Lęk. Twój dobry przyjaciel w nieładnym przebraniu.

Lęk. Chyba nie ma zbyt wielu ludzi,którzy przyjmują go z otwartymi ramionami. Zaciśnięte gardło, spocone dłonie, mętlik w głowie, ból brzucha, płytki oddech… I wiele innych sygnałów od nieproszonego gościa, którego najchętniej wyrzucilibyśmy za drzwi zanim zdąży zapukać. Ale on bywa uparty. Zatrzaskujesz drzwi, ale on i tak potrafi wślizgnąć się uchylonym oknem w środku parnej, lipcowej nocy, kiedy teoretycznie „wszystko jest w porządku”. 


Lęk był moim towarzyszem przez sporą część mojego życia. Przez wiele lat nie pozwalał mi zasnąć, a jednocześnie nie pozwalał się w pełni obudzić na to, co nazywamy życiem. Na zewnątrz byłam dzielną i silną dziewczyną. Pracowałam jako nurek, dźwigałam ciężary, włóczyłam się z plecakiem po kole podbiegunowym, wbijałam czekan w śnieg na lodowcu. Ale w środku było we mnie pełno lęku. Nieproszony gość, który pojawiał się  w bliskich relacjach, w podejmowanych decyzjach i obawach o moje zdrowie. Często zupełnie nieadekwatny do sytuacji. Zwykła wymiana zdań z ukochaną osobą potrafiła spowodować u mnie wewnętrzną panikę. Zazwyczaj uciekałam. Kończyłam relacje, zmieniałam miejsce pobytu, podejmowałam kolejne studia, kolejne stypendia, podróżowałam. Byle nie czuć.

Dopiero niedawno poczułam jak wielkim darem w moim życiu jest lęk. Posłańcem, który z niespotykaną cierpliwością wsuwa w moje drzwi karteczki z informacją, które części mnie domagają się zauważenia i uzdrowienia. Przestałam go odpychać. W końcu niechętnie poszłam do kuchni, zaprosiłam go do stołu i zaparzyłam herbatę…Pozwoliłam mu mówić. Zaczęłam słuchać jego opowieści. Powoli zaczęłam rozumieć. Usłyszałam głos małej, wystraszonej dziewczynki, która kiedyś bardzo się bała. Pozwoliłam jej być słabą. Bo jak być silną ona wiedziała doskonale.

Nie jest to jednak łatwy proces. Nasza kultura nie przepada za wrażliwością, emocjonalnością i przyznaniem się do słabości. Nie lubi tez dyskomfortu. Preferujemy klimatyzację, miękkie fotele, wygodne samochody. Kiedy coś nas boli łykamy „tabletkę”- może jakieś leki, może kilka szklaneczek dobrego alkoholu dla rozluźnienia,  może kolejna powierzchowna relacja dla zabicia samotności. Ale ból nie znika, on wciąż  tam jest. Bywa że niespodziewanie wybuchnie w postaci ataku paniki, kiedy sam w środku nocy będziesz jechać ciemnym tunelem na autostradzie. I wtedy część z nas pobiegnie do psychiatry po leki, żeby „TO” już nigdy więcej się nie powtórzyło. 

Ale paradoksalnie „TO” jest darem. I tylko kiedy pochylimy się nad swoim lękiem, damy mu szansę mówić możemy dotrzeć do jego źródła. Ale do tego konieczny jest czas. Ograniczenie bodźców, pobycie ze sobą w ciszy, w tej przestrzeni gdzie wcale nie jest miło i wygodnie. 


Moja droga do oswajania leku wiedzie różnymi ścieżki. Celowo piszę w czasie teraźniejszym, bo choć zaprzyjaźniłam się z lękiem i mam wrażenie, że teraz mamy całkiem dobrą relację, to na pewno trzeba o nią dbać całe życie 🙂

– joga uczy mnie nieoceniania. Jest jak jest na ten moment, inaczej teraz nie będzie. I to jest ok.

-medytacja: bycia w perspektywie obserwatora, a nie aktora. Zrozumienia że moje myśli to tylko myśli, niekoniecznie fakty.

– psychoterapia: wyrażania wszystkich emocji,także smutku, gniewu i rozpaczy. Czerpania siły ze swojej wrażliwości

– Somatic Experiencing (metoda terapii traumy, jaką studiuję) pokazuje, że lęk często bywa po prostu niedokończoną reakcją naszego układu nerwowego i mamy metody, żeby go uwolnić. To, że teraz jest trudno, to wcale nie oznacza, że tak będzie zawsze 🙂

– praca z ciałem (psychoterapia metodą A. Lowena, Trauma Release Excercises, tantra, medytacje aktywne Osho, choeroterapia, Integracja Strukturalna) pozwoliły mi wykrzyczeć, wyskakać, wytrząść zablokowane emocje

-praca z tradycyjną medycyną pokazuje mi, że czasami coś we mnie musi umrzeć, żeby przyszło nowe, ale to wcale nie oznacza mojego końca 

-podróże w odległe rejony pomagają tolerować dyskomfort- upał, zimno, wilgoć, monotonnie, zmęczenie 

Przede wszystkim moimi najlepszymi nauczycielami są bliscy ludzie. Bo jeśli lęk powstał właśnie w pierwotnej relacji,w dzieciństwie to nigdy nie uleczysz go w samotności. Więc wdzięczna jestem za te wszystkie momenty w relacjach , kiedy musiałam się z nim skonfrontować.


Mój ostatni tydzień, kiedy zniknęłam zupełnie z  zasięgu to był również czas konfrontowania się z lękiem. Z lękiem wysokości w trakcie wspinaczki (patrz zdjęcie ;-). Z lękiem przed spotkaniem ze swoim cieniem, kiedy przez wiele dni dzielisz z kimś maleńką przestrzeń i tak łatwo o irytację. Z lękiem przed zmęczeniem, płytkim oddechem, ograniczeniami ciała, ostatnim podciągnięciem które dzieli Cie od szczytu. Dyskomfortem w każdym wydaniu. Ale czasami mam wrażenie, że dopiero kiedy dotykam tej swojej granicy, gdzie (choćbym chciała) nie mam już sił udawać pojawia się prawda i uzdrowienie. 

Dedykuję ten wpis wszystkim, którzy mierzą się z lękiem. Z podziękowaniem dla ludzi, którzy wytrącają mnie ze strefy komfortu, a jednocześnie uczą mnie bezwarunkowej miłości .I wiece co? Jestem bardzo dumna z tych, którzy potrafią pokazać swoją słabość. Bo trzeba mieć dużo odwagi, aby pozwolić się sobie bać.

Love  & Light
Kamila 

ps. jeśli interesuje Was temat radzenia sobie z lękiem od strony terapii i pracy z układem nerwowym zajrzyjcie do wpisu: http://streso-terapia.pl/kiedy-twoim-zyciem-rzadzi-lek-jak-cialo-uczy-sie-bac-wlasnych-mysli/

Czuć za mocno: dar czy utrapienie?Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) cz. I

Rajstopki. Te straszne rajstopki, w które rodzice (dosłownie) wbijali mnie każdego ranka przed wyjściem do przedszkola. Nie rozciągało się to dziadostwo ani o centymetr, drapało i brutalnie wciskało w skórę. Do dzisiaj to pamiętam! I w przeciwieństwie do innych dzieci nie umiałam spać w dzień. Leżakowanie. Co za koszmar. Przecież jest jasno, mózg nie śpi, kiedy jest dzień 😉 Za to zasypiałam o zmroku i budziłam się z pierwszymi promieniami słońca. To było przekleństwo moich (wówczas jeszcze młodych i imprezujących) rodziców, którzy kończyli nad ranem nocne Polaków rozmowy, a ja właśnie pytałam mamy, gdzie jest „kakałko” na śniadanie. Kiedy ktoś na mnie krzyczał odbierałam to jako fizyczny ból, a obserwowanie kłótni rodzinnych kończyło się u mnie zazwyczaj histerycznym płaczem. A, no i jeszcze sławetny spot w wiadomościach o mordowaniu żółwi, które obejrzałam w wieku 7 lat, po czym dostałam całonocnej histerii i spazmów…

Minęły dwie dekady i starłam się odnaleźć w Warszawskim pędzie w mojej pierwszej pracy w korporacji. Najpierw był dojazd. Kolejką WKD i codzienny bieg podziemiami dworca centralnego. Cuchnące powietrze, dziki tłum, intensywne lipcowe zapachy w miejskim środku transportu.Koktajl ludzkich emocji upchnięty na kilku metrach kwadratowych. I open-space. Bez możliwości otwarcia okna w nowoczesnym, betonowym bunkrze. Bez tlenu. Bez ruchu. W temperaturze znacząco zbyt wysokiej, jak na zdolności mojego organizmu. Ostrym świetle biurowych lamp i suchym powietrzu z klimatyzacji. Każda komórka mojego ciała chciała się stamtąd wydostać, zaczerpnąć powietrza; każdy mięsień chciał się ruszyć. Ach, i te sztywne uwierające koszule i klejące się do ciała rajstopy. Szpilki, w których stopa prosiła o wolność. I small- talki w kuchni. O wakacjach, samochodach i innych ważnych życiowych kwestiach. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Naprawdę się starałam i ciągle słyszałam, że jestem jakaś dziwna. Sama w to uwierzyłam. Bo jak to jest możliwe, że ja wszystko czuję bardziej?Dlaczego innym nie przeszkadza, że ich ciało od 5 godzin nie zmieniło pozycji, a w pokoju zawartość tlenu spadła do 5 %? Jak to możliwe, że potrafili na zebraniu kogoś publicznie skrytykować- czy nie poczuli emocji, jakie wywołali? Dlaczego nie dostrzegają tych wyraźnych sygnałów, kiedy ktoś ich nie słucha, nie ma ochoty rozmawiać, a nawet cierpi?No i po co ludzie rozmawiają o pierdołach, skoro czuć na odległość, że w środku coś się przewraca i aż prosi o utulenie?

