważnej części ciała, siedzibie naszych najważniejszych organów czyli… jamie brzusznej (nie- nie głowie!). Chyba nie ma osoby, która wyraźnie nie doświadczyła, co się dzieje z naszym brzuchem w sytuacji stresu 😉 Nie wchodząc w szczegóły: jedni biegną od razu do łazienki, a inni omijają ją (choć nie chcą) przez kilka dni. Poczucie wzdętego i bolesnego brzucha, problemy z trawieniem, brak lub nadmierny apetyt- to dość oczywiste reakcje na silny stres. Jeśli występują one jako bezpośrednia i jednorazowa odpowiedź na bodziec stresowy- to jest naturalne. Gorzej, gdy stres utrzymuje się permanentnie (codziennie jesteś w pracy, gdzie na samą myśl o poniedziałku biegniesz do toalety). Ciało traci wówczas naturalną zdolność do homeostazy i zaczynają się kłopoty.

Gdzie mieszka drugi mózg?

Jeśli sądzicie, że jakoś naszego życia i myślenia zależy tylko od mózgu, to niestety jesteście w błędzie 🙂 Oczywiście- mózg pełni masę ważnych funkcji, jednak to nie on w pierwszej kolejności reguluje nasze poczucie witalności i zdrowia. Od niedawna wiadomo bowiem, że posiadamy również „drugi mózg” czyli… JELITA. Nazywamy go enterycznym układem nerwowym. Jelita wyścielone są gęstą siecią komórek nerwowych i do tego podobnymi do tych, które wyściełają korę mózgową. Podobno jest ich więcej niż w rdzeniu kręgowym! Jelita więc ściśle współdziałają z mózgiem, ale jednocześnie mają pewną autonomię tzn. same reagują np. na szkodliwy pokarm czy właśnie stres. Mózg jest mistrzem optymalizacji (w zasadzie to nawet lenistwa), zatem „oddał” część funkcji właśnie jelitom. Fascynujące jest to, że 90 % informacji biegnie z jelit do mózgu, a mózg łaskawie wysyła impulsy do jelit tylko w 10% ! To one zatem w pierwszej kolejności reagują na zagrożenie i przekazują informację do mózgu za pomocą nerwu błędnego. Jedną z jego funkcji jest aktywacja układu przywspółczulnego, czyli tego, który zwalnia aktywność ciała, uspokaja, przełącza nas w tryb regeneracji. Jeśli więc jelita się niepokoją, to niepokoi się cały organizm. A biegunka jest typową reakcją organizmu, który pozbywa się w trybie awaryjnym z organizmu „balastu”, aby przygotować się do walki lub ucieczki. Jeśli nie uciekasz ani nie walczysz, tylko siedzisz zamrożony przy biurku, to wszystkie hormony stresu zostają w środku ciała i dzień po dniu kumulują się w organizmie, szykując mu problemy…

Dlaczego zestresowane jelita oznaczają kłopoty?

  • Zestresowane jelita to problemy z nietolerancją pokarmową i alergią. Jelita mają pewną tolerancję na stres. Jeśli wydziela się zbyt wiele kortyzolu i trwa to zbyt długo- zaburza to mikroflorę jelitową. A to właśnie ona odpowiada za naszą odporność, trawienie, a nawet tendencję do zaburzeń psychicznych. Mikroflora jelitowa może wydzielać neurotransmitery i neuromodulatory, np. serotoninę, acetylocholinę, melatoninę, GABA, katecholaminy, czy histaminę lub kortykoliberynę (CRF). Te dwa ostatnie są odpowiedzialne za powstanie nieszczelnego jelita, przyczyniając się do nietolerancji pokarmowych i chorób autoimmunologicznych

  • Zestresowane jelita nie mogą spać i mają depresję. Wspomniana wyżej serotonina jest hormonem, który odpowiada za nasze poczucie szczęścia. To właśnie problemy z jej sekrecją odpowiadają za kliniczną postać depresji, która często wymaga podania leków podnoszących jej poziom. Wydzielanie prozapalnych cytokin blokuje również prawidłowy proces syntezy tryptofanu – hormonu, który wspiera nasz dobry sen. W efekcie problemy z jelitami mogą powodować zaburzenia gospodarki hormonalnej, regulującej nasz rytm dobowy i samopoczucie psychiczne.

  • Zestresowane jelita tyją albo chudną. Cytokiny prozapalne powodują, że nasz ośrodek regulacji głodu/sytości wariuje i mózg otrzymuje błędne informacje. Hormon sytości (lepytna), który normalnie już dawno powiedziałby mózgowi „hej, najadłem się” nie dociera do niego. Analogicznie zaburzenia mogą dotyczyć hormonu greliny, która odpowiada za poczucie głodu.

  • Zestresowane jelita mają słabą odporność. Działanie układu immunologicznego jest ściśle powiązane z mikroflorą jelitową. Stres działa jak szczota, „wyczesując” dobre bakterie z naszych jelit i tym samym zwiększając podatność na infekcje.

  • Zestresowane jelita cierpią na choroby autoimmunologiczne. Osoby, borykające się z Hashimoto, RZS, SM, toczniem itp. często spotykają się z sugestią, że dieta jest podstawą do przywrócenia prawidłowego działania układu odpornościowego. Chodzi o to, aby organizm przestał atakować swoje komórki (np. niszczyć własną tarczycę). Mechanizm ten jest dość złożony, nie będą więc w niego wnikać na ten moment. Osoby, które interesują się dietą w chorobach autoimmunologicznych niech zajrzą na te blogi: http://www.tarczycahashimoto.pl/blog lub http://www.tlustezycie.pl/

  • Zestresowane jelita mają swoje własne choroby jak bardzo popularny IBS (Zespół Jelita Drażliwego). Ponieważ nie jestem ani dietetykiem ani lekarzem,to po medyczny opis odsyłam Was tu:

Jak pomóc jelitom w stresie?

Poza dietą i odbudową mikroflory jelitowej koniecznie trzeba pomóc jelitom się relaksować. Od strony psychologicznej należy robić wszystko, aby wesprzeć układ przywspółczulny, który powie im „hej, wszystko jest dobrze, nie musicie się napinać”. Odsyłam Was do wpisu, który opisywał mechanizm działania AUN oraz rolę relaksacji.

Bardzo pomocna będzie praktyka jogi powięziowej oraz asany, które rozluźniają napięcie w jamie brzusznej, rozciągają przód ciała i sprzyjają wyciszeniu (łagodne wygięcia na wałkach, klockach itp.). Polecam grupy kobiece w szkołach jogi, bo tam pozycje często mają za zadanie właśnie rozluźnić miednicę i jej zawartość. Po więcej praktycznych inspiracji zapraszam Was na warsztaty antystresowe 🙂

Spokojnych jelit dla nas wszystkich 🙂

Kamila

Bibliografia:

www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4202342/
emeranmayer.com/the-brain-gut-microbiomes-connection-to-ibd-obesity-and-anxietydepression/
Rudzki L., Szulc A., Wpływ jelitowej flory bakteryjnej na ośrodkowy układ nerwowy i jej potencjalne znaczenie w leczeniu zaburzeń psychicznych, Farmakoterapia w psychiatrii i neurologii, 2013