Trudne czasy dla bliskich związków: miłość, mózg i kultura

Wpis http://streso-terapia.pl/zwiazek-na-drut-kolczasty-toksyczne-relacje-i-serce/na temat tzw. „toksycznych relacji”, czyli „związków na drut kolczasty” wzbudził u Was sporo reakcji. Ostatnio sporo mojej uwagi kieruję właśnie na ten temat. Jednym z powodów jest to, że ja i moi najbliżsi przyjaciele coraz częściej zastanawiamy się nad tym, czym jest dobry związek.

Czytaj dalej Trudne czasy dla bliskich związków: miłość, mózg i kultura

Związek na „drut kolczasty”. Toksyczne relacje i serce.

Większość z nas pewnie spotkała się z terminem „toksyczny związek”. Niektórzy nawet doświadczyli go osobiście. Najczęściej w relacji partnerskiej, choć bywa, że są to również relacje w rodzinie, wśród przyjaciół czy w pracy. Osobiście nie lubię tego określenia, ale użyję go, ponieważ funkcjonuje jako termin psychologiczny i pomaga zrozumieć dynamikę takich relacji.

Czytaj dalej Związek na „drut kolczasty”. Toksyczne relacje i serce.

Lęk. Twój dobry przyjaciel w nieładnym przebraniu.

Lęk. Chyba nie ma zbyt wielu ludzi,którzy przyjmują go z otwartymi ramionami. Zaciśnięte gardło, spocone dłonie, mętlik w głowie, ból brzucha, płytki oddech… I wiele innych sygnałów od nieproszonego gościa, którego najchętniej wyrzucilibyśmy za drzwi zanim zdąży zapukać. Ale on bywa uparty. Zatrzaskujesz drzwi, ale on i tak potrafi wślizgnąć się uchylonym oknem w środku parnej, lipcowej nocy, kiedy teoretycznie „wszystko jest w porządku”. 


Lęk był moim towarzyszem przez sporą część mojego życia. Przez wiele lat nie pozwalał mi zasnąć, a jednocześnie nie pozwalał się w pełni obudzić na to, co nazywamy życiem. Na zewnątrz byłam dzielną i silną dziewczyną. Pracowałam jako nurek, dźwigałam ciężary, włóczyłam się z plecakiem po kole podbiegunowym, wbijałam czekan w śnieg na lodowcu. Ale w środku było we mnie pełno lęku. Nieproszony gość, który pojawiał się  w bliskich relacjach, w podejmowanych decyzjach i obawach o moje zdrowie. Często zupełnie nieadekwatny do sytuacji. Zwykła wymiana zdań z ukochaną osobą potrafiła spowodować u mnie wewnętrzną panikę. Zazwyczaj uciekałam. Kończyłam relacje, zmieniałam miejsce pobytu, podejmowałam kolejne studia, kolejne stypendia, podróżowałam. Byle nie czuć.

Dopiero niedawno poczułam jak wielkim darem w moim życiu jest lęk. Posłańcem, który z niespotykaną cierpliwością wsuwa w moje drzwi karteczki z informacją, które części mnie domagają się zauważenia i uzdrowienia. Przestałam go odpychać. W końcu niechętnie poszłam do kuchni, zaprosiłam go do stołu i zaparzyłam herbatę…Pozwoliłam mu mówić. Zaczęłam słuchać jego opowieści. Powoli zaczęłam rozumieć. Usłyszałam głos małej, wystraszonej dziewczynki, która kiedyś bardzo się bała. Pozwoliłam jej być słabą. Bo jak być silną ona wiedziała doskonale.

Nie jest to jednak łatwy proces. Nasza kultura nie przepada za wrażliwością, emocjonalnością i przyznaniem się do słabości. Nie lubi tez dyskomfortu. Preferujemy klimatyzację, miękkie fotele, wygodne samochody. Kiedy coś nas boli łykamy „tabletkę”- może jakieś leki, może kilka szklaneczek dobrego alkoholu dla rozluźnienia,  może kolejna powierzchowna relacja dla zabicia samotności. Ale ból nie znika, on wciąż  tam jest. Bywa że niespodziewanie wybuchnie w postaci ataku paniki, kiedy sam w środku nocy będziesz jechać ciemnym tunelem na autostradzie. I wtedy część z nas pobiegnie do psychiatry po leki, żeby „TO” już nigdy więcej się nie powtórzyło. 

Ale paradoksalnie „TO” jest darem. I tylko kiedy pochylimy się nad swoim lękiem, damy mu szansę mówić możemy dotrzeć do jego źródła. Ale do tego konieczny jest czas. Ograniczenie bodźców, pobycie ze sobą w ciszy, w tej przestrzeni gdzie wcale nie jest miło i wygodnie. 


