Czuć za mocno: dar czy utrapienie?Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) cz. I

Rajstopki. Te straszne rajstopki, w które rodzice (dosłownie) wbijali mnie każdego ranka przed wyjściem do przedszkola. Nie rozciągało się to dziadostwo ani o centymetr, drapało i brutalnie wciskało w skórę. Do dzisiaj to pamiętam! I w przeciwieństwie do innych dzieci nie umiałam spać w dzień. Leżakowanie. Co za koszmar. Przecież jest jasno, mózg nie śpi, kiedy jest dzień 😉 Za to zasypiałam o zmroku i budziłam się z pierwszymi promieniami słońca. To było przekleństwo moich (wówczas jeszcze młodych i imprezujących) rodziców, którzy kończyli nad ranem nocne Polaków rozmowy, a ja właśnie pytałam mamy, gdzie jest „kakałko” na śniadanie. Kiedy ktoś na mnie krzyczał odbierałam to jako fizyczny ból, a obserwowanie kłótni rodzinnych kończyło się u mnie zazwyczaj histerycznym płaczem. A, no i jeszcze sławetny spot w wiadomościach o mordowaniu żółwi, które obejrzałam w wieku 7 lat, po czym dostałam całonocnej histerii i spazmów…

Minęły dwie dekady i starłam się odnaleźć w Warszawskim pędzie w mojej pierwszej pracy w korporacji. Najpierw był dojazd. Kolejką WKD i codzienny bieg podziemiami dworca centralnego. Cuchnące powietrze, dziki tłum, intensywne lipcowe zapachy w miejskim środku transportu.Koktajl ludzkich emocji upchnięty na kilku metrach kwadratowych. I open-space. Bez możliwości otwarcia okna w nowoczesnym, betonowym bunkrze. Bez tlenu. Bez ruchu. W temperaturze znacząco zbyt wysokiej, jak na zdolności mojego organizmu. Ostrym świetle biurowych lamp i suchym powietrzu z klimatyzacji. Każda komórka mojego ciała chciała się stamtąd wydostać, zaczerpnąć powietrza; każdy mięsień chciał się ruszyć. Ach, i te sztywne uwierające koszule i klejące się do ciała rajstopy. Szpilki, w których stopa prosiła o wolność. I small- talki w kuchni. O wakacjach, samochodach i innych ważnych życiowych kwestiach. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Naprawdę się starałam i ciągle słyszałam, że jestem jakaś dziwna. Sama w to uwierzyłam. Bo jak to jest możliwe, że ja wszystko czuję bardziej?Dlaczego innym nie przeszkadza, że ich ciało od 5 godzin nie zmieniło pozycji, a w pokoju zawartość tlenu spadła do 5 %? Jak to możliwe, że potrafili na zebraniu kogoś publicznie skrytykować- czy nie poczuli emocji, jakie wywołali? Dlaczego nie dostrzegają tych wyraźnych sygnałów, kiedy ktoś ich nie słucha, nie ma ochoty rozmawiać, a nawet cierpi?No i po co ludzie rozmawiają o pierdołach, skoro czuć na odległość, że w środku coś się przewraca i aż prosi o utulenie?

Tych „drażniących” elementów rzeczywistości było więcej. Radio w samochodzie i brutalne reklamy, telewizor w domu rodziców, za głośna muzyka na imprezie. Ciągle jakby za mocno i za dużo, choć przecież reszcie osób wydaje się to nie przeszkadzać. Jednocześnie dostrzegałam dużo mocniej piękno tego świata: zmienność kolorów na niebie, zapach porannej wilgotnej ziemi, głębię spojrzenia drugiego człowieka, uśmiech maleńkiej córeczki mojej znajomej.

Choć od zawsze byłam ekstrawertyczką i uwielbiam ludzi, to do zachowaniu równowagi potrzebna jest mi cisza, pobyt w przyrodzie- a często i wiele dni resetu w samotności. Potrafię wyjść na scenę przed 100 osobami i wygłosić improwizowany wykład, a jednocześnie okropnie męczy mnie pobyt w centrum handlowym. Wybudza mnie śpiew ptaków, ale jednocześnie jestem niesamowicie wrażliwa na muzykę. I gwóźdź programu: emocje. Wyczuwam je u innych, zanim cokolwiek powiedzą. Czuję, kiedy kogoś coś boli i jak poprawić czyjeś ciało na jodze, żeby zmniejszyć napięcie. Naprawdę interesują mnie historie innych ludzi. Ale jest i ciemna strona medalu. Wszystko przeżywam podwójnie. Odczuwam smutek czy ból drugiej osoby jak swoją własną stratę. Nie raz usłyszałam, że jestem fałszywa, bo jak to możliwe, żeby się wzruszyć słuchając czyjejś historii albo roześmiać?

