Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) Instrukcja obsługi :) cz. II

Witajcie po dłuższej przerwie spowodowanej moim wyjazdem do miejsca wręcz wymarzonego dla HSP: cisza absolutna, brak nawet śladu zasięgu w telefonie, brak ludzi, radia, telewizji, sklepów, samochodów i innych atrakcji życia codziennego, do jakiego jesteśmy przywykli. W zamian za to zanurzenie w dzikiej przyrodzie (Puszcza Białowieska!), długie spacery, kilka godzin spokojnej jogi i ćwiczeń oddechowych i życzliwi ludzie obok. Mimo, że prowadziłam codziennie praktykę dla licznej grupy sama porządnie się zregenerowałam 🙂 I choć taka deprywacja sensoryczna (jak fachowo nazywamy ograniczenie bodźców) służy każdemu, kto na co dzień żyje w mocnym tempie i w mieście, to dla Osób Wysoko Wrażliwych jest w zasadzie jedyną możliwą drogą odpoczynku, która skutecznie je relaksuje.

Poprzedni wpis o HSP i podzielenie się moim doświadczeniem z życia „nadwrażliwca” spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem z Waszej strony 🙂 http://streso-terapia.pl/czuc-za-mocno-dar-czy-utrapienieosoby-wysoko-wrazliwe-highly-sensitive-person-cz-i/ Dlatego dziś obiecana druga część:jak sobie radzić w życiowej dżungli, jeśli Twój układ nerwowy przypomina sitko do odlewania makaronu i sprawia, że czasami trudno jest Ci wytrzymać ilość bodźców, jakie do niego docierają.

Instrukcja Obsługi HSP:

1. zadbaj o swój sen: porada niezbyt odkrywcza, ale jak to często bywa najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze 😉 W trakcie głębokiego snu nasz organizm przeprowadza szereg procesów naprawczych i regeneracyjnych. Ma to ogromne znaczenie dla naszego mózgu, który wtedy porządkuje i układa informacje pozyskane poprzedniego dnia. Nawet osoby, które mają zrównoważony układ nerwowy po zarwanej nocy mogą czuć się poirytowane, przeciążone i reagować nieadekwatnie do sytuacji. W przypadku do HSP można te reakcje pomnożyć x 10… Ja odkąd pamiętam nie umiem zrywać nocy, następnego dnia czuję się dosłownie jak zombie. Długość snu jest sprawą indywidualną, podobnie jak okna czasowe, w jakich śpimy. Nie zamierzam przekonywać „sów” do chodzenia spać z kurami. Jednak w tradycyjnych systemach medycznych (ayurveda, TMC itp) za najlepszą porę do regeneracji uważa się czas przed północą. Ja jestem totalnym skowronkiem: nic mnie tak nie regeneruje, jak sen pomiędzy g. 21.30 a 5.30. Nawet jeśli wrócę z nocnej imprezy o 2 nad ranem i tak wstanę o świcie. Przestałam już z tym walczyć i zaczęłam o to dbać, bo zauważyłam, że jest to najbardziej podstawowy i skuteczny czynnik, który pomaga mi czuć się dobrze 🙂

2. Zadbaj o swoje odżywianie. Zaskoczeni, wiem :-p Jednak dla HSP utrzymanie stałego poziomu cukru i unikanie gwałtownych spadków energii jest bardzo istotne. Regularne, zdrowe posiłki dają nam wentyl bezpieczeństwa i pomagają zachować kontrolę nad kruchym systemem zarządzania energią życiową i emocjami.

3. Zadbaj o swoją ciszę. HSP mają bardzo wysoką wrażliwość na dźwięki. Nie dla nas regularne chadzanie na koncerty, wizyty w kinie na thrillerach, czy mieszkanie przy hałaśliwej ulicy. Mnie wybudzają najmniejsze dźwięki,a po dłuższym przebywaniu w głośnych pomieszczeniach czuję się zmęczona, poirytowana i niespokojna. Można rozważyć używanie stoperów lub dobrze izolujących słuchawek, które pomogą nam ograniczyć ilość dźwięków z zewnątrz.

4. Zadbaj o swój detoks od bodźców : w przypadku HSP bardzo ważne jest aby codziennie znaleźć kilkanaście minut w ciągu dnia (minimum!) na całkowite odcięcie się od bodźców. Ja lubię kłaść się na 20 minut w jogowej savasanie, przykryć oczy i (jeśli nie mam tego szczęścia, że w pomieszczeniu jest zupełnie cicho) użyć zatyczek do uszu. To bardzo istotne, aby przestymulowany układ nerwowy miał szansę na zresetowanie stanu alarmowego. W pracy też masz wybór. Zamiast stać w kuchni i przeglądać fejsbuka możesz założyć słuchawki z relaksującą muzyką i na 10 minut usiąść w cichym miejscu, najlepiej na świeżym powietrzu.

5. Zadbaj o zwolnienie tempa wykonywanych czynności. Taaak, wiem- większość ludzi jest w stanie zrobić wiele, aby przesuwać opcję „drzemki” w swoim telefonie do oporu 😉 W efekcie wyskakujesz z łóżka już spóźniony i od samego rana dorzucasz sobie stresorów. Polecam wstać te pół godziny wcześniej, otworzyć szeroko okno, poodychać, wypić na spokojnie kawę i sprawdzić, jak ta dodatkowa przestrzeń bez pośpiechu stwarza bufor spokoju na nadchodzący dzień.

6. Zadbaj o kontakt z naturą: im więcej czasu HSP przebywa z dala od zgiełku,tłumów, bodźców i hałasu, tym lepiej regeneruje się układ nerwowy i zwiększa jego wytrzymałość. Nie każdy z nas może teraz wszystko rzucić i jechać w Bieszczady. Ale zamiast wycieczki do centrum handlowego możesz wybrać się do parku…Często sama podróż bywa dla HSP stresująca. Wiadomo: dużo ludzi, pośpiech, hałas i ciągłe zmiany. Ja po kilku latach włóczenia się po świecie (co nadal uwielbiam!) odkryłam,że najlepiej regeneruję się w naszym umiarkowanym klimacie, w dzikich i cichych ostępach przyrody i nie testuję mojego organizmu pod kątem odporności na wszelkie tropikalne bakterie, ekstremalne temperatury i florę bakteryjną z odległej galaktyki. Nie warto jechać pod presją na urlop w tropiki, jeśli Twoje ciałko ma się najlepiej w innych warunkach.