Tych „drażniących” elementów rzeczywistości było więcej. Radio w samochodzie i brutalne reklamy, telewizor w domu rodziców, za głośna muzyka na imprezie. Ciągle jakby za mocno i za dużo, choć przecież reszcie osób wydaje się to nie przeszkadzać. Jednocześnie dostrzegałam dużo mocniej piękno tego świata: zmienność kolorów na niebie, zapach porannej wilgotnej ziemi, głębię spojrzenia drugiego człowieka, uśmiech maleńkiej córeczki mojej znajomej.

Choć od zawsze byłam ekstrawertyczką i uwielbiam ludzi, to do zachowaniu równowagi potrzebna jest mi cisza, pobyt w przyrodzie- a często i wiele dni resetu w samotności. Potrafię wyjść na scenę przed 100 osobami i wygłosić improwizowany wykład, a jednocześnie okropnie męczy mnie pobyt w centrum handlowym. Wybudza mnie śpiew ptaków, ale jednocześnie jestem niesamowicie wrażliwa na muzykę. I gwóźdź programu: emocje. Wyczuwam je u innych, zanim cokolwiek powiedzą. Czuję, kiedy kogoś coś boli i jak poprawić czyjeś ciało na jodze, żeby zmniejszyć napięcie. Naprawdę interesują mnie historie innych ludzi. Ale jest i ciemna strona medalu. Wszystko przeżywam podwójnie. Odczuwam smutek czy ból drugiej osoby jak swoją własną stratę. Nie raz usłyszałam, że jestem fałszywa, bo jak to możliwe, żeby się wzruszyć słuchając czyjejś historii albo roześmiać?

Mój mózg ma problem, żeby oddzielić realia od np. filmu, dlatego od 4 lat nie byłam w kinie. Ostatni wyskok na „Django” zakończył się u mnie 2 godzinnym płaczem (” no co Ty, przecież to Tarantino, ta krew nie jest prawdziwa, oni udają!”) Serio? Wiem, ale dla mojego przewrażliwionego mózgu nie ma to znaczenia- krew to krew, ból to ból.

Próbowałam się dopasować do żelaznych reguł pędzącego świata, ale nie potrafiłam. W efekcie byłam coraz bardziej rozdrażniona, niespokojna i zmęczona. Niedoczynność tarczycy, bezsenność, problemy z hormonami. Aż zmieniłam pracę. Zaczęłam więcej przebywać na powietrzu. Choć pracuję dużo więcej i intensywniej, niż dawniej, to dobieram czas pracy i warunki w zgodzie ze swoją osobą. Noszę luźne ciuchy. Unikam miejsc, gdzie jest bardzo głośno, ciasno i pełno ludzi. Chodzę spać wcześnie i wstaję o wschodzie słońca (słaba partnerka do imprez, ale na poranne bieganie czy jogę- polecam się 😉 ) Intuicyjnie zrozumiałam, że najlepsze co mogę zrobić, to zmienić styl życia, bo inaczej czeka mnie bieg po równi pochyłej. Wciąż jednak nie wiedziałam, skąd ta nadwrażliwość pochodzi i czy to normalne być tak kruchą i podatną na bodźce osobą?

1,5 roku temu trafiłam na metodę leczenia traumy i stresu- Somatic Experiencing. Z fascynacją zaczęłam zagłębiać się w neuronaukę i w ramach rozrywki- oglądać skany mózgu 🙂 I bingo! Okazuje się, że to, co odbierałam jako swoje utrapienie i dar zarazem- to po prostu uroda mojego układu nerwowego 😀 I część z nas po prostu przychodzi taka na świat: chłonąc wszystko jak gąbka i intensywniej odczuwając rzeczywistość. I nie są to „histerycy”, „niedopasowani społecznie”, „odludki”, „przewrażliwieni”. Tylko osoby, których mózg jest dużo bardziej wyczulony. Trafiłam na badania Elaine Aron, która od połowy lat 90-tych eksplorowała centralny układ nerwowy pod kątem jego reaktywności na bodźce. Istnieją nawet badania prof. R. Todd, która postawiła hipotezę, że niektórzy z nas mają specjalny wariant genu (ADRA2B) wpływającego na poziom noradrenaliny, czyli hormonu związanego z uruchamianiem reakcji stresowej. Również ciało migdałowate, które uruchamia reakcję walki lub ucieczki, dużo łatwiej ulegało aktywacji u osób nad wyraz wrażliwcyh. W efekcie takie osoby reagują dużo mocniej na bodźce zewnętrzne. Wyobraźmy sobie, że mózg „zwykłej” osoby ma tamę, przez którą przepuszcza pewne informacje. Zatem ilość bodźców (wody) spływa powoli do układu nerwowego i poddawana jest selekcji (reagować czy wyluzować). U osób Wysoko Wrażliwych ta tama nie istnieje : spada informacyjny deszcz i bang: mamy powódź i alarm powodziowy 3 stopnia. Dzisiaj określamy takie osoby jako Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Persons).

I dlatego mnie np. koszmarnie uwierały rajstopki, a inne dzieci miały to w nosie 😉 Do dziś nie znoszę obcisłych ciuchów i sztucznych materiałów (drażni mnie nawet biżuteria). To dlatego, że HSP obejmuje też sensorykę, czyli reakcje na dźwięki, kolory, zapachy czy wspomniany dotyk.

Wedle badań Osoby Wysoko Wrażliwe stanowią ok 20 % populacji. Okazuje się, że wysoko wrażliwe mogą być też inne gatunki. W przeszłości, kiedy przeżycie zależało od wyczucia zagrożenia na sawannie, były darem dla społeczności: szybciej niż inne zauważały potencjalne niebezpieczeństwo. Potrafiły też łagodzić konflikty i wspierać harmonijny rozwój społeczności, ze względu na wysoką empatię. Obecnie, w świecie przebodźcowanym do granic możliwości, tacy ludzie często przechodzą katusze. Często wycofują się z życia (unikają dużych i hałaśliwych imprez, trudno im zarwać noc itp. ) Czują się niezrozumiane i tylko ucieczka w ciszę, samotność, naturę czy sen pozwala ich mózgowi odzyskać równowagę.

Ważna uwaga: jeśli nie ogarniasz sowich emocji, rzucasz talerzami, albo z łatwością wybuchasz- to wcale nie oznacza, że jesteś Osobą Wysoko Wrażliwą! Najpewniej jesteś osobą wysoko zestresowaną oraz nie do końca masz pomysł na strategię wyrażania swoich uczuć 😉 Wysoka Wrażliwość czyli Highly Sensitive Personality jest specyficzną konstrukcją psychiczną i działaniem układu nerwowego. Wymaga odpowiedniego podejścia i zadbania o codzienne warunki pracy (a często-zmiany trybu życia), żeby móc dobrze funkcjonować. I niestety, nikt za HSP tej roboty nie zrobi: trzeba o siebie zadbać i edukować otoczenie, a nie się nad sobą użalać, a HSP mają tendencję do nadmiernego wałkowania swoich emocji 😉 W kolejnym wpisie podzielę się z Wami badaniami na ten temat oraz krótkim testem, który pozwala nam wstępnie określić, czy jesteśmy książkowym wrażliwcem 🙂

Niezależnie od tego, jak działa nasz mózg, każdy z nas jest piękny na swój niepowtarzalny sposób i tylko szanując naszą niezwykłość możemy zapewnić sobie równowagę <3

Kamila- Osoba Wysoko Wrażliwa

zdjęcie: https://czuleoko.com/

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0149763418306250?via%3Dihub

https://royalsocietypublishing.org/doi/pdf/10.1098/rstb.2017.0161

Jak wypleniłam negatywność z mojego życia :)

Niektórym będzie trudno w to uwierzyć, ale jeszcze nie tak dawno byłam jednym z najbardziej czarnowidzących, narzekających i niecierpliwych stworzeń na tej planecie. Często słyszałam od innych „Kama, przestań marudzić”, ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Ok, obiektywnie patrząc na niektóre moje doświadczenia życiowe, miałam prawo domagać się współczucia i uwagi (bo o to wołało właśnie moje marudzenie) . Dziś, bogatsza o doświadczenia i wiedzę psychologiczną widzę wyraźnie, skąd jeszcze taka tendencja się u mnie wzięła. Ale to temat od oddzielny i bardzo osobisty wpis, może przyjdzie na niego kiedyś przestrzeń.

Skupmy się jednak na pozytywach 😀 Bardzo chciałam zmienić swoje nastawienie. Mimo, że dostrzegałam ten mechanizm i nawet rozumiałam- za nic nie mogłam się go pozbyć. Bo zrozumieć, a umieć to zintegrować ze swoją głową i zachowaniem- to dwie różne rzeczy. Pozytywne myślenie nie działało. Dzisiaj, kiedy słyszę od innych, że jestem chodzącym optymizmem i uśmiechem zastanawiam się, kiedy właściwiej nastąpiła ta zmiana? Kiedy po przebudzeniu zaczęłam uśmiechać się do życia? Kiedy przed snem zaczęłam dziękować Bogu (siłom wyższym, wszechświatowi, Absolutowi lub nicości- co tam komu pasuje)? To był proces. To był dzień po dniu mikro zmian. I kilkoro ważnych nauczycieli, którzy przez ostatnie 10 lat (noo, proces, mówię Wam!) uczyli mnie, że można inaczej 🙂

Nauczyciel numer 1 : (najważniejszy) CIAŁO.

O moich perypetiach ze zdrowiem pisałam sporo.
Podsumuję to krótko: Człowieka łatwo uszczęśliwić. Należy zabrać mu to miał i oddać z powrotem. Kiedy miesiącami czy latami towarzyszy Ci permanentny ból, kiedy trafiasz na stół operacyjny, kiedy każda zwyczajna czynność urasta do rangi marzenia i boisz się, czy kiedykolwiek będzie inaczej- to zyskujesz nową perspektywę na to, co nazywasz „problemem”. Kiedy jest mi trudno i smutno często sobie myślę „Hej, Kama, jest temat, ale spójrz- wstałaś rano, masz siłę żyć, możesz pracować i praktykować jogę: to już tak wiele!” Może brzmi to banalnie i infantylnie, ale poważnie – każdy dzień traktuję jak dar. Choroby nauczyły mnie, co jest w życiu ważne. I kiedy milimetr po milimetrze pogłębiam asanę, która była dla mnie zupełną abstrakcją, czuję w sercu ogromną wdzięczność. Wdzięczność za zwyczajność. I nawet, kiedy ciało mi odmawia współpracy, to mam też w sobie pokorą i nadzieję, że będzie lepiej, że to chwilowe. Że to jakiś sygnał od organizmu, który o coś prosi. Bo skoro raz się udało to dlaczego miałoby się nie udać kolejny? 🙂

Nauczyciel numer 2: JOGA.