Moja droga do oswajania leku wiedzie różnymi ścieżki. Celowo piszę w czasie teraźniejszym, bo choć zaprzyjaźniłam się z lękiem i mam wrażenie, że teraz mamy całkiem dobrą relację, to na pewno trzeba o nią dbać całe życie 🙂

– joga uczy mnie nieoceniania. Jest jak jest na ten moment, inaczej teraz nie będzie. I to jest ok.

-medytacja: bycia w perspektywie obserwatora, a nie aktora. Zrozumienia że moje myśli to tylko myśli, niekoniecznie fakty.

– psychoterapia: wyrażania wszystkich emocji,także smutku, gniewu i rozpaczy. Czerpania siły ze swojej wrażliwości

– Somatic Experiencing (metoda terapii traumy, jaką studiuję) pokazuje, że lęk często bywa po prostu niedokończoną reakcją naszego układu nerwowego i mamy metody, żeby go uwolnić. To, że teraz jest trudno, to wcale nie oznacza, że tak będzie zawsze 🙂

– praca z ciałem (psychoterapia metodą A. Lowena, Trauma Release Excercises, tantra, medytacje aktywne Osho, choeroterapia, Integracja Strukturalna) pozwoliły mi wykrzyczeć, wyskakać, wytrząść zablokowane emocje

-praca z tradycyjną medycyną pokazuje mi, że czasami coś we mnie musi umrzeć, żeby przyszło nowe, ale to wcale nie oznacza mojego końca 

-podróże w odległe rejony pomagają tolerować dyskomfort- upał, zimno, wilgoć, monotonnie, zmęczenie 

Przede wszystkim moimi najlepszymi nauczycielami są bliscy ludzie. Bo jeśli lęk powstał właśnie w pierwotnej relacji,w dzieciństwie to nigdy nie uleczysz go w samotności. Więc wdzięczna jestem za te wszystkie momenty w relacjach , kiedy musiałam się z nim skonfrontować.


Mój ostatni tydzień, kiedy zniknęłam zupełnie z  zasięgu to był również czas konfrontowania się z lękiem. Z lękiem wysokości w trakcie wspinaczki (patrz zdjęcie ;-). Z lękiem przed spotkaniem ze swoim cieniem, kiedy przez wiele dni dzielisz z kimś maleńką przestrzeń i tak łatwo o irytację. Z lękiem przed zmęczeniem, płytkim oddechem, ograniczeniami ciała, ostatnim podciągnięciem które dzieli Cie od szczytu. Dyskomfortem w każdym wydaniu. Ale czasami mam wrażenie, że dopiero kiedy dotykam tej swojej granicy, gdzie (choćbym chciała) nie mam już sił udawać pojawia się prawda i uzdrowienie. 

Dedykuję ten wpis wszystkim, którzy mierzą się z lękiem. Z podziękowaniem dla ludzi, którzy wytrącają mnie ze strefy komfortu, a jednocześnie uczą mnie bezwarunkowej miłości .I wiece co? Jestem bardzo dumna z tych, którzy potrafią pokazać swoją słabość. Bo trzeba mieć dużo odwagi, aby pozwolić się sobie bać.

Love  & Light
Kamila 

ps. jeśli interesuje Was temat radzenia sobie z lękiem od strony terapii i pracy z układem nerwowym zajrzyjcie do wpisu: http://streso-terapia.pl/kiedy-twoim-zyciem-rzadzi-lek-jak-cialo-uczy-sie-bac-wlasnych-mysli/

Czuć za mocno: dar czy utrapienie?Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) cz. I

Rajstopki. Te straszne rajstopki, w które rodzice (dosłownie) wbijali mnie każdego ranka przed wyjściem do przedszkola. Nie rozciągało się to dziadostwo ani o centymetr, drapało i brutalnie wciskało w skórę. Do dzisiaj to pamiętam! I w przeciwieństwie do innych dzieci nie umiałam spać w dzień. Leżakowanie. Co za koszmar. Przecież jest jasno, mózg nie śpi, kiedy jest dzień 😉 Za to zasypiałam o zmroku i budziłam się z pierwszymi promieniami słońca. To było przekleństwo moich (wówczas jeszcze młodych i imprezujących) rodziców, którzy kończyli nad ranem nocne Polaków rozmowy, a ja właśnie pytałam mamy, gdzie jest „kakałko” na śniadanie. Kiedy ktoś na mnie krzyczał odbierałam to jako fizyczny ból, a obserwowanie kłótni rodzinnych kończyło się u mnie zazwyczaj histerycznym płaczem. A, no i jeszcze sławetny spot w wiadomościach o mordowaniu żółwi, które obejrzałam w wieku 7 lat, po czym dostałam całonocnej histerii i spazmów…