7. Zadbaj o swój limit w kontaktach z ludźmi.: HSP nie jest w stanie robić wielu rzeczy na raz. Jest nam też bardzo łatwo „przeładować się” emocjonalnie. Często odczuwamy mocniej i głębiej to, co dzieje się z innymi i ludzkie historie zostają przy nas na dłużej. Z szacunku dla siebie i innych nauczyłam się trudnej sztuki rezygnacji. Nie mogę po kilku godzinach prowadzenia zajęć i bycia z ludźmi pojechać prosto na hałaśliwą imprezę i przekrzykiwać tłum rozmawiając ze znajomymi. Dlatego zmniejszyłam ilość prowadzonych przeze mnie zajęć i zaczęłam otaczać się ludźmi, których obecność wpływa na mnie kojąca i czuję się przy nich swobodnie i spokojnie. Czasami bywa to ciężkie, ale zdarza mi się napisać do przyjaciółki „przepraszam, ale dziś już jestem totalnie przeładowana, nie mam przestrzeni na rozmowę. Czy możemy się usłyszeć jutro?”. To dbanie o swoje granice pozwala mi być w pełni dla innych z uszanowaniem moich możliwości.

8. Zadbaj o samego siebie. Bycie HSP nie zwalania Ciebie z wzięcia odpowiedzialności za swoje emocje 🙂 Dla mnie praktyka jogi, medytacji czy uważności to podstawowy mechanizm regulacji emocjonalnej i fizycznej. Jestem w stanie dużo szybciej zauważyć, kiedy zbliżam się do swojej granicy i po powrocie do domu padnę, lub (gorszy wariant) z przebodźcowania nie będę mogła zasnąć. Jeśli jest Ci naprawdę trudno nauczyć się swojej instrukcji obsługi to warto spotkać się z terapeutą, który Ciebie wesprze.

Na zakończenie dodam, że bycie wysoko-wrażliwcem bynajmniej nie czyni z nas bezwolnych odludków. Bardzo wielu HSP jest jednocześnie ekstrawertykami (ja!), uwielbia kontakt z ludźmi (ten bonus w postaci dużej empatii) i ekspozycję społeczną. Ale bez umiejętności zarządzania swoją codziennością bardzo łatwo jest stracić równowagę i wyczerpać swoje zasoby sił. Dlatego dbajcie o siebie drogie HSP, a jeśli macie kogoś bliskiego o takiej urodzie układu nerwowego, to bądźcie wyrozumiali. Ludzie o wysokiej wrażliwości to dar dla tego pędzącego, często brutalnego świata.

Kamila

8

Lęk. Twój dobry przyjaciel w nieładnym przebraniu.

Lęk. Chyba nie ma zbyt wielu ludzi,którzy przyjmują go z otwartymi ramionami. Zaciśnięte gardło, spocone dłonie, mętlik w głowie, ból brzucha, płytki oddech… I wiele innych sygnałów od nieproszonego gościa, którego najchętniej wyrzucilibyśmy za drzwi zanim zdąży zapukać. Ale on bywa uparty. Zatrzaskujesz drzwi, ale on i tak potrafi wślizgnąć się uchylonym oknem w środku parnej, lipcowej nocy, kiedy teoretycznie „wszystko jest w porządku”. 


Lęk był moim towarzyszem przez sporą część mojego życia. Przez wiele lat nie pozwalał mi zasnąć, a jednocześnie nie pozwalał się w pełni obudzić na to, co nazywamy życiem. Na zewnątrz byłam dzielną i silną dziewczyną. Pracowałam jako nurek, dźwigałam ciężary, włóczyłam się z plecakiem po kole podbiegunowym, wbijałam czekan w śnieg na lodowcu. Ale w środku było we mnie pełno lęku. Nieproszony gość, który pojawiał się  w bliskich relacjach, w podejmowanych decyzjach i obawach o moje zdrowie. Często zupełnie nieadekwatny do sytuacji. Zwykła wymiana zdań z ukochaną osobą potrafiła spowodować u mnie wewnętrzną panikę. Zazwyczaj uciekałam. Kończyłam relacje, zmieniałam miejsce pobytu, podejmowałam kolejne studia, kolejne stypendia, podróżowałam. Byle nie czuć.

Dopiero niedawno poczułam jak wielkim darem w moim życiu jest lęk. Posłańcem, który z niespotykaną cierpliwością wsuwa w moje drzwi karteczki z informacją, które części mnie domagają się zauważenia i uzdrowienia. Przestałam go odpychać. W końcu niechętnie poszłam do kuchni, zaprosiłam go do stołu i zaparzyłam herbatę…Pozwoliłam mu mówić. Zaczęłam słuchać jego opowieści. Powoli zaczęłam rozumieć. Usłyszałam głos małej, wystraszonej dziewczynki, która kiedyś bardzo się bała. Pozwoliłam jej być słabą. Bo jak być silną ona wiedziała doskonale.

Nie jest to jednak łatwy proces. Nasza kultura nie przepada za wrażliwością, emocjonalnością i przyznaniem się do słabości. Nie lubi tez dyskomfortu. Preferujemy klimatyzację, miękkie fotele, wygodne samochody. Kiedy coś nas boli łykamy „tabletkę”- może jakieś leki, może kilka szklaneczek dobrego alkoholu dla rozluźnienia,  może kolejna powierzchowna relacja dla zabicia samotności. Ale ból nie znika, on wciąż  tam jest. Bywa że niespodziewanie wybuchnie w postaci ataku paniki, kiedy sam w środku nocy będziesz jechać ciemnym tunelem na autostradzie. I wtedy część z nas pobiegnie do psychiatry po leki, żeby „TO” już nigdy więcej się nie powtórzyło. 

Ale paradoksalnie „TO” jest darem. I tylko kiedy pochylimy się nad swoim lękiem, damy mu szansę mówić możemy dotrzeć do jego źródła. Ale do tego konieczny jest czas. Ograniczenie bodźców, pobycie ze sobą w ciszy, w tej przestrzeni gdzie wcale nie jest miło i wygodnie. 


Moja droga do oswajania leku wiedzie różnymi ścieżki. Celowo piszę w czasie teraźniejszym, bo choć zaprzyjaźniłam się z lękiem i mam wrażenie, że teraz mamy całkiem dobrą relację, to na pewno trzeba o nią dbać całe życie 🙂

– joga uczy mnie nieoceniania. Jest jak jest na ten moment, inaczej teraz nie będzie. I to jest ok.

-medytacja: bycia w perspektywie obserwatora, a nie aktora. Zrozumienia że moje myśli to tylko myśli, niekoniecznie fakty.