Och, to temat rzeka. Na blogu są już wpisy, gdzie dzieliłam się dobrem, jakie płynie z jogi min. tu http://streso-terapia.pl/rozciaganie-na-macie-czy-praktyka-jogi-po-czym-poznac-ze-praktykujesz-joge-a-nie-gimnastykujesz-cialo/ Joga jest w moim życiu na macie i poza nią. Wszystko, co robię w asanach, przenoszę do codzienności. Uczę się więc pokory, odpuszczania, szanowana granic, przekraczania ograniczeń, podążania za oddechem. Praktyka jogi jest drogą, a nie celem samym w sobie. Kiedy to rozumienie przeniknęło do mojego życia, zaczęłam ze spokojem obserwować to, co się wydarza. Idę swoją ścieżką, ale też daje sobie przestrzeń na danie kroku w tył, jeśli się pomylę. Joga nauczyła mnie, że jedyny moment jaki istnieje to TERAZ. Jeśli robię trikonasanę, to TA trikonasana jest najważniejszą rzeczą na świecie 🙂 Nie mogę się więc martwić tym, co jest w przyszłości lub tym, co było-to przecież nie istnieje. Jasne, czasami wkręcam się w jakieś rzeczy, ale dość szybko dyscyplinuje mnie wewnętrzny głos i staram się wracać do tu i teraz.

Nauczyciel numer 3: LUDZIE.

Jesteśmy istotami społecznymi. Mamy neurony lustrzane. Mamy swoistą energię, która nas otacza. Jim Rohn –  amerykański pisarz i  mówca motywacyjny powiedział, że „jesteśmy wypadkową sumą 5 osób, z którymi najczęściej przebywamy”. Co czujesz, kiedy wyobrażasz sobie te osoby? Czy ich obecność Ci służy? Jeśli nie- jeśli ściągają Cię w dół, zaśmiecają swoimi katastroficznymi wizjami i marudzeniem to może czas odejść z tego kręgu? Nie możemy i nie mamy prawa oczekiwać od innych, że się zmienią. Ale mamy prawo zadbać o siebie i wziąć odpowiedzialność za to, kto na co dzień ma na nas największy wpływ. Wiem, czasami jest to brutalne, bo są to nasi bliscy. Ale ja dopiero zaczęłam nad sobą pracować, kiedy zakończył się mój wieloletni związek- tak, mój wieczny pesymizm i narzekanie,również były powodem. BTW- współczuję Igorowi, że musiał tego słuchać i jednocześnie pozdrawiam, bo dziś wciąż jest dla mnie jednym z bliższych przyjaciół 😉 Bolało. Ale inaczej się nie da. Jak napisał Jung „Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgną do piekła”. Musiałam pozostać sama ze sobą, żeby to zrozumieć i zmienić. Dzisiaj wybieram siebie, otaczając się ludźmi, którzy patrzą na świat podobnie jak ja i widzą więcej dobra, niż zła.

Nauczyciel numer 4: PODRÓŻE.

O podróżach pisałam ostatnio w tym wpisie: http://streso-terapia.pl/podroze-w-pojedynke-samotnosc-czy-wolnosc/ . Podróże po Azji pokazały mi bezsens narzekania, irytowania się i próby przewidzenia rozwoju wydarzeń. Tłok, upał, kurz, brud i dni spędzone w lokalnych autobusach. Wielogodzinne czekanie. Psujące się i rozklekotane taksówki. Biorę przykład z miejscowych. Zaczynam zabijać czas rozmową, wypijam kolejną słodką herbatę z mlekiem i ze spokojem przyjmuję informację, że odjedziemy „jak się zbiorą ludzie, a zbiorą się- kiedy się zbiorą” 🙂 Sytuacja i tak nie ulegnie zmianie od moich nerwów, a o ile mniej energii człowiek zużywa. I miejscowi ludzie. Dzieci w Nepalu, dla których połamany patyk obwinięty nitką to najlepsza na świecie zabawka. I jedyna, jaką mają. Hinduska dziewczynka, której oddaję swoje bluzki, bo jej koszulka ma więcej dziur niż materiału. A mimo wszystko tyle w nich radości! Pogody ducha w bezzębnych tybetańskich staruszkach, które częstują Ciebie herbatą z masłem, szeroko się uśmiechając. A my, ludzie Zachodu, mamy coraz więcej, ciągle coś trzeba kupić, naprawić, poświęcić czas i energię na rzeczy. Martwimy się ,kiedy nas nie stać, kiedy się psują, kiedy ciągle trzeba o nie dbać. A przecież tylko relacja z drugim człowiekiem ma znaczenie. Mniej rzeczy, więcej ludzi…

Nauczyciel numer 5: DUCHOWOŚĆ.

Dla mnie duchowość to poczucie, że jestem czymś więcej, niż zbieraniną kości i mięśni obleczoną w powięź 😉 Współistnieję jako malutka cząstka wszechświata i każdy atom, jaki mam w sobie, kiedyś był częścią kamienia, dinozaura, innego człowieka. Zaufanie, że wszystko ma swój czas i miejsce. Zaufanie, że dostanę to, co chcę kiedy będę gotowa, a nie kiedy mi się wydaje, że już zasłużyłam. Kiedyś irytowałam się, kiedy coś nie wychodziło. Dzisiaj mówię „ok, widocznie to się dzieje po coś, może dzięki temu uniknęłam jakiegoś większego kłopotu?”. I dostrzegam, że „jak mówię- tak mam” w życiu. Co za ulga nie dokładać sobie zmartwień!

Wiem, że podróż do „pozytywności” to proces. Ale uwielbiam tą ścieżkę, bo dostrzeganie szklanki do połowy pełnej, a nie pustej, czyni moje życie dużo piękniejszym 🙂

ps. zdjęcie autorstawa Kasi Czajkowskiej https://czuleoko.com/ w makijażu Marty Kozioł http://www.martakoziolmakeup.pl/ Przy okazji ta sesja była w kosmicznym upale, w środku puszczy, gryzły nas robale, komary, zaszło słońce, a mnie dopadła alergia. Ale jak widać, pozytywność nas nie opuszczała 🙂

W oczekiwaniu na lajka. O (moim) uzależnieniu od mediów społecznościowych.

Prolog:

Sahara. Wokół nas niekończące się po horyzont wydmy. Cisza, niezmącona szelestem liści i odgłosami ptaków, aż boli. W oddali rysują się góry, granica między Marokiem a Algierią. Jesteśmy zanurzeni w nicości, w oderwaniu od cywilizacji. Czasami nie ma prądu, czasami nie ma wody. Ale… jest zasięg. Jest internet. Ach, no i jest Facebook. Przy porannej kawie siedzimy my- Agata, która świadomie zrezygnowała z pracy w warszawskiej korporacji i wybrała życie na pustyni. I ja, autorka Stresoterapii, która za swoją misję uznała wspieranie innych w poszukiwaniu wewnętrznej ciszy, spokoju i równowagi. Obie – przeładowane bodźcami miejskiego pędu, przytłoczone atmosferą i bezcelowością etatowej pracy, tęskniące za spokojem, oddechem i naturą. Siadamy więc przy stole i…

ja: Agatko, a masz może internet?Ja tylko coś sprawdzę na szybko.

Agata: już udostępniam, potrzebuję odpisać na maile gościom

ja: O, zobacz, ile mamy polubień pod naszym zdjęciem!

Agata: Super, daj oznaczę u siebie!

Mija 45 minut, a my- które podłączyły się „na chwilę” do sieci orientujemy się, że gapimy się w ekrany smartfonów, choć przecież po to wylądowałyśmy na pustyni, żeby od tego się odciąć. Żeby nie było: obie dostrzegamy ten paradoks- uciekając przed wirtualnym życiem i nadmiarem pracy dla kogoś, nagle pracujemy więcej i dłużej- wisząc na mailu i fb. Z tą różnicą, że teraz pracujemy dla siebie, więc teoretycznie to nasza decyzja, ile czasu na to przeznaczymy… Teoretycznie. Jeśli same prowadzimy swój fun-page, publikujemy, wpisy, artykuły (ja), rezerwacje (Agata), odpowiadamy na maile. Social Media są bezlitosne: nie jesteś aktywny? Nie istniejesz. Eksperci doradzają „minimum jeden wpis dziennie, najlepiej w konkretnych godzinach, odpowiadaj jak najszybciej, zaskakuj użytkowników, zachęcaj do interakcji. Jak nie-klienci pójdą gdzie indziej.” No tak. Misja i pasja to piękna rzecz, ale przed materią nie uciekniesz. Przecież jakoś potrzebuję informować ludzi o tym, co robię. Przecież nie chcę rezygnować z mojej ścieżki i wrócić do pracy, która mnie nie cieszy. Tak to sobie tłumaczyłam.

Ocho. Aż w końcu do mnie dotarło, że to hipokryzja. Że jestem tak samo uzależniona od dopaminy na widok lajków pod moim postem, jak inni od polubeń swoich zdjęć bez koszulki na siłowni .To prawda-to, co piszę i tworzę płynie ze szczerej intencji wspierania innych. Dzielę się tym w mediach społecznościowych, ponieważ to najbardziej efektywny i darmowy kanał, jaki mam do dyspozyji. Ale czy na pewno darmowy? Czy nie płacę za to nieustanną presją odpowiadania na komentarze? Czasem i energią, jaki poświęcam na obecność w wirtualnej rzeczywistości?

