Jak joga pomaga leczyć depresję?

Obiecałam wpis o metodach leczenia depresji. Kiedy jednak zaczęłam zagłębiać się w literaturę naukową (nie lubię opierać się tylko na tym, co pamiętam ze studiów lub książek) uznałam, że jest dużo różnych podejść i nurtów. Niewątpliwie są sytuacje, gdy osobom chorującym na depresję należy włączyć leki przeciwdepresyjne. Czasami może być to jedyny sposób, aby odzyskać choć odrobinę jasności w głowie i sił do kontynuowania leczenia. Według mnie nie powinny być one nigdy jedynym środkiem stosowanym w leczeniu depresji. Bardzo ważne jest podjęcie psychoterapii, ponieważ tylko wtedy mamy szansę dotrzeć do podstaw choroby. Nawet jeśli depresja nie jest indukowana przez trudną sytuację życiową, lecz np. przez genetyczną podatność naszego mózgu, psychoterapia daje nam narzędzia, które pomogą nam poradzić sobie w gorszym momencie.

Niestety w naszym fast-foodowym świecie antydepresanty są nadużywane, przepisywane bez faktycznej potrzeby i łykane jak aspiryna. Spotykałam ludzi, którzy brali je latami, jednocześnie nie wykonując żadnej pracy nad chorobą u źródeł. Ponownie podkreślam, że nie jestem przeciwna farmakoterapii (bywa, że ratuje życie kiedy pojawią się np. myśli samobójcze). Jednak poleganie tylko na czynnikach zewnętrznych w leczeniu, odbiera pacjentowi najpotężniejsze narzędzie- wiedzę i wiarę w to, że sam dysponuje zasobami pomagającymi wyjść z choroby albo zmniejszyć jej intensywność.

Jako że nie jestem psychiatrą, nie chciałabym wnikać dłużej w ten temat. Skupię się natomiast na obszarze, w którym poruszam się dużo swobodniej tzn. pracy z ciałem i praktyką jogi 🙂 Sama doświadczyłam wiele razy, jak praktyka jogi może wspierać w najtrudniejszych momentach życia (pisałam o tym min. tu http://streso-terapia.pl/7-lekcji-od-cierpienia-akceptacja-dyskomfortu/  I tak się zresztą często dzieje, że na pierwsze sesje jogi trafiamy, bo szukamy wyciszenia, zatrzymania; bo wszystko już zawiodło i ktoś nam powiedział, że joga dobrze robi na głowę; bo jesteśmy osłabieni, chorujemy, nie mamy siły na rzucanie hantlami i tylko „rozciąganie” zostało. I po niedługim czasie okazuje się, że zamiast rozciągania głowy mamy rozciąganie umysłu 😉 Poszerza się zakres sytuacji, które potrafimy zaakceptować; rośnie przestrzeń naszej strefy komfortu; trudniej nam się zdenerwować i mamy więcej wyrozumiałości dla innych.

Dlaczego joga może pomagać w zaburzeniach nastroju?