– psychoterapia: wyrażania wszystkich emocji,także smutku, gniewu i rozpaczy. Czerpania siły ze swojej wrażliwości

– Somatic Experiencing (metoda terapii traumy, jaką studiuję) pokazuje, że lęk często bywa po prostu niedokończoną reakcją naszego układu nerwowego i mamy metody, żeby go uwolnić. To, że teraz jest trudno, to wcale nie oznacza, że tak będzie zawsze 🙂

– praca z ciałem (psychoterapia metodą A. Lowena, Trauma Release Excercises, tantra, medytacje aktywne Osho, choeroterapia, Integracja Strukturalna) pozwoliły mi wykrzyczeć, wyskakać, wytrząść zablokowane emocje

-praca z tradycyjną medycyną pokazuje mi, że czasami coś we mnie musi umrzeć, żeby przyszło nowe, ale to wcale nie oznacza mojego końca 

-podróże w odległe rejony pomagają tolerować dyskomfort- upał, zimno, wilgoć, monotonnie, zmęczenie 

Przede wszystkim moimi najlepszymi nauczycielami są bliscy ludzie. Bo jeśli lęk powstał właśnie w pierwotnej relacji,w dzieciństwie to nigdy nie uleczysz go w samotności. Więc wdzięczna jestem za te wszystkie momenty w relacjach , kiedy musiałam się z nim skonfrontować.


Mój ostatni tydzień, kiedy zniknęłam zupełnie z  zasięgu to był również czas konfrontowania się z lękiem. Z lękiem wysokości w trakcie wspinaczki (patrz zdjęcie ;-). Z lękiem przed spotkaniem ze swoim cieniem, kiedy przez wiele dni dzielisz z kimś maleńką przestrzeń i tak łatwo o irytację. Z lękiem przed zmęczeniem, płytkim oddechem, ograniczeniami ciała, ostatnim podciągnięciem które dzieli Cie od szczytu. Dyskomfortem w każdym wydaniu. Ale czasami mam wrażenie, że dopiero kiedy dotykam tej swojej granicy, gdzie (choćbym chciała) nie mam już sił udawać pojawia się prawda i uzdrowienie. 

Dedykuję ten wpis wszystkim, którzy mierzą się z lękiem. Z podziękowaniem dla ludzi, którzy wytrącają mnie ze strefy komfortu, a jednocześnie uczą mnie bezwarunkowej miłości .I wiece co? Jestem bardzo dumna z tych, którzy potrafią pokazać swoją słabość. Bo trzeba mieć dużo odwagi, aby pozwolić się sobie bać.

Love  & Light
Kamila 

ps. jeśli interesuje Was temat radzenia sobie z lękiem od strony terapii i pracy z układem nerwowym zajrzyjcie do wpisu: http://streso-terapia.pl/kiedy-twoim-zyciem-rzadzi-lek-jak-cialo-uczy-sie-bac-wlasnych-mysli/

Czuć za mocno: dar czy utrapienie?Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) cz. I

Rajstopki. Te straszne rajstopki, w które rodzice (dosłownie) wbijali mnie każdego ranka przed wyjściem do przedszkola. Nie rozciągało się to dziadostwo ani o centymetr, drapało i brutalnie wciskało w skórę. Do dzisiaj to pamiętam! I w przeciwieństwie do innych dzieci nie umiałam spać w dzień. Leżakowanie. Co za koszmar. Przecież jest jasno, mózg nie śpi, kiedy jest dzień 😉 Za to zasypiałam o zmroku i budziłam się z pierwszymi promieniami słońca. To było przekleństwo moich (wówczas jeszcze młodych i imprezujących) rodziców, którzy kończyli nad ranem nocne Polaków rozmowy, a ja właśnie pytałam mamy, gdzie jest „kakałko” na śniadanie. Kiedy ktoś na mnie krzyczał odbierałam to jako fizyczny ból, a obserwowanie kłótni rodzinnych kończyło się u mnie zazwyczaj histerycznym płaczem. A, no i jeszcze sławetny spot w wiadomościach o mordowaniu żółwi, które obejrzałam w wieku 7 lat, po czym dostałam całonocnej histerii i spazmów…

Minęły dwie dekady i starłam się odnaleźć w Warszawskim pędzie w mojej pierwszej pracy w korporacji. Najpierw był dojazd. Kolejką WKD i codzienny bieg podziemiami dworca centralnego. Cuchnące powietrze, dziki tłum, intensywne lipcowe zapachy w miejskim środku transportu.Koktajl ludzkich emocji upchnięty na kilku metrach kwadratowych. I open-space. Bez możliwości otwarcia okna w nowoczesnym, betonowym bunkrze. Bez tlenu. Bez ruchu. W temperaturze znacząco zbyt wysokiej, jak na zdolności mojego organizmu. Ostrym świetle biurowych lamp i suchym powietrzu z klimatyzacji. Każda komórka mojego ciała chciała się stamtąd wydostać, zaczerpnąć powietrza; każdy mięsień chciał się ruszyć. Ach, i te sztywne uwierające koszule i klejące się do ciała rajstopy. Szpilki, w których stopa prosiła o wolność. I small- talki w kuchni. O wakacjach, samochodach i innych ważnych życiowych kwestiach. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Naprawdę się starałam i ciągle słyszałam, że jestem jakaś dziwna. Sama w to uwierzyłam. Bo jak to jest możliwe, że ja wszystko czuję bardziej?Dlaczego innym nie przeszkadza, że ich ciało od 5 godzin nie zmieniło pozycji, a w pokoju zawartość tlenu spadła do 5 %? Jak to możliwe, że potrafili na zebraniu kogoś publicznie skrytykować- czy nie poczuli emocji, jakie wywołali? Dlaczego nie dostrzegają tych wyraźnych sygnałów, kiedy ktoś ich nie słucha, nie ma ochoty rozmawiać, a nawet cierpi?No i po co ludzie rozmawiają o pierdołach, skoro czuć na odległość, że w środku coś się przewraca i aż prosi o utulenie?

Tych „drażniących” elementów rzeczywistości było więcej. Radio w samochodzie i brutalne reklamy, telewizor w domu rodziców, za głośna muzyka na imprezie. Ciągle jakby za mocno i za dużo, choć przecież reszcie osób wydaje się to nie przeszkadzać. Jednocześnie dostrzegałam dużo mocniej piękno tego świata: zmienność kolorów na niebie, zapach porannej wilgotnej ziemi, głębię spojrzenia drugiego człowieka, uśmiech maleńkiej córeczki mojej znajomej.

Choć od zawsze byłam ekstrawertyczką i uwielbiam ludzi, to do zachowaniu równowagi potrzebna jest mi cisza, pobyt w przyrodzie- a często i wiele dni resetu w samotności. Potrafię wyjść na scenę przed 100 osobami i wygłosić improwizowany wykład, a jednocześnie okropnie męczy mnie pobyt w centrum handlowym. Wybudza mnie śpiew ptaków, ale jednocześnie jestem niesamowicie wrażliwa na muzykę. I gwóźdź programu: emocje. Wyczuwam je u innych, zanim cokolwiek powiedzą. Czuję, kiedy kogoś coś boli i jak poprawić czyjeś ciało na jodze, żeby zmniejszyć napięcie. Naprawdę interesują mnie historie innych ludzi. Ale jest i ciemna strona medalu. Wszystko przeżywam podwójnie. Odczuwam smutek czy ból drugiej osoby jak swoją własną stratę. Nie raz usłyszałam, że jestem fałszywa, bo jak to możliwe, żeby się wzruszyć słuchając czyjejś historii albo roześmiać?

