Archiwum kategorii: umysł

Kiedy brak snu staje się koszmarem. Jak wygrać z bezsennością cz. I

Godzina 2 nad ranem. Po raz kolejny przekręcam się na swoim łóżku, udając, że nie widzę zegarka (później go zupełnie wyniosłam z sypialni, bo powodował u mnie jeszcze większą frustrację). Już wiem, że to będzie kolejny dzień, kiedy wstanę do pracy niczym zombie, mając ochotę rozpłakać się ze zmęczenia już na etapie zdejmowania piżamy. Dziękując potentatom rynku kosmetycznego za wynalezienie korektora pod oczy i super kryjącego podkładu wyciągam matę. Wiem, że kilka powitań słońca i oddechów przyniesie więcej dobrych myśli. Ale to nie pomoże wyczerpanemu ciału, które po raz kolejny nie może zregenerować się po całym dniu intensywnej pracy. Podkrążonym oczom i zamglonemu mózgowi. I najgorsze jest to, że wieczorem, mimo ogromnego zmęczenia, dalej nie mogę zasnąć. Nie pomagają mi żadne metody, ani ludowe liczenie baranów, ani ziołowe specyfiki. Nigdy nie byłam fanką tabletek,  a już na pewno nie tych nasennych. Bywały jednak momenty, gdy je brałam. Co gorsza, dość szybko przychodził moment, gdy na mnie przestawały działać. Wiedziona instynktem zachowawczym, wybierałam wówczas ich odstawienie na rzecz gapienia się w sufit, zamiast trucia się zolpidemem. I taki scenariusz powtarzał się mniej więcej przez 15 lat mojego życia. Zaczął się już w liceum. A zakończył niedawno, po wielu, wielu latach szukania rozwiązania. Wciąż miewam epizody, gdy nie mogę zasnąć, ale w porównaniu do mojej przeszłości to mikro problemy 🙂 Zdecydowałam się na ten szczery wpis, ponieważ wiem, że niemal wszyscy z nas borykają się od czasu do czasu z problemami ze snem. A niektórzy cierpią z tego powodu latami. Długotrwała,bezsenność rujnuje organizm pod każdym kątem. Każdy, kto zetknął się z tym problemem wie, że oddałby wiele za tak prozaiczną czynność, jaką jest normalny sen. W większości wypadków da się ten problem rozwiązać niewielkimi zmianami w stylu życia i eliminując nawyki zaburzające sen. W większości 🙂 Cięższe przypadki (jak np.mój) rozpatrzę w kolejnym wpisie. Dziś chciałabym Wam więcej powiedzieć o roli snu i o tym, jakie skutki powoduje zaniedbanie prawidłowego cyklu dobowego. W kolejnym podzielę wskazówkami, jak można sobie pomóc, kiedy już mamy ze snem problem.

Sen to fascynujący stan organizmu, gdy następuje wyłączenie świadomości i bezruch. Niezbędny do regeneracji organizmu. Eksperymenty dotyczące deprywacji snu (celowego pozbawiania snu badanych) wskazywały na dramatyczne pogorszenie wszystkich funkcji organizmu. Już po jednej dobie czuwania pojawiały się zaburzenia nastroju, myśli paranoidalne i omamy. Niektóre skutki okazywały się długotrwałe: nadciśnienie, zaburzenia rytmu serca, stany depresyjne. Braku snu nie można oszukać. Jest bowiem podporządkowany dobowym rytmom aktywności, zarządzanym min.przez część podwzgórza (jądro nadskrzyżowaniowe). Uwalniana przy jego pomocy melatonina reguluje dobowy rytm czuwanie-odpoczynek. Ta część mózgu ma połączenie z nerwami wzrokowymi, dlatego prawidłowe wydzielanie melatoniny jest mocno związane ze światłem docierającym do naszych oczu. Brak ekspozycji na światło dzienne i nadmiar sztucznego światła w godzinach nocnych skutecznie rozregulowują ten mechanizm. Dlatego kiedyś ludzie wstawali o wschodzie słońca i kładli się o zachodzie, bo naturalne dzienne światło wpływało na wydzielanie hormonu snu (melatoniny) i aktywności (kortyzolu) . I możecie się buntować, ale to najzdrowszy nawyk dla prawidłowego snu.

Badania nad snem rozpoczęły się dzięki odkryciu elektroencefalografu (EEG), rejestrującego czynności fal mózgowych. Dzięki temu wiemy, że sen dzieli się na fazy trwające ok 90 minut, które kilkukrotnie powtarzają się w trakcie nocy:

  • NREM (non rapid eye movemenet : cykl wolnych ruchów gałek ocznych. Jest to sen głęboki, pojawiający się ok. godzinę po zaśnięciu. Spowalnia się oddech, ciśnienie krwi i rytm serca – organizm regeneruje się, wydzielają się hormony anaboliczne. Obserwuje się stopniowe spadanie częstotliwości fal mózgowych, od fal alfa, poprzez theta do delta. W końcowej fazie mogą pojawiać się sny, co sygnalizuje gotowość do kolejnej fazy- REM

 

  • REM (rapid eye movement): cykl szybkich ruchów gałek ocznych. Jest to sen płytki, gdy pojawiają się marzenia senne, serce przyspiesza, oddech spłyca, mięśnie wiotczeją. Nie regeneruje organizmu tak głęboko jak NREM, ale jest fascynującym zjawiskiem. Śpimy, ale mózg działa w zakresie fal czuwania dziennego jak alfa i beta, otrzymując więcej tlenu i krwi niż w ciągu dnia. Badania sugerują, że to kluczowa faza dla porządkowania w mózgu informacji, utrwalania śladów pamięciowych.