  • zwiększa w mózgu ilość kwasu gamma-aminomasłowego (GABA), neuroprzekaźnika o działaniu hamującym w systemie nerwowym.  W 2007 roku w Boston University School of Medicine przeprowadzono legendarny już dziś eksperyment badania wpływu praktyki jogi na poziom GABA w mózgu. Uczestników podzielono na 2 grupy: jedna czytała magazyny a druga ćwiczyła przez godzinę jogę (różne rodzaje). W grupie jogującej poziom GABA wzrósł o niemal 30%. Co ma to wspólnego z leczeniem depresji? Ano to, że osoby cierpiące na zaburzenia nastroju często mają obniżony poziom GABA i jego wzrost sprzyja również poprawie samopoczucia.
  • dla naukowców: pozwala podnieść poziom energii w naturalny sposób. Jeśli dłużej praktykujecie zapewne zauważacie, że niektóre sekwencje dodają nam energii (aktywne vinyasy, mocne skręty, mocne wygięcia), a inne wyciszają (skłony, podparte wygięcia, stabilne pozycje odwrócone). W lekkiej depresji chorzy mają jeszcze siłę na podjęcie umiarkowanej aktywności fizycznej, ale najlepiej aby była ona mądra. Mądra czyli świadoma. Oddziaływanie poszczególnych asan na ciało i umysł nie jest żadną magią, lecz fizjologią. Wzrost energii lub efekt wyciszający jest związany z pobudzaniem lub hamowaniem Autonomicznego Układu Nerwowego, zmianą ciśnienia krwi czy pojemności oddechowej płuc. Zainteresowanym tematem od strony anatomii i nauki polecam lekturę książki „Anatomia Hatha Jogi” H. Davida Coultera 🙂
  • dla mistyków: reguluje przepływ prany w ciele. Pranę jogini rozumieją jako podstawową energię życiową, która  znajduje się w całym wszechświecie,a więc i w naszym organizmie. Według tradycyjnych przekazów zaburzenia w jej przepływie są powodem chorób i złego samopoczucia. Asany mają przygotować ciało do pracy z oddechem (pranayamą) i medytacją, aby pomagać energii krążyć swobodnie i odżywiać wszystkie komórki. Dla tych, do których nie przemawia koncepcja prany, pozostaje niepodważalny naukowo fakt, że od jakości naszego oddechu zależy jakość naszego funkcjonowania i procesy chemiczne zachodzące w mózgu. Osoby w stanie niepokoju, lęku czy własnie depresji mają tendencję do zbyt płytkiego oddychania. Wpływa to na bardzo niski poziom energii życiowej, utrzymuje organizm w stanie ciągłego niedotlenienia i pogłębia poczucie bezsilności i braku sił.
  • uczestnictwo w grupowych sesjach jogi buduje sieć społecznego wsparcia. Jednym z najsmutniejszych obrazów depresji jest niechęć  do utrzymywania kontaktów społecznych, odizolowanie i poczucie  głębokiego osamotnienia. Szkoły jogi często tworzą specyficzne osoby: które sporo przeszły, sporo przepracowały i mają dużo większą empatię dla drugiego człowieka. Kiedy czujemy się mile widziani, nie oceniani mimo naszych niedoskonałości, chętniej wracamy do takich miejsc. A wsparcie społeczne i poczucie przynależności jest jednym z najpotężniejszych „leków” antydepresyjnych
  • zwiększa umiejętność bycia w tu i teraz. Technika zakorzeniania w chwili obecnej jest jedną z podstawowych metod stosowanych w leczeniu zaburzeń lękowych i PTSD (Post Traumatic Stress Disorder). Umożliwia pacjentom zatrzymanie procesu ruminacji, uspokojenie ciała migdałowatego (struktury w mózgu, która odpowiada za uruchomienie
    reakcji walki lub ucieczki), wyciszenie systemu nerwowego i powrót do racjonalnego myślenia. W jodze nie robimy nic innego, jak próbujemy być właśnie obecni. Jeśli odpływasz myślami w jakiejś pozycji balansowej czeka Cię niechybnie gleba 😉 Zresztą na początku praktyki wszystko jest tak abstrakcyjne i często nieprzyjemne fizycznie, że nie da się od tego uciec. I to własnie jest nasz mindfulness
  • uczy szacunku do własnych ograniczeń jednocześnie dając siłę, aby je przełamywać. Depresja to często temat tabu. Sprawia, że czujemy się beznadziejni, gorsi, pozbawieni prawa szacunku dla samego siebie. Na macie zazwyczaj nie możemy zrobić wszystkiego modelowo. Czasami nie możemy zrobić czegoś w ogóle. I to nas uczy, że to jest ok : czegoś nie potrafić. Że doskonałość to iluzja. Że jednego dnia stoisz na głowie, a drugiego się boisz. A z czasem doświadczamy tego, że jakaś pozycja z kategorii „nigdy w życiu/nie dam rady” jest osiągalna. To uczy nasz mózg wytwarzać nowe połączenia, nowe ścieżki myślenia i działania, które depresja zaciera. Daje wiarę, że pomimo trudności zawsze może nadejść moment, gdy będzie lepiej 🙂

Na temat dobra płynącego z praktyki jogi w leczeniu zaburzeń nastroju powstały setki artykułów naukowych. W terapii jogą mamy specjalne sekwencje asan i pranayamy, które pomagają w leczeniu depresji. Ja mogę ręczyć za jej dobroczynne rezultaty swoim własnym przykładem. Nieraz w chwilach najgorszego zwątpienia wyciągałam matę i mam głębokie przekonanie, że to mnie zabierało z powrotem w stronę światła 🙂

Jednocześnie kolejny raz podkreślam, że joga może WSPIERAĆ tradycyjne metody leczenia depresji, ale nie powinna nigdy zastąpić profesjonalnej pomocy psychiatrycznej i psychologicznej.

Jeśli macie swoje przemyślenia na ten temat- podzielicie się proszę w komentarzach!

Namaste

Kamila

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1550830711003429

https://www.liebertpub.com/doi/abs/10.1089/acm.2007.6338

Stres mieszka w ciele V: kiedy choruje głowa. Depresja.

Nie ma na świecie takiego leku, który nadałby sens życiu S. Kane 

To smutne zdanie bywa dobrze rozumiane przez sporą część ludzi, których codziennie mijasz na ulicy. Szacuje się, że na depresję cierpi kilkanaście procent społeczeństwa i dwukrotnie częściej zapadają na nią kobiety.  Odbiera siłę i chęć do życia, wolę przetrwania, zmienia świat w czarny worek bez dna. Czasami dopada w najmniej spodziewanym momencie życia, a czasami skrada się po chichu i jest jasną odpowiedzią na trudne doświadczenia życiowe. Smutek, apatia i marazm to naturalne etapy naszego życia. Depresja do nich nie należy- jest zaburzeniem psychicznym, wymagającym leczenia na wielu poziomach. W przeciwnym wypadku skutki mogą być bardzo poważne.