Mój mózg ma problem, żeby oddzielić realia od np. filmu, dlatego od 4 lat nie byłam w kinie. Ostatni wyskok na „Django” zakończył się u mnie 2 godzinnym płaczem (” no co Ty, przecież to Tarantino, ta krew nie jest prawdziwa, oni udają!”) Serio? Wiem, ale dla mojego przewrażliwionego mózgu nie ma to znaczenia- krew to krew, ból to ból.

Próbowałam się dopasować do żelaznych reguł pędzącego świata, ale nie potrafiłam. W efekcie byłam coraz bardziej rozdrażniona, niespokojna i zmęczona. Niedoczynność tarczycy, bezsenność, problemy z hormonami. Aż zmieniłam pracę. Zaczęłam więcej przebywać na powietrzu. Choć pracuję dużo więcej i intensywniej, niż dawniej, to dobieram czas pracy i warunki w zgodzie ze swoją osobą. Noszę luźne ciuchy. Unikam miejsc, gdzie jest bardzo głośno, ciasno i pełno ludzi. Chodzę spać wcześnie i wstaję o wschodzie słońca (słaba partnerka do imprez, ale na poranne bieganie czy jogę- polecam się 😉 ) Intuicyjnie zrozumiałam, że najlepsze co mogę zrobić, to zmienić styl życia, bo inaczej czeka mnie bieg po równi pochyłej. Wciąż jednak nie wiedziałam, skąd ta nadwrażliwość pochodzi i czy to normalne być tak kruchą i podatną na bodźce osobą?

1,5 roku temu trafiłam na metodę leczenia traumy i stresu- Somatic Experiencing. Z fascynacją zaczęłam zagłębiać się w neuronaukę i w ramach rozrywki- oglądać skany mózgu 🙂 I bingo! Okazuje się, że to, co odbierałam jako swoje utrapienie i dar zarazem- to po prostu uroda mojego układu nerwowego 😀 I część z nas po prostu przychodzi taka na świat: chłonąc wszystko jak gąbka i intensywniej odczuwając rzeczywistość. I nie są to „histerycy”, „niedopasowani społecznie”, „odludki”, „przewrażliwieni”. Tylko osoby, których mózg jest dużo bardziej wyczulony. Trafiłam na badania Elaine Aron, która od połowy lat 90-tych eksplorowała centralny układ nerwowy pod kątem jego reaktywności na bodźce. Istnieją nawet badania prof. R. Todd, która postawiła hipotezę, że niektórzy z nas mają specjalny wariant genu (ADRA2B) wpływającego na poziom noradrenaliny, czyli hormonu związanego z uruchamianiem reakcji stresowej. Również ciało migdałowate, które uruchamia reakcję walki lub ucieczki, dużo łatwiej ulegało aktywacji u osób nad wyraz wrażliwcyh. W efekcie takie osoby reagują dużo mocniej na bodźce zewnętrzne. Wyobraźmy sobie, że mózg „zwykłej” osoby ma tamę, przez którą przepuszcza pewne informacje. Zatem ilość bodźców (wody) spływa powoli do układu nerwowego i poddawana jest selekcji (reagować czy wyluzować). U osób Wysoko Wrażliwych ta tama nie istnieje : spada informacyjny deszcz i bang: mamy powódź i alarm powodziowy 3 stopnia. Dzisiaj określamy takie osoby jako Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Persons).

I dlatego mnie np. koszmarnie uwierały rajstopki, a inne dzieci miały to w nosie 😉 Do dziś nie znoszę obcisłych ciuchów i sztucznych materiałów (drażni mnie nawet biżuteria). To dlatego, że HSP obejmuje też sensorykę, czyli reakcje na dźwięki, kolory, zapachy czy wspomniany dotyk.