Let’s be honest 1

Social media to nie organizacja charytatywna. Nad tym, żebyśmy nie mogli oderwać się od ekranu, pracuje sztab ludzi. Interfejs jest tworzony w taki sposób, aby uzależnić od ciągłej potrzeby scrollowania. Nie, to nie są tajemne i podstępne sztuczki. To prosty algorytm, wykorzystujący działanie naszego mózgu. Kiedy widzimy pozytywne komentarze czy lajki pod postami, pobudza to nasz układ nagrody- bardzo pierwotny mechanizm układu limbicznego. Mózg uwalnia zastrzyk dopaminy, a my czujemy przyjemne pobudzenie. W ten sposób ewolucja chce zwiększyć szansę powtarzania zachowań potencjalnie korzystnych dla organizmu. Aza Raskin, twórca funkcji scrollowania, stwierdził – „To tak jakby wziąć „behawioralną kokainę” i po prostu pokryć nią cały interfejs. To rzecz, która sprawia, że znów wracasz, i wracasz, i wracasz.” Niestety, tak jak z każdym uzależnieniem z upływem czasu układ nerwowy potrzebuje coraz większej dawki bodźców, aby uruchomić mechanizm przyjemności. Inżynierowie od social mediów szukają więc coraz to nowych pomysłów, które nas przyciągną: transmisje on-line, wspólne oglądanie, odświeżanie wspomnień, idiotyczne zestawy gotowych pytań do podzielenia się na swoim wall’u (wybaczcie, ale naprawdę kogoś interesuje, co najbardziej lubię jeść na śniadanie?!) to tylko niektóre przykłady. Acha, nie zastanowiło Was przypadkiem, dlaczego sieć podsuwa nam reklamy idealnie wpasowujące się w to, czym się interesujemy i potencjalnie możemy kupić? Temat danych, jakie są gromadzone na nasz temat, to historia na książkę. A może kryminał.

Jeśli łapiesz się na tym, że po wrzuceniu nowego postu co chwilę sprawdzasz, ile przybyło Ci lajków i odczuwasz smutek, gdy jest ich niewiele- to prawdopodobnie masz problem.

Let’s be honest 2:

Obraz jaki kreujemy w sieci jest często nieprawdziwy. I przez to tak kuszący. Rzadko kiedy wrzucamy zdjęcia, na których wystaje nam brzuch po wszamaniu wielkiej pizzy, czy relacje z rodzinnej awantury przy świątecznym stole. Na wirtualnej scenie łatwiej koloryzować i odstawiać teatr z doskonale wyrecytowaną przez nas rolą. Ten sztucznie tworzony wizerunek bywa niebezpieczny- również dla innych, którzy nabierają przekonania, że wszyscy wokół mają idealne życie, perfekcyjne ciało i same sukcesy na koncie. W ekstremalnych sytuacjach niektórzy zaczynają unikać realnych kontaktów, w obawie przed zdemaskowaniem.

Let’s be honest 3:

Media społecznościowe przesuwają szybko granice prywatności. Ile obcych osób zaprosiłbyś do domu, aby pokazać, co zjadłeś dziś na fit-lunch? Ilu osobom pochwaliłabyś się, że oświadczył Ci się ukochany? 3? 10? A jeśli masz na Facebooku 3 tysiące znajomych? Hmm? Szczególnie nastolatki ze swoją chwiejną tożsamością narażone są na cyberprzemoc. Kiedy ktoś gnębi Cię na szkolnym boisku widzi to kilka osób. Kiedy ktoś poniża Ciebie w sieci- nawet kilka tysięcy. Łatwo sobie wyobrazić, jak potężny ładunek emocjonalny niesie to dla użytkowników. Narastająca fala depresji, prób samobójczych spowodowanych właśnie nienawiścią w wirtualnym świecie jest smutnym dowodem 🙁

Let’s be honest 4:

Możesz mieć 5 tysięcy znajomych na fb i 100 tys.obserwatorów na Insta, ale czuć się samotnym do szpiku kości. Nic nie zastąpi prawdziwego, namacalnego kontaktu z drugim człowiekiem. Natura ukształtowała nas jako istoty społeczne. Mamy neurony lustrzane i empatię. Tulenie, patrzenie w oczy, głaskanie- to ewolucyjne mechanizmy, które podnoszą nam w organizmie poziom oksytocyny, serotoniny, obniżają poziom kortyzolu i adrenaliny. Jednym słowem obecność drugiego człowieka jest dla nas lecząca, kojąca. Dobra. Ale na to potrzebny jest czas. Uważność. Odłączenie się od wszystkich dystraktorów. Nie wiem, jak kształtują się dane w Polsce, ale amerykańska agencja marketingowa Mediaix wyliczyła,że przeciętny człowiek poświęca na media społecznościowe ponad 5 lat swojego życia…

Epilog:

Zanim zaczęłam prowadzić swojego bloga, fun page i Instagram nie miałam nawet smartfona, tylko starą Nokię (bez opcji internetu). Moje prywatne konto na fb było martwe i wcale nie było mi z tego tytułu smutno. Nikt nie wiedział, kiedy się zaręczyłam (ani z kim), ani kiedy się rozstałam. Jednak odkąd zaczęłam samodzielnie prowadzić swoją firmę media społecznościowe stały się moim kanałem komunikacji. Z 200 „znajomych” dzisiaj mam 1500 i byłoby więcej, gdyby nie to,że przestałam akceptować 90 % zaproszeń. Nie, nie zamierzam zrezygnować w prowadzenia fun page’a. Sama decyduję. co publikuję i co uważam za wartościowe. Sama też obserwuję inne strony, śledzę interesujące mnie wydarzenia. Czasami naprawdę znajduję mądre i inspirujące treści. Nie demonizuję. Ale czy naprawdę do tego niezbędna jest nieustanna obecność?

Dlatego postanowiłam, że w weekendy nie będzie mnie już w mediach społecznościowych. Będę dostępną pod mailem kamila@streso-terapia.pl- to część mojej pracy i jeśli organizuję np. weekendowe warsztaty, to z szacunku dla uczestników, będę odpowiadać w tym czasie na Wasze pytania. Odinstalowuję facebooka z mojego smartfona. Kiedy będę stać na przystanku zamiast scrollować fb pogapię się w niebo. Do pracy w social mediach będzie służył mi laptop, albo tablet- gdy pracuję będąc w podroży. Moich bliskich znajomych, którzy mają mój numer proszę o kontakt telefoniczny. Bardzo chciałabym ograniczyć ilość wirtualnych rozmów z ważnymi ludźmi. Bo sama bardzo nie lubię w życiu hipokryzji, a czuję, że Stresoterapia sama zmierza do tego. jeśli chodzi o zarządzanie swoją obecnością w sieci. Let’s be honest.

Love and light

Kamila

„Stracić głowę, aby odzyskać serce.” Dlaczego rozluźnianie głowy jest takie ważne?


Wczorajszy warsztat jogi powięziowej dotyczył obszaru bioder i o tym zamierzałam dziś napisać. Jednak poczułam, że zamiast o biodrach napiszę o…głowie 🙂 Kto bywa na moich sesjach wie, że często powtarzam „puść głowę”, „pozwól głowie się rozluźnić”, „daj głowie oparcie”. Czasami nawet proszę Was, by zrobić to fizycznie. Oprzeć ją na kocu, na wałku. Puścić. Podtrzymać czoło jedną ręką, a drugą położyć na potylicy. Sprawdzić, czy w ogóle potrafimy głowę rozluźnić? Zaobserwować jak się czujemy? Czy potrafimy w ogóle dotknąć swojej głowy? Czy myślimy, że to dziwne, nienormalne czy może kojące i potrzebne? Czujemy niechęć do bycia w kontakcie ze swoją głową? Być może zastanawiacie się, dlaczego, jakie to ma znaczenie?

Ogromne.

Na poziomie fizjologicznym do naszej czaszki przyczepia się wiele taśm powięziowych. Zatem napięcie i ból karku czy samej głowy może pochodzić z pozornie niezwiązanych obszarów ciała. Przykład taśm przechodzących przez różne płaszczyzny ciała jest na rysunku poniżej. Sztywność karku może być zależna od napięć w stopie i odwrotnie.
Nadmierne usztywnienie w okolicy głowy może przejawiać się kłopotami ze wzrokiem, bólem karku, szyi, łopatek, migrenami itp. Dlatego wszystko, co pomaga nam zmniejszyć napięcia mięśniowe w karku, jest dobre: masaż, ciepła kąpiel, odpowiednie asany jogi itp.

źródło: Mayers T. Anatomy Trains

Na poziomie emocjonalnym puszczenie głowy ma dużo głębsze znaczenie. Kiedy jesteśmy maleńkimi dziećmi nie potrafimy samodzielnie utrzymać głowy. Musimy otrzymać OPARCIE: stabilne i (oby) kochające ugruntowanie w postaci dłoni mamy, taty, opiekuna. Matka karmiąc dziecko zawsze daje mu podparcie dla głowy w postaci swojego ciała. Jest to jeden z najbardziej pierwotnych mechanizmów, który kojarzy nam się z poczuciem bezpieczeństwa. Alexander Lowen, twórca psychoterapii pracującej z ciałem, określał to jako pierwsze i najważniejsze „uziemienie”. Na jodze często mówimy „stań świadomie i pewnie na ziemi, poczuj swoje stopy”, odwołując się właśnie do umiejętności czucia stabilnego gruntu pod nogami. Jednak na najgłębszym poziomie pierwsze poczucie uziemienie dokonuje się właśnie poprzez głowę.

Jednak nawet jeśli mieliśmy świadomą i kochającą mamę, która dawała swojemu maleńkiemu dziecku oparcie, to życie często wystawia nas na próby, w których je tracimy. Kiedy spotyka nas cierpienie, ale nie widzimy lub nie mamy możliwości ucieczki, ciało przechodzi w fazę zamrożenia/ odcięcia. Lowen opisywał to jako stan, w którym „muszę wyjść z ciała, muszę przestać czuć, bo inaczej tego nie przeżyję”.

Nie muszą to jednak być bardzo traumatyczne przeżycia. Z perspektywy dziecka każda sytuacja, w której jest karane za wyrażanie swoich uczuć, będzie budować pewien wzorzec napięć w ciele, utrwalający się z wiekiem. Szczególnie istotne jest blokowanie złości, strachu i smutku. Jeśli taki wzorzec się utrwali zaczynamy „żyć w głowie” zamiast „czuć w ciele”. Dlatego im jesteśmy starsi, im więcej za nami doświadczeń, prób życiowych, sytuacji trudnych- tym więcej mamy w ciele napięć, bólów, sztywności. Jeśli jednak mamy tego świadomość, uczymy się wracać do ciała, wyrażać emocje możliwe jest usunięcie/zmniejszenie tego dyskomfortu.