Smutek czy depresja? Jak je odróżnić?

  • smutek jest naturalną i zdrową reakcją na ból, trudne doświadczenia życiowe czy emocje.  Depresja to chroniczny stan, utrzymujący się przez dłuższy czas – bliższy poczuciu totalnej bezradności, niemocy, paraliżu.
  • smutek nie oddziaływuje na nasze zobowiązania- możesz być zrozpaczony, po śmierci kogoś bliskiego, ale dajesz radę iść do pracy, wykąpać dziecko, zrobić obiad. W depresji często chorzy nie są w stanie nawet podnieść się z łóżka.

Smutek w naturalny sposób przemija. Kiedy stan apatii, poczucia, że życie nie ma sensu, brak sił do umycia zębów utrzymuje się dłużej niż 2 tygodnie należy poszukać pomocy specjalisty.

Jak rozpoznać depresję?

ICD 10 (Międzynarodowaj Klasyfikacja Chorób) do najczęstszych klinicznych objawów epizodu depresji zalicza :

  • obniżony nastrój- najczęściej już od samego rana odczuwasz apatię, smutek, przygnębienie nieuzasadnione żadnymi konkretnymi czynnikami.
  • utrata zainteresowania zajęciami, które wcześniej przynosiły Ci radość
  • anhedonia, czyli zobojętnienie emocjonalne, kiedy masz poczucie, że cokolwiek się nie dzieje- jest Ci obojętne
  • bardzo niski poziom energii życiowej

Depresji bardzo często towarzyszą inne objawy również w ciele tj.

  • kłopoty ze snem : bezsenność lub bardzo długi sen
  • obniżenie apetytu (częstsze, niż nadmierny)
  • spowolnienie ruchów i wykonywania czynności
  • kłopoty z pamięcią, koncentracją
  • myśli samobójcze
  • obniżona samoocena; brak wiary w swoje możliwości

Jak poznać, że to depresja?

  • objawy występują przez min. 2 tygodnie
  • obserwujesz przynajmniej 2 główne objawy i 2 symptomy fizyczne
  • objawy mogą być też niespecyficzne: kluczem jest tu obserwacja swojego ciała i nastroju (lub bliskiej osoby)
źródło: http://online.synapsis.pl/Depresja-podstawowe-informacje/Przyczyny-etiologia-depresji.html

Skąd bierze się depresja?

Obecnie odchodzi się od obwiniania jednego czynnika, który może wywoływać depresję. W tradycyjnym ujęciu za przyczynę depresji uważa się zaburzenia w działaniu wewnątrzsynaptycznych mediatorów tj. serotoniny i dopaminy. Mocno upraszczając – nasz układ nerwowy nie potrafi prawidłowo wykorzystać hormonów „szczęścia”, które odpowiadają min. za nasze dobre samopoczucie. To tak, jakby budować dom: na ciężarówce leżą cegły, ale nie ma drogi, po której można je przewieźć na plac budowy. Nasze zachowanie i stan psychiczny jest w dużej mierze pochodną koktajlu hormonów i sprawnego działania neuroprzekaźników:

https://brief.pl/biohacking-czyli-o-tym-jak-suplementowac-szczescie-sukces-i-dobre-samopoczucie/

Jednak obecnie dużo bardziej podkreśla się rolę wielu czynników, które sprzyjają wystąpieniu depresji:

  • predyspozycje genetyczne (niektóre odmiany genów (alleli), mogą utrudniać prawidłowe działanie neurotransmiterów)
  • doświadczenia społeczne z okresu dzieciństwa (trudne i długotrwałe wydarzenia w dzieciństwie „przewrażliwiają” układ nerwowy, który nadmiernie reaguje na wydarzenia stresowe)
  • określony typ osobowości, który cechuje pesymizm, krytycyzm, perfekcjonizm, zewnątrzsterowność, niezdolność do wyrażania emocji i tłumienie trudnych uczuć w sobie
  • nadwrażliwość układu nerwowego i hormonalnego na światło słoneczne / jego brak
  • doświadczanie długotrwałego stresu lub nagłego traumatycznego wydarzenia może zdestabilizować mechanizmy regulacji nastroju i emocji w mózgu i sprzyjać powstaniu depresji
  • czynniki hormonalne (menopauza, ciąża)
  • przyjmowanie pewnych leków, które oddziaływują na układ nerwowy; pewne choroby; urazy fizyczne głowy

Dużą uwagę zwraca się dziś na to,że depresja często jest poprzedzona latami doświadczania stresu, który (w nadmiarze) rozregulowuje nasz układ nerwowy, hormonalny i odpornościowy. Trwanie w stanie „walcz lub uciekaj” powoduje stałe wydzielanie kortyzolu, adrenaliny, cytokin prozpalnych. Więcej pisałam o tym w poprzednim wpisie http://streso-terapia.pl/stres-mieszka-w-ciele-ii-choroby-tarczycy-hashimoto-a-stres/ Naczelnym mechanizmem do którego dąży nasz organizm jest równowaga. Kiedy jej braknie odbija się to na każdym poziomie naszego funkcjonowania min.na psychice.

