Archiwum kategorii: emocje

Nie odpychaj przeszłości. Dlaczego nie warto obwiniać swoich rodziców

Dzieciństwo. Z czym Wam się kojarzy? Czy są to piękne, ciepłe wspomnienia, czy może wolelibyście od razu urodzić się dorosłym? Według badań i statystyk niewiele jest rodzin, w których panuje miłość, szacunek i poczucie bezpieczeństwa. Większość ludzi wychodzi z domu z większym lub mniejszym bagażem trudnych doświadczeń lub deficytów. W każdym nurcie psychoterapii praktycy są zgodni: dzieciństwo to czas, kiedy nieświadomie kształtuje się nasze postrzeganie świata. Uczymy się, czym są relacje między ludźmi, jakie w nich mamy miejsce i co musimy zrobić, aby zasłużyć na miłość i akceptację. Dziecko niewiele rozumie, ale za to dużo czuje. Jeśli nie doświadczysz bliskości- nie będziesz umiał jej budować. Jeśli nie bedziesz czuć się bezpiecznie- nie pozwolisz sobie na bezpieczeństwo w dorosłym życiu. Jeśli nie dano Ci prawa do popelniania błędów- nie będziesz ich umiał sobie wybaczyć. Tak, zdarza się, że wyrastamy w domach, gdzie jest przemoc. Doświadczamy okrutnych rzeczy. Czasami wcale nie muszą być to wyjątkowo patologiczne sytaucje. Może Twoja mama trzymała Cię pod kloszem i zabraniała eksplorować świat, a ojciec podcinał skrzydła i wiecznie byłaś niewystarczająco dobra?

JEDNAK DZIŚ JESTEŚ DOROSŁY, A CO BYŁO NIE WRÓCI. Nie chodzi o to, aby udawać, że było dobrze albo usprawiedliwiać innych. Nie warto też na siłę podtrzymywać relacji z rodzicami, jeśli wciąż stosują wobec nas przemoc, nie szanują naszych granic, a każde spotkanie odchorowujesz. Ale ważne jest, aby  zauważyć, że NASZE ŻYCIE TOCZY SIĘ TERAZ. To od nas zależy, czy będziemy do końca życia żywić do swoich rodziców żal, obwiniać ich za swoje nieudane związki i upadki. Czy weźmiemy odpowiedzialność za siebie i pozbawieni goryczy pozwolimy, aby nasza trudna przeszłość stała się bodźcem do stworzenia własnej, pełniejszej i świadomej wersji życia. To ogromna wartość, która pozwala nam nie powielać wzorców z domu wobec naszych własnych dzieci.  Zamiast nieustannie grzebać w przeszłości można spróbować pracować nad swoją realcją z rodzicami, uzdrawiając przede wszystkim samego siebie 🙂

Spróbuj:

  • Zrozumieć: rodzice są tylko ludźmi

Zanim pojawiliśmy się na świecie nasi rodzice mieli już swoją historię, swoje doświadczenia. MOGLI NAM PRZEKAZAĆ TYLKO TO, CO SAMI DOSTALI. A że najczęściej nie dostali tego,co ważne i wspierające, to nie umieli dac tego swoim dziecom. Starali się jak mogli. Czy zadałeś sobie trud, żeby zapytać ich o ich dzieciństwo? O tym, co w życiu kochali, a czego się bali? Za czym tęknili i co ich cieszyło? Czy zadałeś im kiedyś pytania, jakie chciałbyś zadać komuś, kogo pragniesz dobrze poznać? Może Ci nic nie odpowiedzą, może się odwrócą. A może podzielą się swoją prawdą, która doprowadziła ich do tego, że traktowali Ciebie tak, a nie inaczej? Kiedy spojrzysz na swoją relację z matką czy ojcem nie z perspektywy pokrzywdzonego 30,40, 50 letniego dziecka, ale dorosłego człowieka MASZ SZANSĘ ZOBACZYĆ W NICH CZŁOWIEKA. Z wszystkimi jego trudami, emocjami i wyborami. CZAS NA BYCIE DZIECKIEM JUŻ MINĄŁ. Jeśli tego nie zrozumiesz, wiecznie będziesz tonął w żalu i goryczy, a to na pewno nie pomoże Ci pójśc dalej.

  • Porozmawiać: poznaj ich historię i nazwij to, co było trudne

Kiedy wyjdziesz z roli dziecka czas skonfrontować się z tym, co Ciebie męczy. Zdaję sobie sprawę, że bardzo często jest to niemożliwe. Być może Twoi rodzice już odeszli. A może od lat nie utrzymjesz z nimi kontaktów, bo każde spotkanie odchorowywałeś przez wiele dni. Albo co niedzielę wpadasz na obiad, ale wiesz, że dzieli Was ściana i nie ma przestrzeni na zaufanie. Szczera rozmowa z rodzicami może być też niebywale trudna dla nas samych, ponieważ wymaga powrotu do tego, co chcieliśmy na zawsze wyprzeć z naszej świadomości. Udawanie, że tego nie było jest jednak złudne. Wszystko, co zamiatamy pod dywan dalej się tam znajduje, tylko pokrywa się coraz większa wartswą brudu i coraz łatwiej się na tym potknąć… Dlatego dobrze jest skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Pójśc na warsztaty. Poszukać miejsca i osoby, która w bezpieczny sposób stworzy taką przestrzeń i pomoże ją zrozumieć. Może szansa na bezpośrednią rozmowę z tatą i mamą się nie pojawi. Może jedyne co zrobisz, to napiszesz do nich list, który nigdy do nich nie trafi. ALE NA POZIOMIE SYSTEMU, JAKIM JEST RODZINA, ZMIENI SIĘ BARDZO DUŻO. Poruszenie najmniejszego elementu w rodzinnej układance sprawi, że inne „klocki” także się rozsuną.

  • Wybaczyć: zdejmij z siebie ciężar

WYBACZAJĄC ROZPOCZYNASZ PROCES UZDRAWIANIA.  Tak długo jak nie odpuścisz- tak długo będziesz cierpieć. A my czasami lubimy, żeby było trudno. Przywiązujemy się do swoich ran, bo to coś, co wczesniej budowało naszą tożsamość. Wiemy jak to jest być odrzuconym, samotnym czy żyć w lęku, więc jest  wygodniej odtworzyć to,co znamy. Wyjście poza schemat ofiary wymaga odwagi i wysiłku. A wybaczenie jest niezbędne, ponieważ KIEDY NIE MA KATA- NIE MA TEŻ OFIARY. Często jest to bardzo wymagający i dłuotrwały proces. Jest jednak pełno specjalistów i ośrodków, które pomagają przez to przejść w mądry i bezpieczny sposób. Im głębasza rana, tym dłuższy proces leczenia. Pozwól sobie na to,aby wszystko działo się w swoim tempie. Wielkie zmiany są sumą małych kroków. Każdy najmniejszy- życzliwa myśl w ich stronę, wybranie się na warsztaty, przeczytanie ksiązki, będzie powoli zmieniać relacje, jakie są miedzy Wami. BYĆ MOŻE RODZICE NIE NAUCZYLI CIEBIE, JAK DOBRZE ŻYC. ALE NAUCZYCLI CIĘ, JAK ŻYĆ NIE CHCESZ. A to wspaniały potencjał do zmiany.