Dlatego wszelkie chwile, kiedy pozwalamy głowie odpocząć, opaść; kiedy dajemy jej stabilne oparcie- są dla nas bezcenne. Często pojawia się smutek, złość, lęk – czyli wszystkie emocje, które na poziomie napięć mięśniowych „zamroziliśmy” wewnątrz swojego ciała. Jedyne, co może nam przynieść ulgę to ich uwolnienie -poprzez płacz lub krzyk. Dla wielu z nas, szczególnie tych, którzy „zawsze sobie radzą” i „nigdy się nie łamią” może być to niemożliwe do przeprowadzenia samodzielnie. Dlatego polecam gorąco wybranie się na warsztaty lub grupy ćwiczeniowe w analizie bioenergetycznej. Sama uczęszczałam i nie sądziłam, że mogę mieć w sobie tak wiele poupychanych emocji…Nie jest to łatwy proces, ale pojawia się ogromna ulga i ciało uzyskuje więcej swobody 🙂

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto wspomnieć „puszczając głowę”. Z poziomu rozwoju osobistego puszczenie głowy może stanowić przełomowy moment. Nasza kultura przyznaje prymat myśleniu, czucie rezerwując dla mięczaków. W szkołach uczymy się budowy osławionego pantofelka, tymczasem nikt nas nie uczy, jak komunikować się z samym sobą i innymi ludźmi. W efekcie bardzo często żyjemy tylko „w głowie” : nie pozwalamy sobie na podejmowanie nieracjonalnych decyzji, kierujemy się tym, co nam wtłoczono do niej jako jedyny słuszny schemat postępowania; rezygnujemy z własnych marzeń i wyborów, aby spełnić społeczne oczekiwania, automatycznie odtwarzamy znane nam role. Tymczasem „wyjście z głowy” i pozwolenie sobie na odczuwanie ciała, na doświadczanie emocji, na ekspresję, to często najprostszy sposób na bycie w „tu i teraz”. Na wprowadzenie zmiany do swojego życia. Żyjemy w ciele i ono nieustannie z nami próbuje z nami rozmawiać. Ale my je zagłuszamy, kiedy boli łykamy tabletkę, bo głowa ma tyle do zrobienia, tyle zaplanowała… Ogarnia nas lęk przed tym, żeby wyjść z myślenia na rzecz czucia. Ale czasami nadchodzi taki moment, gdy wreszcie „tracimy głowę”, odzyskując serce, czyli dostęp do uczuć.

Jeśli interesuje Was, jak można pomóc głowie odpuścić za pomocą prostych ćwiczeń to polecam lekturę artykułów Marzeny Barszcz: https://www.marzenabarszcz.com/uziemienie-glowy-dostep-do-samokojenia/

Tymczasem życzę nam wszystkim spokojnej głowy,którą czasami możemy po prostu puścić 🙂

Kamila

opierałam się na lekturze książek Alexandra Lowena „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” oraz „Bioenergetyka. O tym jak poprzez ciało leczyć problemy umysłu”

7 lekcji, jakich może udzielić Ci dyskomfort

„Pain is inevitable. Suffering is optional” Haruki Murakami

Znowu chwilę mnie nie było na blogu… Tempo życia i pracy, jakie sobie narzuciłam ostatnimi czasy nie dawało mi przestrzeni na pisanie. Hmm, generalnie nie dawało przestrzeni na wiele innych rzeczy. Od miesiąca ciągle czułam się osłabiona, co chwilę łapałam jakąś infekcję, aż w końcu moje ciało uznało, że zadecyduje za mnie i właśnie leżę chora złożona jakąś wybitnie rzadką odmiana anginy. Nie jest to najprzyjemniejszy stan 😉 Tym bardziej, że planowałam w tym tygodniu jeszcze intensywnie popracować (bo przecież potrzebuję zarobić na szkołę psychoterapii, na naprawę auta, na warsztaty itp.) a później odpocząć w górach swój jedyny wolny weekend.

Zamiast tego leżę z antybiotykiem obserwując empirycznie „Gwiezdne Wojny”, toczące się na moim migdałku. I właśnie dlatego postanowiłam dziś podzielić się wpisem o tym, jak akceptować w życiu dyskomfort. Zarówno ten codzienny, jak i ten ekstremalny, związany z odejściem bliskiej osoby, rozpadem relacji, chorobą. Bo skoro on się już pojawia na Twojej drodze, to zapewne ma w tym jakiś cel.

Czy cierpienie uszlachetnia?

Trudno jest mi się z tym zgodzić. Kiedy sama doświadczałam bólu i strachu związanego ze swoim zdrowiem bynajmniej nie czułam, żeby wspierało to proces mojego „oświecenia”. Raczej zamykało, kurczyło, oddalało od radości życia i sprawiało, że głównym pytaniem w moim życiu było „dlaczego, po co i jak długo jeszcze?”. Jednak z perspektywy czasu zauważam, że właśnie ten czas stał się dla mnie najbardziej rozwojowym momentem . Umiejętność zaakceptowania tego stanu była kamieniem milowym na mojej drodze poznawania siebie. Pamiętam, kiedy po operacji kręgosłupa, która zakończyła się powikłaniami dowiedziałam się, że wygląda na to, że robi mi się bliznowiec. Leżałam sama w zimową noc w szpitalu i myślałam sobie, że serio- nie chcę takiego życia. Życia, w którym mam 24 lata, od miesięcy z bólu nie mogę sama założyć butów, usiąść na krześle, a tu jeszcze mi mówią, że może być jeszcze gorzej. Pamiętam swój bunt i lęk o to, co będzie dalej. I ten moment, kiedy płacząc powiedziałam do siebie „ok, jest jak jest. Inaczej nie będzie na ten czas. Może nie będziesz mogła biegać, ale zawsze możesz pływać”. I to był ten moment, kiedy zebrałam siły i zaczęłam szukać drogi wyjścia. Moment, w którym nauczyłam się doceniać takie życie, jakie mam. I dużej mierze zawdzięczam tamtej nocy to, gdzie teraz jestem.

Dalej nie uważam, że cierpnie nie uszlachetnia. Uszlachetnia nas jednak nasze podejście do niego i to, jak potrafimy sobie z nim radzić. Dlatego warto zauważyć, co może dam przynieść mądre podejście do doświadczanego przez nas dyskomfortu. Mnie nauczył wiele:

Lekcja numer 1 : WDZIĘCZNOŚĆ Nauczyłam cieszyć się z najprostszych rzeczy. Z tego, że wstaję, nic mnie nie boli, mogę iść zarabiać, wyjść na własnych nogach na ten obślizły warszawski deszcz w lutowy poranek 🙂 To jest tylko tyle i AŻ TYLE.

Lekcja numer 2: USTAWIANIE PRIORYTETÓW W tym czasie zrozumiałam, jak ważne jest wsparcie najbliższych. Jak cenne jest to, że ktoś jedzie 1,5 g. podmiejskim autobusem, żeby potrzymać mnie za rękę. Wysyła smsa. Jak ważne są relacje oparte na prawdziwej obecności. Priorytetem jest dla mnie również moje zdrowie- wybieram taką pracę, taki styl życia, który je wspiera, a nie eksploatuje. Priorytetem jest dla mnie życie w zgodzie z tym, co mnie wzmacnia, dodaje energii, rozwija. Korzystać z każdej okazji, która cieszy moje serce. Bo naprawdę nie wiemy, ile mamy czasu na tej planecie.

Lekcja numer 3 : ROZWÓJ DUCHOWY  Kiedy nie mogłam się ruszać- nauczyłam się medytować. Nic innego mi nie pozostało i po lekturze kilku książek stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia 😉 Zrozumiałam też głębiej istotę jogi. Sens uważnej praktyki, pracy nad detalami, obecności. Tego, że pozycję można rozwijać bardzo subtelnie, oddechem, nawet gdy na zewnątrz nie zajdzie żaden fizyczny ruch. Zaczęłam pracować z wyobraźnią, podświadomością i intuicją. Jestem absolutnie pewna, że to była praca, która w głównej mierze dała mi siłę, aby się nie dać i pomogła stanąć na nogi.

Lekcja numer 4 : WEWNĘTRZNA SIŁA 
Tyle wiemy o sobieile nas sprawdzono” napisała Wisława Szymborska. Ludzie, w sytuacjach kryzysowych potrafią w sobie znaleźć zasoby sił, o które nigdy siebie nie podejrzewali. To skarb i kotwica, która nie raz pomogła mi w trudniejszych momentach. Kiedy świat się wywalał myślałam „Hej, jest ciężko, ale zobacz, z czym sobie poradziłaś, co przeszłaś, to też uniesiesz i jak wszystko- to też przeminie”.

Lekcja numer 5 EMPATIA Kiedy pracuję z osobami, które doświadczają bólu, fizycznego i  emocjonalnego jest mi łatwiej pomagać. Because „I’ ve been there, i know that.” Jednocześnie mam prawo z pełnym przekonaniem komuś powiedzieć „wiesz co, z tym można coś zrobić, tylko się nie poddawaj”, bo sama to przeszłam. Odczuwam też głębiej ludzkie emocje, dostrzegam subtelności, jakie pokazuje ciało. Jest mi łatwiej być bliżej drugiego człowieka.

Lekcja numer 6 SZACUNEK DO WŁASNYCH OGRANICZEŃ Choroba pozostawiła na moim ciele ślady, które sprawiają,  że pewne rzeczy są dla mnie niedostępne. Dzisiaj nie buntuje się przeciwko temu. Nie jestem w stanie wszystkiego kontrolować, układać wedle swojej myśli. Nie oznacza to bierności, ponieważ wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie kompletną abstrakcją, dziś mogę robić 🙂 Jednak na to potrzebny był czas i determinacja. Przenoszę to również na życie: jeśli coś kompletnie mi nie idzie mówię sobie „ok, widocznie nie jest to dla Ciebie na ten czas” i szukam innego wyjścia.