Depresja WYMAGA LECZENIA I OPIEKI SPECJALISTÓW. To nie jest zwykłe przygnębienie. Nie mówcie komuś, żeby wziął się w garść, kiedy ktoś czuje, że nie ma ręki…Nieleczona depresja może mieć fatalne skutki. Ale istnieje wiele sposobów terapii, leczenia. Depresja to nie wyrok. Tylko potrzeba działać i tym, jak to zrobić zajmę się w kolejnym wpisie 🙂

Kamila

źródła:
1.  Rajewska-Rager A., Rybakowski J. Rola stresujących wydarzeń życiowych w patogenezie depresji. Neuropsychiatria i Neuropsychologia 2008; 3, 3–4: 147–152.

2. Godlewska B. R.: Genetyka i psychiatria w praktyce lekarskiej. Psychiatria w Praktyce Ogólnolekarskiej 2007, 7 (2), 97-109.

3. http://online.synapsis.pl/

Stres mieszka w ciele II: jelita kontra stres (IBS i choroby autoimmunologiczne)

Jak wspomniałam wcześniej zajmiemy się chorobami związanymi z nadmierną i długotrwałą ekspozycją na stres. Dziś przyjrzymy się niezwykle ważnej części ciała, siedzibie naszych najważniejszych organów czyli… jamie brzusznej (nie- nie głowie!). Chyba nie ma osoby, która wyraźnie nie doświadczyła, co się dzieje z naszym brzuchem w sytuacji stresu 😉 Nie wchodząc w szczegóły: jedni biegną od razu do łazienki, a inni omijają ją (choć nie chcą) przez kilka dni. Poczucie wzdętego i bolesnego brzucha, problemy z trawieniem, brak lub nadmierny apetyt- to dość oczywiste reakcje na silny stres. Jeśli występują one jako bezpośrednia i jednorazowa odpowiedź na bodziec stresowy- to jest naturalne. Gorzej, gdy stres utrzymuje się permanentnie (codziennie jesteś w pracy, gdzie na samą myśl o poniedziałku biegniesz do toalety). Ciało traci wówczas naturalną zdolność do homeostazy i zaczynają się kłopoty.

Gdzie mieszka drugi mózg?

Jeśli sądzicie, że jakoś naszego życia i myślenia zależy tylko od mózgu, to niestety jesteście w błędzie 🙂 Oczywiście- mózg pełni masę ważnych funkcji, jednak to nie on w pierwszej kolejności reguluje nasze poczucie witalności i zdrowia. Od niedawna wiadomo bowiem, że posiadamy również „drugi mózg” czyli… JELITA. Nazywamy go enterycznym układem nerwowym. Jelita wyścielone są gęstą siecią komórek nerwowych i do tego podobnymi do tych, które wyściełają korę mózgową. Podobno jest ich więcej niż w rdzeniu kręgowym! Jelita więc ściśle współdziałają z mózgiem, ale jednocześnie mają pewną autonomię tzn. same reagują np. na szkodliwy pokarm czy właśnie stres. Mózg jest mistrzem optymalizacji (w zasadzie to nawet lenistwa), zatem „oddał” część funkcji właśnie jelitom. Fascynujące jest to, że 90 % informacji biegnie z jelit do mózgu, a mózg łaskawie wysyła impulsy do jelit tylko w 10% ! To one zatem w pierwszej kolejności reagują na zagrożenie i przekazują informację do mózgu za pomocą nerwu błędnego. Jedną z jego funkcji jest aktywacja układu przywspółczulnego, czyli tego, który zwalnia aktywność ciała, uspokaja, przełącza nas w tryb regeneracji. Jeśli więc jelita się niepokoją, to niepokoi się cały organizm. A biegunka jest typową reakcją organizmu, który pozbywa się w trybie awaryjnym z organizmu „balastu”, aby przygotować się do walki lub ucieczki. Jeśli nie uciekasz ani nie walczysz, tylko siedzisz zamrożony przy biurku, to wszystkie hormony stresu zostają w środku ciała i dzień po dniu kumulują się w organizmie, szykując mu problemy…

Dlaczego zestresowane jelita oznaczają kłopoty?