Przeczytaleś wpis i jedyne, co czujesz to złość, że kolejny raz „przez nich” rozsypuje się Twoje życie? Jakie to niesprawiedliwe, że nie dośc że musisz sam to przepracować, to jeszcze trzeba wybaczyć tym, którzy Ciebie tu doprowadzili? Kumam, ale życie ze swojej natury nie jest sprawiedliwe. Prawdopodobnie czytasz ten tekst na smartfonie w ciepłym mieszkaniu, popijając ulubioną kawę. Tymczasem 2,1 mld. ludzi nie ma dostępu do pitnej wody. Możesz wieć zaakceptować ten fakt i zacząć budować siebie na nowo, albo dalej tracić energię na rozpamiętywanie przeszłości i obwinianie wszystkich wokół za swój los.

Ja również odrabiam tą lekcję od wielu lat, ale dziś już wiem i czuję, że to piękny proces, który przynosi ulgę zarówno mnie jak i moim rodzicom. Nauczyłam się ich kochać takimi, jakimi są. Jestem wdzięczna, za to co lekkie i to co trudne.To dało mi impuls, żeby szukać siebie i dzięki temu mogę dziś dzielić się doświadczeniem z innymi 🙂

Na wschodzie wierzą, że każda dusza wybiera sobie rodziców, po to, żeby odrobić pewną lekcję i doświadczyć tego, co pomoże jej wzrastać. Możesz wierzyć w co chcesz, ale ja czuję, że tam gdzie warto dojśc, nie ma dróg na skróty.

Namaste

Kamila

 

 

 

 

Smutek- emocja, która uczy nas żyć w pełni. Jak go przeżywać, jak towarzyszyć innym w smutku?

„Jesteś tutaj. Nie jesteś tym, który przyjdzie i odejdzie. Pozwól, by twoje cierpienie przychodziło i odchodziło, a nie ty. Ty zostań na miejscu.”
Mooji

W trakcie naszych warsztatów często rozmawiamy o emocjach. O złości, gniewie,lęku i smutku. O tym, że są tak samo potrzebne jak te po drugiej stronie brzegu, czyli radość i spokój. Często jednak nie pozwalamy sobie na ich ekspresję. W dzieciństwie słyszymy „nie płacz”, „nie becz”, „chłopcy się nie mażą”. Wyrastamy na dorosłych, którzy nie potrafią płakać. Sama wiele, wiele lat wstydziłam się swoich leż, a kiedy już pękłam i „się rozkleiłam”, to nie potrafiłam zatrzymać szlochu. Tak, jakbym próbowała nadrobić lata, kiedy swoje łzy trzymałam w ukryciu. Wydawało mi się, że skoro nie pozwolę sobie na płacz a czasami- rozpacz, to tak jakby tego wcale nie było…

Tymczasem płacz (podobnie jak krzyk) jest najprostszą i najbardziej naturalną drogą uwalniania napięcia. Aleksander Lowen, twórca metody psychoterapii, pracującej bardzo mocno poprzez ciało napisał:

Uczucie smutku lub krzywdy uwalniamy poprzez płacz. Jeśli nie możemy płakać, gdyż boimy się reakcji rodziców lub z innych powodów, to mięśnie, które normalnie uczestniczyłyby w płaczu, się napinają. Są to mięśnie ust, gardła, piersi i brzucha. Jeśli uczuciem, które domaga się uwolnienia, jest gniew, napinają się mięśnie pleców i ramion. Zakazany impuls gryzienia napina szczęki, zakazany impuls kopania prowadzi do napięcia w nogach. Korelacja między napięciami mięśniowymi a zakazami jest tak wyraźna, że studiując rozkład napięć w ciele jakiejś osoby, można powiedzieć, jakie impulsy i emocje uważa ona za zakazane.

Nie pozwalając sobie na płacz wcale nie zmniejszamy swojego cierpienia. Zamiast tego „przepychamy” te emocje do niektórych miejsc w ciele. Ciało się kurczy, spina, a my czujemy się coraz bardziej wyczerpani i samotni. Czasami robimy jakąś asanę i nagle łzy napływają do oczu. Szczególnie widać to w wygięcach, kiedy odsłaniamy nasze gardło i klatkę piersiową, a więc te miejsca, które mocno powiązane są z ekspresją smutku.

„Właśnie się rozstaję z partnerem, straciłam pracę, mama jest w szpitalu, ale jakoś się trzymam…Zawsze może być gorzej, prawda?”. Jeśli należycie do takich „fajterów” z kamienną twarzą, wiecznie odmawiający sobie prawa do płaczu, to warto spróbować przyjrzeć się swojemu smutkowi. Nie umiesz się rozpłakać? Zapytaj siebie, gdzie czujesz ten smutek, w ciele. Pozwól go sobie przeżyć. Jak każda emocja minie i przyniesie odczucie oczyszczenia i ulgi. Jak go przeżywać? Mamy różne sposoby. Jedni potrzebują wypłakać się przy bliskiej osobie, inni w poduszkę; przytulić do zwierzaka. Objąć siebie. Choć czasami strategia odraczania smutku („zajmę się czymś, co mnie odciągnie, obejrzę dobrą komedię” itp.) jest dobra, to na dłuższą metę będzie tylko pogarszać sytuację. Z emocjami jest jak z zamiataniem kurzu po dywan. Co chwilę nie ma dobrego momentu na gruntowne odkurzenie- a to wpadają goście, a to czasu brakuje… I tygodniami dorzucamy kolejne śmieci, aż któregoś dnia w najmniej spodziewanym momencie potykamy się na wystającej górce…

Smutek jest jedną z podstawowych emocji wyróżnionych przez Paula Ekmana. Wyrażają go identycznie wszyscy ludzie, w każdej kulturze. Umożliwia zatrzymanie się, refleksję nad tym, co w naszym życiu jest na tu i teraz. Uwrażliwia na emocje swoje i innych. Przeżywaniu smutku jest dla nas także trudne w roli obserwatora. Bardzo często widok innej osoby, która płacze, powoduje przywołanie naszych trudnych uczuć.  Osoby bardziej empatyczne mogą same się rozpłakać albo wycofać, aby nie konfrontować się ze swoim smutkiem. Często trudno nam też towarzyszyć innym w trudnych chwilach. Mamy tendencję do dawania rad („ja bym zrobiła tak”), pocieszania („to nie koniec świata, dasz radę”), rozśmieszania lub odwracania uwagi. Tymczasem w takim momencie wszyscy potrzebujemy przede wszystkim wysłuchania i akceptacji.