Wedle badań Osoby Wysoko Wrażliwe stanowią ok 20 % populacji. Okazuje się, że wysoko wrażliwe mogą być też inne gatunki. W przeszłości, kiedy przeżycie zależało od wyczucia zagrożenia na sawannie, były darem dla społeczności: szybciej niż inne zauważały potencjalne niebezpieczeństwo. Potrafiły też łagodzić konflikty i wspierać harmonijny rozwój społeczności, ze względu na wysoką empatię. Obecnie, w świecie przebodźcowanym do granic możliwości, tacy ludzie często przechodzą katusze. Często wycofują się z życia (unikają dużych i hałaśliwych imprez, trudno im zarwać noc itp. ) Czują się niezrozumiane i tylko ucieczka w ciszę, samotność, naturę czy sen pozwala ich mózgowi odzyskać równowagę.

Ważna uwaga: jeśli nie ogarniasz sowich emocji, rzucasz talerzami, albo z łatwością wybuchasz- to wcale nie oznacza, że jesteś Osobą Wysoko Wrażliwą! Najpewniej jesteś osobą wysoko zestresowaną oraz nie do końca masz pomysł na strategię wyrażania swoich uczuć 😉 Wysoka Wrażliwość czyli Highly Sensitive Personality jest specyficzną konstrukcją psychiczną i działaniem układu nerwowego. Wymaga odpowiedniego podejścia i zadbania o codzienne warunki pracy (a często-zmiany trybu życia), żeby móc dobrze funkcjonować. I niestety, nikt za HSP tej roboty nie zrobi: trzeba o siebie zadbać i edukować otoczenie, a nie się nad sobą użalać, a HSP mają tendencję do nadmiernego wałkowania swoich emocji 😉 W kolejnym wpisie podzielę się z Wami badaniami na ten temat oraz krótkim testem, który pozwala nam wstępnie określić, czy jesteśmy książkowym wrażliwcem 🙂

Niezależnie od tego, jak działa nasz mózg, każdy z nas jest piękny na swój niepowtarzalny sposób i tylko szanując naszą niezwykłość możemy zapewnić sobie równowagę <3

Kamila- Osoba Wysoko Wrażliwa

zdjęcie: https://czuleoko.com/

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0149763418306250?via%3Dihub

https://royalsocietypublishing.org/doi/pdf/10.1098/rstb.2017.0161

„Chciałem inaczej, wyszło- jak zawsze”. Czyli dlaczego powtarzamy te same błędy w związkach?

Na pewno to znacie. Bardzo tego nie chcieliście, obiecywaliście sobie, że to już ostatni raz: „znowu trafiłam na synka mamusi”, „kolejny emocjonalny oszołom”, „to była straszna kobieta- bluszcz”, „jakbym widziała swojego ojca”. Przecież tyle raz nam się już to zdarzyło- wiemy, jak to się może skończyć. A jednak uparcie wracamy do tego samego schematu. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego powtarzamy te same błędy w relacjach?

Im mocniej eksploruję świat psychoterapii, uczę się, rozmawiam, doświadczam a (przede wszystkim!)- żyję, tym wyraźniej widzę, że problemy w związkach mają mocny związek z naszym dzieciństwem. Psychologowie i terapeuci są zgodni, że ten okres bardzo mocno warunkuje nasze późniejsze relacje. Dostrzeżenie pakowania się w stare schematy pozwala nam uwolnić się od przeszłości i zwrócić ku prawdziwym, dorosłym związkom.

1. „Jesteś, taka sama, jak Twoja matka!”

Jak napisał Aleksander Lowen: „Dziecko, którego potrzeby nie były zaspokojone wyrasta na potrzebującego dorosłego – czuje, że potrzebuje kogoś, kto trwałby przy nim i żył dla niego”. Oznacza to, że w dorosłym życiu wciąż możemy szukać w partnerach zaspokojenia potrzeb niezrealizowanych w dzieciństwie. Wiązać się z wiecznie kontrolującymi nas facetami (jak tata) albo z nieobecnym i zimnymi kobietami (jak mama). Nieważne, że to prawdopodobnie było i jest dla nas raniące. Nasza nienazwana potrzeba z dzieciństwa może w ten sposób domagać się uleczenia. To jest jednak niemożliwe w relacji, ponieważ nigdy już nie będziemy z powrotem małą dziewczynką albo chłopcem. Trzeba uznać przed samym sobą „to, co było minęło i nie wróci.” Wziąć odpowiedzialność za pracę nad tymi obszarami, które wymagają uwagi i wyjść z kręgu nieustannego powtarzania schematu.

2. „Zrobił ze mnie służącą!”