Prawidłowy sen powinien trwać ok 7-9 godzin, choć różnimy się pomiędzy sobą rzeczywistym zapotrzebowaniem. Fizjologicznie najbardziej wartościowy jest sen przed północą. Zarówno za krótki jak i zbyt długi sen działa niekorzystnie na nasz organizm. Prawidłowa nocna regeneracja jest podstawą do właściwego funkcjonowania całego organizmu. Nie bez przyczyny w każdym wschodnim systemie leczenia za warunek niezbędny do bycia zdrowym uznaje się sen w zgodzie z rytmem słońca.  Hormon „kołyszący” nas do snu: melatonina współdziała z układem odpornościowym. Powinna wzrastać po zachodzie słońca i w nocy. Jednocześnie, kortyzol powinien stopniowo spadać wieczorem i wzrastać nad ranem, aby stymulować organizm do aktywności. W praktyce często rytm dobowy kortyzolu jest zakłócony. Sprzyja temu sztuczne oświetlenie (niebieskie promieniowanie ekranów to zabójca naszej melatoniny), nadmierna aktywność wieczorem (mocny trening po 20 to nie jest dobry patent…), kofeina i teina pita do 6 godzin przed porą snu. W efekcie wieczorem nie możemy zasnąć, a nad ranem – obudzić i czujemy się wyczerpani, pomimo względnie przespanej nocy.

Co się dzieje, kiedy regularnie nie możemy się wyspać?

  • zaburzamy pracę układu hormonalnego
  • częściej chorujemy
  • jesteśmy drażliwi, permanentnie zmęczeni, łatwiej o stany depresyjne i lękowe
  • tyjemy (brak snu stymuluje organizm do wydzielania leptyny, hormonu powiązanego z odczuwaniem głodu vs sytości)
  • ryzykujemy wahania glukozy we krwi
  • obniżamy nasze zdolności poznawcze (spada nasza wydajność, koncentracja, zdolność kojarzenia i zapamiętywania)
  • ciało (sportowcy: uwaga na spalanie tkanki mięśniowej) ani umysł nie mają szansy przeprowadzić procesów naprawczych w komórkach
  • spadek libido; problemy ze współżyciem zarówno od strony fizycznej jak i emocjonalnej

Oczywiście, negatywne skutki możnaby mnożyć i każdy znalazłby ich dużo więcej. Brzmi tak strasznie, że na samą myśl o nieprzespanej nocy macie już wszystkie objawy? 🙂 Bez paniki ( w końcu adrenalina i kortyzol to wrogowie snu). W kolejnym wpisie podzielę się z Wami patentami na dobry sen.

शुभरात्री śubharātrī . Dobranoc 🙂

 

Yin Yoga. O potędze wewnętrznej ciszy.

„Jeśli praktykujesz jogę od dłuższego czasu to prawdopodobnie i tak czerpiesz z niej tylko połowę korzyści. Druga połowa,do której nie miałeś dostępu, to właśnie yin joga.” To słowa jednej z najbardziej znanych propagatorek yin jogi, Bernie Clark. Już widzę lekkie oburzenie na części twarzy joginów. Obecnie klasyczna hatha wydaje się być zdominowana przez jej modyfikacje. Bikram joga, czyli praktyka w sali ogrzanej do 41 stopni, acro yoga (akrobatyczna forma jogi w parach), aerial joga (joga w szarfach podwieszonych pod sufitem) i hit ostatnich miesięcy: bier joga. Tak, chodzi o jogę z browarem 🙂 Ja wciąż pozostaje wierna klasyce, ale nie jestem przeciwna nowościom. Każda z nich może udoskonalić praktykę, fundując ciału nowe bodźce. Nawet joga z piwem np. nabrać dystansu do życia i mieć trochę więcej frajdy 🙂

Pozwólcie, że przedstawię Wam formę pracy z ciałem, w której się zakochałam praktykując ją w Indiach. Choć jeszcze jakiś czas temu, byłabym pewnie pierwszą osobą, która umarłaby na sali z nudów lub wyszła wcześniej, tłumacząc się odwiedzinami teściowej 🙂 Ale na wszystko w życiu przychodzi czas. Kiedy nauczyłam się, że czasami mniej, znaczy więcej, odkryłam potencjał drzemiący w ciszy i spokoju, także w pozornym bezruchu.

1.Czym jest yin joga?

Yin joga jest bardzo powolną i łagodną formą pracy. Nie oznacza to jednak, że łatwą. Trudność polega na utrzymaniu pozornie prostej pozycji przez długi czas (3- 20 min.). A także na doświadczaniu emocji, które mają przestrzeń i czas, aby się pojawić. Za pioniera yin jogi uznawany jest Paul Zink- mistrz sztuk walki, który propagował ją w latach 70- tych XX w USA. Ta forma pracy z ciałem dużo zawdzięcza także Paulowi Grilley’owi i Sarah Powers. Zakorzeniona w filozofii taoizmu, łączy motywy medycyny chińskiej  (np.praca na meridianach) z klasyczną hatha yogą, medytacją i uważnością.

2.Skąd ta dziwna nazwa – yin joga?

Wedle yin yogi istotą naszej praktyki powinno być równoważenie skrajności. Tak ja w filozofii tao ważne jest balansowanie pomiędzy yin – oznaczającym to co ciche, spokojne, zimne, ciemne a yang: aktywne, gorące, słoneczne. W naszej zachodniej rzeczywistości gubimy aspekty yin. Staramy się zrobić jak najwięcej i jak najszybciej. Jak nie dajemy rady pijemy hektolitry kawy, łykamy guaranę, zapisujemy się na kurs zarządzania czasem, w między czasie rozmawiając z bliskimi na fejsbuku i zamawiając zakupy z dostawą do domu. I w końcu wyczerpani trafiamy na jogę. Gdzie czasami wpadamy w kolejną pułapkę: stajemy na macie niczym w konkursie. Fundujemy sobie następny „target z dedlajnem”. Zmuszamy swoje ciało do wejścia w asanę, na którą nie jest gotowe.Porównujemy się do nastoletniej sąsiadki, z dezaprobatą patrząc na swoje uda w zbyt opiętych leginsach.