Co mówić, kiedy ktoś przy nas przeżywa smutek?

  1. Widzę, że jest Ci trudno
  2. Jestem przy Tobie
  3. Dobrze, że płaczesz
  4. Co mogę zrobić, aby Ci pomóc?
  5. Opowiedz mi, co się dzieje
  6. Czego ode mnie potrzebujesz?
  7. Wyobrażam sobie, że to trudne
  8. Pomogę Ci w tej sytuacji, jeśli chcesz?
  9. Będę obok, jeśli będziesz mnie potrzebował
  10. Czy potrzebujesz być sam czy mam z Tobą pobyć?

Towarzyszenie przy czyimś smutku polega na BYCIU OBECNYM. Na jednym z warsztatów usłyszałam od prowadzącej takie polecenie „Pozwólcie tej drugiej osobie przeżywać, a wy po prostu trzymajcie przestrzeń”. Jak dla mnie- jedno z piękniejszych słów na określenie wsparcia.

Smutek to nie depresja. Zdrowe uczucie smutku jest żywe, intensywne, odczuwalne. Depresja to stan, kiedy czujemy się pozbawieni uczuć i przestaje nam na czymkolwiek zależeć. Depresja uwarunkowana jest wieloma czynnikami, również czysto fizjologicznymi (jak np. funkcjonowanie naszych przekaźników nerwowych, wychwytu serotoniny czy predyspozycji genetycznych). Zdrowe wyrażanie smutku uwalnia napięcia na bieżąco, jednocześnie obniżając ryzyko przerodzenia się długo tłumionych uczuć w stany obniżonego nastroju. Ale to temat na odrębny wpis .

A cytat Mooji jest dla mnie właśnie o tym. Jeśli pozwalasz sobie na przeżycie uczuć na bieżąco, to dajesz sobie prawo na wyrażanie siebie. Wszystko co się pojawia (i to,co trudne i to, co łatwe) i tak przeminie, ale Ty w środku jesteś taki wciąż taki sam 

Dobrego i prawdziwego czasu dla Was – ze smutkiem i radością 

Namaste

Kamila

To, co jest- po prostu jest. O sztuce mądrej akceptacji

Moje urodziny uczciłam 30 km. spacerem brzegiem naszego cudownego Bałtyku. Pod koniec drogi zaczęła mnie mocno boleć stopa. Pomyślałam, że to normalny efekt kilku godzin marszu po piasku. Jednak kolejnego dnia wcale nie było lepiej. A dziś, kiedy miałam zamiar naładowana morską energią i jodem wskoczyć na matę, pobiegać, nagrać jogową lekcję- leżę z lodem na nodze. Obstawiam zapalenie rozścięgna podeszwowego. Dość lipna kontuzja. Szczególnie dla kogoś, kto kilka godzin dziennie pracuje fizycznie i zdecydowanie potrzebuje stabilnej i mocnej podstawy. Po wielu godzinach jazdy kiedy zmęczona wróciłam do Warszawy i marzyłam o łóżku- moje auto odmówiło współpracy. Kolejnego dnia spędziłam kilka godzin na załatwianiu lawety i transportu, skacząc na jednej nodze. Odwołałam długo wyczekiwane spotkanie z przyjaciółką. W warsztacie okazało się że auto z niewiadomych powodów odżyło i w zasadzie cała akcja była zbędna. Po powrocie do domu zabrałam się za nadrabianie zaległości w pracy- pisania zaległych materiałów. I wtedy mój laptop pokrył ekran nieprzeniknioną czernią. Standardowa akcja pt. „miałam zrobić back-up dokumentów, ale ciągle nie mogłam się zebrać.

Kiedyś zapewne mocno bym się zirytowała. Kierowała pytania do ekipy na górze dlaczego w moje urodziny zafundowało mi taki urodzinowy prezent. Szczęśliwie po wielu latach tracenia energii na tego typu rozważania zmieniłam strategię 😉 Odkąd staram się akceptować to, co mi się przydarza, jest mi dużo lżej. Jak mawia jedna z moich nauczycielek jogi „żaden płatek śniegu na tym świecie nie spada w przypadkowym miejscu”. Dlatego dziś wpis o jednym z najskuteczniejszych sposób na ulżeniu sobie- świadomej i mądrej akceptacji.

„Boże! Proszę, daj mi siłę, abym pogodził się z tym, czego zmienić nie mogę; odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę i mądrość, abym potrafił odróżnić jedno od drugiego.”

Ten cytat jest dla mnie kwintesencją sztuki mądrej akceptacji. Nie jest to umiejętność z którą przychodzimy na świat. Kiedy dorastamy spotykamy się często z wzorcami zachowania, które nam w tym nie pomagają. Jesteśmy wychowywani w kulturze rywalizacyjnej, gdzie wygrywają najsilniejsi. Sama kiedyś mocno boksowałam się z życiem i wydawało mi się, że tylko walka jest strategią umożliwiającą przeżycie. Hahaha, teraz już wiem, że sama idea walczenia z życiem jest z góry skazana na porażkę! Zaprzeczając rzeczywistości tracimy energię. Energię, którą można mądrze zainwestować w poszukiwanie rozwiązania i zadbanie o swój spokój. Jak więc ulżyć sobie i innym w pogodzeniu się z życiem?

  1. ZAAKCEPTUJ SYTUACJĘ. Nie oznacza to, że masz biernie czekać. Mądra akceptacja oznacza zadanie sobie pytania jaki mam wpływ na to, co mi przeszkadza?Co musiałoby się stać, aby w tej sytuacji było lepiej? Czy w ogóle mogę coś zmienić? Jeśli tak, co jest mi potrzebne,żeby działać? Widząc już kierunek, łatwiej o podjęcie decyzji.

  1. ZAWSZE MASZ WYBÓR. Często wydaje nam się,że sytuacja jest bez wyjścia. Ale to nieprawda! Pomiędzy czernią a bielą jest wiele odcieni szarości. Może nie mogę z dnia na dzień rzucić pracy, ale mogę porozmawiać z szefem o zmianie zakresu obowiązków?Może nie dam rady chodzić 3 x na jogę do szkoły, ale mogę 15 min. wcześniej wstać i zrobić kilka głębokich oddechów?

    3. Tak, to prawda. CZASAMI NIE MASZ WPŁYWU na czynniki zewnętrzne. Ale wciąż MASZ WYBÓR, jak ZAREAGUJESZ na sytuację. To nie wydarzenia nas stresują, lecz to jak je wartościujemy. Każda nasza reakcja emocjonalna wywołuje odpowiedź organizmu. Dla naszego mózgu nie ma różnicy pomiędzy wyobraźnią a rzeczywistością. Za każdym razem będzie uruchamiał cały szereg reakcji mobilizujących Ciebie do walki-wyczerpując coraz bardziej ciało.