Minęły dwie dekady i starłam się odnaleźć w Warszawskim pędzie w mojej pierwszej pracy w korporacji. Najpierw był dojazd. Kolejką WKD i codzienny bieg podziemiami dworca centralnego. Cuchnące powietrze, dziki tłum, intensywne lipcowe zapachy w miejskim środku transportu.Koktajl ludzkich emocji upchnięty na kilku metrach kwadratowych. I open-space. Bez możliwości otwarcia okna w nowoczesnym, betonowym bunkrze. Bez tlenu. Bez ruchu. W temperaturze znacząco zbyt wysokiej, jak na zdolności mojego organizmu. Ostrym świetle biurowych lamp i suchym powietrzu z klimatyzacji. Każda komórka mojego ciała chciała się stamtąd wydostać, zaczerpnąć powietrza; każdy mięsień chciał się ruszyć. Ach, i te sztywne uwierające koszule i klejące się do ciała rajstopy. Szpilki, w których stopa prosiła o wolność. I small- talki w kuchni. O wakacjach, samochodach i innych ważnych życiowych kwestiach. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Naprawdę się starałam i ciągle słyszałam, że jestem jakaś dziwna. Sama w to uwierzyłam. Bo jak to jest możliwe, że ja wszystko czuję bardziej?Dlaczego innym nie przeszkadza, że ich ciało od 5 godzin nie zmieniło pozycji, a w pokoju zawartość tlenu spadła do 5 %? Jak to możliwe, że potrafili na zebraniu kogoś publicznie skrytykować- czy nie poczuli emocji, jakie wywołali? Dlaczego nie dostrzegają tych wyraźnych sygnałów, kiedy ktoś ich nie słucha, nie ma ochoty rozmawiać, a nawet cierpi?No i po co ludzie rozmawiają o pierdołach, skoro czuć na odległość, że w środku coś się przewraca i aż prosi o utulenie?

Tych „drażniących” elementów rzeczywistości było więcej. Radio w samochodzie i brutalne reklamy, telewizor w domu rodziców, za głośna muzyka na imprezie. Ciągle jakby za mocno i za dużo, choć przecież reszcie osób wydaje się to nie przeszkadzać. Jednocześnie dostrzegałam dużo mocniej piękno tego świata: zmienność kolorów na niebie, zapach porannej wilgotnej ziemi, głębię spojrzenia drugiego człowieka, uśmiech maleńkiej córeczki mojej znajomej.

Choć od zawsze byłam ekstrawertyczką i uwielbiam ludzi, to do zachowaniu równowagi potrzebna jest mi cisza, pobyt w przyrodzie- a często i wiele dni resetu w samotności. Potrafię wyjść na scenę przed 100 osobami i wygłosić improwizowany wykład, a jednocześnie okropnie męczy mnie pobyt w centrum handlowym. Wybudza mnie śpiew ptaków, ale jednocześnie jestem niesamowicie wrażliwa na muzykę. I gwóźdź programu: emocje. Wyczuwam je u innych, zanim cokolwiek powiedzą. Czuję, kiedy kogoś coś boli i jak poprawić czyjeś ciało na jodze, żeby zmniejszyć napięcie. Naprawdę interesują mnie historie innych ludzi. Ale jest i ciemna strona medalu. Wszystko przeżywam podwójnie. Odczuwam smutek czy ból drugiej osoby jak swoją własną stratę. Nie raz usłyszałam, że jestem fałszywa, bo jak to możliwe, żeby się wzruszyć słuchając czyjejś historii albo roześmiać?

Mój mózg ma problem, żeby oddzielić realia od np. filmu, dlatego od 4 lat nie byłam w kinie. Ostatni wyskok na „Django” zakończył się u mnie 2 godzinnym płaczem (” no co Ty, przecież to Tarantino, ta krew nie jest prawdziwa, oni udają!”) Serio? Wiem, ale dla mojego przewrażliwionego mózgu nie ma to znaczenia- krew to krew, ból to ból.

Próbowałam się dopasować do żelaznych reguł pędzącego świata, ale nie potrafiłam. W efekcie byłam coraz bardziej rozdrażniona, niespokojna i zmęczona. Niedoczynność tarczycy, bezsenność, problemy z hormonami. Aż zmieniłam pracę. Zaczęłam więcej przebywać na powietrzu. Choć pracuję dużo więcej i intensywniej, niż dawniej, to dobieram czas pracy i warunki w zgodzie ze swoją osobą. Noszę luźne ciuchy. Unikam miejsc, gdzie jest bardzo głośno, ciasno i pełno ludzi. Chodzę spać wcześnie i wstaję o wschodzie słońca (słaba partnerka do imprez, ale na poranne bieganie czy jogę- polecam się 😉 ) Intuicyjnie zrozumiałam, że najlepsze co mogę zrobić, to zmienić styl życia, bo inaczej czeka mnie bieg po równi pochyłej. Wciąż jednak nie wiedziałam, skąd ta nadwrażliwość pochodzi i czy to normalne być tak kruchą i podatną na bodźce osobą?