  • Zestresowane jelita to problemy z nietolerancją pokarmową i alergią. Jelita mają pewną tolerancję na stres. Jeśli wydziela się zbyt wiele kortyzolu i trwa to zbyt długo- zaburza to mikroflorę jelitową. A to właśnie ona odpowiada za naszą odporność, trawienie, a nawet tendencję do zaburzeń psychicznych. Mikroflora jelitowa może wydzielać neurotransmitery i neuromodulatory, np. serotoninę, acetylocholinę, melatoninę, GABA, katecholaminy, czy histaminę lub kortykoliberynę (CRF). Te dwa ostatnie są odpowiedzialne za powstanie nieszczelnego jelita, przyczyniając się do nietolerancji pokarmowych i chorób autoimmunologicznych

  • Zestresowane jelita nie mogą spać i mają depresję. Wspomniana wyżej serotonina jest hormonem, który odpowiada za nasze poczucie szczęścia. To właśnie problemy z jej sekrecją odpowiadają za kliniczną postać depresji, która często wymaga podania leków podnoszących jej poziom. Wydzielanie prozapalnych cytokin blokuje również prawidłowy proces syntezy tryptofanu – hormonu, który wspiera nasz dobry sen. W efekcie problemy z jelitami mogą powodować zaburzenia gospodarki hormonalnej, regulującej nasz rytm dobowy i samopoczucie psychiczne.

  • Zestresowane jelita tyją albo chudną. Cytokiny prozapalne powodują, że nasz ośrodek regulacji głodu/sytości wariuje i mózg otrzymuje błędne informacje. Hormon sytości (lepytna), który normalnie już dawno powiedziałby mózgowi „hej, najadłem się” nie dociera do niego. Analogicznie zaburzenia mogą dotyczyć hormonu greliny, która odpowiada za poczucie głodu.

  • Zestresowane jelita mają słabą odporność. Działanie układu immunologicznego jest ściśle powiązane z mikroflorą jelitową. Stres działa jak szczota, „wyczesując” dobre bakterie z naszych jelit i tym samym zwiększając podatność na infekcje.

  • Zestresowane jelita cierpią na choroby autoimmunologiczne. Osoby, borykające się z Hashimoto, RZS, SM, toczniem itp. często spotykają się z sugestią, że dieta jest podstawą do przywrócenia prawidłowego działania układu odpornościowego. Chodzi o to, aby organizm przestał atakować swoje komórki (np. niszczyć własną tarczycę). Mechanizm ten jest dość złożony, nie będą więc w niego wnikać na ten moment. Osoby, które interesują się dietą w chorobach autoimmunologicznych niech zajrzą na te blogi: http://www.tarczycahashimoto.pl/blog lub http://www.tlustezycie.pl/

  • Zestresowane jelita mają swoje własne choroby jak bardzo popularny IBS (Zespół Jelita Drażliwego). Ponieważ nie jestem ani dietetykiem ani lekarzem,to po medyczny opis odsyłam Was tu:

Jak pomóc jelitom w stresie?

Poza dietą i odbudową mikroflory jelitowej koniecznie trzeba pomóc jelitom się relaksować. Od strony psychologicznej należy robić wszystko, aby wesprzeć układ przywspółczulny, który powie im „hej, wszystko jest dobrze, nie musicie się napinać”. Odsyłam Was do wpisu, który opisywał mechanizm działania AUN oraz rolę relaksacji.

Bardzo pomocna będzie praktyka jogi powięziowej oraz asany, które rozluźniają napięcie w jamie brzusznej, rozciągają przód ciała i sprzyjają wyciszeniu (łagodne wygięcia na wałkach, klockach itp.). Polecam grupy kobiece w szkołach jogi, bo tam pozycje często mają za zadanie właśnie rozluźnić miednicę i jej zawartość. Po więcej praktycznych inspiracji zapraszam Was na warsztaty antystresowe 🙂

Spokojnych jelit dla nas wszystkich 🙂

Kamila

Bibliografia:

www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4202342/
emeranmayer.com/the-brain-gut-microbiomes-connection-to-ibd-obesity-and-anxietydepression/
Rudzki L., Szulc A., Wpływ jelitowej flory bakteryjnej na ośrodkowy układ nerwowy i jej potencjalne znaczenie w leczeniu zaburzeń psychicznych, Farmakoterapia w psychiatrii i neurologii, 2013

Stres mieszka w ciele I : kiedy choruje głowa, choruje ciało…

Po dłuższej przerwie od blogowania- wracam do obiecanych, trzymających się bliżej ziemi artykułów 🙂

Kolejny cykl wpisów chciałabym poświęcić na przyjrzenie się związkowi chorób ciała i doświadczanych przez nas emocji.  Medycyna zachodnia dopiero od niedawna dostrzega związek naszej psychiki ze stanem naszego ciała. W tym kręgu kulturowym przez wieki człowieka traktowano jako system niezwiązanych ze sobą części, działających w oderwaniu od siebie. Tymczasem lekarze na Wschodzie zawsze patrzyli na człowieka holistycznie- lecząc przyczynę zaburzeń, a nie tylko zaleczając objawy. Obecnie coraz więcej osób jest świadomych, że doświadczenia życiowe i emocje wywierają ogromny wpływ na stan naszego zdrowia. Aleksander Lowen, twórca metody psychoterapii poprzez ciało, mawiał „Problemy człowieka zawsze można odczytać z jego ciała, ponieważ ciało jest tym, kim jest człowiek.”