    Pomiędzy Twoimi emocjami a faktami jest taka piękna przestrzeń, która nazywa się WOLNOŚCIĄ. Jest wiele sposobów na jej tworzenie. Joga,medytacja, mindfulness, wszelkie wolne od rywalizacji i autoteliczne czynności jak np. zabawa z dziećmi to czas, kiedy jesteś w tu i teraz.

    4. Mądra akceptacja pomaga ODUCZYĆ SIĘ SŁOWA „POWINNI”. „Inni powinni coś zrobić”,”coś powinno się wydarzyć””oni powinni się zachować”. Oczekiwanie, że będzie nam dobrze, kiedy ktoś lub coś się zmieni to słaba strategia. Wiedzie do frustracji lub manipulowania innymi, aby zmieniali się pod nasze dyktando. Mądra akceptacja polega na POSZANOWANIU PRAWA INNYCH DO BYCIA TAKIMI, JAKIMI SĄ. Oczywiście, warto mówić ludziom o swoich potrzbeach i stawiać granice, ale bez ukrytej intencji, aby kogoś ulepić według swoich wyobrażeń. Jeśli coś nam nie pasuje mamy zawsze prawo odejśc od kogoś lub opuścić miejsce, jakie nam nie służy.

    5. NIE SZUKAJ AKCEPTACJI U INNYCH. Uff. To chyba najtrudniejsze. Rodzice chwalili Ciebie tylko za 5 w szkole i za grzeczne zachowanie? Trener za zrzucenie 3 kilo? Teściowa za porządek w jadalni i uprasowane koszule dla jej synka? A gdyby tak zaakceptować, że jesteś całkowicie w porządku i nie potrzebujesz uznania nikogo z zewnątrz, aby odzyskać swój spokój i poczucie własnej wartości? Wtedy automatycznie dajesz też prawo światu i innym do bycia ok, takimi,jakimi są. Zdejmujesz z siebie ciężar dostosowywania się do innych. Uniezależniasz swój spokój od uznania otoczenia.

    6. ZAUFAJ. Na pewno zdarzyła Ci się sytuacja,która początkowo wydawała się negatywna, a finalnie okazała się zbawieniem. Niektórzy np. spóźnili się na samolot, który się rozbił… Nigdy nie wiesz, co mogłoby się wydarzyć, gdybyś za wszelką cenę walczył z realiami. Ja uczę się ufać światu. Konsekwentnie realizuję swoje plany,ale kiedy ewidentnie coś nie wychodzi-odpuszczam. I nad wyraz często okazuje się, że problem sam się rozwiązuje w zaskakujący sposób 🙂

Sztuka akceptacji jak sama nazwa wskazuje jest pewnego rodzaju dziełem. Dziełem, które sami tworzymy lub niszczymy. Jeśli chcesz być radosnym, pozytywnym, uśmiechniętym człowiekiem to…po prostu bądź! Bez czekania,aż ktoś lub coś Ci to zagwarantuje. I któregoś dnia,bez żadnych oczekiwań, będziemy mogli powiedzieć komuś tak jak Puchatek do Prosiaczka:

„Jaki dziś dzień – zapytał Puchatek, dziś – odpowiedział Prosiaczek, na to Puchatek – to mój ulubiony dzień” A. Milne

Namaste
Kamila

Ja i moje ciało. Kim dla siebie jesteśmy?

Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest najważniejsza relacja w naszym życiu? Mąż, żona, dziecko? Przyjaciele? Rodzice? Nie. Najważniejszą relacją w naszym życiu jest relacja z naszym ciałem. To od niej zależy zdrowie fizyczne i psychiczne, a więc jakość całego naszego życia. Rodzimy się bez świadomości naszego ciała. Kiedy rośniemy uczymy się, czym jest dotyk, jakie są nasze granice. Czasami mamy go zbyt mało, czasami za dużo. W oparciu o nasze doświadczenia z dzieciństwa nabywamy pewien rodzaj relacji z naszym ciałem. Czasami jest to piękny stan akceptacji i życia w harmonii. Dużo częściej jest to jednak odrzucenie, obrzydzenie, lekceważenie a czasami nawet nienawiść. Dopóki nie zaakceptujemy swojego ciała dopóty będzie ono spięte, zaniedbane, zestresowane i obce. Będzie chorować. Będziemy ćwiczyć na siłowni, a ono dalej nie będzie wyglądać jak z okładki Men’s Health. Będziemy stosować cudowne diety, a ono wciąż będzie o te kilka kilo do przodu. Proces odrzucenia ciała oznacza odrzucenie siebie. Szczególnie widoczny jest u kobiet, ponieważ na nas wywiera się dużo większą presję dotyczącą wyglądu. Rzadko kiedy pamiętamy, że modelki na zdjęciach są poddawane retuszowi albo przynajmniej fotografowane w taki sposób, aby zamaskować ich niedoskonałości…

Tymczasem w trakcie moich podróży obserwuję różne wymiary kobiecości. I te najpiękniejsze cechuje jedno- akceptacja. Kobiety w Azji rzadko kiedy się malują, za to dużo się śmieją, tańczą i poruszają biodrami. Noszą luźne spódnice i kolorowe sukienki.  Ich brzuch służy do oddychania, przyjemności i dawania życia, nie do permanetnego zamęczania go ćwiczeniami. Większość tancerek na Wschodzie ma miękkie i falujące brzuchy. Trudno wyobrazić sobie taniec brzucha bez jego obecności. Kiedy wracam do Europy, a Polski- w szczególności, widzę wiele naprawdę pięknych i zgrabnych kobiet. Zadbanych, umalowanych i świetnie ubranych. Tylko często w nich nie ma życia. Poruszają się sztywno, jak w klatce stworzonej z kompleksów, odrzucenia i presji społecznej. Nie wiem, jak odczuwają to mężczyźni, ale zapewne im też nie jest lekko spełniać społeczne standardy i akceptować swoje ciało, choć podejrzewam, że jednak mają mniejszy problem.

Niektórzy z nas traktują swoje ciało jak nieposłusznego zwierzaka: tresują, karcą, rygorystycznie trzymają się diety lub nie dają sobie prawa do odpuszczenia treningu, kiedy są bardzo zmęczeni. Wiecie, jak zachowuje się pies, którego nikt nigdy nie głaszcze i wiąże na łancuchu? Dokładnie tak samo odczuwa to nasze ciało… Jest też druga strona medalu- odrzucenie. Skoro brzuch za gruby, cellulit na udach, mięśnie za małe, to lepiej w ogóle się ciałem nie zajmować. W końcu nie dotykasz czegoś, czego się brzydzisz. W oby warianatch nasze ciało usycha, marnieje; staje się coraz mniej zdolne do czerpania z życia radości i przyjemności.