1,5 roku temu trafiłam na metodę leczenia traumy i stresu- Somatic Experiencing. Z fascynacją zaczęłam zagłębiać się w neuronaukę i w ramach rozrywki- oglądać skany mózgu 🙂 I bingo! Okazuje się, że to, co odbierałam jako swoje utrapienie i dar zarazem- to po prostu uroda mojego układu nerwowego 😀 I część z nas po prostu przychodzi taka na świat: chłonąc wszystko jak gąbka i intensywniej odczuwając rzeczywistość. I nie są to „histerycy”, „niedopasowani społecznie”, „odludki”, „przewrażliwieni”. Tylko osoby, których mózg jest dużo bardziej wyczulony. Trafiłam na badania Elaine Aron, która od połowy lat 90-tych eksplorowała centralny układ nerwowy pod kątem jego reaktywności na bodźce. Istnieją nawet badania prof. R. Todd, która postawiła hipotezę, że niektórzy z nas mają specjalny wariant genu (ADRA2B) wpływającego na poziom noradrenaliny, czyli hormonu związanego z uruchamianiem reakcji stresowej. Również ciało migdałowate, które uruchamia reakcję walki lub ucieczki, dużo łatwiej ulegało aktywacji u osób nad wyraz wrażliwcyh. W efekcie takie osoby reagują dużo mocniej na bodźce zewnętrzne. Wyobraźmy sobie, że mózg „zwykłej” osoby ma tamę, przez którą przepuszcza pewne informacje. Zatem ilość bodźców (wody) spływa powoli do układu nerwowego i poddawana jest selekcji (reagować czy wyluzować). U osób Wysoko Wrażliwych ta tama nie istnieje : spada informacyjny deszcz i bang: mamy powódź i alarm powodziowy 3 stopnia. Dzisiaj określamy takie osoby jako Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Persons).

I dlatego mnie np. koszmarnie uwierały rajstopki, a inne dzieci miały to w nosie 😉 Do dziś nie znoszę obcisłych ciuchów i sztucznych materiałów (drażni mnie nawet biżuteria). To dlatego, że HSP obejmuje też sensorykę, czyli reakcje na dźwięki, kolory, zapachy czy wspomniany dotyk.

Wedle badań Osoby Wysoko Wrażliwe stanowią ok 20 % populacji. Okazuje się, że wysoko wrażliwe mogą być też inne gatunki. W przeszłości, kiedy przeżycie zależało od wyczucia zagrożenia na sawannie, były darem dla społeczności: szybciej niż inne zauważały potencjalne niebezpieczeństwo. Potrafiły też łagodzić konflikty i wspierać harmonijny rozwój społeczności, ze względu na wysoką empatię. Obecnie, w świecie przebodźcowanym do granic możliwości, tacy ludzie często przechodzą katusze. Często wycofują się z życia (unikają dużych i hałaśliwych imprez, trudno im zarwać noc itp. ) Czują się niezrozumiane i tylko ucieczka w ciszę, samotność, naturę czy sen pozwala ich mózgowi odzyskać równowagę.

Ważna uwaga: jeśli nie ogarniasz sowich emocji, rzucasz talerzami, albo z łatwością wybuchasz- to wcale nie oznacza, że jesteś Osobą Wysoko Wrażliwą! Najpewniej jesteś osobą wysoko zestresowaną oraz nie do końca masz pomysł na strategię wyrażania swoich uczuć 😉 Wysoka Wrażliwość czyli Highly Sensitive Personality jest specyficzną konstrukcją psychiczną i działaniem układu nerwowego. Wymaga odpowiedniego podejścia i zadbania o codzienne warunki pracy (a często-zmiany trybu życia), żeby móc dobrze funkcjonować. I niestety, nikt za HSP tej roboty nie zrobi: trzeba o siebie zadbać i edukować otoczenie, a nie się nad sobą użalać, a HSP mają tendencję do nadmiernego wałkowania swoich emocji 😉 W kolejnym wpisie podzielę się z Wami badaniami na ten temat oraz krótkim testem, który pozwala nam wstępnie określić, czy jesteśmy książkowym wrażliwcem 🙂

Niezależnie od tego, jak działa nasz mózg, każdy z nas jest piękny na swój niepowtarzalny sposób i tylko szanując naszą niezwykłość możemy zapewnić sobie równowagę <3

Kamila- Osoba Wysoko Wrażliwa

zdjęcie: https://czuleoko.com/

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0149763418306250?via%3Dihub

https://royalsocietypublishing.org/doi/pdf/10.1098/rstb.2017.0161

Jak wypleniłam negatywność z mojego życia :)

Niektórym będzie trudno w to uwierzyć, ale jeszcze nie tak dawno byłam jednym z najbardziej czarnowidzących, narzekających i niecierpliwych stworzeń na tej planecie. Często słyszałam od innych „Kama, przestań marudzić”, ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Ok, obiektywnie patrząc na niektóre moje doświadczenia życiowe, miałam prawo domagać się współczucia i uwagi (bo o to wołało właśnie moje marudzenie) . Dziś, bogatsza o doświadczenia i wiedzę psychologiczną widzę wyraźnie, skąd jeszcze taka tendencja się u mnie wzięła. Ale to temat od oddzielny i bardzo osobisty wpis, może przyjdzie na niego kiedyś przestrzeń.