Lowen i inne metody pracujące z „głową” poprzez ciało wskazują na szczegółowy związek przeżywanych emocji i tego, co później dzieje się z naszym organizmem. Na potrzeby mojego bloga skupię się jednak na bardziej ogólnych, ale wciąż niezwykle częstych problemach ze zdrowiem, które mają swoje główne źródło w psychice. Konkretnie- na chorobach psychosomatycznych. Od stresu nikt z nas nie ucieknie i każdy miewa w życiu etap, gdy czuje jak grunt usuwa się spod nóg… Jeśli nie umiemy tego gruntu złapać, albo świadomie się zrelaksować, narażamy się na całkiem namacalne problemy ze zdrowiem. Ciało ma swoje możliwości adaptacji i jest w stanie zaskakująco długo znosić nawet długotrwałą ekspozycję na stres.  Jednak w pewnym momencie nie ma już zasobów i zaczyna odbijać skutki stresu w ciele. Woła „nie dam rady, zobacz!” na swój, cielesny sposób.

Mechanizm zaburzeń psychosomatycznych: „Naprawdę mnie boli, a nikt nie wie, dlaczego”

Kiedy doświadczamy stresującej sytuacji nasze ciało wchodzi w tryb „walcz lub uciekaj”. Towarzyszy temu szereg reakcji fizjologicznych, która mają pomóc nam przeżyć (dosłownie!). O dokładnym mechanizmie pisałam tutaj. Jeśli następuje fizyczne wyładowanie (tzn. naprawdę uciekasz lub walczysz) organizm może w procesie ruchu zużyć hormony stresu, które przed chwilą wyprodukował. Umówmy się, że jednak mało kto goni po firmowym korytarzu albo porzuca auto w korku i wykonuje 50 pompek na przystanku…W efekcie nasz układ hormonalny i odpornościowy stopniowo upośledza swoje działanie. Częściej mamy infekcje, pojawiają się problemy ze zdrowiem. Czasami wyniki badań nie pokazują nic niepokojącego, a nas boli brzuch, głowa, tracimy oddech albo pojawiają się kołatania serca- to może sugerować, że ciało nie radzi sobie ze skutkami stresu. Są też choroby, które w wyraźny sposób wiążą się z doświadczaniem długotrwałego stresu. Określamy je chorobami psychosomatycznymi.

Choroby psychosomatyczne: gdy cierpi dusza, choruje ciało

Choroby psychosomatyczne to „choroby przebiegające albo pod postacią zaburzeń funkcji, albo zmian organicznych dotyczących poszczególnych narządów czy układów, w przebiegu których czynniki psychiczne odgrywają istotną rolę w występowaniu objawów chorobowych i ich zaostrzeniu” (definicja WHO). Istnieje także grupa chorób (tzw. „Chicagowska siódemka”, autorstwa F.G, Alexandra), które uznawane są za dysfunkcje związane z ekspozycją na stres:

  • choroba wrzodowa żołądka

  • nadciśnienie tętnicze

  • astma oskrzelowa

  • reumatoidalne zapalenie stawów

  • zapalenie jelita grubego

  • nadczynność tarczycy

  • atopowe zapalenie skóry

Zestawienie pochodzi z zamierzchłych czasów (lata 50-te XX wieku) i dziś można śmiało do niego dodac także (nękające szczególnie kobiety) choroby autoimmunologiczne np. zapalenie tarczycy Hashimoto, toczeń, choroba Gravesa-Basedova, choroba Addisona, Stwardnienie Rozsiane, IBS (Zespół Jelita Drażliwego), CFS (Zespół Przewlekłego Zmęczenia), fibromalgia. Plus „klasyki”: stany depresyjne, nerwice, bezsenność, zaburzenia libido, zaburzenia odżywiania, problemy z płodnością.

Jak sobie pomóc w chorobach psychosomatycznych? 

Jeśli trafisz na mądrego lekarza, to zasugeruje wizytę u psychoterapeuty. Ponieważ choroby psychosomatyczne często powiązane są z brakiem umiejętności stawiania granic, mówienia o swoich potrzebach, proszenia o pomoc. Osoby, które otoczone są wsparciem społecznym i potrafią dzielić się swoimi emocjami, dużo rzadziej nękają tego typu dolegliwości. Badania inter-kulturowe wyraźnie pokazują, że zaburzenia autoimmunologiczne to domena wysoko uprzemysłowionych krajów Zachodu. Rzadko kiedy występują w uboższych i mniej zaawansowanych społecznościach. Dzieje się tak dlatego, że w tradycyjnych kulturach ludzie spędzają dużo czasu z bliskimi a rodzina stanowi znaczącą sieć wsparcia. Co więcej- tryb życia wymaga dużo więcej ruchu i nie generuje takiej dawki stresu. A nawet jeśli generuje stres, to ma on charakter krótkofalowy (goni Cię tygrys- uciekasz) i ciało w naturalny sposób wraca do stanu równowagi.