Lekcja numer 7: ZAUFANIE Nie jestem zwolenniczką przyjmowania z biernością wszystkiego, co zsyła na nas życie. Jestem przekonana, że robienie w swoim umyśle dramatu, kierowanie pretensji do świata i Boga, uciekanie przed problemem to strata energii. Ufam, że czasami pewne lekcje po prostu muszą się w naszym życiu przytrafić, aby wybić nas ze starych schematów. I to od nas zależy, jak do tych lekcji podejdziemy.

Przez większość swojego życia reagowałam na trudności dokładnie odwrotnie, spalając się, tracąc energię i siły. Z pełną odpowiedzialnością Wam powiedzieć, że odrabiając powyższe lekcje lżej mi się żyje 🙂

Na koniec jeszcze jedna, bardzo ważna uwaga. Pogodzenie z cierpieniem nigdy nie powinno oznaczać zamrożenia, bierności i otępienia. Niektórzy myślą, że człowiek na pewnym stopniu rozwoju powinien niczym się nie przejmować, nie okazywać emocji, tylko obserwować. W moim odczuciu to duży błąd! Nie wolno nie okazywać emocji, które pojawiają się w trakcie trudnych doświadczeń. To jedna z gorszych rzeczy, jakie można zrobić 🙁 Krzyk, złość, płacz, rozpacz, bunt jest zdrowym i naturalnym mechanizmem samoregulacji i usuwania napięcia, kiedy spada na nas coś trudnego. To ważne, aby znaleźć sobie bezpieczną przestrzeń (rodzina, przyjaciele, psycholog, grupa wsparcia) na wyrażenie i pobycie ze WSZYSTKIMI emocjami. Istotne jest to, żeby później z tego czerpać siłę do szukania rozwiązania, a nie pogrążać się w tym emocjonalnym koktajlu.

Życzę Wam dużo akceptacji i sił, wtedy kiedy będziecie ich potrzebować, ale jednocześnie- oby nie za często 🙂

Kamila

ps.na zdjęciu jestem w pozycji Supta Virasana, czyli jednej z najbardziej niewygodnych, jakie zna moje ciało. Kiedyś jej unikałam jak ognia, a dziś wykonuję bardzo chętnie. Dostrzegam, że właśnie to, co powoduje na macie największy dyskomfort, odpowiednio dopasowane przynosi mi największe korzyści. I z czasem potrzebuję coraz mniej wałków 🙂

Zdjęcie @justynatomczakfoto

Czy pozytywne myślenie może szkodzić?

Czas Świąt to moment, kiedy wielu z nas kupuje na prezent książki. Od lat na szczycie bestsellerów wygrywają poradniki dotyczące tego, jak „zmienić swoje życie w 10 dni”,  a w tydzień uleczyć wszystkie dotychczasowe problemy. Za chwilę też Nowy Rok, a więc czas postanowień, wprowadzania zmian i życzenia sobie, aby „ten rok był lepszy, niż poprzedni.” No dobrze, i ode mnie czasami można usłyszeć, żeby skupiać się na tym, co dobre, a nie szukać problemów 🙂

Pozytywne myślenie jest z pewnością wartościową umiejętnością. Czasami naprawdę potrzebujemy usłyszeć, że „wszystko się ułoży” i pomaga nam to odzyskać na chwilę siłę do dalszej pracy.  Zaakceptować, że trudniejsze chwile są taką samą częścią życia, jak te dobre i iść dalej. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy zamiast skonfrontować się z problemem, uciekamy od niego afirmując do siebie „na pewno sam się rozwiąże/ sam się uzdrowi/ samo przyjdzie”.  Pozytywne afirmacje nie uzdrowią relacji, która umiera w środku. Ani nie sprawią, że pokochasz pracę, której nie znosisz. Również raczej nie zrobisz kontraktu swojego życia, jeśli nie zaczniesz szukać możliwości biznesowych i klientów.

Zdarza mi się usłyszeć od uczniów „Kamila, próbowałem przez to przejść zmieniając swoje nastawienie, ale to nie działa”. I nigdy nie zadziała- jeśli mierzysz się z np. obniżonym nastrojem, będącym początkiem depresji, to masz do czynienia z dysfunkcją działania Twojego mózgu. Tu potrzebne jest profesjonalne wsparcie terapeutyczne, a nie afirmacje. Podobnie, kiedy powtarzamy pakowanie się w nieodpowiednie relacje. Pozytywne myślenie może dać siłę do przepracowania pewnych schematów, które nas tam zapraszają, ale nie zastąpi pracy nas sobą.

W naszej kulturze lubimy mieć rozwiązania ekspresowe, załatwiające w 5 min. tematy, które wymagają pracy przez 5 dni, tygodni czy miesięcy. Boli brzuch od tego, że jesz przetworzone śmieciowe jedzenie? Nie szkodzi, weź tabletkę, zamiast zacząć zmieniać swoje nawyki”. Imprezujesz i wiesz, że będziesz mieć kaca?Spoko, dorzuć sobie pigułkę zanim zaczniesz pić, będzie mniej bolało rano”. Podobne podejście cechuje niekiedy ludzi, kiedy zamiast dotarcia do źródła swoich kłopotów, próbują dostać taki psychologiczny fast-food. A za dużo fast- foodów zawsze kończy się dla nas niedobrze…

No dobrze, a co z wizualizacjami czy treningiem mentalnym, stosowanym przez sportowców? To wspaniałe narzędzia, tylko również nie zastąpią pracy. Żaden sportowiec nie pobił jeszcze rekordu świata od tego, że popijał drinka, wyobrażając sobie wiwatujące tłumy na trybunach. Trening mentalny bazuje na posiadanych już umiejętnościach i wyobrażaniu sobie krok po kroku czynności, jakie będzie wykonywał na zawodach. Podobnie wizualizacje- są ogromnym skarbem dla naszego mózgu, który nie do końca umie odróżnić nasze fantazje od realiów. Uruchamia wówczas podobne działanie układu nerwowego. Dlatego wyobrażając sobie sytuacje stresujące naprawdę odczuwamy niepokój, a myśląc o czymś przyjemnym- radość. Ja również stosowałam wizualizacje, kiedy po operacji kręgosłupa długo nie mogłam normalnie funkcjonować. Wyobrażałam sobie siebie, biegnącą po lesie, ale przez kolejne 1,5 roku przez całe miasto jechałam na rehabilitację i ćwiczyłam dając z siebie 100%.

Jako nauczycielka jogi często obserwuję też tendencję, gdy praktyka jogi i medytacja stają się ucieczką od bycia przy tym, co trudne. Wspaniale jest umieć na chwilę wyłączyć głowę i uspokoić emocje. Jednak po zejściu z maty wracamy do życia. Pozytywne myślenie czy kierowanie się wszechogarniającą miłością może nas również oddalać do prawdy. W życiu istnieją też trudne chwile, jak śmierć, rozstanie, niepowodzenia, choroby, które są elementarną częścią życiorysu. Jeśli uwierzymy, że powinniśmy czuć tylko dobre emocje, zachowywać stoicki spokój wobec tego, co nas boli, to stwarzamy w sobie tylko więcej frustracji, gdy nie dorastamy do tego wzoru.

Ani joga, ani medytacja nie polega na tym, żeby stać się robotem, który nie reaguje na to, co się pojawia. Efektem prawdziwej i uważnej praktyki jogi jest umiejętność obserwacji swoich emocji, pozwalanie im na przepływanie i na odchodzenie. Zrozumienie, że na wszystko jest przestrzeń, również na tą ciemną stronę życia. Wybaczenie jest niezbędne, aby pójść przed siebie bez bagażu żalu i złości, która nas zjada od środka. Ale najpierw powinno mu towarzyszyć świadome poczucie tych wszystkich emocji. Wysyłanie miłości, okazywanie zrozumienia, jeśli jednocześnie czujemy gniew czy smutek, to oszukiwanie samego siebie.

Zatem życzę wszystkim na nadchodzący czas przede wszystkim prawdy, bo to z niej właśnie płynie miłość, która niczego nie oczekuje.

Kamila

Yamy – 5 zasad moralnych jogi, które pomagają mi być lepszym człowiekiem

Mity dotyczące jogi. Spotkałam się z wieloma: „joga to grzech, moja wiara nie pozwala mi ćwiczyć”;  „joga to religia, a ja jestem ateistą”; „po co komu filozofia z Azji, mam swoją, słowiańską” itp. Mimo to coraz więcej osób staje na macie. Pomimo trudności na początku prakytki (What?! Mam cofnąć dolne żebra i unieśc lewą nerkę?!Co oni palą w tych kadzidłach przed zajęciami? ) jakoś wraca na matę 😉 Często dzieje się tak nie tylko z powodu ewidentnych korzyści związanych z mądrą praktyką, jak zmniejszenie bólów kręgosłupa, odczucia rozluźnienia w ciele, unikaniu kontuzji, poprawie sprawności. Powodem bywają również zmiany, jakie zaczynasz dostrzegać w swoim życiu: w jakości relacji z ludżmi, ze światem, ze sobą.

Joga, jaką znamy na Zachodzie, jest wycinkiem tego, z czego wyrasta. W naszej kulturze ogromną uwagę przywiązujemy do wyglądu zewnętrzengo, a umysł mamy tak rozbiegany, że w zasadzie jedynie koncentracja na ciele pozwala nam rozpocząć przygodę z jogą. Jednak asany to jedynie jeden z elementów prawdziwej jogi. W trakcie moich podrózy po Indiach wielokrotnie widziałam starszych joginów z pokaźnym brzchem, którzy potrafili godzinami medytować. I raczej nie wykonaliby przejścia ze stania na rękach do kija przez bekasanę;-)

Hindusi z lekkim politowaniem patrzą na zachodnią wersję jogi, która często sprowadza się do dążenia do jakiegoś fizycznego modelu asany i zdjęć w szpagacie w obcisłych leginsach na Instagramie. Często towarzyszy jej napięcie niczym nieróżniące się od ciśnienia, jakie mamy na co dzień w pracy, czy presji kultury na idelany wygląd. Tymczasem pierwszym poziomem ośmiostopniowej ścieżki jogi Patandżalego wcale nie są asany tylko uniwersalne zasady moralne zwane yamami. Zresztą niewiele odbiegające od zasad, jakie możemy znaleźć w każdej religii. I dopiero kiedy  umiemy je stosować możemy stanąc na macie, praktykując ćwiczenia oddechowe i asany. Oczywiście zdecydowana większość ludzi (tak ja i ja) pierwszą przygodę na macie zaczęła od syczenia z bólu przy rozciąganiu tyłów nóg. Nie ma w tym nic złego. Jednak najdoskonalsza asana nie będzie mieć w sobie ducha jogi, jeśli nie zaczniemy patrzeć na nią przez pryzmat yam.