Skupmy się jednak na pozytywach 😀 Bardzo chciałam zmienić swoje nastawienie. Mimo, że dostrzegałam ten mechanizm i nawet rozumiałam- za nic nie mogłam się go pozbyć. Bo zrozumieć, a umieć to zintegrować ze swoją głową i zachowaniem- to dwie różne rzeczy. Pozytywne myślenie nie działało. Dzisiaj, kiedy słyszę od innych, że jestem chodzącym optymizmem i uśmiechem zastanawiam się, kiedy właściwiej nastąpiła ta zmiana? Kiedy po przebudzeniu zaczęłam uśmiechać się do życia? Kiedy przed snem zaczęłam dziękować Bogu (siłom wyższym, wszechświatowi, Absolutowi lub nicości- co tam komu pasuje)? To był proces. To był dzień po dniu mikro zmian. I kilkoro ważnych nauczycieli, którzy przez ostatnie 10 lat (noo, proces, mówię Wam!) uczyli mnie, że można inaczej 🙂

Nauczyciel numer 1 : (najważniejszy) CIAŁO.

O moich perypetiach ze zdrowiem pisałam sporo.
Podsumuję to krótko: Człowieka łatwo uszczęśliwić. Należy zabrać mu to miał i oddać z powrotem. Kiedy miesiącami czy latami towarzyszy Ci permanentny ból, kiedy trafiasz na stół operacyjny, kiedy każda zwyczajna czynność urasta do rangi marzenia i boisz się, czy kiedykolwiek będzie inaczej- to zyskujesz nową perspektywę na to, co nazywasz „problemem”. Kiedy jest mi trudno i smutno często sobie myślę „Hej, Kama, jest temat, ale spójrz- wstałaś rano, masz siłę żyć, możesz pracować i praktykować jogę: to już tak wiele!” Może brzmi to banalnie i infantylnie, ale poważnie – każdy dzień traktuję jak dar. Choroby nauczyły mnie, co jest w życiu ważne. I kiedy milimetr po milimetrze pogłębiam asanę, która była dla mnie zupełną abstrakcją, czuję w sercu ogromną wdzięczność. Wdzięczność za zwyczajność. I nawet, kiedy ciało mi odmawia współpracy, to mam też w sobie pokorą i nadzieję, że będzie lepiej, że to chwilowe. Że to jakiś sygnał od organizmu, który o coś prosi. Bo skoro raz się udało to dlaczego miałoby się nie udać kolejny? 🙂

Nauczyciel numer 2: JOGA.

Och, to temat rzeka. Na blogu są już wpisy, gdzie dzieliłam się dobrem, jakie płynie z jogi min. tu http://streso-terapia.pl/rozciaganie-na-macie-czy-praktyka-jogi-po-czym-poznac-ze-praktykujesz-joge-a-nie-gimnastykujesz-cialo/ Joga jest w moim życiu na macie i poza nią. Wszystko, co robię w asanach, przenoszę do codzienności. Uczę się więc pokory, odpuszczania, szanowana granic, przekraczania ograniczeń, podążania za oddechem. Praktyka jogi jest drogą, a nie celem samym w sobie. Kiedy to rozumienie przeniknęło do mojego życia, zaczęłam ze spokojem obserwować to, co się wydarza. Idę swoją ścieżką, ale też daje sobie przestrzeń na danie kroku w tył, jeśli się pomylę. Joga nauczyła mnie, że jedyny moment jaki istnieje to TERAZ. Jeśli robię trikonasanę, to TA trikonasana jest najważniejszą rzeczą na świecie 🙂 Nie mogę się więc martwić tym, co jest w przyszłości lub tym, co było-to przecież nie istnieje. Jasne, czasami wkręcam się w jakieś rzeczy, ale dość szybko dyscyplinuje mnie wewnętrzny głos i staram się wracać do tu i teraz.

Nauczyciel numer 3: LUDZIE.