Dlaczego o tym piszę właśnie dziś? Z dwóch powodów. Jeden osobisty. Drugi- zawodowy 🙂 Za kilka dni skończę 33 lata. I nigdy tak dobrze nie czułam się w swoim ciele. Choć 10 lat temu byłam o te 10 lat młodsza, szczuplejsza i moje ciało też wyglądało inaczej. Ale czy lepiej? Nie sądzę. Choć zawsze byłam wysportowana i miałam całkiem niezlą sylwetkę, to nie akceptowałam swojego ciała.  Traktowałam je jak maszynę do spełniania okreśłonych zadań. Ignorowałam jego gorsze momenty, nie potrafiłam się o nie zatroszczyć. Potrafiłam po treningu wymiotować ze zmęczenia i uważałam, że to „nagroda” za dosadne dociśnięcie organizmu. Pewnym punktem zwrotnym był czas, kiedy problemy z kręgosłupem nasiliły się tak bardzo, że nie mogłam już normalnie funkcjonować. Każdy dzień rozpoczynał się i kończył przeszywającym bólem. Wiele miesięcy rehabilitacji i czekania z nadzieją na moment bez bólu sprawiły, że doceniłam to co mialam. Sprawne i zdrowe ciało. Aleksandra Stec autorka pięknego bloga kiedyś napisała:”Myślę, że człowieka łatwo uszczęśliwić, wiesz. Wystarczy zabrać mu coś, co było jego, a później mu to oddać. I nagle okazuje się, że miał wszystko. Kiedy jestem w stanie znowu wejść na matę, biegać czy choćby podróżować wiele godzin na siedząco bez bólu to mam wrażenie, że nic mi więcej nie potrzeba, aby wyrazić wdzięczność swojemu ciału i sobie. Za to, że po prostu jest i umożliwa mi doświadczanie życia w każdym jego aspekcie.

Drugi powód jest związany z moją pracą. Doświadczenia w pracy psychologa i nauczycielki jogi coraz wyraźniej pokazują mi, że ciało i nasze emocje są ze sobą nierozerwalnie połączone.  Powięź – tkanka łączna, która otacza wszystkie struktury w naszym ciele magazynuje wszelkie emocje i traumy- również te, które chcieliśmy wyprzeć. Bóle kręgosłupa, sztywność mięśni, stany zapalne w organiźmie nie pochodzą tylko od złego stylu życia i godzin przesiedzianych przed komputerem. Są także wynikiem nie stawiania granic w naszym życiu, mówienia „tak” kiedy wszystko w środku krzyczało „nie”. Pozwalania innym decydowania o sobie, ignorowaniu swojego prawa do odpoczynku i wyborów swojej drogi życiowej. Wszytskie te momenty, kiedy chieliśmy tupać nogami ze złości albo okładać kogoś pięściami- zostają w naszym ciele uwięzione. Dlatego wchodząc głębiej w pratykę jogi czasami przypominają nam się zupełnie bez powodu jakieś sytuacje. Albo odczuwamy emocje, które nie mają uzasadnienia w rzeczywistej chwili. Choć bywa to niepokojące, to jest dla nas dobre i oczyszczające. Poruszając ciało zawsze poruszamy też to, co w nim schowane. Jeśli pozwalamy sobie raz jeszcze na przeżycie niewyrażonych uczuć, to zdejmujemy z siebie ogromny ciężar.

Praca ze stresem nie może odwrócić się od ciała. Dzieci, zanim dorośli zaczną je socjalizować mówiąć „nie wypada, nie wolno, nie można”, wyrażają emocje całymi sobą. Krzyczą, płaczą, smieją się, skaczą, kopią, rzucają się na podlogę i walą rękoma w ziemię. W ten sposób insynktownie uwalniają napięcie i neutralizują fizjologiczny efekt hormonów stresu. Jako dorośli ze względów społecznych rzadko kiedy możemy pozwolić sobie na taką ekspresję, choć byłoby to dla nas dobre. Jednak trudno byłoby rzucać laptopem o ziemię na widok maila od szefa lub kijem baseballowym potraktować telefony w call center 😉 Dlatego musimy zadbać o to, aby na bieżąco uwalniać nasz organizm ze stresu. Po pracy zapewnić sobie chociaż kilkanaście minut intensywnego wysiłku, najlepiej nienastawionego na żaden wynik. Idealnie, jeśłi udałoby się nam też swobodnie wzdychać lub krzyczeć. Do krzyczenia świetnie nadaje się samotna jazda samochodem autostradą. Polecam 🙂  Na  tym polegają min. ćwiczenia w metodzie Lowena, TRE( Trauma Release Excercises) czy medytacje aktywne Osho, które skutecznie niwelują skutki stresu. O naukowym uzasadnieniu tego procesu pisałam więcej w tym  artykule.

Coraz więcej pracy z ciałem pojawia się na moich antystresowych warsztatach. Czasami sama jestem zaskoczona z jaką otwartością i ciekawością pracownicy firm wchodzą w tak wyraziste ćwiczenia. Kiedy minie moment pierwszego skrępowania domagają się nawet więcej np. rąbania drewna na kolanach 🙂 Niebawem planuję nagrać na you tube przykłady takich ćwiczeń. Często trudno jest jednak pozwolić sobie na taką ekspresję w ciele, jeśli go nie akceptujemy…  Dlatego jeśli macie chwilę- spróbujcie przyjrzeć się temu, o co prosi Wasze ciało i napiszcie list. List od ciała do Was. Co mogłoby chcieć przekazać, gdybyś zadał sobie te pytania?

*co Twoje ciało czuje?

*czym je krzywdzisz?

*za co jest Ci wdzięczne?

*co je cieszy a co smuci?

*kiedy jest mu z Tobą najtrudniej?

*o co chciałoby poprosić?

Dzięki temu prostemu ćwiczeniu możemy dowiedzieć się bardzo wiele o tym, jaką mamy relację ze swoim ciałem i rozpocząć proces troszczenia się o nie. Kiedy kochasz siebie, dajesz sobie i światu odetchnąć 🙂

Namaste, Kamila

 

Refleksje z podróży. Proszę, nie umieraj za życia

Powoli żegnam się z Azją i szykuję się do powrotu do Polski. Wiele we mnie myśli i uczuć, którymi chcialam się z Wami podzielić we wpisie na blogu. Ale jakoś opornie mi szło pisanie, a że od pewnego czasu robię tylko to, co płynie, odłożyłam na chwilę blog na bok😉 I wtedy natrafiłam na wiersz, który dokładnie oddaje to, co chciałam przekazać 💚

2 miesiące pracy i podróży w Azji, życia w polowych warunkach i w luksusie; jedzenia ryżu 24/h z łyżką zupy i wymyślnych wegańskich dań. Ogromnego zmęczenia i blogiego relaksu; spotkań z prostymi ludźmi na wsi i wpływowymi przedstawicielami najwyższych kast. Cieszenie się z salda na rachunku, a później liczenia kazdej rupii. Bieganie na 3500 m z siłą górskiej kozicy i 2 tygodnie leżenia w łóżku z gorączką w 40 stopniowym upale. Latanie Quatar Airways i tluczenie się 10 g. po wertepach w skwarze lokalnymi autobusami w Nepalu.Czasami chciałam wracać, czasami plakalam na samą myśl o powrocie.Pełen kalejdoskop!