Mój mózg ma problem, żeby oddzielić realia od np. filmu, dlatego od 4 lat nie byłam w kinie. Ostatni wyskok na „Django” zakończył się u mnie 2 godzinnym płaczem (” no co Ty, przecież to Tarantino, ta krew nie jest prawdziwa, oni udają!”) Serio? Wiem, ale dla mojego przewrażliwionego mózgu nie ma to znaczenia- krew to krew, ból to ból.

Próbowałam się dopasować do żelaznych reguł pędzącego świata, ale nie potrafiłam. W efekcie byłam coraz bardziej rozdrażniona, niespokojna i zmęczona. Niedoczynność tarczycy, bezsenność, problemy z hormonami. Aż zmieniłam pracę. Zaczęłam więcej przebywać na powietrzu. Choć pracuję dużo więcej i intensywniej, niż dawniej, to dobieram czas pracy i warunki w zgodzie ze swoją osobą. Noszę luźne ciuchy. Unikam miejsc, gdzie jest bardzo głośno, ciasno i pełno ludzi. Chodzę spać wcześnie i wstaję o wschodzie słońca (słaba partnerka do imprez, ale na poranne bieganie czy jogę- polecam się 😉 ) Intuicyjnie zrozumiałam, że najlepsze co mogę zrobić, to zmienić styl życia, bo inaczej czeka mnie bieg po równi pochyłej. Wciąż jednak nie wiedziałam, skąd ta nadwrażliwość pochodzi i czy to normalne być tak kruchą i podatną na bodźce osobą?

1,5 roku temu trafiłam na metodę leczenia traumy i stresu- Somatic Experiencing. Z fascynacją zaczęłam zagłębiać się w neuronaukę i w ramach rozrywki- oglądać skany mózgu 🙂 I bingo! Okazuje się, że to, co odbierałam jako swoje utrapienie i dar zarazem- to po prostu uroda mojego układu nerwowego 😀 I część z nas po prostu przychodzi taka na świat: chłonąc wszystko jak gąbka i intensywniej odczuwając rzeczywistość. I nie są to „histerycy”, „niedopasowani społecznie”, „odludki”, „przewrażliwieni”. Tylko osoby, których mózg jest dużo bardziej wyczulony. Trafiłam na badania Elaine Aron, która od połowy lat 90-tych eksplorowała centralny układ nerwowy pod kątem jego reaktywności na bodźce. Istnieją nawet badania prof. R. Todd, która postawiła hipotezę, że niektórzy z nas mają specjalny wariant genu (ADRA2B) wpływającego na poziom noradrenaliny, czyli hormonu związanego z uruchamianiem reakcji stresowej. Również ciało migdałowate, które uruchamia reakcję walki lub ucieczki, dużo łatwiej ulegało aktywacji u osób nad wyraz wrażliwcyh. W efekcie takie osoby reagują dużo mocniej na bodźce zewnętrzne. Wyobraźmy sobie, że mózg „zwykłej” osoby ma tamę, przez którą przepuszcza pewne informacje. Zatem ilość bodźców (wody) spływa powoli do układu nerwowego i poddawana jest selekcji (reagować czy wyluzować). U osób Wysoko Wrażliwych ta tama nie istnieje : spada informacyjny deszcz i bang: mamy powódź i alarm powodziowy 3 stopnia. Dzisiaj określamy takie osoby jako Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Persons).

I dlatego mnie np. koszmarnie uwierały rajstopki, a inne dzieci miały to w nosie 😉 Do dziś nie znoszę obcisłych ciuchów i sztucznych materiałów (drażni mnie nawet biżuteria). To dlatego, że HSP obejmuje też sensorykę, czyli reakcje na dźwięki, kolory, zapachy czy wspomniany dotyk.

Wedle badań Osoby Wysoko Wrażliwe stanowią ok 20 % populacji. Okazuje się, że wysoko wrażliwe mogą być też inne gatunki. W przeszłości, kiedy przeżycie zależało od wyczucia zagrożenia na sawannie, były darem dla społeczności: szybciej niż inne zauważały potencjalne niebezpieczeństwo. Potrafiły też łagodzić konflikty i wspierać harmonijny rozwój społeczności, ze względu na wysoką empatię. Obecnie, w świecie przebodźcowanym do granic możliwości, tacy ludzie często przechodzą katusze. Często wycofują się z życia (unikają dużych i hałaśliwych imprez, trudno im zarwać noc itp. ) Czują się niezrozumiane i tylko ucieczka w ciszę, samotność, naturę czy sen pozwala ich mózgowi odzyskać równowagę.

Ważna uwaga: jeśli nie ogarniasz sowich emocji, rzucasz talerzami, albo z łatwością wybuchasz- to wcale nie oznacza, że jesteś Osobą Wysoko Wrażliwą! Najpewniej jesteś osobą wysoko zestresowaną oraz nie do końca masz pomysł na strategię wyrażania swoich uczuć 😉 Wysoka Wrażliwość czyli Highly Sensitive Personality jest specyficzną konstrukcją psychiczną i działaniem układu nerwowego. Wymaga odpowiedniego podejścia i zadbania o codzienne warunki pracy (a często-zmiany trybu życia), żeby móc dobrze funkcjonować. I niestety, nikt za HSP tej roboty nie zrobi: trzeba o siebie zadbać i edukować otoczenie, a nie się nad sobą użalać, a HSP mają tendencję do nadmiernego wałkowania swoich emocji 😉 W kolejnym wpisie podzielę się z Wami badaniami na ten temat oraz krótkim testem, który pozwala nam wstępnie określić, czy jesteśmy książkowym wrażliwcem 🙂

Niezależnie od tego, jak działa nasz mózg, każdy z nas jest piękny na swój niepowtarzalny sposób i tylko szanując naszą niezwykłość możemy zapewnić sobie równowagę <3

Kamila- Osoba Wysoko Wrażliwa

zdjęcie: https://czuleoko.com/

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0149763418306250?via%3Dihub

https://royalsocietypublishing.org/doi/pdf/10.1098/rstb.2017.0161

Jak wypleniłam negatywność z mojego życia :)

Niektórym będzie trudno w to uwierzyć, ale jeszcze nie tak dawno byłam jednym z najbardziej czarnowidzących, narzekających i niecierpliwych stworzeń na tej planecie. Często słyszałam od innych „Kama, przestań marudzić”, ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Ok, obiektywnie patrząc na niektóre moje doświadczenia życiowe, miałam prawo domagać się współczucia i uwagi (bo o to wołało właśnie moje marudzenie) . Dziś, bogatsza o doświadczenia i wiedzę psychologiczną widzę wyraźnie, skąd jeszcze taka tendencja się u mnie wzięła. Ale to temat od oddzielny i bardzo osobisty wpis, może przyjdzie na niego kiedyś przestrzeń.