Zrzucanie winy na partnera to bardzo wygodna strategia. Najczęściej oznacza, że to ja nie potrafię postawić granicy, zadbać o swoje potrzeby. Czyli to nie on ze mnie zrobił służącą, tylko ja dałam mu prawo do zrobienia z siebie służącej. Jeśli mamy wtłoczone do głowy, że relacja oznacza poświęcanie się, to trudno będzie nam stworzyć równy związek, gdzie „śmieci wyrzucają się same.” Dojrzała asertywność to nie zgniły kompromis, ale uznanie tego, że „ja mam prawo prosić, a ty masz prawo odmówić. Ty masz prawo prosić, a ja mam prawo odmówić”. A jeśli proszę lub odmawiam zbyt często, to może jestem z osobą, z którą jest nam nie po drodze

Aleksander Lowen pisał, że punktem wyjścia do takiej postawy jest min. umiejętność sięgania po coś w dzieciństwie. Czy kiedy sięgaliśmy po coś ręką, to spotykało się to z akceptacją ze strony dorosłego? Czy zostawiono nas z poczuciem frustracji i smutku, że „mi się nie należy, nie mam po co wyciągać ręki”?

3. „Lepsze zło znane niż nieznane”

Zmiana to ryzyko. Zaproszenie do wyjścia poza to, co wbudowało się w schemat naszego dotychczasowego postępowania. Dlatego osoby, które wyrosły z rodzinach, gdzie była przemoc, często same wybierają dla siebie podobnych partnerów. Ponieważ nieświadomie poszukują tego, co znane. A to, co znane, jest zazwyczaj bezpieczne. Nieważne, że to taka namiastka bezpieczeństwa, bo przecież trudno o nie, kiedy żyję w lęku. Odtwarzanie roli może być cholernie męczące, ale jednak zapamiętałem dobrze te dialogi, scenografię i kostiumy, więc w pewien sposób jest mi wygodniej, niż uczyć się na nowo.

4. „Tym razem będzie inaczej”

Nasza nieświadoma część wciąż może mieć nadzieję, że zmieni bieg scenariusza z dzieciństwa. Przeżyć niekompletną relację na własnych zasadach, odczarowując przeszłość. Jest to oczywiście niemożliwe. Tą pracę można zrobić jedynie samemu ze sobą, przy wsparciu terapeuty lub inną drogą, która nas przekonuje. Powiedzieć sobie „ok, dzieciństwo było słabe, przykro mi. Ale już tam nie wrócę”. Mamy jednak pełno prawo i autonomię, aby już jako dorosły pożegnać tamten etap i pójść dalej. W innym wypadku za każdym razem będzie trafiać na osoby, które „okażą się znowu takie same”.

5. „Bez Ciebie nie istnieję”

Kiedy nasza potrzeba bliskości, akceptacji i miłości nie była zaspokojona możemy traktować partnera instrumentalnie. Danuta Golec piszę o tym dosadniej, mówiąc że partner przypomina „protezę”, która ma wypełnić to brakujące miejsce. Możemy więc wtłaczać się np. w rolę dziecka, które potrzebuje opieki i wybierać takie osoby, w których dominować będzie postawa opiekuńczości. Albo w rolę wiecznie rozumiejącej mamusi, która ukoi wszystkie smutki partnera (tak jak kiedy będąc dzieckiem pełniliśmy rolę powiernika trosk rodzica). Choć takie związki, mogą być bardzo trwałe, bo dwoje ludzi świetnie odgrywa swój dziecinny teatr, to jednak nie będzie to dojrzała miłość. Nie stworzy się tu żadna przestrzeń na rozwój i zrzucenie masek, a na tym polega dorosłe bycie ze sobą.

Cokolwiek więc dzieje się z naszych relacjach zawsze mówi nam o tym, jaki mamy związek z samym sobą. Nie chodzi o to, aby wiecznie taplać się w traumach z przeszłości, bo życie to nie problem do rozwiązania, ale przygoda do przeżycia 🙂 Jednak prawdziwe uznanie swoich krzywd pozwala tworzyć relacje dające przestrzeń na bycie w prawdzie ze sobą i drugim człowiekiem.