Każda moja podróż jest dla mnie najpiękniejszym nauczycielem. Metaforą życia. Wszystkich jego blasków i cieni. Akceptowaniem tego, że nie da się nic zaplanować i zaufaniem, że wszystko przypłynie. I przede wszystkim- doswiadczniem różnorodności. Zrzucaniem masek i zdejmowaniem z oczu polskich soczewek. Jestem wdzięczna sobie, ludziom, którzy wspierają mnie na mojej ścieżce i Wszechświatowi, że pozwala mi doświadczać życia, tak jak pragnę. Przez wolność, pasję i miłość. Ale nie trzeba wyjeżdżać na koniec świata. Bo wolność to stan umysłu😊

To tyle odemnie.Marta Medeiros nazwała to znacznie piękniej💚 Za inspirację dziękuję nieocenionej, mądrej kobiecie Jagodzie😊
Wystarczą małe zmiany, subtelne wyjście poza utarte drogi. Pójście do pracy inną trasą. Wypicie kawy w innym kubku. Zapytanie obcej osoby, jak sie czuje. Roześmianie się, kiedy nie wypada.
Proszę, nie umierajmy za życia…

„Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia,
powtarzając każdego dnia te same drogi…
kto nigdy nie zmienia punktów odniesienia…
kto nigdy nie zmienia koloru swojego ubioru…
kto nigdy nie porozmawia z nieznajomym….

Powoli umiera ten, kto unika w swoim życiu Pasji,
kto zawsze przedkłada czarne nad białe
i poszczególne chwile nad całą paletę emocji, które powodują,
że oczy błyszczą, na twarzy pojawia się uśmiech,
a serce bije mocniej w konfrontacji z błędami i racjonalizmem…

Powoli umiera ten, kto nie ‚wywraca stołu’,
kto jest nieszczęśliwy z pracy,
kto nie ryzykuje pewności dla niepewności realizacji Marzeń,
kto nie pozwoli sobie, przynajmniej jeden raz w życiu, uniknąć rozumnych rad i pójść za głosem Serca…

Powoli umiera ten, kto nie podróżuje…
kto nie czyta, kto nie słucha muzyki…
kto nie znajduje dobra w sobie…

Powoli umiera ten, kto niszczy swą miłość własną…
kto znikąd nie chce przyjąć pomocy…
kto idzie przez życie narzekając na własne nieszczęście i na „deszcz”, który pada…

Powoli umiera ten, kto rezygnuje z inicjatywy przed rozpoczęciem jej,
kto nie pyta o to, czego nie rozumie,
i nie odpowiada, kiedy zna odpowiedź…

Unikamy śmierci w małych dawkach,
pamiętając zawsze, że bycie żywym domaga się długiego wysiłku i wytrwałości, począwszy od prostej czynności oddychania…”

Marta Medeiros

Namaste

Kamila

O miłości i szacunku do samego siebie. List Charliego Chaplina.

„Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uświadomiłem sobie,
że emocjonalny ból i cierpienie są tylko ostrzeżeniem dla mnie,
żebym nie żył wbrew własnej prawdzie.
Dziś wiem, że to się nazywa
AUTENTYCZNOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, zrozumiałem,
jak żenujące jest dla innych, gdy narzucam im własne pragnienia,
wiedząc, że ani nie nadszedł odpowiedni czas,
ani tamta osoba nie jest na to gotowa,
nawet jeśli byłem nią ja sam.
Dziś wiem, że to się nazywa
SZACUNKIEM DO SAMEGO SIEBIE.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie,
przestałem tęsknić za innym życiem i mogłem dostrzec,
że wszystko wokół mnie stanowi zaproszenie do rozwoju.
Dziś wiem, że to się nazywa
DOJRZAŁOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, zrozumiałem,
że zawsze i we wszystkich okolicznościach
jestem we właściwym momencie i we właściwym miejscu
i że wszystko, co się dzieje, jest właściwe.
Od tamtej pory mogłem być spokojny.
Dziś wiem, że to się nazywa
WEWNĘTRZNĄ PEWNOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie,
przestałem ograbiać się z wolnego czasu
i przestałem tworzyć kolejne wielkie plany na przyszłość.
Dziś robię tylko to, co sprawia mi radość i przyjemność,
co kocham i co sprawia, że moje serce się uśmiecha.
I robię to na swój sposób i we własnym tempie.
Dziś wiem, że to się nazywa
RZETELNOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uwolniłem się
od tego wszystkiego, co nie było dla mnie zdrowe.
od potraw, ludzi, przedmiotów, sytuacji i od wszystkiego,
co wciąż odciągało mnie ode mnie samego.
Na początku nazywałem to „zdrowym egoizmem”
Ale dziś wiem, że to
MIŁOŚĆ DO SAMEGO SIEBIE.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie,
przestałem chcieć zawsze mieć rację.
Dzięki temu rzadziej się myliłem.
Dziś wiem, że to się nazywa
SKROMNOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie,
wzbraniałem się przed życiem w przeszłości
i troską o własną przyszłość.
Teraz żyję chwilą, w której dzieje się WSZYSTKO.
Żyję więc teraz każdym dniem i nazywam to
DOSKONAŁOŚCIĄ.

Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uświadomiłem sobie,
że moje myślenie może uczynić ze mnie chorego nędznika.
Kiedy jednak zwróciłem się do sił mojego serca,
mój rozum zyskał ważnego wspólnika.
Ten związek nazywam dziś
MĄDROŚCIĄ SERCA.

Nie musimy już się obawiać sporów,
konfliktów i problemów z samymi sobą i z innymi,
ponieważ nawet gwiazdy wpadają na siebie, tworząc nowe światy.
Dziś wiem, że

TO JEST WŁAŚNIE ŻYCIE

 

List Charliego Chaplina napisany przez niego w swoje 70-te urodziny ” Love myself poem”.