U podłoża każdej praktyki jogi leży ahimsa: szacunek i nie krzywdzenie: przede wszystkim siebie samego. Ten aspekt jest jednak szczególnie istotny w yin jodze. Trwając długo w asanie (nawet kilkanaście min.) uczymy się totalnej akceptacji punktu, w którym jesteśmy. Obserwacji tego, co się pojawia. Łagodności i delikatności. Bycia w ciszy i bezruchu, który jest często dużo trudniejszy, niż wyciskanie z siebie siódmych potów np.na mocnej sesji Asthangi czy siłowni. W końcu wyciskaliśmy się tak od samego rana: w domu, w korku, w pracy. Więc i na macie odtwarzamy, co nam znane.Wychodzimy ledwo żywi, myśląc, że się odstresowaliśmy. A często to jest wyczerpanie, nie zrelaksowanie. Absolutnie nie krytykuję dynamicznych form jogi. Dalej jestem ich fanką. Podobnie jak ciężarów 🙂 Chcę tylko Was zachęcić do równoważenia ich spokojniejszą praktyką i wsłuchania się w potrzeby ciała.

3. Czym różni się yin joga od innych form yogi np. Iyengara, Vinyasy czy Asthangi?

Większość znanych nam form jogi opiera się na pracy mięśni- ich wzmacnianiu i rozciąganiu. Napinamy mięśnie, aby chronić stawy i więzadła.Tymczasem na sesji yin jogi nie usłyszysz „napnij uda, podciągnij rzepki kolanowe” 🙂 Zamiast tego będziemy starać się minimalizować pracę mięśni, docierając pracę do powięzi, stawów i kości. Istotą nie jest ich rozciągnięcie lecz odżywienie (poprzez lepsze ukrwienie np. stawów) i uelastycznienie (do niewielkiego stopnia- 4-10 %). Dlatego też asany w yin jodze są statyczne, komfortowe i podparte, aby nie dopuścić do niekontrolowanego ruchu, gdy mięśnie nie stabilizują innych struktur. Poprawa ruchomości i mobilności jest efektem pracy na tkance łącznej.

4. Dlaczego warto pracować na powięzi?

Powięź jest odkryciem ostatnich lat w dziedzinie fizjoterapii, treningu a także psychologii. Wygląda jak biała błona, niczym folia otaczająca całe nasze ciało, organy wewnętrzne, mięśnie. Spełnia wiele istotnych funkcji min. stabilizuje, chroni, amortyzuje wszystkie elementy naszego organizmu. Na ten temat powstała niejedna praca doktorska, więc zainteresowanych odsyłam do dr. Googla 🙂 Z perspektywy jogi istotne jest to, że powięź lubi przyklejać się do mięśni, ograniczając ich ruchomość. Nie przepada ani za brakiem ruchu, jaki jego nadmiarem. Wówczas włókna powięzi, złożone z elastyny, kolagenu i włókien retikulinowych stają się zbite i sztywne. Sesje yin yogi pozwalają często znacząco zwiększyć zakresy ruchu w asanach osobom, które przez wiele lat nie mogły tego osiągnąć tradycyjną praktyką, skupiającą się na mięśniach.

Jeśli szukasz w jodze spotkania z samym sobą, yin joga będzie wspaniałym narzędziem. Powięź „pamięta” wszelkie traumy i urazy, także emocjonalne. Dlatego często na sesjach uwalniają się emocje zapisane w ciele: słychać płacz i śmiech. Ciało pamięta i zna odpowiedź. Yin joga pomaga nam ją usłyszeć.

Dla mnie ważnym odkryciem jest także to, że lekcje z sesji yin jogi przeniosłam poza matę. Gdy staję wobec trudnych i bolesnych wydarzę- obserwuję. Akceptuję. Łatwiej mi powstrzymać umysł produkujący katastroficzne wizje 🙂 Stałam się także dla siebie bardziej wyrozumiała. Czuję, kiedy warto uszanować swoje granice i odpuścić. I często okazuje się, że właśnie wtedy pojawia się odpowiedź. Baardzoo pomaga w życiu 🙂

5. Jak wygląda sesja yin yogi?

Yin joga inspiruje się klasycznymi pozycjami z hatha jogi. Nazwy pozycji są w języku angielskim np. butterfly (motyl), dragon (smok) czy snake (wąż). Ze względu na powiązanie z medycyną chińską, sesje można ułożyć pod pracę z danym organem np.wątrobą, sercem, ale także dla bioder, klatki, barków itp.

Pozycje mają być bardzo komfortowe, tak aby minimalizować pracę mięśni. Używamy klocków, wałków, koców. Sesja trwa ok 90 min., w trakcie której wybieramy ok. 10 asan. Każdą wykonujemy symetrycznie, trwając od 3 do nawet 20 minut. Pomiędzy nimi pojawia się kontrpozycja a czasami – także krótka relaksacja. Nauczyciel stara się nie ingerować nadmiernie w to, jak uczniowie buduj asanę. Najważniejsze w yin jodze jest obserwowanie i podążanie za tym, o co prosi ciało. Na koniec mamy oczywiście Savsanę 🙂

Jeśli zaciekawiła Was ta forma pracy z ciałem zapraszam na krótsze i dłuższe warsztaty yin yogi 🙂 Informacje znajdziecie na moim facebooku : https://www.facebook.com/pg/stresoterapiaKamilaKarpinska/events/?ref=page_internal. Zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami z praktyki yin i zadawania pytań.

Życzę Wam jak najwięcej równowagi między Yin i Yang w życiu 🙂

Namaste

 

Indie. O podróży do wnętrza siebie

Niektórzy z Was pewnie się zorientowali, że wróciłam po prawie 2 miesiącach podróży po Indiach. Kiedy ktoś mnie pyta, jak podobały mi się Indie, nie wiem, co odpowiedzieć. Jest to bowiem tak ogromny i różnorodny kraj, że ja zaledwie dotknęłam jego powierzchni. Nie nastawiałam się na zwiedzanie, ponieważ wyjazd dedykowałam głównie jodze. Spędziłam niemal 6 tygodni na praktyce: najpierw na bardzo intensywnym kursie nauczycielskim na Goa, a następnie w Himalayan Iyengar Yoga Center. Fakt jest jednak taki, że przemierzyłam samotnie z plecakiem drogę z południa na północ Indii, co było dość karkołomnym przeżyciem.Choć w porównaniu do pobytu w Delhi- bułką z masłem 🙂
Moja podróż do Indii była w istocie podróżą do samej siebie. Wychodzenia ze swojej strefy komfortu, smakowania inności, otwarcia na to, co nieznane i niewygodne. Ale także piękne, szczere i prawdziwe. Jestem wdzięczna za wszystko, co mnie spotkało i za ludzi, jacy stanęli na mojej drodze. Chciałabym podzielić się z Wami refleksjami dotyczącymi mojego pobytu, ponieważ wiem,że wiele osób śledziło moje posty na facebooku i ciekawe jest moich przemyśleń 🙂 Wrzucam więc garść zasad, które pomogły mi doświadczyć najpiękniejszej podróży w moim życiu 🙂