Jesteśmy istotami społecznymi. Mamy neurony lustrzane. Mamy swoistą energię, która nas otacza. Jim Rohn –  amerykański pisarz i  mówca motywacyjny powiedział, że „jesteśmy wypadkową sumą 5 osób, z którymi najczęściej przebywamy”. Co czujesz, kiedy wyobrażasz sobie te osoby? Czy ich obecność Ci służy? Jeśli nie- jeśli ściągają Cię w dół, zaśmiecają swoimi katastroficznymi wizjami i marudzeniem to może czas odejść z tego kręgu? Nie możemy i nie mamy prawa oczekiwać od innych, że się zmienią. Ale mamy prawo zadbać o siebie i wziąć odpowiedzialność za to, kto na co dzień ma na nas największy wpływ. Wiem, czasami jest to brutalne, bo są to nasi bliscy. Ale ja dopiero zaczęłam nad sobą pracować, kiedy zakończył się mój wieloletni związek- tak, mój wieczny pesymizm i narzekanie,również były powodem. BTW- współczuję Igorowi, że musiał tego słuchać i jednocześnie pozdrawiam, bo dziś wciąż jest dla mnie jednym z bliższych przyjaciół 😉 Bolało. Ale inaczej się nie da. Jak napisał Jung „Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgną do piekła”. Musiałam pozostać sama ze sobą, żeby to zrozumieć i zmienić. Dzisiaj wybieram siebie, otaczając się ludźmi, którzy patrzą na świat podobnie jak ja i widzą więcej dobra, niż zła.

Nauczyciel numer 4: PODRÓŻE.

O podróżach pisałam ostatnio w tym wpisie: http://streso-terapia.pl/podroze-w-pojedynke-samotnosc-czy-wolnosc/ . Podróże po Azji pokazały mi bezsens narzekania, irytowania się i próby przewidzenia rozwoju wydarzeń. Tłok, upał, kurz, brud i dni spędzone w lokalnych autobusach. Wielogodzinne czekanie. Psujące się i rozklekotane taksówki. Biorę przykład z miejscowych. Zaczynam zabijać czas rozmową, wypijam kolejną słodką herbatę z mlekiem i ze spokojem przyjmuję informację, że odjedziemy „jak się zbiorą ludzie, a zbiorą się- kiedy się zbiorą” 🙂 Sytuacja i tak nie ulegnie zmianie od moich nerwów, a o ile mniej energii człowiek zużywa. I miejscowi ludzie. Dzieci w Nepalu, dla których połamany patyk obwinięty nitką to najlepsza na świecie zabawka. I jedyna, jaką mają. Hinduska dziewczynka, której oddaję swoje bluzki, bo jej koszulka ma więcej dziur niż materiału. A mimo wszystko tyle w nich radości! Pogody ducha w bezzębnych tybetańskich staruszkach, które częstują Ciebie herbatą z masłem, szeroko się uśmiechając. A my, ludzie Zachodu, mamy coraz więcej, ciągle coś trzeba kupić, naprawić, poświęcić czas i energię na rzeczy. Martwimy się ,kiedy nas nie stać, kiedy się psują, kiedy ciągle trzeba o nie dbać. A przecież tylko relacja z drugim człowiekiem ma znaczenie. Mniej rzeczy, więcej ludzi…

Nauczyciel numer 5: DUCHOWOŚĆ.

Dla mnie duchowość to poczucie, że jestem czymś więcej, niż zbieraniną kości i mięśni obleczoną w powięź 😉 Współistnieję jako malutka cząstka wszechświata i każdy atom, jaki mam w sobie, kiedyś był częścią kamienia, dinozaura, innego człowieka. Zaufanie, że wszystko ma swój czas i miejsce. Zaufanie, że dostanę to, co chcę kiedy będę gotowa, a nie kiedy mi się wydaje, że już zasłużyłam. Kiedyś irytowałam się, kiedy coś nie wychodziło. Dzisiaj mówię „ok, widocznie to się dzieje po coś, może dzięki temu uniknęłam jakiegoś większego kłopotu?”. I dostrzegam, że „jak mówię- tak mam” w życiu. Co za ulga nie dokładać sobie zmartwień!

Wiem, że podróż do „pozytywności” to proces. Ale uwielbiam tą ścieżkę, bo dostrzeganie szklanki do połowy pełnej, a nie pustej, czyni moje życie dużo piękniejszym 🙂

ps. zdjęcie autorstawa Kasi Czajkowskiej https://czuleoko.com/ w makijażu Marty Kozioł http://www.martakoziolmakeup.pl/ Przy okazji ta sesja była w kosmicznym upale, w środku puszczy, gryzły nas robale, komary, zaszło słońce, a mnie dopadła alergia. Ale jak widać, pozytywność nas nie opuszczała 🙂

W oczekiwaniu na lajka. O (moim) uzależnieniu od mediów społecznościowych.