*źródło polskiego tlumaczenia:www.zosia.piasta.pl/r4/CharlesChaplin.htm

Potęga relaksacji: czyli jak w 15 minut okiełznać stres :)

Na kilka dni przed wyjazdem do Azji mój świat diametralnie przyspieszył. W planach miałam na tydzień przed wylotem załatwić wszystkie palące sprawy, spakować się, posprzątać mieszkanie, podomykać milion spraw „na wczoraj” i zebrać siły. Tymczasem zgodnie z prawem Murphego :”jeżeli przewidzisz cztery możliwe sytuacje, w których coś może się nie udać i zdołasz je obejść, natychmiast wyłoni się piąta.” 🙂 Tak więc na tydzień przed wylotem mam do poprowadzenia 3 dni pełnych warsztatów z jogą oraz 3 szkolenia dla firm.  Szafka z mąką, którą miałam posprzątać, spada na czarne dno priorytetów (oby mole również uznały, że szafka u sąsiada jest bardziej atrakcyjna). Do tego liczne przygody ze zdrowiem i leczeniem zębów, które przecież „nie mialy prawa” się odezwać  (taaaa). I przyznam Wam, że gdyby nie moja codzienna praktyka jogi (wstaje o 5.30 żeby zdążyć na sesję o 7 bo to jedyna godzina, kiedy mam na to czas) i codzienna joga nidra- byłoby mi  trudno. Zainspirowało mnie to do tego, aby podzielić się z Wami korzyściami płynącymi z relaksacji. Praktykując ją zauważyłam bardzo dużo pozytywnych zmian w moim życiu. Nie tylko na poziomie ciała, ale i ducha 🙂

Pisząc o relaksacji nie mam na myśli zalegania z piewem przed telewizorem 😉 Ani też ciągnięcia opony na crossficie czy całonocnej imprezy w rytmie drum & base. Prawdziwa relaksacja dla organizmu oznacza stan całkowitego bezruchu i wyciszenia. Tylko wtedy nasz układ nerwowy (a w konsekwencji- całe cialo) ma szansę się zregenerować. Metod jest sporo. Więkoszośc bazuje na wizualizacjach (np.joga nidra, trening autogenny Schulza) lub napinaniu/rozluźnianiu mięśni (trening Jacobsona). W jodze mamy także pozycję trupa czyli Savasanę, w której dążymy do całkowitego wyciszenia ciała i uspokojenia umyslu. Genialnym narzędziem są także techniki oddechowe, jak np. głębokie oddychanie przeponowe. W relaksacji dążymy do bycia świadomym i uważnym, ale jednocześnie- całkowicie spokojnym. Na początku praktyki większośc z nas albo zasypia albo jeszcze bardziej się irytuje i niecerpliwi. W końcu stan spokoju nie jest czymś, do czego nasz organizm jest przywykły. Nie warto się tym przejmować. Relaksacja jest umiejętnością i podobnie jak każdej innej aktywności- potrzeba się nauczyć 🙂 A co dostaniemy w nagrodę za swoją wytwałość:

  1. Redukcję stresu w naszym życiu. Czasami pozornie błaha rzeczy wyprowadza nas z równowagi i sprawia, że wybuchamy kompletnie tracąc kontrole nad tym co mówimy (lub krzyczymy) i do kogo… To dlatego,że nasz organizm ma swój limit tolerancji reakcji stresowej czyli min. poziomu kortyzolu czy odpowiedzi nadnerczy. Jeśli na bieżąco nie uwalniamy napięcia, to ciało o to samo zadba. Czasami w najmniej spodziewanym momencie 🙂 Podczas sesji relaksacyjnej spada stężenie kortyzolu, który w nadmiarze dewastuje nasz organizm i nastrój. Regularne obniżanie tego hormonu sprawia, że mamy większą odporność na stres. Z czasem można zauważyć, że ogólnie przestajesz się frustrować większością rzeczy, które wcześniej Ciebie wyprowadzały z równowagi 🙂
  2. Lepszą odporność. Wiele badań potwierdza, że relaksacja zmniejsza ryzyko chorób nowotworowych, wzmacnia system odpornościowy i przyspiesza proces zdrowienia. Faktem jest, że regularnie praktykując jogę nidrę nie byłam ani razu chora przez cały sezon ziomowy! A codziennie pracuję z mnóstwem ludzi, z dziećmi, dotykam mat, klamek itp. 🙂
  3. Emocjonalną równowagę. Wiele technik relaksacji zwraca uwagę na pracę z emocjami. Kiedy pojawiają się trudne uczucia oglądamy je jak chmury na niebie- pozwalając im się pojawiać i znikać. Pozycja obserwatora uczy nas, że owszem-przeżywamy emocje, ale nie jesteśmy nimi. Dzięki temu w codziennym życiu łatwiej o spokój
  4. Umiejętność szybkiej regeneracji. Już 15 minut głębokiej relaksacji potrafi odprężyć podobnie jak sen. Szczególnie joga nidra wykazuje działanie podobne jak w trakcie fazy snu głębokiego (NREM). W fazie non-rapid eye movement nasz mózg pracuje na bardzo pożądanych falach Delta (0,5-4 Hz) . Uwalniania się wówczas hormonu wzrostu i redukuje wydzielanie kortyzolu – hormonu kory nadnerczy, odpowiadającego za stres i starzenie się. Rośnie poziom DHEA (naturalny hormon steroidowy) i melatoniny. Jednym słowem czujemy się, jak po dobrze przespanej nocy.
  5. Pomoc w zaburzeniach psychosomatycznych. Napięcia mięśni, bóle kręgosłupa, zespół jelita drażliwego: znacie to? Nasze ciało jest niezwykle inteligentne i jeśli nie mamy szansy wyłądować stresu i adrenaliny (a zazwyczaj nie mamy) to proces reakcji stresowej upycha sprytnie w każdym zakamarku ciała. O fizjologi tego procesu pisałam w tym wpisie. Relaksacja jest także niezbędna, jeśli macie problem z tarczycą lub wyczerpaniem nadnerczy (czyli z tym, co dotyczy ogromnej liczby kobiet). Nie da się wyleczyć zaburzeń hormonalnych bez redukcji kortyzolu (a to nam daje min. relaksacja). Wiem, o czym piszę, bo udało mi się bez hormonów wyjść na prostą z Hashimoto i niedoczynności tarczycy. O wpływie stresu na poszczególne problemy zdrowotne będzie niebawem seria oddzielnych wpisów
  6. Szybszą koncentrację: bezpośrednio po sesji relaksacji umysł jest wyciszony, nie zakłóca go milion myśli i emocji. Łatwiej o efektywną pracę i kreatywne myślenie
  7. Mniejsze ryzyko depresji, nerwic, zaburzeń lękowych. Nawet jeśli szczęśliwie Was to nie dotyczy, to badania wskazują,że relaksacja zwiększa nasz życiowy optymizm, łatwiej jest cieszyć się z życia i uśmiechać do siebie. Pomaga też w budowaniu pozytywnych relacji z otoczeniem: zwolennicy relaksacji swoim spokojem przyciągają innych 🙂

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do regularnej praktyki relaksacji. Jeśli macie ochotę sprawdzić w praktyce potęgę świadomego odpoczywania- zapraszam na moje warsztaty. gdzie korzystamy w bardzo wielu technik i na pewno znajdziecie coś dla siebie 🙂

Namaste

Kamila

 

Ciało, oddech, emocje. Jak odnaleźć do nich drogę?