1. „Energia, którą wysyłasz do świata, zawsze wraca pomnożona przez efekt”
Wiele osób, które usłyszały o moich planach wyjazdu, reagowało podobnie:”Jedziesz sama z plecakiem do Indii?!Nie boisz się, że” (niepotrzebne skreślić) :
-zarazisz się pasożytami, amebą malarią, febrą, dengą, ziką oraz setką innych chorób, których nazw nie umiem nawet wymienić:)
-tego syfu i brudu, żebraków, ścieków, smrodu i brzydoty
-gwałtów, zboczeńców, porwania, kradzieży, wypadków itp.
-zatrucia i umierania w konwulsjach po zjedzeniu niewinnego placka roti
-kilkunastu godzin (bywa, że kilku dni,jak masz pecha) spędzonych w pociągu bez klimatyzacji albo w autobusie z kozą, kurą i 7 dzieci na siedzeniu obok?
Hmm, no jakby to powiedzieć. NIE. Ponieważ jeśli podchodzisz do świata z lękiem i nieufnością, to właśnie to dostaniesz. Jeśli na każdą osobę patrzysz, jak na potencjalnego złoczyńcę, to całe Twoje ciało zdradza lęk i wrogość. A to tylko prowokuje innych, jak samospełniająca się przepowiednia… Nie chodzi o to, żeby beztrosko chodzić po slumsach po nocy. Zawsze zachowywałam zdrowy rozsądek i starałam się świadomie nie pakować w niebezpieczne rejony. Nie zawsze mi to wychodziło 🙂 Jednak zazwyczaj trafiałam na dobrych ludzi. Tak jak kierowca tuk-tuka, który po nocy szukał dla mnie busa w Delhi. Albo nieznajomego Hindusa, który poświęcił mi 2 godziny na dworcu w Delhi, załatwiając mi bilet. Starszych państwa, którzy dzielili się ze mną domowymi ciasteczkami w 16 godzinnej podroży lokalnym gratem, kiedy nie miałam nic do jedzenia. I dziwnym trafem nawet wszystkie psy, krowy, konie i świnki, które głaskałam, nie zrobiły mi krzywdy.

2. „Inne nie jest gorsze ani lepsze. Jest po prostu inne”
Hindusi mawiają „If you try to fight with India, India always f@#@cks you” 🙂 W Indiach trzeba zaakceptować, że jest to zupełnie inny świat. Świat, gdzie słowo kosz na śmieci nie istnieje w słowniku. W miastach brud i smród atakuje Ciebie z każdej strony. Herbata będzie zawsze z tłustym mlekiem, pieprzem i toną cukru. Gdzie rozkład jazdy autobusów znaleziony w internecie jest równie abstrakcyjny w realiach, jak malarstwo Picassa. Gdzie prąd możesz mieć raz na 2 dni, a zamiast prysznica, umywalki i pralki- wiadro z zimną wodą. W moim pokoju towarzyszyły mi latające karaluchy, pająki, jaszczurki, setki mrówek. W nocy do łazienki chodziłam z latarką, upewniając się, czy nie nadepnę na węża. Gdzie stada psów na ulicach i krów są standardowymi uczestnikami ruchu drogowego. Ups, sorry – raczej chaosu drogowego, z zasadą „silniejszy i większy ma pierwszeństwo”. Klakson jest używany zamiast kierunkowskazu, świateł i dla zabicia (zbędnej przecież) ciszy 🙂 Jeśli w Indiach próbujesz funkcjonować i myśleć, jak w domu, czeka Cię nieustanna frustracja, wyczerpanie nerwowe i dozgonna nienawiść do tej części świata. Wybór należy do Ciebie.

3.”Dlaczego sądzisz, że mając więcej, będziesz szczęśliwy, jeśli nie umiesz się cieszyć tym, co już masz?”
Dla mnie Indie były piękną lekcją. Nieustannie wychodziłam ze swojej strefy komfortu, aby doświadczyć tego, co mnie ogranicza, trzyma i blokuje. Od moich przyzwyczajeń i nawyków, bez których trudno było mi żyć. Wiecie jak smakuje kawa i ciasto czekoladowe po miesiącu przerwy? Albo gorący prysznic, po 2 miesiącach mycia się w wiadrze? Jak cieszy wiatrak nad łóżkiem i chłód murowanego domu, po miesiącu smażenia się żywcem w blaszaku? No właśnie 🙂 Ja już od pewnego czasu pracuję nad wdzięcznością. Jednak Indie przypominały mi, jak bardzo jestem szczęśliwa. Cieszę się, z każdego dnia,gdy mam siłę wstać, wejśc na matę i zacząć nowy dzień 🙂 Niewiele, bardzo niewiele potrzebujemy do życia. Zdrowia, obecności bliskich ludzi i życia w zgodzie ze swoim sercem. A to nie są rzeczy, które możemy kupić.

4.”Tam, gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty”
„If it’s good – is good. If it’s not good – it’s even better”. To ulubiony tekst mojej nauczycielki jogi, Geetiki 🙂 Na intensywnym kursie nauczycielskim jogi prawie 2 tygodnie miałam wysoką gorączkę. W tym upale każdy krok był dla mnie wysiłkiem. Ale byłam spokojna. Czułam, że to też jest jakaś lekcja. Każdego dnia wstawałam o 6 rano i człapałam w kierunku maty. Kiedy było mi bardzo źle, obserwowałam oddech i starałam się skoncentrować na tym, co tu i teraz. Nie myśleć : „to niesprawiedliwe; dlaczego teraz i dlaczego ja; 1,5 roku ciężko na to pracowałam…Bla, bla,bla”. Jak wyzdrowiałam, to naciągnęłam ścięgno Achillesa. I z całej mocnej miesięcznej praktyk,i robiłam głównie pranayamę i medytację. Zostałam mistrzynią wariantów i modyfikacji asan. Całą sesję Asthangi byłam w stanie zrobić w klęku i na siedząco:) Teraz wiem,że ten czas był moją lekcją spokoju i akceptacji. Jeśli nie możesz zmienić sytuacji, możesz zmienić swój stosunek do niej. A to bardzo, bardzo dużo.