Skupmy się jednak na pozytywach 😀 Bardzo chciałam zmienić swoje nastawienie. Mimo, że dostrzegałam ten mechanizm i nawet rozumiałam- za nic nie mogłam się go pozbyć. Bo zrozumieć, a umieć to zintegrować ze swoją głową i zachowaniem- to dwie różne rzeczy. Pozytywne myślenie nie działało. Dzisiaj, kiedy słyszę od innych, że jestem chodzącym optymizmem i uśmiechem zastanawiam się, kiedy właściwiej nastąpiła ta zmiana? Kiedy po przebudzeniu zaczęłam uśmiechać się do życia? Kiedy przed snem zaczęłam dziękować Bogu (siłom wyższym, wszechświatowi, Absolutowi lub nicości- co tam komu pasuje)? To był proces. To był dzień po dniu mikro zmian. I kilkoro ważnych nauczycieli, którzy przez ostatnie 10 lat (noo, proces, mówię Wam!) uczyli mnie, że można inaczej 🙂

Nauczyciel numer 1 : (najważniejszy) CIAŁO.

O moich perypetiach ze zdrowiem pisałam sporo.
Podsumuję to krótko: Człowieka łatwo uszczęśliwić. Należy zabrać mu to miał i oddać z powrotem. Kiedy miesiącami czy latami towarzyszy Ci permanentny ból, kiedy trafiasz na stół operacyjny, kiedy każda zwyczajna czynność urasta do rangi marzenia i boisz się, czy kiedykolwiek będzie inaczej- to zyskujesz nową perspektywę na to, co nazywasz „problemem”. Kiedy jest mi trudno i smutno często sobie myślę „Hej, Kama, jest temat, ale spójrz- wstałaś rano, masz siłę żyć, możesz pracować i praktykować jogę: to już tak wiele!” Może brzmi to banalnie i infantylnie, ale poważnie – każdy dzień traktuję jak dar. Choroby nauczyły mnie, co jest w życiu ważne. I kiedy milimetr po milimetrze pogłębiam asanę, która była dla mnie zupełną abstrakcją, czuję w sercu ogromną wdzięczność. Wdzięczność za zwyczajność. I nawet, kiedy ciało mi odmawia współpracy, to mam też w sobie pokorą i nadzieję, że będzie lepiej, że to chwilowe. Że to jakiś sygnał od organizmu, który o coś prosi. Bo skoro raz się udało to dlaczego miałoby się nie udać kolejny? 🙂

Nauczyciel numer 2: JOGA.

Och, to temat rzeka. Na blogu są już wpisy, gdzie dzieliłam się dobrem, jakie płynie z jogi min. tu http://streso-terapia.pl/rozciaganie-na-macie-czy-praktyka-jogi-po-czym-poznac-ze-praktykujesz-joge-a-nie-gimnastykujesz-cialo/ Joga jest w moim życiu na macie i poza nią. Wszystko, co robię w asanach, przenoszę do codzienności. Uczę się więc pokory, odpuszczania, szanowana granic, przekraczania ograniczeń, podążania za oddechem. Praktyka jogi jest drogą, a nie celem samym w sobie. Kiedy to rozumienie przeniknęło do mojego życia, zaczęłam ze spokojem obserwować to, co się wydarza. Idę swoją ścieżką, ale też daje sobie przestrzeń na danie kroku w tył, jeśli się pomylę. Joga nauczyła mnie, że jedyny moment jaki istnieje to TERAZ. Jeśli robię trikonasanę, to TA trikonasana jest najważniejszą rzeczą na świecie 🙂 Nie mogę się więc martwić tym, co jest w przyszłości lub tym, co było-to przecież nie istnieje. Jasne, czasami wkręcam się w jakieś rzeczy, ale dość szybko dyscyplinuje mnie wewnętrzny głos i staram się wracać do tu i teraz.

Nauczyciel numer 3: LUDZIE.

Jesteśmy istotami społecznymi. Mamy neurony lustrzane. Mamy swoistą energię, która nas otacza. Jim Rohn –  amerykański pisarz i  mówca motywacyjny powiedział, że „jesteśmy wypadkową sumą 5 osób, z którymi najczęściej przebywamy”. Co czujesz, kiedy wyobrażasz sobie te osoby? Czy ich obecność Ci służy? Jeśli nie- jeśli ściągają Cię w dół, zaśmiecają swoimi katastroficznymi wizjami i marudzeniem to może czas odejść z tego kręgu? Nie możemy i nie mamy prawa oczekiwać od innych, że się zmienią. Ale mamy prawo zadbać o siebie i wziąć odpowiedzialność za to, kto na co dzień ma na nas największy wpływ. Wiem, czasami jest to brutalne, bo są to nasi bliscy. Ale ja dopiero zaczęłam nad sobą pracować, kiedy zakończył się mój wieloletni związek- tak, mój wieczny pesymizm i narzekanie,również były powodem. BTW- współczuję Igorowi, że musiał tego słuchać i jednocześnie pozdrawiam, bo dziś wciąż jest dla mnie jednym z bliższych przyjaciół 😉 Bolało. Ale inaczej się nie da. Jak napisał Jung „Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgną do piekła”. Musiałam pozostać sama ze sobą, żeby to zrozumieć i zmienić. Dzisiaj wybieram siebie, otaczając się ludźmi, którzy patrzą na świat podobnie jak ja i widzą więcej dobra, niż zła.

Nauczyciel numer 4: PODRÓŻE.

O podróżach pisałam ostatnio w tym wpisie: http://streso-terapia.pl/podroze-w-pojedynke-samotnosc-czy-wolnosc/ . Podróże po Azji pokazały mi bezsens narzekania, irytowania się i próby przewidzenia rozwoju wydarzeń. Tłok, upał, kurz, brud i dni spędzone w lokalnych autobusach. Wielogodzinne czekanie. Psujące się i rozklekotane taksówki. Biorę przykład z miejscowych. Zaczynam zabijać czas rozmową, wypijam kolejną słodką herbatę z mlekiem i ze spokojem przyjmuję informację, że odjedziemy „jak się zbiorą ludzie, a zbiorą się- kiedy się zbiorą” 🙂 Sytuacja i tak nie ulegnie zmianie od moich nerwów, a o ile mniej energii człowiek zużywa. I miejscowi ludzie. Dzieci w Nepalu, dla których połamany patyk obwinięty nitką to najlepsza na świecie zabawka. I jedyna, jaką mają. Hinduska dziewczynka, której oddaję swoje bluzki, bo jej koszulka ma więcej dziur niż materiału. A mimo wszystko tyle w nich radości! Pogody ducha w bezzębnych tybetańskich staruszkach, które częstują Ciebie herbatą z masłem, szeroko się uśmiechając. A my, ludzie Zachodu, mamy coraz więcej, ciągle coś trzeba kupić, naprawić, poświęcić czas i energię na rzeczy. Martwimy się ,kiedy nas nie stać, kiedy się psują, kiedy ciągle trzeba o nie dbać. A przecież tylko relacja z drugim człowiekiem ma znaczenie. Mniej rzeczy, więcej ludzi…

Nauczyciel numer 5: DUCHOWOŚĆ.