Kiedy ludzie dowiadują się o tym. żę wyjeżdżam na dłużej zazwyczaj komentują „ale super, oderwiesz się od wszystkiego i w końcu odpoczniesz”. Pomijając fakt,że przez sporą część wyjadu będę w pracy, to nie sądzę, żeby pobyt w dżungli czy pod Annapurną sam z siebie mógł rozwiązać moje dylematy 🙂 Wspominałam już w tym wpisie, że sama zmiana otoczenia niewiele wnosi, kiedy wewnątrz nas pozostają te same problemy i niepokoje. Liczenie na to, że staniemy się szczęśliwsi kiedy więcej zarobimy, zakochamy się, wyzdrowiejemy itp. jest złudne. Poszukiwanie źródła spokoju w czynnikach zewnętrznych zawsze będzie nas kierowało do rozczarowania. Kiedy osiągniemy jedno zaraz pojawi się kolejny punkt do zrealizowania. Często sami nie wiemy, co tak naprawdę jest dla nas ważne. Nie dajemy sobie prawa do odczuwania trudnych emocji, zagłuszając je na wiele sposobów. Aby skontaktować się z tym, co prawdziwe, niezbędne jest zbudownie świadomości swojego ciała, oddechu i uczuć. Z pomocą przychodzi nam uważność, czyli umiejętność bycia w tu i teraz. Dzisiaj spróbujemy się nauczyć, jak nauczyć się rozpoznawać swoje emocje, dawać im przestrzeń i być w kontakcie z ciałem. Pozwoli nam to zachować spokój w codziennych sytuacjach i głębiej rozumieć siebie. Będziemy korzystać ze wskazówek z metody Integrującej Obecności Colina Sissona

Dalaj Lama XIV powiedział : Istnieją tylko dwa dni w roku, w których nic nie może być zrobione. Jeden nazywamy wczoraj, a drugi jutro. Dzisiaj jest właściwy dzień, aby kochać, wierzyć i żyć w pełni. Iluzją jest najczęściej życie w tym co było, lub tym co będzie. Jest nią także liczenie na to, że szczęście pojawi się kiedy spełnimy jakieś zewnętrzne warunki. Ale także uzależnianie się od zewnętrznych autorytetów czy wierzeń, uginanie się pod wpływem czyjejś opinii, ocenianie i wartościowanie. Uff. Dużo tego, prawda? Zatem przyjrzyjmy się, jak za pomocą prostych nawyków możemy choć na chwilę wrócić do tego co w tu i teraz.

Integrująca obecność zakłada, że człowiek jest całością tworzoną przez myśli, emocje oraz ciało. Zatem jedynie świadomość tych wszystkich elementów pozwala na zaprzestanie życia w iluzji.  Zaczniemy więc od:

świadomej obserwacji:

  • znajdź na kilka minut spokojne miejsce, gdzie nikt Ci nie będzie przeszkadzał. Zacznij obserwować swój oddech. Jeśli trudno jest Ci skoncentrować uwagę na oddechu połóz jedną rękę na brzuchu, drugą na klatce piersiowej i obserwuj proces. Zamnij oczy. Staraj się nic nie zmieniać w naturalnym tempie oddechu.
  • zauważ, jakie myśli pojawiły się w Twojej głowie. Przez kilkanaście sekund obserwuj je, ale nie spróbuj ich nie oceniać. Są jak chmury na niebie, które przyływają i odpływają.
  • zauważ, jakie emocje do Ciebie przychodzą. Jeśli trudno jest pozostać Ci w roli obserwatora i czujesz, że angażują Ciebie bardzo intensywnie nadawaj im nazwy np. niepokój, głód, radość, niepewnośc. Tak jak tytuły filmów lub nagłówków gazet
  • jeśli złapiesz moment, w którym nic nie czujesz, lub o niczym nie myślisz to nadaj tej chwili nazwę „nic” 🙂 To też jest stan umysłu.
  • oddychaj głęboko i przez kilkanaście sekund przeskanuj uwagą swoje ciało od dołu do góry. Może jest w nim jeszcze zapisana jakaś emocja lub myśl, która chce być uwolniona
  • zakończ ponownie koncentrując się na swoim oddechu
  • warto praktykować taką samoobserwację kilka razy dziennie (zajmuje ok. 2 minut)

Metoda ta jest także bardzo użyteczna, kiedy czujemy, że dana sytuacja nas przerasta. Naturalną tendencją ludzką jest unikanie cierpienia, więc często wolimy zagłuszać to, co trudne. Dużo się dzisiaj mówi o tym, żeby akceptować swoje emocje, ale my najczęściej wypieramy te trudne. Ciało jest bardzo mądre i jeśli nie damy sobie przestrzeni na przeżycie wszystkich emocji, to prędzej czy później powrócą pod postacią bólu w ciele czy nieuzasadnionych lęków, depresji czy nerwicy. Warto podejść do swoich emocji jak do dziecka: kiedy małe dziecko boi się i płacze, to naturalną tendencją jest przytulenie i ukochanie takiej istoty. Bez oceny, czy jej płacz i lęk ma sens. Po prostu jest. I dzieci zaskakująco często szybko odzyskują wówczas uśmiech 🙂 Jako dorośli odbieramy sobie prawo do posiadania słabości. Dlatego kiedy czujesz, że jest trudno:

daj swojemu kryzysowi przestrzeń:

  • połóż się wygodnie w cichym i spokojnym miejscu
  • zacznij obserwować oddech licząć do 10 (1 cykl to 1 wdech i 1 wydech)
  • zaobserwuj, jakie emocje pojawiają się
  • nie zaprzeczaj im. Jeśli odczuwasz lęk, niepokój, ból: to jest na teraz Twoja prawda
  • poczuj, w którym miejscu w ciele przejawiają się te emocje najmocniej. Skieruj tam swój oddech. Staraj się być obecnym w tej chwili, nie oczekuj, że uczucia ustąpią. Jesteś w roli obserwatora, nie nauczyciela
  • jeśli jest Ci zbyt trudno kontynuuować możesz sobie wyborazić, że te trudne emocje z każdym Twoim oddechem opuszczają Twoje ciało
  • przez kolejne kilkanaście oddechów pobądź w kontakcie ze swoim ciałem i oddechem
  • może się zdarzyć, że uwolnione emocje nie dadzą się łątwo „schować”. Płacz jest najbardziej naturalnym sposobem na oczyszczenie: nie powstrzymuj go i nie oceniaj siebie. Pamiętaj jednak, żeby to ćwiczenie wykonywać kiedy masz na to miejsce i przestrzeń.

 

Życzę Wam dużo przestrzeni na bycie w kontackie ze sobą. Choć taka uważna obecność bywa trudna, to w dłuższej perspektywie zawsze przyniesie uglę. Kiedy wchodzimy w miejsca, które są wrażliwe, nieoceniona jest pomoc dobrego psychoterapeuty. Bez względu na to, jaką drogę wybierzecie pamiętajcie, że poznawanie siebie to dobra ścieżka. Nie możesz uciec przed tym, co w Tobie. To i tak Ciebie prędzej czy później dogoni.

Namaste,

Kamila

*korzystałam z inspiracji  ze strony oraz z tej metody