5.”Jedyny powód, dla którego nie mamy tego, czego pragniemy jest taki, że musielibyśmy się zmienić, a zmiana jest zbyt wielką niewiadomą.” C.P.Sisson
Wydaje się proste, ale w istocie jest bardzo trudne. Czasami potrzebna jest terapia szokowa. Indie prowokują do wychodzenia ze swoich przyzwyczajeń. Zderzają z różnorodnością. Uwierzcie mi, kiedyś byłam najbardziej marudną i nieznośną towarzyszką podróży. Jakby mi ktoś powiedział, że będę z uśmiechem i akceptacją znosić upał, głód, zmęczenie, brak snu i inne atrakcje…No way! Prawdziwą próbą okazał się jednak powrót do domu. Wykończona po 3 dobach podróży niemal bez snu marzyłam tylko o śnie. Tymczasem moi sąsiedzi zabrali się za skuwanie ściany. Najpierw w akcie rozpaczy rzuciłam się na łóżko i rozpłakałam z wyczerpania. Po chwili zaczęłam się śmiać sama z siebie. Łatwo było być oazą spokoju w ciszy ashramu. Więc przypomniałam sobie słowa Dalaj Lamy. Cierpienie powstaje, gdy oceniamy jakąś sytuację. Doświadczamy emocji, ale nie jesteśmy nimi. Więc tylko od nas zależy, jak bardzo damy się unieszczęśliwić.

6. „Dobra wiadomość – nic nie trwa wiecznie. Zła wiadomość – nic nie trwa wiecznie”
W jodze jedną z zasad jest aparigraha. Nie przywiązywanie się. Zarówno do tych dobrych jak i złych rzeczy, ludzi, sytuacji. Moje nauczycielki jogi dużo mówiły, o jogicznej koncepcji szczęścia. Tak długo, jak uzależniamy je od posiadania lub nie posiadania czegoś/kogoś, tak długo będziemy cierpieć. Prawdziwa radość jest niezależna, od tego, co na zewnątrz. Wiem, że nie jest łatwo być szczęśliwym, gdy tracimy kogoś bliskiego, chorujemy czy przeżywamy niepowodzenia. Sama doświadczyłam tych sytuacji. Ale tak długo, jak z nimi walczyłam, tak długo przegrywałam. Kiedy uświadomisz sobie, że każdy moment jest niepowtarzalny i nigdy nie powróci, łatwiej jest celebrować i cieszyć się prozaicznymi czynnościami. W Indiach widziałam wielu uśmiechniętych i życzliwych ludzi, którzy mijając mnie na ulicy skłaniali głowę i uśmiechając się mówili „Namaste”. Ludzi, którzy według naszych standardów nie mieli nic i powinni pogrążyć się w wiecznym smutku. Nie twierdzę, że bieda, choroba i cierpienie uszlachetnia. Wręcz przeciwnie. Ale konfrontacja z odmiennym postrzeganiem szczęścia, pomaga mi odnaleźć w sobie siłę i spokój w trudnych chwilach.

Chciałabym podziękować Wszystkim, którzy wspierali mnie w tej podróży. Nie pozwolili się poddać, gdy trzy razy przebookowywałam datę wylotu, mierząc się z chorobą i innymi atrakcjami. Doro, Piotrze, Piotrku, Kubo, Bracie, Przemku, Julko, Małgo, Magdo, Michale, Ewelino, Gosiu, Anko, Edyto, rodzice. I wszystkim życzliwym duszom, które spotkałam na swojej hinduskiej drodze. Nie starczyłoby miejsca, żeby wymienić 🙂 Pamiętam o Was i czuję, że niektóre z Was jeszcze spotkam.
Namaste,

Kamila

Stres – dlaczego instruktorki fitness bywają grube? Stres i fizjologia

Po licznych wpisach dotyczących jogi w końcu przyszedł czas na zajęcie się motywem przewodnim mojego bloga – pojęciem stresu. Dla wielu osób chęć okiełznania skutków stresu, była pierwszą motywacja do pojawienia się w szkole jogi. A jest z czym się mierzyć. Zanim opowiem Wam o tym, jak joga interpretuje stres i jak może nam pomóc, przybliżę Wam fizjologię stresu z medycznego punktu widzenia. W kolejnych wpisach zajmę się także psychologiczną i jogiczną koncepcją stresu, ale zacznę od najbardziej „naukowej” formy 🙂 A jeśli zainteresowało Was tytułowe pytanie, zerknijcie na koniec artykułu.

Na poziomie fizjologicznym za reakcję na stres odpowiada układ wegetatywny (autonomiczny układ nerwowy -AUN), składający się z dwóch elementów:

1. System współczulny, który odpowiada za przygotowanie naszego organizmu na „walkę”: podnosi ciśnienie, tętno, rozszerza źrenice, napina mięśnie szkieletowe, spowalnia trawienie i uwalnia glukozę do krwi.

2. System przywspółczulny, który przywraca równowagę w organizmie, gdy ustępuje stresor (obniża ciśnienie i tętno, wznawia procesu trawienie, rozluźnia mięśnie szkieletowe itp.)