Dla mnie duchowość to poczucie, że jestem czymś więcej, niż zbieraniną kości i mięśni obleczoną w powięź 😉 Współistnieję jako malutka cząstka wszechświata i każdy atom, jaki mam w sobie, kiedyś był częścią kamienia, dinozaura, innego człowieka. Zaufanie, że wszystko ma swój czas i miejsce. Zaufanie, że dostanę to, co chcę kiedy będę gotowa, a nie kiedy mi się wydaje, że już zasłużyłam. Kiedyś irytowałam się, kiedy coś nie wychodziło. Dzisiaj mówię „ok, widocznie to się dzieje po coś, może dzięki temu uniknęłam jakiegoś większego kłopotu?”. I dostrzegam, że „jak mówię- tak mam” w życiu. Co za ulga nie dokładać sobie zmartwień!

Wiem, że podróż do „pozytywności” to proces. Ale uwielbiam tą ścieżkę, bo dostrzeganie szklanki do połowy pełnej, a nie pustej, czyni moje życie dużo piękniejszym 🙂

ps. zdjęcie autorstawa Kasi Czajkowskiej https://czuleoko.com/ w makijażu Marty Kozioł http://www.martakoziolmakeup.pl/ Przy okazji ta sesja była w kosmicznym upale, w środku puszczy, gryzły nas robale, komary, zaszło słońce, a mnie dopadła alergia. Ale jak widać, pozytywność nas nie opuszczała 🙂

Kiedy Twoim życiem rządzi lęk. Jak ciało uczy się bać własnych myśli

To by znaczyło, że tym, czego się boisz najbardziej, jest… strach. To bardzo mądre, Harry.  J.K. Rowling, Więzień z Azbakanu

Każdy z nas doświadczył w swoim życiu lęku. Ciężkich poranków, spoconych dłoni, płytkiego oddechu i tych ciągnących się w nieskończoność nocnych godzin, kiedy w głowie kotłowała się masa myśli, a żołądek zawijał w ciasny supełek. Niektórzy z nas spotykają się z nim na chwilę. Inni mają wrażenie, że potykają się o niego na każdym kroku. A bywa też tak, że lęk nie pozwala nam już wyjść z domu i mamy poczucie, że tak właśnie wygląda koniec. Ale bez względu na to, jak jest nam źle, w przeważającej liczbie przypadków- wciąż żyjemy. Bo nasze ciało ma ogromną mądrość i potencjał. To przekonanie towarzyszy mi od dawna. Jednak odkąd rozpoczęłam szkolenie terapeuty w metodzie Somatic Experiencing zyskałam jeszcze większą pewność, że ma to również uzasadnienie w neurofizjologii i może pomóc bardzo wielu osobom odnaleźć ponownie spokój i radość życia 🙂

Skąd bierze się lęk?

Lęk nie jest chorobą. Odczuwanie lęku nie oznacza, że zwariowałeś. Wszystko jest z Tobą ok. Lęk stanowi naturalną reakcję, która być może kiedyś uratowała nam życie. Kiedy coś zadziało się zbyt szybko, zbyt mocno i zbyt intensywnie. Kiedy nasz układ nerwowy wypracował sobie taki system wczesnego ostrzegania. Kłopot w tym, że ten system ma dość prosty algorytm. Nie ma czasu na długą analizę, czy kłótnia z partnerem, mail od szefa i podwyższone wyniki białych krwinek morfologii to subtelne problemy, czy wielkie zagrożenie. Działa szybko i wydajnie. Uruchamia kaskadę hormonów stresu, odcina racjonalne myślenie. Niestety, najczęściej zupełnie nieadekwatnie do rzeczywistości…


Kiedy mózg się boi, ciało cierpi

W metodzie Somatic Experiencing poświęcamy szczególną uwagę zjawisku lęku, który zawsze sygnalizuje nam coś ważnego. Jeśli wsłuchamy się w sygnały płynące wówczas z ciała możemy zauważyć jak mocno rezonuje on z fizjologią np. ból brzucha, głowy, napięcie mięśni itp. Proces wywoływania lęku w naszym ciele jest związany min. z ciałem migdałowatym, któremu natura dała pierwszeństwo przed logicznym myśleniem, za które odpowiada min. kora mózgowa. Ewolucyjnie na pierwszym planie zawsze było przetrwanie (uciekasz przed mamutem, albo walczysz) nie rozmyślanie (mamutowi wszystko jedno, co sądzisz na jego temat i swoich szans na zbudowanie z nim relacji).

Dlatego też tak trudno nam zarządzać procesem lęku z poziomu myślenia. Przecież dobrze wiemy, że nam to nie służy; rozumiemy skąd się to bierze; może nawet spędziliśmy wiele godzin z terapeutą nad przyglądaniem się traumom z przeszłości. Ale mimo to miewamy momenty, kiedy ponownie wpadamy w błędne koło strachu. Nie jest to najprzyjemniejszy stan, dlatego większość z nas ma liczne strategie pomagające nam uciekać przed takimi myślami np. zajmujemy się czymś innym albo uciekamy w alkohol, kompulsje (uciekać również można w jogę, medytację itp.)


To jednak nie pomaga, bo w naszym układzie nerwowym utrwalamy informację, ślad pamięciowy, że ta myśl=zagrożenie dla życia. Jeśli przed czymś nieustannie uciekamy, to mózg uczy się uruchamiać automatycznie coraz silniejszą reakcję stresową w odpowiedzi na dany bodziec. Finalnie życie w permanentnym lęku może doprowadzić do ataków paniki, gdy układ nerwowy tak wyspecjalizował się w śledzeniu zagrożenia, że ciało reaguje eksplozją lęku, zanim my zdążymy pomyśleć, czy ma on jakiekolwiek uzasadnienie.

To, co może nam pomóc, to ucieleśnienie tego doświadczenia. Odczuwanie i urealnienie danego zjawiska w ciele pomaga nam wypracować nowe wzorce reagowania w układzie nerwowy,

Ucieleśnienie. Jak sobie pomóc.


Dzięki zrozumieniu tego mechanizmu możemy spróbować zatrzymać proces wpadania w wir lęku. Na wczesnym etapie odczuwania dyskomfortu związanego z jakimiś myślami pomocna jest obserwacja reakcji płynących z ciała.
Jeśli czujesz, że Twoja głowa znowu generuje negatywne myśli nie uciekaj. Zatrzymaj się.