Kamila

ps. Inspirowałam się lekturą książek (poza swoim życiem) 😉  Aleksandra Lowena „Radość” i „Przyjemność” oraz wywiadem z Danutą Golec z książki „Żyj wystarczająco dobrze” Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego

Nie odpychaj przeszłości. Dlaczego nie warto obwiniać swoich rodziców

Dzieciństwo. Z czym Wam się kojarzy? Czy są to piękne, ciepłe wspomnienia, czy może wolelibyście od razu urodzić się dorosłym? Według badań i statystyk niewiele jest rodzin, w których panuje miłość, szacunek i poczucie bezpieczeństwa. Większość ludzi wychodzi z domu z większym lub mniejszym bagażem trudnych doświadczeń lub deficytów. W każdym nurcie psychoterapii praktycy są zgodni: dzieciństwo to czas, kiedy nieświadomie kształtuje się nasze postrzeganie świata. Uczymy się, czym są relacje między ludźmi, jakie w nich mamy miejsce i co musimy zrobić, aby zasłużyć na miłość i akceptację. Dziecko niewiele rozumie, ale za to dużo czuje. Jeśli nie doświadczysz bliskości- nie będziesz umiał jej budować. Jeśli nie bedziesz czuć się bezpiecznie- nie pozwolisz sobie na bezpieczeństwo w dorosłym życiu. Jeśli nie dano Ci prawa do popelniania błędów- nie będziesz ich umiał sobie wybaczyć. Tak, zdarza się, że wyrastamy w domach, gdzie jest przemoc. Doświadczamy okrutnych rzeczy. Czasami wcale nie muszą być to wyjątkowo patologiczne sytaucje. Może Twoja mama trzymała Cię pod kloszem i zabraniała eksplorować świat, a ojciec podcinał skrzydła i wiecznie byłaś niewystarczająco dobra?

JEDNAK DZIŚ JESTEŚ DOROSŁY, A CO BYŁO NIE WRÓCI. Nie chodzi o to, aby udawać, że było dobrze albo usprawiedliwiać innych. Nie warto też na siłę podtrzymywać relacji z rodzicami, jeśli wciąż stosują wobec nas przemoc, nie szanują naszych granic, a każde spotkanie odchorowujesz. Ale ważne jest, aby  zauważyć, że NASZE ŻYCIE TOCZY SIĘ TERAZ. To od nas zależy, czy będziemy do końca życia żywić do swoich rodziców żal, obwiniać ich za swoje nieudane związki i upadki. Czy weźmiemy odpowiedzialność za siebie i pozbawieni goryczy pozwolimy, aby nasza trudna przeszłość stała się bodźcem do stworzenia własnej, pełniejszej i świadomej wersji życia. To ogromna wartość, która pozwala nam nie powielać wzorców z domu wobec naszych własnych dzieci.  Zamiast nieustannie grzebać w przeszłości można spróbować pracować nad swoją realcją z rodzicami, uzdrawiając przede wszystkim samego siebie 🙂

Spróbuj:

  • Zrozumieć: rodzice są tylko ludźmi

Zanim pojawiliśmy się na świecie nasi rodzice mieli już swoją historię, swoje doświadczenia. MOGLI NAM PRZEKAZAĆ TYLKO TO, CO SAMI DOSTALI. A że najczęściej nie dostali tego,co ważne i wspierające, to nie umieli dac tego swoim dziecom. Starali się jak mogli. Czy zadałeś sobie trud, żeby zapytać ich o ich dzieciństwo? O tym, co w życiu kochali, a czego się bali? Za czym tęknili i co ich cieszyło? Czy zadałeś im kiedyś pytania, jakie chciałbyś zadać komuś, kogo pragniesz dobrze poznać? Może Ci nic nie odpowiedzą, może się odwrócą. A może podzielą się swoją prawdą, która doprowadziła ich do tego, że traktowali Ciebie tak, a nie inaczej? Kiedy spojrzysz na swoją relację z matką czy ojcem nie z perspektywy pokrzywdzonego 30,40, 50 letniego dziecka, ale dorosłego człowieka MASZ SZANSĘ ZOBACZYĆ W NICH CZŁOWIEKA. Z wszystkimi jego trudami, emocjami i wyborami. CZAS NA BYCIE DZIECKIEM JUŻ MINĄŁ. Jeśli tego nie zrozumiesz, wiecznie będziesz tonął w żalu i goryczy, a to na pewno nie pomoże Ci pójśc dalej.