W zdrowym ciele oba układy powinny być w stanie równowagi. Gdy nasi przodkowie uciekali przed mamutem, system współczulny włączał nam opcję walki o życie. Gdy mamut zniknął za horyzontem lub na ruszcie, równie szybko potrafił się wyciszyć 🙂 Niestety, obecnie większość z nas jest narażonych na długotrwale działające stresory, które utrzymują układ współczulny w stanie permanentnej aktywności. Wielu z nas rozpoczyna dzień od świdrującego mózg dźwięku budzika, następnie frustruje się stojąc w korku aby w końcu dotrzeć do pracy, gdzie już od wejścia czujemy rosnąca gulę w gardle i kamień w żołądku. I to wszystko zanim dzień się jeszcze zaczął… Oczywiście, stresorów może być dużo więcej. Nie bez powodu mieszkańcy dużych miast dużo częściej cierpią na choroby somatyczne. Zanieczyszczenie środowiska, hałas, odcięcie od przyrody i nadmierna ilość bodźców również przestymulowuje układ współczulny. Jeśli są to sytuacje jednorazowe, organizm świetnie sobie z nimi radzi. Gorzej, gdy trwają stale. Powoduje to rozregulowanie AUN i pozostałych układów. Obecnie większość chorób i dysfunkcji organizmu jest efektem chronicznego stresu. A głównym winowajcą jest tutaj kortyzol.’

Kortyzol:
W sytuacji stresu następuje reakcja ciała migdałowatego, które (w dużym skrócie) powoduje wydzielenie przez nadnercza kortyzolu – hormonu, który w zrównoważonym organizmie wspiera procesy metaboliczne, reguluje poziom cukru we krwi i odporność. Niestety, współczesny styl życia sprawia, że powszechnym problemem jest nadmiar kortyzolu. Powoduje to min. :

  • permanentne zmęczenie, które nie ustępuje nawet po dobrze przespanej nocy i odpoczynku

  • przybieranie na wadze (szczególnie tzw. otyłość brzuszna)

  • rozregulowanie cyklu miesiączkowego lub jego brak

  • obniżenie libido

  • zaburzenia tarczycy

  • bezsenność

  • osłabienie odporności/alergie

  • problemy z koncentracją/pamięcią

  • osłabienie mięśni/wydolności/osłabienie

  • potrzeba picia kawy, energizerów, słonych i słodkich przekąsek

Jeśli nasz organizm zbyt długo musi utrzymywać nadnercza w stanie nieustannej gotowości, aby produkowały kortyzol dochodzi do ich wyczerpania. Wyczerpanie nadnerczy to szeroki temat, ponieważ istnieje kilka możliwych dysfunkcji tego organu. Postaram się poświęcić temu oddzielny wpis, ponieważ sama mierzyłam się z tym problemem i bardzo trudno było mi znaleźć pomoc.

I na „deser” odpowiedź na tytułowe pytanie 🙂 Często zdarza się, że instruktorki fitness wcale nie wyglądają jak wyżyłowane gwiazdy Instagramu. Mówiąc dosłownie – miewają nadwagę. Jak to możliwe, skoro kilka godzin dziennie wylewają z siebie hektolitry potu, dźwigają ciężary i jedzą zbilansowane posiłki? Otóż odpowiedź ponownie kieruje nas do kortyzolu. Każdy wysiłek ponad zdolności adaptacyjne organizmu oznacza dla niego stres, a więc wyrzut kortyzolu. Jeśli towarzyszy mu odpowiednia regeneracja wówczas następuje adaptacja do nowych wyzwań : spalenie tkanki tłuszczowej, przyrost masy mięśniowej, poprawa wydolności itp. Jednak nieustanne zmęczenie ciała powoduje wprowadzenie go w stan energetycznej głodówki.  Nasze ciało próbuje nam powiedzieć „ok, skoro mnie tak katujesz, to muszę odłożyć trochę zapasów tłuszczu na lepsze czasy, a na razie pobiorę energię z tkanki mięśniowej”. W efekcie, zamiast fit-sylwetki, pojawia się otyłość brzuszna, problemy ze snem, permanentne zmęczenie, zaburzenia miesiączkowania i oczywiście- brak rezultatów pomimo ciężkich treningów. Dlatego z pomocą przychodzi nam min. joga, gdzie nawet intensywnej praktyce (np. w stylu Asthanga czy  Vinyasa), towarzyszy obniżenie kortyzolu i aktywacja układu przywspółczulnego. Celem jogi nie jest schudnięcie, ale najczęściej jest to „efekt uboczny” praktyki i zrównoważenie układu hormonalnego. Ale to opowieść na kolejny wpis 🙂

Namaste

Kamila

Po co współczesnemu człowiekowi joga?

Dobre pytanie. Twoja babcia i dziadek nie wyginali się na macie jak dzikie węże i jakoś przeżyli. Fakt. Ale babcia i dziadek żyli w innych czasach. W czasach, gdy nie spędzało się 10 godzin na krześle/kanapie/w samochodzie. W czasach, gdy patrzyło się więcej na słońce, a mniej w ekran komputera, a dłonie posiadały więcej funkcji, niż wystukiwanie smsów i lajkowanie postów. W czasach, gdy pójście na zakupy czy w odwiedziny do przyjaciół oznaczało długi spacer a czasem – trening dźwigania ciężkich toreb. I przede wszystkim- gdy życie nie składało się z targetów, kejpijajów i deadlinów. Poziom stresu był wówczas znacznie niższy, mocniejsze więzi społeczne pomagały w redukowaniu jego skutków. Dlatego dziś wiele osób staje na macie, żeby przywrócić ciału sprawność a głowie spokój. Bardzo często odkrywają, że to dopiero początek dobra, jakie niesie ze sobą joga. Niekoniecznie na poziomie ciała.

1.”W zdrowym ciele zdrowy duch”. Banał. Ale prawdziwy. O pozytywnym wpływie jogi na nasze ciało powstał już niejeden doktorat. Joga jest wyjątkową formą ruchu, ponieważ działa na wielu poziomach człowieka. Redukuje bóle pleców, wzmacnia mięśnie osłabione, rozciąga przykurczone. Stabilizuje postawę ciała, uczy prawidłowej pracy stawów. Wpływa na narządy wewnętrzne (poprawia trawienie, równoważy układ hormonalny). Istnieje także terapia jogą, gdzie odpowiednio dobrane asany potrafią wspierać proces zdrowienia nawet poważnych chorób. Co najważniejsze, joga podąża za Tobą. Osoby nadmiernie elastyczne (tak, są takie) uczy stabilizacji i uważności. „Sztywniaków” – rozciąga i dodaje miękkości w ciele. Ponieważ pracujemy z obciążeniem własnego ciała, to postęp odbywa się w sposób naturalny i zgodny z Twoimi możliwościami. Nie zrobisz od razu trudnej asany, ponieważ wcześniej musisz wzmocnić i uelastycznić konkretne obszary w ciele. Spotkanie z nową pozycją jest poprzedzone długą drogą. Dlatego sprawia tyle radości i satysfakcji.