I tak często się dzieje, że te zasady niepostrzeżenie przenikają do Twojego życia. Odkąd praktykuję jogę coraz wyraźniej widzę, jak bardzo pomagają mi one żyć lepiej. W większym spokoju, zaufaniu, wolności i prawdzie. Dlatego chętnie się dzielę swoim doświadczeniem. Bo ja dużo częściej praktykuję jogę poza matą, kiedy życie sprawia, że niespodziewanie sięgam głową do ziemi 🙂

5 zasad moralnych jogi. YAMY.

  • AHIMSA. Niekrzywdzenie. Dużo osób naturalnie przechodzi na dietę bez mięsa. Zaczyna zwracać uwagę na troskę o przyrodę, środowisko, zwierzęta. Według mnie jednak bycie weganinem wcale nie oznacza, że stsoujesz ahimse.  Szczerze, to wzajemne hejty zwolenników vege kontra paleo nie mają dla mnie nic wspólnego z ahimsą… Ponieważ niekrzywdzenie obejmuje przede wszystkim CIEBIE. Czyli szanujesz swoje ograniczenia w ciele i w głowie. Najpierw nie robisz na siłę asany. Poźniej wychodzisz z relacji, która Ciebie rani. Stawiasz granice. Uczysz się kochać siebie. A dzięki temu prawdziwiej i szczerzej umiesz pokochać innych. Bo nie robisz tego z poczucia winy, obowiązku, strachu tylko wybierasz bycie bliżej, bo tak jest lepiej.

  • SATAJA. Prawda. Agghh. Jakie to bywa trudne na początku… Umieć odważnie powiedzieć prosto w oczy sobie samej, że to nie jest mój scenariusz na życie. Na związek. Na pracę. Odpadaja kolejne warstwy błota, które nam ktoś nawrzucał, bo jemu też powiedzili, że bez błota się nie da-no nie wypada! To przecież jakbyś stał nagi… Ale później jest lżej, a błoto spływa, zanim zdąży zaschnąć 🙂

  • ASTEJA. Niekradzenie. Uczciwość. Brak zazdrości. Nie interesuje mnie, czy ktoś obok zakłada nogę na głowę.Albo ma kaloryfer na brzuchu. Albo wspaniały związek, dzieci, świetnie płatną pracę. To ja jestem swoim własnym punktem odniesienia. Doskonalę się dla samej siebie. Cieszy mnie szczęście innych ludzi, bo wiem, że im więcej dobra i miłości wokół mnie, tym świat staje się lepszy.

  • BRAHMACZARJA. Wstrzemięźliwość. Nie chodzi tylko o jej seksulany aspekt. Oznacza to również pohamowanie ciała, mowy i myśli, tak, aby zachowaną energię wykorzystywać na drodze własnego rozwoju. Bo słowa i myśli mają moc. Potrafią ranić, potrafią wzmacniać. Mniej mówienia, więcej działania. To także powściąganie swojego ciała w praktyce- wybieranie asan, które są dla nas trudne, a nie powtarzanie tylko tego, co dla nas łatwe.

  • APARIGRAHA. Niegromadzenie. W trakcie moich podróży doświadczam, jak niewiele potrzeba mi do życia. Przez wiele tygodni mogę zmieścić całe życie w plecaku. Podobnie w życiu. O ile jest lżej kiedy nie zagracam domu zbędnymi gadżetami, nie kupuję kolejnych leginsów, kosmetyków, nie potrzebuję nowszego samochodu. Dotyczy to także relacji- żegnam te, które mi już nie służą. Na ich miejsce pojawiają się ludzie, którzy pomagają mi wzrastać. Na macie nie chcę już robić nic na siłę, byle więcej i mocniej. Zachłanność w praktyce prowadzi do kontuzji. Zachłanność w posiadaniu w życiu bywa równie niebezpieczna.

Dla mnie joga nie ma nic wspólnego z religią. Moją religią jest wiara w dobro, w miłość, w podążanie ścieżką serca. Można to nazwać Bogiem, chrześcijaństwem, buddyzmem, moralnością,przepływem lub przykazaniami Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Interesuje mnie, jakim jestem człowiekiem i jak przeżywam swoje życie, co ono wnosi dla innych.  Z czym odejdę z tej ziemi. Jak powiedział Dalajlama XIV : Moja religia jest prosta. Nie wymaga kamiennych świątyń, nie wymaga filozoficznych dociekań. Świątynia jest nasz umysł i nasze serce; filozofią – dobroć.

Kamila

zdjęcie Kasia Czajkowska

„Chciałem inaczej, wyszło- jak zawsze”. Czyli dlaczego powtarzamy te same błędy w związkach?

Na pewno to znacie. Bardzo tego nie chcieliście, obiecywaliście sobie, że to już ostatni raz: „znowu trafiłam na synka mamusi”, „kolejny emocjonalny oszołom”, „to była straszna kobieta- bluszcz”, „jakbym widziała swojego ojca”. Przecież tyle raz nam się już to zdarzyło- wiemy, jak to się może skończyć. A jednak uparcie wracamy do tego samego schematu. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego powtarzamy te same błędy w relacjach?

Im mocniej eksploruję świat psychoterapii, uczę się, rozmawiam, doświadczam a (przede wszystkim!)- żyję, tym wyraźniej widzę, że problemy w związkach mają mocny związek z naszym dzieciństwem. Psychologowie i terapeuci są zgodni, że ten okres bardzo mocno warunkuje nasze późniejsze relacje. Dostrzeżenie pakowania się w stare schematy pozwala nam uwolnić się od przeszłości i zwrócić ku prawdziwym, dorosłym związkom.

1. „Jesteś, taka sama, jak Twoja matka!”

Jak napisał Aleksander Lowen: „Dziecko, którego potrzeby nie były zaspokojone wyrasta na potrzebującego dorosłego – czuje, że potrzebuje kogoś, kto trwałby przy nim i żył dla niego”. Oznacza to, że w dorosłym życiu wciąż możemy szukać w partnerach zaspokojenia potrzeb niezrealizowanych w dzieciństwie. Wiązać się z wiecznie kontrolującymi nas facetami (jak tata) albo z nieobecnym i zimnymi kobietami (jak mama). Nieważne, że to prawdopodobnie było i jest dla nas raniące. Nasza nienazwana potrzeba z dzieciństwa może w ten sposób domagać się uleczenia. To jest jednak niemożliwe w relacji, ponieważ nigdy już nie będziemy z powrotem małą dziewczynką albo chłopcem. Trzeba uznać przed samym sobą „to, co było minęło i nie wróci.” Wziąć odpowiedzialność za pracę nad tymi obszarami, które wymagają uwagi i wyjść z kręgu nieustannego powtarzania schematu.

2. „Zrobił ze mnie służącą!”

Zrzucanie winy na partnera to bardzo wygodna strategia. Najczęściej oznacza, że to ja nie potrafię postawić granicy, zadbać o swoje potrzeby. Czyli to nie on ze mnie zrobił służącą, tylko ja dałam mu prawo do zrobienia z siebie służącej. Jeśli mamy wtłoczone do głowy, że relacja oznacza poświęcanie się, to trudno będzie nam stworzyć równy związek, gdzie „śmieci wyrzucają się same.” Dojrzała asertywność to nie zgniły kompromis, ale uznanie tego, że „ja mam prawo prosić, a ty masz prawo odmówić. Ty masz prawo prosić, a ja mam prawo odmówić”. A jeśli proszę lub odmawiam zbyt często, to może jestem z osobą, z którą jest nam nie po drodze

Aleksander Lowen pisał, że punktem wyjścia do takiej postawy jest min. umiejętność sięgania po coś w dzieciństwie. Czy kiedy sięgaliśmy po coś ręką, to spotykało się to z akceptacją ze strony dorosłego? Czy zostawiono nas z poczuciem frustracji i smutku, że „mi się nie należy, nie mam po co wyciągać ręki”?

3. „Lepsze zło znane niż nieznane”

Zmiana to ryzyko. Zaproszenie do wyjścia poza to, co wbudowało się w schemat naszego dotychczasowego postępowania. Dlatego osoby, które wyrosły z rodzinach, gdzie była przemoc, często same wybierają dla siebie podobnych partnerów. Ponieważ nieświadomie poszukują tego, co znane. A to, co znane, jest zazwyczaj bezpieczne. Nieważne, że to taka namiastka bezpieczeństwa, bo przecież trudno o nie, kiedy żyję w lęku. Odtwarzanie roli może być cholernie męczące, ale jednak zapamiętałem dobrze te dialogi, scenografię i kostiumy, więc w pewien sposób jest mi wygodniej, niż uczyć się na nowo.

4. „Tym razem będzie inaczej”

Nasza nieświadoma część wciąż może mieć nadzieję, że zmieni bieg scenariusza z dzieciństwa. Przeżyć niekompletną relację na własnych zasadach, odczarowując przeszłość. Jest to oczywiście niemożliwe. Tą pracę można zrobić jedynie samemu ze sobą, przy wsparciu terapeuty lub inną drogą, która nas przekonuje. Powiedzieć sobie „ok, dzieciństwo było słabe, przykro mi. Ale już tam nie wrócę”. Mamy jednak pełno prawo i autonomię, aby już jako dorosły pożegnać tamten etap i pójść dalej. W innym wypadku za każdym razem będzie trafiać na osoby, które „okażą się znowu takie same”.