Życie samo w sobie zawsze będzie zawierało stresujące sytuacje. Nie mamy na to wpływu. Mamy wpływ jednak na to, jak na nie reagujemy. I bardzo dobrze jest umieć je w pełni przeżywać- tzn. śmiać się, gdy coś nad raduje i płakać, gdy jest trudno. Tu właśnie kluczowa może okazać się pomoc psychoterapeuty. Zmiana wzorców reagowania na stres, zadbania o siebie, porzucenia schematów postępowania, które wkładają nas w rolę życiowej ofiary- to najważniejsza droga do zmniejszenia, a może i zlikwidowania objawów chorób.

Istnieje także wyraźny związek niektórych zaburzeń z doświadczanymi przez nas emocjami. Np. kłopoty z sercem lub oddychaniem często wiążą się z trudnościami w relacjach i np. lękiem przed bliskością. Problemy z jelitami, odżywaniem korelują min. z tendencją do perfekcjonizmu, potrzebą kontroli lub też intensywnie przeżywanym poczuciem wstydu. Bóle kręgosłupa, mięśni czy stawów często sugerują, że dźwigamy coś na swoich barkach czy niesiemy „krzyż” na plecach (niekoniecznie swój…). Choroby autoimmunologiczne bywają ostatnim wołaniem naszego ciała :”Czy tak trudno jest Ci mnie zaakceptować, że muszę zacząć siebie niszczyć?”

Na bieżąco warto nauczyć się prawidłowo odpoczywać i relaksować. Metody są dowolne, choć najbardziej zależałoby nam na zminimalizowaniu aktywności ciała i umysłu. Joga, medytacja, techniki oddechowe, masaż- sprawdźcie, co do Was najbardziej przemawia. O tym, dlaczego relaksacja jest niezbędna, aby żyć w zdrowiu pisałam więcej tu. Można zacząć od słuchania nagrań relaksacyjnych, np. na Stresoterapii 🙂

W kolejnym wpisie przyjrzymy się dokładniej roli stresu w konkretnych, najbardziej dotkliwych zaburzeniach.

Tymczasem pamiętajcie, że dopóki człowiek oddycha, to żyje i ma możliwość i szansę, żeby coś zmienić!

Kamila

 

Smutek- emocja, która uczy nas żyć w pełni. Jak go przeżywać, jak towarzyszyć innym w smutku?

„Jesteś tutaj. Nie jesteś tym, który przyjdzie i odejdzie. Pozwól, by twoje cierpienie przychodziło i odchodziło, a nie ty. Ty zostań na miejscu.”
Mooji

W trakcie naszych warsztatów często rozmawiamy o emocjach. O złości, gniewie,lęku i smutku. O tym, że są tak samo potrzebne jak te po drugiej stronie brzegu, czyli radość i spokój. Często jednak nie pozwalamy sobie na ich ekspresję. W dzieciństwie słyszymy „nie płacz”, „nie becz”, „chłopcy się nie mażą”. Wyrastamy na dorosłych, którzy nie potrafią płakać. Sama wiele, wiele lat wstydziłam się swoich leż, a kiedy już pękłam i „się rozkleiłam”, to nie potrafiłam zatrzymać szlochu. Tak, jakbym próbowała nadrobić lata, kiedy swoje łzy trzymałam w ukryciu. Wydawało mi się, że skoro nie pozwolę sobie na płacz a czasami- rozpacz, to tak jakby tego wcale nie było…

Tymczasem płacz (podobnie jak krzyk) jest najprostszą i najbardziej naturalną drogą uwalniania napięcia. Aleksander Lowen, twórca metody psychoterapii, pracującej bardzo mocno poprzez ciało napisał:

Uczucie smutku lub krzywdy uwalniamy poprzez płacz. Jeśli nie możemy płakać, gdyż boimy się reakcji rodziców lub z innych powodów, to mięśnie, które normalnie uczestniczyłyby w płaczu, się napinają. Są to mięśnie ust, gardła, piersi i brzucha. Jeśli uczuciem, które domaga się uwolnienia, jest gniew, napinają się mięśnie pleców i ramion. Zakazany impuls gryzienia napina szczęki, zakazany impuls kopania prowadzi do napięcia w nogach. Korelacja między napięciami mięśniowymi a zakazami jest tak wyraźna, że studiując rozkład napięć w ciele jakiejś osoby, można powiedzieć, jakie impulsy i emocje uważa ona za zakazane.