2. Joga uczy pokory. Towaru bardzo deficytowego w naszych czasach. Bywa, że nad pewnymi pozycjami jogi pracujesz latami, a i tak dalej robi je lepiej od Ciebie babcia na zajęciach dla seniorów (serio – wciąż tak mam z niektórymi asanami). Być może Twoją lekcją do odrobienia będzie zaakceptowanie, że tak jest. I być może któregoś dnia ze zdziwieniem stwierdzisz, że asana stała się wykonalna. Jeśli będziesz robić coś na siłę, ciało szybko powie dość fundując Ci kontuzje. Ta świadomość przekłada się na inne dziedziny życia. Pozwala zrozumieć, że gdy nie jesteś na coś gotowy, ale wywierasz na siebie presję -rezultaty mogą Cię niemile zaskoczyć…

3. Joga jest formą łagodnej terapii. Ciało pamięta emocje. Dlatego mimo wieloletniej praktyki pewne pozycje są dla nas niedostępne. Obserwuję to często u swoich uczniów (i u siebie). Jak ciało ma pozwolić na głęboki skłon i poddanie się pozycji, jeśli w swoim życiu ciągle walczysz? Jak chcesz zrobić głębokie wygięcie, jeśli otwarcie klatki piersiowej sprawia, że odsłonisz swoje serce? A co, jeśli wciąż je chowasz, bojąc się zranienia? Jak możesz odchylić głęboko głowę, jeśli ciało wie, że odsłonięte gardło wypuści słowa, które od lat boisz się wypowiedzieć? Czasem na jodze płyną łzy lub słychać śmiech. To blokady, które rozpuszczasz praktyką, opuszczają swoje miejsce.

4. Joga jest dialogiem z ciałem. Każde ciało jest inne. Każdego dnia Ty jesteś inny. Asana, którą w poniedziałek robisz modelowo, we wtorek może być zupełnie poza Twoim zasięgiem. Dlatego nie bój się zrobić mniej, by w istocie zrobić więcej. Jesteś zmęczony? Czujesz, że chcesz przeleżeć pół zajęć w savasanie? Super, zrób to! Na jodze nic nie musisz. Jeśli umiesz komunikować się ze swoim ciałem, to wiesz, kiedy to zwykłe lenistwo i lęk przed nieznanym, a kiedy ciało mówi „stop”. Czy widząc ukochaną osobę, która jest wyczerpana, kazałbyś jej ćwiczyć do upadłego? To dlaczego robisz to sam sobie? Troszcz się sam o siebie. Tak, jak zaopiekowałbyś się najważniejszym człowiekiem na świecie.

5.Joga uczy odpuszczania. Ucząc obserwuję, że w większości moi kursanci wcale nie potrzebują, by ktoś ich docisnął, zmotywował i stał z przysłowiowym batem. Większość z nas żyję pod stałą presją – w pracy, w rodzinie, wśród znajomych. Najtrudniejszą pozycją jogi jest savasana, czyli pozycja trupa, gdy kilkanaście minut starasz się pozostać nieruchomo, zachowując świadomy umysł. Bo musisz się zatrzymać. Być. Akceptować. A to nie jest to, co pędzący świat lubi najbardziej. Na początku gonitwa myśli i nerwowe ruszanie palcami, z myślą ”kiedy to się skończy”, są standardem. Ale przychodzi moment, kiedy z utęsknieniem czekasz na tą chwilę, gdy ciało zastygnie i umysł powoli będzie wyhamowywał. To jest ta chwila, gdy jesteś gotowy, by doświadczyć głębokiego relaksu i wyciszenia.

6.Joga wzmacnia nasz kontakt z ciałem. Kiedy nauczyciel prosi o oddalenie 5 palca w stopie od 4 i o skręcenie nerek masz wrażenie, że znalazłeś się w cyrku. Ale z czasem i mały palec drgnie, a wchodząc w mocny skręt czujesz, że nerka jest Ci wdzięczna. Wiesz, która część Twojego ciała wymaga dziś troski i jaka pozycja będzie dla niej najlepsza. Czujesz, jaki oddech przyniesie Ci spokój a jaki doda energii. Ucząc czujesz energię ii tak prowadzisz lekcje, aby za tym podążać. Otwierasz się na sygnały płynące z Twojego ciała i od innych. Dzięki temu również w codzienności pomagasz ciału. W pracy częściej wstajesz zza biurka, popatrzysz na zielone drzewa za oknem. Może wyjdziesz na spacer, zamiast rozmawiać ze znajomymi w dusznej kuchni?

7. Joga uwalnia oddech. Oddech to podstawa życia. Możesz nie pić kilka dni, nie jeść kilka tygodni i przeżyjesz. A bez oddechu Twoje ciało umiera po kilku minutach. Pranayama, czyli ćwiczenia oddechowe prowadzą nas do kolejnego kroku w praktyce jogi i przygotowują do medytacji. Prana to oddech, siła życiowa; ayama – powiększanie objętości. Dzięki pranayamie możemy wyciszać umysł, dodać sobie energii i sprawić, że to my będziemy panować nad emocjami, a nie one nad nami. Ta umiejętność wesprze Cię w każdej chwili, gdy będziesz potrzebować kontrolować emocje i przywrócić sobie spokój.

8. Joga uczy, że wszystko jest jednością. Joga to nie asana na macie. Joga jest stylem życia – uważnością w każdym momencie, nie krzywdzeniem innych, szacunkiem wobec życia, podążaniem za prawdą, cieszeniem się tym, co jest. Jako nauczyciel rozwijam się, dzięki pracy jaką wykonuję sama nad sobą i lekcjom, jakie otrzymuję od swoich uczniów. Joga uczy, że bycie spójnym w praktyce i w tym, jak żyjesz, to największa wartość praktyki.