Prolog:

Sahara. Wokół nas niekończące się po horyzont wydmy. Cisza, niezmącona szelestem liści i odgłosami ptaków, aż boli. W oddali rysują się góry, granica między Marokiem a Algierią. Jesteśmy zanurzeni w nicości, w oderwaniu od cywilizacji. Czasami nie ma prądu, czasami nie ma wody. Ale… jest zasięg. Jest internet. Ach, no i jest Facebook. Przy porannej kawie siedzimy my- Agata, która świadomie zrezygnowała z pracy w warszawskiej korporacji i wybrała życie na pustyni. I ja, autorka Stresoterapii, która za swoją misję uznała wspieranie innych w poszukiwaniu wewnętrznej ciszy, spokoju i równowagi. Obie – przeładowane bodźcami miejskiego pędu, przytłoczone atmosferą i bezcelowością etatowej pracy, tęskniące za spokojem, oddechem i naturą. Siadamy więc przy stole i…

ja: Agatko, a masz może internet?Ja tylko coś sprawdzę na szybko.

Agata: już udostępniam, potrzebuję odpisać na maile gościom

ja: O, zobacz, ile mamy polubień pod naszym zdjęciem!

Agata: Super, daj oznaczę u siebie!

Mija 45 minut, a my- które podłączyły się „na chwilę” do sieci orientujemy się, że gapimy się w ekrany smartfonów, choć przecież po to wylądowałyśmy na pustyni, żeby od tego się odciąć. Żeby nie było: obie dostrzegamy ten paradoks- uciekając przed wirtualnym życiem i nadmiarem pracy dla kogoś, nagle pracujemy więcej i dłużej- wisząc na mailu i fb. Z tą różnicą, że teraz pracujemy dla siebie, więc teoretycznie to nasza decyzja, ile czasu na to przeznaczymy… Teoretycznie. Jeśli same prowadzimy swój fun-page, publikujemy, wpisy, artykuły (ja), rezerwacje (Agata), odpowiadamy na maile. Social Media są bezlitosne: nie jesteś aktywny? Nie istniejesz. Eksperci doradzają „minimum jeden wpis dziennie, najlepiej w konkretnych godzinach, odpowiadaj jak najszybciej, zaskakuj użytkowników, zachęcaj do interakcji. Jak nie-klienci pójdą gdzie indziej.” No tak. Misja i pasja to piękna rzecz, ale przed materią nie uciekniesz. Przecież jakoś potrzebuję informować ludzi o tym, co robię. Przecież nie chcę rezygnować z mojej ścieżki i wrócić do pracy, która mnie nie cieszy. Tak to sobie tłumaczyłam.

Ocho. Aż w końcu do mnie dotarło, że to hipokryzja. Że jestem tak samo uzależniona od dopaminy na widok lajków pod moim postem, jak inni od polubeń swoich zdjęć bez koszulki na siłowni .To prawda-to, co piszę i tworzę płynie ze szczerej intencji wspierania innych. Dzielę się tym w mediach społecznościowych, ponieważ to najbardziej efektywny i darmowy kanał, jaki mam do dyspozyji. Ale czy na pewno darmowy? Czy nie płacę za to nieustanną presją odpowiadania na komentarze? Czasem i energią, jaki poświęcam na obecność w wirtualnej rzeczywistości?

Let’s be honest 1

Social media to nie organizacja charytatywna. Nad tym, żebyśmy nie mogli oderwać się od ekranu, pracuje sztab ludzi. Interfejs jest tworzony w taki sposób, aby uzależnić od ciągłej potrzeby scrollowania. Nie, to nie są tajemne i podstępne sztuczki. To prosty algorytm, wykorzystujący działanie naszego mózgu. Kiedy widzimy pozytywne komentarze czy lajki pod postami, pobudza to nasz układ nagrody- bardzo pierwotny mechanizm układu limbicznego. Mózg uwalnia zastrzyk dopaminy, a my czujemy przyjemne pobudzenie. W ten sposób ewolucja chce zwiększyć szansę powtarzania zachowań potencjalnie korzystnych dla organizmu. Aza Raskin, twórca funkcji scrollowania, stwierdził – „To tak jakby wziąć „behawioralną kokainę” i po prostu pokryć nią cały interfejs. To rzecz, która sprawia, że znów wracasz, i wracasz, i wracasz.” Niestety, tak jak z każdym uzależnieniem z upływem czasu układ nerwowy potrzebuje coraz większej dawki bodźców, aby uruchomić mechanizm przyjemności. Inżynierowie od social mediów szukają więc coraz to nowych pomysłów, które nas przyciągną: transmisje on-line, wspólne oglądanie, odświeżanie wspomnień, idiotyczne zestawy gotowych pytań do podzielenia się na swoim wall’u (wybaczcie, ale naprawdę kogoś interesuje, co najbardziej lubię jeść na śniadanie?!) to tylko niektóre przykłady. Acha, nie zastanowiło Was przypadkiem, dlaczego sieć podsuwa nam reklamy idealnie wpasowujące się w to, czym się interesujemy i potencjalnie możemy kupić? Temat danych, jakie są gromadzone na nasz temat, to historia na książkę. A może kryminał.