5. „Bez Ciebie nie istnieję”

Kiedy nasza potrzeba bliskości, akceptacji i miłości nie była zaspokojona możemy traktować partnera instrumentalnie. Danuta Golec piszę o tym dosadniej, mówiąc że partner przypomina „protezę”, która ma wypełnić to brakujące miejsce. Możemy więc wtłaczać się np. w rolę dziecka, które potrzebuje opieki i wybierać takie osoby, w których dominować będzie postawa opiekuńczości. Albo w rolę wiecznie rozumiejącej mamusi, która ukoi wszystkie smutki partnera (tak jak kiedy będąc dzieckiem pełniliśmy rolę powiernika trosk rodzica). Choć takie związki, mogą być bardzo trwałe, bo dwoje ludzi świetnie odgrywa swój dziecinny teatr, to jednak nie będzie to dojrzała miłość. Nie stworzy się tu żadna przestrzeń na rozwój i zrzucenie masek, a na tym polega dorosłe bycie ze sobą.

Cokolwiek więc dzieje się z naszych relacjach zawsze mówi nam o tym, jaki mamy związek z samym sobą. Nie chodzi o to, aby wiecznie taplać się w traumach z przeszłości, bo życie to nie problem do rozwiązania, ale przygoda do przeżycia 🙂 Jednak prawdziwe uznanie swoich krzywd pozwala tworzyć relacje dające przestrzeń na bycie w prawdzie ze sobą i drugim człowiekiem.

Kamila

ps. Inspirowałam się lekturą książek (poza swoim życiem) 😉  Aleksandra Lowena „Radość” i „Przyjemność” oraz wywiadem z Danutą Golec z książki „Żyj wystarczająco dobrze” Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego

Gdzie nie szukają szczęścia szczęśliwi ludzie?

Szczęście. To taki towar, który każdy chce mieć, ale nie da się go nigdzie kupić. Co gorsza, jak już się zdobędzie, to okazuje się wyjątkowo nietrwały, nie ma gdzie zgłosić reklamacji.  Niektórzy, na skutek swoich życiowych doświadczeń zorientowali się, że są pewne miejsca, które oferują szczęście. Jednak po nabyciu okazuje się, że bardzo szybko produkt nie spełnia naszych oczekiwań…

Kiedy podróżuję przebywam jak najwięcej z lokalnymi ludźmi. Chodzę po nepalskich wioskach, gdzie obcy ludzie karmią mnie miską zupy. Bawię się w budowanie wieży z patyków z umorusanymi dziećmi. Oddaje swoją koszulę napotkanej dziewczynce w hinduskim miasteczku. Obserwuję, jak niewiele potrzeba, aby być szczęśliwym. Oczywiście, nie jest prawdą, że bycie chorym, biednym i brzydkim to nasze marzenie. Umówmy się- lżej się żyje w godnych warunkach, będąc zdrowym, kochając i będąc kochanym, mając komfortowe warunki do mieszkania, mogąc studiować, zarabiać i poznawać świat od tej lżejszej strony. Jednak zaskakująco dużo ludzi ma te wygody w nadmiarze, a wciąż odczuwa,  że czegoś im w życiu brakuje. W Indiach spotkałam pewną młodą, ale bardzo mądrą nauczycielką yin jogi. Odbyłyśmy wiele rozmów o tym, jak to w życiu jest z tym szczęściem 🙂 Być może dla wielu z Was nie będzie to zaskoczeniem, że nie ma co szukać go w czynnikach zewnętrznych. One się zawsze będą zmieniać.  Szczęście to stan umysłu. Ale jeśli wpadniesz w labirynt tropienia go w tym, co na zewnątrz, to raczej nie znajdziesz go :

  • kupując nowe auto, nowy dom, nową hulajnogę i kosmicznego drona– cokolwiek wmówili Ci twórcy reklam i jest niezbędne w Twoim życiu. Nowe bardzo szybko staje się mniej nowe, a później- stare. I czas kupić coś jeszcze nowszego. Im więcej masz gadżetów czy rzeczy, o które musisz się troszczyć, tym więcej nakładów Twojej energii one wymagają.

 

  • w zarabianiu coraz większych pieniędzy. Owszem- badania wskazują, że istnieje korelacja poziomu szczęścia i zarobków. Pieniądze podnoszą poziom szczęścia do momentu, kiedy są już zaspokojone potrzeby na poziomie optymalnym, tzn. mam gdzie mieszakć, samochód, mogę wysłać dzieci do szkoły i pojechać na wakacje. Ale to czy będę miał apartament 100 czy 300 metrowy- nie ma znaczenia. Podobnie ma się sytuacja ze sprawowaniem władzy. Więcej władzy = więcej odpowiedzialności. A często- kłopotów.

 

  • w kolejnych relacjach. Miłość, na którą składa się zaangażowanie, namiętność i intymność to bez wątpienia coś, co daje nam poczucie sensu i spełnienia w życiu. Jednak dotyczy to tylko dojrzałych związków, gdzie ludzie nie szukają wypełnienia swoich deficytów przez drugą osobę. Żaden człowiek nie zapełni pustki w Twoim sercu, jeśli sam jej nie uleczysz. Oznacza to często spotkanie z tym, co trudne i ukryte. Jednak przynosi prawdziwe szczęście- miłość do siebie samego, którą odpowiedzialnie można dzielić z drugą osobą. W innym wypadku każda zmiana w relacji będzie ciągnąć nas w górę lub w dół…

 

  • w perfekcyjnym wyglądzie. Ciało to dom dla duszy i troszczenie się o nie to nasz obowiązek. Jednak często wizja idealnego ciałą staje się obsesją: – 2 kg? Jestem szczęśliwa i piękna. + 10 cm w biodrach: jestem nieatrakcyjna i gruba. Katowanie się na siłowni, kiedy nie masz na to siły. Odmawianie sobie przyjemności i celebrowania czasu z bliskimi, w imię zachowania restrykcyjnej diety. A co, jeśli Twoje ciało któregoś dnia zachoruje? Kiedy stracisz wszystkie mięśnie wypracowane na treningu albo nagle przytyjesz 10 kg od leków?Czy to odbiera Ci prawo do bycia szczęśliwym człowiekiem? Ja doświadczyłam wiele przygód ze swoim ciałem- bywało bardzo chude, bardzo słabe, nieco okrągłe, super silne, umięśnione. Sprawne i chore. Uczyłam się je kochać i akceptować w tym stanie, w jakim jest. Bo wiele lat je niszczyłam. Dziś dbam o nie, czerpię radość z ruchu i jego sprawności, ale nie dramatyzuję, kiedy zjem za dużo czekolady 😉

 

  • w zdobywaniu kolejnych osiągnięć. Mechanizm podobny, jak z zakupami. Obronisz doktorat, awansujesz, zdasz egzamin- super, gratulacje. Cudownie mieć ambicje i plany.Tylko czasami zamiast poczucia szczęścia pojawia się ogromne zmęczenie, wypalenie i poczucie pustki. Szczególnie kiedy czułeś , że ten cel w połowie drogi przestał być już Twój, ale uparłeś się, że nie odpuścisz. Przecież „dasz radę”. Tymczasem największą wartością są te aktywności, które dają nam radośc już w momencie ich wykonywania. Mihaly Csikszentmihalyi, psycholog znany z badań nad szczęściem, określił taki moment stanem przepływu („flow”). Oznacza on wykonywanie czynności z dziecięcą radością- z pełnym zaangażowaniem, utratą poczucia czasu niezależnie od tego, jakie ponosimy w związku z tym koszta czy otrzymujemy nagrody z zewnątrz 🙂

 

  • w uzależnianiu swojego szczęścia od postępowania innych. „Jak ona się zmieni. Jak dziecko się uspokoi. Jak on będzie w końcu mnie słuchać”. Zrzucanie odpowiedzialności na innych za swoje samopoczucie to bardzo częsta pułapka. Nie tylko szkodzi nam- bo zabiera nam decyzyjność, ale i innym- bo obarczamy ich poczuciem winy. Przyjmowanie roli ofiary niestety sprawia, że oddajemy innym prawo do decydowania o sobie i odbieramy szansę na zmianę.

 

  • w dalekich podróżach na koniec świata, aby „rzucić wszystko i zacząć od nowa”. Zaczynanie „od nowa” bieże początek w naszej głowie. Gdziekolwiek ją zabierzemy to po pierwszym okresie euforii najpewniej nasza bomba wybuchnie ponownie i okaże się, że jak zwykle nie wiadomo, jak po niej posprzątać. Podróże, szczególnie samotne i w kontakcie z naturą są wspaniałą drogą do poznania siebie- o ile nie traktujemy ich jak kolejny bieg na oślep w poszukiwaniu szczęścia

 

  • w medytacji, jodze, mindfulness. Zaskoczeni? Są to genialne formy pracy z ciałem i umysłem. Ale niestety często używane jako przestrzeń, w której izolujemy się od swoich problemów. Tymczasem medytacja ma uczyć nas, jak świadomie obserować swoje myśli, nie dając się im pochłonąć. Nie służu temu, aby je zlikwidować. Łatwo w obliczu trudności wyciągnąć matę i odpłynąć w praktyce. Ważne jednak, żeby po zejściu z niej skonfronotwać się ze źródłem problemu.

 

  • w biernym znoszeniu tego, co zsyła na nas los. Wobec trudności życiowych ludzie przyjmują często dwie skrajne postawy: albo walczą z tym, co się dzieje, albo nie robią nic i czekają w apatii na dalszy ciąg. Pierwsza opcja często oznacza utratę sporej ilości energii i nie pozwala zauważyć istoty problemu. Druga- pogrąża nas w smutku i również nie sprzyja temu, aby szukać wyjścia z sytuacji. Tymczasem mądre podejście do wyzwań polega na zaakceptowaniu tego, co jest przy jednoczesnym wyciąganiu wniosków.  To co się stało- już się stało i się nie zmieni. Ale prawa do szukania godnego rozwiązania nikt Ci nie może odebrać.

Ciekawi mnie, gdzie Wy szukacie (albo nie szukacie)szczęścia, jakie są Wasze doświadczenia i co daje Wam radość w życiu? Podzielicie się? A jeśli szukacie mocniejszego wpisu o szczęściu zajrzyjcie do tego wpisu

Namaste

Kamila

zdjęcia wykonała Katarzyna Czajkowska