Do zobaczenia na macie!
Namaste, Kamila

Joga nidra – medytacja dla każdego

Każdy kto próbował medytować, wie, że początki nie są łatwe. Na początku z entuzjazmem siadasz na nowo nabytej poduszce zafu, zapalasz świeczkę i intonujesz w ciszy „so-ham”. Po 3 minutach czujesz, że Twoja lewa stopa zaczyna drętwieć a prawe biodro dziwnie kłuje. Po 10 – jakoś trudno usiedzieć z prostym kręgosłupem i zaczynasz bujać się na boki. Po 15  – boli Cię już każde miejsce w ciele. Marzysz, żeby świeczka podpaliła leżące obok gazety, aby mieć dobry powód do zakończenia tego koszmaru. Czy to znaczy, że nie nadajesz się do osiągania nirwany w pozycji lotosu? Otóż nie 🙂 Ale medytacja jest sztuką, która jak każda umiejętność wymaga treningu i poświęcimy jej więcej uwagi w kolejnym artykule. Jeśli najchętniej medytowałbyś leżąc wygodnie, przykryty ciepłym kocem w ciszy i poczuciu absolutnego komfortu, mam coś dla Ciebie. Joga nidra. Joga snu psychicznego.

Joga nidra jest stanem głębokiej relaksacji. Doświadczeniem, które pionier jogi nidry w Polsce, Lesław Kulmatycki, określał „organicznym doświadczeniem ciszy”. Stanem, za którym każdy człowiek tęskni. Momentem, gdy ogarnia Cię absolutny spokój, gdy czujesz, że możesz poddać się łagodnemu przejściu do świata nocy. W obecnym świecie, gdy nasze zmysły są nieustannie bombardowane bodźcami i żyjemy w nieustannej gonitwie, umiejętność głębokiego relaksu staje się czymś niezbędnym. Niewygody, jakich doświadczamy w trakcie klasycznej medytacji początkowo utrudniają nam wyciszenie. Przewaga techniki jogi nidry polega na tym, że odbywa się w stanie totalnego komfortu dla Twojego ciała i zmysłów. Nie musisz walczyć w bólem kolan czy pleców, tylko od razu wchodzisz w stan odprężenia i kontaktu z prawdziwym sobą. Stąd też moim zdaniem joga nidra wydaje się być bardziej przydatnym narzędziem, przynajmniej na początku naszej podróży medytacyjnej.

  1. Joga nidra vs medytacja. Medytacja jest stanem przytomnego umysłu, gdy obserwujesz wrażenia z ciała, emocje, zmysły starając się w jak najmniejszym stopniu w nie angażować. Joga nidra jest stanem psychicznego snu. Nie oznacza jednak świadomego śnienia. Nie doświadczamy w niej marzeń sennych lecz pozostajemy zanurzeni w ciszy snu głębokiego.
  2. Joga nidra przez starożytnych służyła do doświadczania głębokiego kontaktu ze swoją duszą. Jest jednym z narzędzi służących do powściągnięcia zmysłów (pratyahary). Praktykowana przez mnichów miała pozwolić na dotarcie do swojej samskary i przezwyciężanie karmy. Karma to nasze działania, a samskara – wrażenia i nawyki zakorzenione głęboko w umyśle. Praktyki medytacji mają pozwolić poznać i puścić te elementy samskary, które stale sprowadzają nas na manowce.
  3. Joga nidra dla większości z nas (przynajmniej na początku) będzie jednak formą głębokiego relaksu i refleksji na kilku poziomach:
  4. Ciała fizycznego. Co czujesz w ciele w trakcie sesji? Które miejsca czujesz mocniej? Czy są takie miejsca w ciele, do których wcale nie dociera Twoja świadomość? Czy czujesz energię w ciele? Czy w każdym punkcie płynie tak samo?
  5. Umysłu: co pojawia się w Twojej świadomości? Czego dotyczą myśl? Czy odczuwasz swój umysł jako harmonijny i spójny? Czy są obszary, do których nie masz dostępu?
  6. Ciała vs umysłu: czy dostrzegasz ich połączenie? Czy myśli wywołują odpowiedź w ciele? Jakie sygnały z ciała temu towarzyszą? Gdzie w Twoim ciele mieszka świadomość?
  7. Duszy (cokolwiek to dla Ciebie oznacza). Czy czujesz się częścią kosmosu? Czy jesteś wolny czy istniejesz w zależności od czegoś?
  8. Działanie jogi nidry jest udowodnione naukowo. W badaniach EEG zauważono, że praktykujący znajdowali się w stanie aktywności fal delta (0,5-4 Hz). Fala delta jest najwolniejszą ze wszystkich fal mózgowych typową dla stany głębokiego snu (Non-rapid eye movement, NREM, SEM). W paśmie Delta uwalniania się hormonu wzrostu i redukcja wydzielania kortyzolu – hormonu kory nadnerczy, odpowiadającego za stres i starzenie się. Rośnie poziom DHEA (naturalny hormon steroidowy) i melatoniny. To dlatego głęboki sen jest zbawienny dla uzdrawiania i regeneracji.  Dlatego po dobrze przespanej nocy czujemy się pełni energii. Dzięki praktyce jogi nidry możemy uzyskać ten stan w każdym momencie, gdy czujemy się wyczerpani.
  9. Jogę nidrę praktykujemy w wygodnej pozycji (zalecana jest leżąca -siavasana) w pomieszczeniu maksymalnie wyciszonym i zaciemnionym, dbając o to by było nam ciepło i komfortowo. Podążamy za instrukcjami nauczyciela. Joga nidra może mieć konkretną intencję, w zależności od celu sesji. Zwyczajowo sesja trwa od 30 do 60 minut. Często zdarza się że mimo starań zaśniemy już po kilku minutach. Nie walczmy z tym, widocznie to było najlepsze, co mogliśmy w tym momencie doświadczyć

Jeśli zaciekawiła Ciebie ta forma medytacji, zapraszam na sesje jogi nidry.

Namaste

Kamila