Jeśli łapiesz się na tym, że po wrzuceniu nowego postu co chwilę sprawdzasz, ile przybyło Ci lajków i odczuwasz smutek, gdy jest ich niewiele- to prawdopodobnie masz problem.

Let’s be honest 2:

Obraz jaki kreujemy w sieci jest często nieprawdziwy. I przez to tak kuszący. Rzadko kiedy wrzucamy zdjęcia, na których wystaje nam brzuch po wszamaniu wielkiej pizzy, czy relacje z rodzinnej awantury przy świątecznym stole. Na wirtualnej scenie łatwiej koloryzować i odstawiać teatr z doskonale wyrecytowaną przez nas rolą. Ten sztucznie tworzony wizerunek bywa niebezpieczny- również dla innych, którzy nabierają przekonania, że wszyscy wokół mają idealne życie, perfekcyjne ciało i same sukcesy na koncie. W ekstremalnych sytuacjach niektórzy zaczynają unikać realnych kontaktów, w obawie przed zdemaskowaniem.

Let’s be honest 3:

Media społecznościowe przesuwają szybko granice prywatności. Ile obcych osób zaprosiłbyś do domu, aby pokazać, co zjadłeś dziś na fit-lunch? Ilu osobom pochwaliłabyś się, że oświadczył Ci się ukochany? 3? 10? A jeśli masz na Facebooku 3 tysiące znajomych? Hmm? Szczególnie nastolatki ze swoją chwiejną tożsamością narażone są na cyberprzemoc. Kiedy ktoś gnębi Cię na szkolnym boisku widzi to kilka osób. Kiedy ktoś poniża Ciebie w sieci- nawet kilka tysięcy. Łatwo sobie wyobrazić, jak potężny ładunek emocjonalny niesie to dla użytkowników. Narastająca fala depresji, prób samobójczych spowodowanych właśnie nienawiścią w wirtualnym świecie jest smutnym dowodem 🙁

Let’s be honest 4:

Możesz mieć 5 tysięcy znajomych na fb i 100 tys.obserwatorów na Insta, ale czuć się samotnym do szpiku kości. Nic nie zastąpi prawdziwego, namacalnego kontaktu z drugim człowiekiem. Natura ukształtowała nas jako istoty społeczne. Mamy neurony lustrzane i empatię. Tulenie, patrzenie w oczy, głaskanie- to ewolucyjne mechanizmy, które podnoszą nam w organizmie poziom oksytocyny, serotoniny, obniżają poziom kortyzolu i adrenaliny. Jednym słowem obecność drugiego człowieka jest dla nas lecząca, kojąca. Dobra. Ale na to potrzebny jest czas. Uważność. Odłączenie się od wszystkich dystraktorów. Nie wiem, jak kształtują się dane w Polsce, ale amerykańska agencja marketingowa Mediaix wyliczyła,że przeciętny człowiek poświęca na media społecznościowe ponad 5 lat swojego życia…

Epilog:

Zanim zaczęłam prowadzić swojego bloga, fun page i Instagram nie miałam nawet smartfona, tylko starą Nokię (bez opcji internetu). Moje prywatne konto na fb było martwe i wcale nie było mi z tego tytułu smutno. Nikt nie wiedział, kiedy się zaręczyłam (ani z kim), ani kiedy się rozstałam. Jednak odkąd zaczęłam samodzielnie prowadzić swoją firmę media społecznościowe stały się moim kanałem komunikacji. Z 200 „znajomych” dzisiaj mam 1500 i byłoby więcej, gdyby nie to,że przestałam akceptować 90 % zaproszeń. Nie, nie zamierzam zrezygnować w prowadzenia fun page’a. Sama decyduję. co publikuję i co uważam za wartościowe. Sama też obserwuję inne strony, śledzę interesujące mnie wydarzenia. Czasami naprawdę znajduję mądre i inspirujące treści. Nie demonizuję. Ale czy naprawdę do tego niezbędna jest nieustanna obecność?

Dlatego postanowiłam, że w weekendy nie będzie mnie już w mediach społecznościowych. Będę dostępną pod mailem kamila@streso-terapia.pl- to część mojej pracy i jeśli organizuję np. weekendowe warsztaty, to z szacunku dla uczestników, będę odpowiadać w tym czasie na Wasze pytania. Odinstalowuję facebooka z mojego smartfona. Kiedy będę stać na przystanku zamiast scrollować fb pogapię się w niebo. Do pracy w social mediach będzie służył mi laptop, albo tablet- gdy pracuję będąc w podroży. Moich bliskich znajomych, którzy mają mój numer proszę o kontakt telefoniczny. Bardzo chciałabym ograniczyć ilość wirtualnych rozmów z ważnymi ludźmi. Bo sama bardzo nie lubię w życiu hipokryzji, a czuję, że Stresoterapia sama zmierza do tego. jeśli chodzi o zarządzanie swoją obecnością w sieci. Let’s be honest.

Love and light

Kamila