  • Porozmawiać: poznaj ich historię i nazwij to, co było trudne

Kiedy wyjdziesz z roli dziecka czas skonfrontować się z tym, co Ciebie męczy. Zdaję sobie sprawę, że bardzo często jest to niemożliwe. Być może Twoi rodzice już odeszli. A może od lat nie utrzymjesz z nimi kontaktów, bo każde spotkanie odchorowywałeś przez wiele dni. Albo co niedzielę wpadasz na obiad, ale wiesz, że dzieli Was ściana i nie ma przestrzeni na zaufanie. Szczera rozmowa z rodzicami może być też niebywale trudna dla nas samych, ponieważ wymaga powrotu do tego, co chcieliśmy na zawsze wyprzeć z naszej świadomości. Udawanie, że tego nie było jest jednak złudne. Wszystko, co zamiatamy pod dywan dalej się tam znajduje, tylko pokrywa się coraz większa wartswą brudu i coraz łatwiej się na tym potknąć… Dlatego dobrze jest skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Pójśc na warsztaty. Poszukać miejsca i osoby, która w bezpieczny sposób stworzy taką przestrzeń i pomoże ją zrozumieć. Może szansa na bezpośrednią rozmowę z tatą i mamą się nie pojawi. Może jedyne co zrobisz, to napiszesz do nich list, który nigdy do nich nie trafi. ALE NA POZIOMIE SYSTEMU, JAKIM JEST RODZINA, ZMIENI SIĘ BARDZO DUŻO. Poruszenie najmniejszego elementu w rodzinnej układance sprawi, że inne „klocki” także się rozsuną.

  • Wybaczyć: zdejmij z siebie ciężar

WYBACZAJĄC ROZPOCZYNASZ PROCES UZDRAWIANIA.  Tak długo jak nie odpuścisz- tak długo będziesz cierpieć. A my czasami lubimy, żeby było trudno. Przywiązujemy się do swoich ran, bo to coś, co wczesniej budowało naszą tożsamość. Wiemy jak to jest być odrzuconym, samotnym czy żyć w lęku, więc jest  wygodniej odtworzyć to,co znamy. Wyjście poza schemat ofiary wymaga odwagi i wysiłku. A wybaczenie jest niezbędne, ponieważ KIEDY NIE MA KATA- NIE MA TEŻ OFIARY. Często jest to bardzo wymagający i dłuotrwały proces. Jest jednak pełno specjalistów i ośrodków, które pomagają przez to przejść w mądry i bezpieczny sposób. Im głębasza rana, tym dłuższy proces leczenia. Pozwól sobie na to,aby wszystko działo się w swoim tempie. Wielkie zmiany są sumą małych kroków. Każdy najmniejszy- życzliwa myśl w ich stronę, wybranie się na warsztaty, przeczytanie ksiązki, będzie powoli zmieniać relacje, jakie są miedzy Wami. BYĆ MOŻE RODZICE NIE NAUCZYLI CIEBIE, JAK DOBRZE ŻYC. ALE NAUCZYCLI CIĘ, JAK ŻYĆ NIE CHCESZ. A to wspaniały potencjał do zmiany.

Przeczytaleś wpis i jedyne, co czujesz to złość, że kolejny raz „przez nich” rozsypuje się Twoje życie? Jakie to niesprawiedliwe, że nie dośc że musisz sam to przepracować, to jeszcze trzeba wybaczyć tym, którzy Ciebie tu doprowadzili? Kumam, ale życie ze swojej natury nie jest sprawiedliwe. Prawdopodobnie czytasz ten tekst na smartfonie w ciepłym mieszkaniu, popijając ulubioną kawę. Tymczasem 2,1 mld. ludzi nie ma dostępu do pitnej wody. Możesz wieć zaakceptować ten fakt i zacząć budować siebie na nowo, albo dalej tracić energię na rozpamiętywanie przeszłości i obwinianie wszystkich wokół za swój los.

Ja również odrabiam tą lekcję od wielu lat, ale dziś już wiem i czuję, że to piękny proces, który przynosi ulgę zarówno mnie jak i moim rodzicom. Nauczyłam się ich kochać takimi, jakimi są. Jestem wdzięczna, za to co lekkie i to co trudne.To dało mi impuls, żeby szukać siebie i dzięki temu mogę dziś dzielić się doświadczeniem z innymi 🙂

Na wschodzie wierzą, że każda dusza wybiera sobie rodziców, po to, żeby odrobić pewną lekcję i doświadczyć tego, co pomoże jej wzrastać. Możesz wierzyć w co chcesz, ale ja czuję, że tam gdzie warto dojśc, nie ma dróg na skróty.

Namaste

Kamila