  • zaobserwuj czy lęk, który odczuwasz to prawdziwe zagrożenie?
  • rozejrzyj się po swoim otoczeniu, znajdź bezpieczne i wygodne miejsce, usiądź, poczuj bezpieczne oparcie dla ciała (to uspokaja nasz układ nerwowy).Oddychaj.
  • postaraj się zostać z tą myślą (na chwilę, może być to kilkanaście sekund) i zaobserwuj co się dzieje w Twoim ciele
  • możesz teraz odłożyć myśl na zewnątrz swojej głowy, może jest to jakieś miejsce w pokoju lub poza nim, gdzie myśl może poczekać
  • teraz przypomnij sobie pozytywną sytuację, kiedy czułeś się bezpiecznie, dobrze, spokojnie i odczuj wszystkie wrażenia płynące z ciała
  • jeśli jesteś gotowy/gotowa możesz z powrotem przyjrzeć się tej trudnej sytuacji i zaprosić bliżej siebie
  • zaobserwuj, czy coś zmienia się w ciele, kiedy ponownie konfrontujesz się z tą myślą?
  • ponownie zorientuj się gdzie jesteś, rozejrzyj, poczuj osadzenie w swoim ciele


Jeśli nie chcemy być niewolnikami swoich myśli potrzebujemy się nad nimi pochylić. Odebrać im moc cieni czyhających na nas za każdym rogiem. Lęk kryje w sobie potężną siłę. To, czego się tak bardzo boimy i tak mocno nas pogrąża, potrafiłoby nas z równą mocną unieść, tylko konieczne jest zatrzymanie i spojrzenie na niego z ciekawością i życzliwością.

Uzdrawianie lęku


Co ważne, z perspektywy Somatic Experiencing aby poznać i oswoić lęk nie musimy zagłębiać się w przeszłość i analizować z detalami naszych trudnych lub traumatycznych doświadczeń. Skonfrontowanie się ze swoją przeszłością jest niezbędne to rozpoczęcia procesu zmiany. Jednak jeśli spędzamy kilka lat na terapii i rozpamiętywaniu swoich ran, efekt bywa odwrotny od tego, na co liczyliśmy. To, co się stało już się nie zmieni. Zmienić możemy jedynie teraźniejszość, dostrzegając jak przeszłość wpłynęła na nasz sposób działania i myślenia. Nauczyć się zmieniać stare wzorce i odkrywać nową jakość funkcjonowania.

Kiedy nieustannie koncentrujemy się na przeszłych traumatycznych przeżyciach ponownie angażujemy te struktury mózgu, które zapisały tamte wspomnienia jako źródło naszego strachu. To, czemu poświęcasz uwagę rośnie w siłę. W pracy z Somatic Experiencing nie chcemy nieustannie aktywizować tego, co trudne. Skupiamy się na tym, żeby przetransformować wzorce reagowania w naszej codzienności. Bo żyjemy w tu i teraz. Nasz mózg jest plastyczny, układ nerwowy nieustannie potrafi się uczyć i oduczać danych reakcji. Jest to ogromny potencjał, który może nas wesprzeć w wyjściu z błędnego koła lęku. Bardzo często proces ten jest możliwy tylko przy wsparciu życzliwej i uważnej osoby czy terapeuty, który nie obawia się naszego lęku i potrafi stworzyć nam bezpieczną przestrzeń.

Nigdy nie wzniesiesz się ponad to, czemu nie chcesz spojrzeć w oczy.

Anthony de Mello

Kamila

zdjęcie: https://www.facebook.com/justynatomczakphoto/?modal=admin_todo_tour

„Stracić głowę, aby odzyskać serce.” Dlaczego rozluźnianie głowy jest takie ważne?


Wczorajszy warsztat jogi powięziowej dotyczył obszaru bioder i o tym zamierzałam dziś napisać. Jednak poczułam, że zamiast o biodrach napiszę o…głowie 🙂 Kto bywa na moich sesjach wie, że często powtarzam „puść głowę”, „pozwól głowie się rozluźnić”, „daj głowie oparcie”. Czasami nawet proszę Was, by zrobić to fizycznie. Oprzeć ją na kocu, na wałku. Puścić. Podtrzymać czoło jedną ręką, a drugą położyć na potylicy. Sprawdzić, czy w ogóle potrafimy głowę rozluźnić? Zaobserwować jak się czujemy? Czy potrafimy w ogóle dotknąć swojej głowy? Czy myślimy, że to dziwne, nienormalne czy może kojące i potrzebne? Czujemy niechęć do bycia w kontakcie ze swoją głową? Być może zastanawiacie się, dlaczego, jakie to ma znaczenie?

Ogromne.

Na poziomie fizjologicznym do naszej czaszki przyczepia się wiele taśm powięziowych. Zatem napięcie i ból karku czy samej głowy może pochodzić z pozornie niezwiązanych obszarów ciała. Przykład taśm przechodzących przez różne płaszczyzny ciała jest na rysunku poniżej. Sztywność karku może być zależna od napięć w stopie i odwrotnie.
Nadmierne usztywnienie w okolicy głowy może przejawiać się kłopotami ze wzrokiem, bólem karku, szyi, łopatek, migrenami itp. Dlatego wszystko, co pomaga nam zmniejszyć napięcia mięśniowe w karku, jest dobre: masaż, ciepła kąpiel, odpowiednie asany jogi itp.

źródło: Mayers T. Anatomy Trains

Na poziomie emocjonalnym puszczenie głowy ma dużo głębsze znaczenie. Kiedy jesteśmy maleńkimi dziećmi nie potrafimy samodzielnie utrzymać głowy. Musimy otrzymać OPARCIE: stabilne i (oby) kochające ugruntowanie w postaci dłoni mamy, taty, opiekuna. Matka karmiąc dziecko zawsze daje mu podparcie dla głowy w postaci swojego ciała. Jest to jeden z najbardziej pierwotnych mechanizmów, który kojarzy nam się z poczuciem bezpieczeństwa. Alexander Lowen, twórca psychoterapii pracującej z ciałem, określał to jako pierwsze i najważniejsze „uziemienie”. Na jodze często mówimy „stań świadomie i pewnie na ziemi, poczuj swoje stopy”, odwołując się właśnie do umiejętności czucia stabilnego gruntu pod nogami. Jednak na najgłębszym poziomie pierwsze poczucie uziemienie dokonuje się właśnie poprzez głowę.