Nie pozwalając sobie na płacz wcale nie zmniejszamy swojego cierpienia. Zamiast tego „przepychamy” te emocje do niektórych miejsc w ciele. Ciało się kurczy, spina, a my czujemy się coraz bardziej wyczerpani i samotni. Czasami robimy jakąś asanę i nagle łzy napływają do oczu. Szczególnie widać to w wygięcach, kiedy odsłaniamy nasze gardło i klatkę piersiową, a więc te miejsca, które mocno powiązane są z ekspresją smutku.

„Właśnie się rozstaję z partnerem, straciłam pracę, mama jest w szpitalu, ale jakoś się trzymam…Zawsze może być gorzej, prawda?”. Jeśli należycie do takich „fajterów” z kamienną twarzą, wiecznie odmawiający sobie prawa do płaczu, to warto spróbować przyjrzeć się swojemu smutkowi. Nie umiesz się rozpłakać? Zapytaj siebie, gdzie czujesz ten smutek, w ciele. Pozwól go sobie przeżyć. Jak każda emocja minie i przyniesie odczucie oczyszczenia i ulgi. Jak go przeżywać? Mamy różne sposoby. Jedni potrzebują wypłakać się przy bliskiej osobie, inni w poduszkę; przytulić do zwierzaka. Objąć siebie. Choć czasami strategia odraczania smutku („zajmę się czymś, co mnie odciągnie, obejrzę dobrą komedię” itp.) jest dobra, to na dłuższą metę będzie tylko pogarszać sytuację. Z emocjami jest jak z zamiataniem kurzu po dywan. Co chwilę nie ma dobrego momentu na gruntowne odkurzenie- a to wpadają goście, a to czasu brakuje… I tygodniami dorzucamy kolejne śmieci, aż któregoś dnia w najmniej spodziewanym momencie potykamy się na wystającej górce…

Smutek jest jedną z podstawowych emocji wyróżnionych przez Paula Ekmana. Wyrażają go identycznie wszyscy ludzie, w każdej kulturze. Umożliwia zatrzymanie się, refleksję nad tym, co w naszym życiu jest na tu i teraz. Uwrażliwia na emocje swoje i innych. Przeżywaniu smutku jest dla nas także trudne w roli obserwatora. Bardzo często widok innej osoby, która płacze, powoduje przywołanie naszych trudnych uczuć.  Osoby bardziej empatyczne mogą same się rozpłakać albo wycofać, aby nie konfrontować się ze swoim smutkiem. Często trudno nam też towarzyszyć innym w trudnych chwilach. Mamy tendencję do dawania rad („ja bym zrobiła tak”), pocieszania („to nie koniec świata, dasz radę”), rozśmieszania lub odwracania uwagi. Tymczasem w takim momencie wszyscy potrzebujemy przede wszystkim wysłuchania i akceptacji.

Co mówić, kiedy ktoś przy nas przeżywa smutek?

  1. Widzę, że jest Ci trudno

  2. Jestem przy Tobie

  3. Dobrze, że płaczesz

  4. Co mogę zrobić, aby Ci pomóc?

  5. Opowiedz mi, co się dzieje

  6. Czego ode mnie potrzebujesz?

  7. Wyobrażam sobie, że to trudne

  8. Pomogę Ci w tej sytuacji, jeśli chcesz?

  9. Będę obok, jeśli będziesz mnie potrzebował

  10. Czy potrzebujesz być sam czy mam z Tobą pobyć?

Towarzyszenie przy czyimś smutku polega na BYCIU OBECNYM. Na jednym z warsztatów usłyszałam od prowadzącej takie polecenie „Pozwólcie tej drugiej osobie przeżywać, a wy po prostu trzymajcie przestrzeń”. Jak dla mnie- jedno z piękniejszych słów na określenie wsparcia.

Smutek to nie depresja. Zdrowe uczucie smutku jest żywe, intensywne, odczuwalne. Depresja to stan, kiedy czujemy się pozbawieni uczuć i przestaje nam na czymkolwiek zależeć. Depresja uwarunkowana jest wieloma czynnikami, również czysto fizjologicznymi (jak np. funkcjonowanie naszych przekaźników nerwowych, wychwytu serotoniny czy predyspozycji genetycznych). Zdrowe wyrażanie smutku uwalnia napięcia na bieżąco, jednocześnie obniżając ryzyko przerodzenia się długo tłumionych uczuć w stany obniżonego nastroju. Ale to temat na odrębny wpis .

A cytat Mooji jest dla mnie właśnie o tym. Jeśli pozwalasz sobie na przeżycie uczuć na bieżąco, to dajesz sobie prawo na wyrażanie siebie. Wszystko co się pojawia (i to,co trudne i to, co łatwe) i tak przeminie, ale Ty w środku jesteś taki wciąż taki sam 

Dobrego i prawdziwego czasu dla Was – ze smutkiem i radością 

Namaste

Kamila