Jednak nawet jeśli mieliśmy świadomą i kochającą mamę, która dawała swojemu maleńkiemu dziecku oparcie, to życie często wystawia nas na próby, w których je tracimy. Kiedy spotyka nas cierpienie, ale nie widzimy lub nie mamy możliwości ucieczki, ciało przechodzi w fazę zamrożenia/ odcięcia. Lowen opisywał to jako stan, w którym „muszę wyjść z ciała, muszę przestać czuć, bo inaczej tego nie przeżyję”.

Nie muszą to jednak być bardzo traumatyczne przeżycia. Z perspektywy dziecka każda sytuacja, w której jest karane za wyrażanie swoich uczuć, będzie budować pewien wzorzec napięć w ciele, utrwalający się z wiekiem. Szczególnie istotne jest blokowanie złości, strachu i smutku. Jeśli taki wzorzec się utrwali zaczynamy „żyć w głowie” zamiast „czuć w ciele”. Dlatego im jesteśmy starsi, im więcej za nami doświadczeń, prób życiowych, sytuacji trudnych- tym więcej mamy w ciele napięć, bólów, sztywności. Jeśli jednak mamy tego świadomość, uczymy się wracać do ciała, wyrażać emocje możliwe jest usunięcie/zmniejszenie tego dyskomfortu.

Dlatego wszelkie chwile, kiedy pozwalamy głowie odpocząć, opaść; kiedy dajemy jej stabilne oparcie- są dla nas bezcenne. Często pojawia się smutek, złość, lęk – czyli wszystkie emocje, które na poziomie napięć mięśniowych „zamroziliśmy” wewnątrz swojego ciała. Jedyne, co może nam przynieść ulgę to ich uwolnienie -poprzez płacz lub krzyk. Dla wielu z nas, szczególnie tych, którzy „zawsze sobie radzą” i „nigdy się nie łamią” może być to niemożliwe do przeprowadzenia samodzielnie. Dlatego polecam gorąco wybranie się na warsztaty lub grupy ćwiczeniowe w analizie bioenergetycznej. Sama uczęszczałam i nie sądziłam, że mogę mieć w sobie tak wiele poupychanych emocji…Nie jest to łatwy proces, ale pojawia się ogromna ulga i ciało uzyskuje więcej swobody 🙂

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto wspomnieć „puszczając głowę”. Z poziomu rozwoju osobistego puszczenie głowy może stanowić przełomowy moment. Nasza kultura przyznaje prymat myśleniu, czucie rezerwując dla mięczaków. W szkołach uczymy się budowy osławionego pantofelka, tymczasem nikt nas nie uczy, jak komunikować się z samym sobą i innymi ludźmi. W efekcie bardzo często żyjemy tylko „w głowie” : nie pozwalamy sobie na podejmowanie nieracjonalnych decyzji, kierujemy się tym, co nam wtłoczono do niej jako jedyny słuszny schemat postępowania; rezygnujemy z własnych marzeń i wyborów, aby spełnić społeczne oczekiwania, automatycznie odtwarzamy znane nam role. Tymczasem „wyjście z głowy” i pozwolenie sobie na odczuwanie ciała, na doświadczanie emocji, na ekspresję, to często najprostszy sposób na bycie w „tu i teraz”. Na wprowadzenie zmiany do swojego życia. Żyjemy w ciele i ono nieustannie z nami próbuje z nami rozmawiać. Ale my je zagłuszamy, kiedy boli łykamy tabletkę, bo głowa ma tyle do zrobienia, tyle zaplanowała… Ogarnia nas lęk przed tym, żeby wyjść z myślenia na rzecz czucia. Ale czasami nadchodzi taki moment, gdy wreszcie „tracimy głowę”, odzyskując serce, czyli dostęp do uczuć.

Jeśli interesuje Was, jak można pomóc głowie odpuścić za pomocą prostych ćwiczeń to polecam lekturę artykułów Marzeny Barszcz: https://www.marzenabarszcz.com/uziemienie-glowy-dostep-do-samokojenia/

Tymczasem życzę nam wszystkim spokojnej głowy,którą czasami możemy po prostu puścić 🙂

Kamila

opierałam się na lekturze książek Alexandra Lowena „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” oraz „Bioenergetyka. O tym jak poprzez ciało leczyć problemy umysłu”

Jak joga pomaga leczyć depresję?

Obiecałam wpis o metodach leczenia depresji. Kiedy jednak zaczęłam zagłębiać się w literaturę naukową (nie lubię opierać się tylko na tym, co pamiętam ze studiów lub książek) uznałam, że jest dużo różnych podejść i nurtów. Niewątpliwie są sytuacje, gdy osobom chorującym na depresję należy włączyć leki przeciwdepresyjne. Czasami może być to jedyny sposób, aby odzyskać choć odrobinę jasności w głowie i sił do kontynuowania leczenia. Według mnie nie powinny być one nigdy jedynym środkiem stosowanym w leczeniu depresji. Bardzo ważne jest podjęcie psychoterapii, ponieważ tylko wtedy mamy szansę dotrzeć do podstaw choroby. Nawet jeśli depresja nie jest indukowana przez trudną sytuację życiową, lecz np. przez genetyczną podatność naszego mózgu, psychoterapia daje nam narzędzia, które pomogą nam poradzić sobie w gorszym momencie.

Niestety w naszym fast-foodowym świecie antydepresanty są nadużywane, przepisywane bez faktycznej potrzeby i łykane jak aspiryna. Spotykałam ludzi, którzy brali je latami, jednocześnie nie wykonując żadnej pracy nad chorobą u źródeł. Ponownie podkreślam, że nie jestem przeciwna farmakoterapii (bywa, że ratuje życie kiedy pojawią się np. myśli samobójcze). Jednak poleganie tylko na czynnikach zewnętrznych w leczeniu, odbiera pacjentowi najpotężniejsze narzędzie- wiedzę i wiarę w to, że sam dysponuje zasobami pomagającymi wyjść z choroby albo zmniejszyć jej intensywność.

Jako że nie jestem psychiatrą, nie chciałabym wnikać dłużej w ten temat. Skupię się natomiast na obszarze, w którym poruszam się dużo swobodniej tzn. pracy z ciałem i praktyką jogi 🙂 Sama doświadczyłam wiele razy, jak praktyka jogi może wspierać w najtrudniejszych momentach życia (pisałam o tym min. tu http://streso-terapia.pl/7-lekcji-od-cierpienia-akceptacja-dyskomfortu/  I tak się zresztą często dzieje, że na pierwsze sesje jogi trafiamy, bo szukamy wyciszenia, zatrzymania; bo wszystko już zawiodło i ktoś nam powiedział, że joga dobrze robi na głowę; bo jesteśmy osłabieni, chorujemy, nie mamy siły na rzucanie hantlami i tylko „rozciąganie” zostało. I po niedługim czasie okazuje się, że zamiast rozciągania głowy mamy rozciąganie umysłu 😉 Poszerza się zakres sytuacji, które potrafimy zaakceptować; rośnie przestrzeń naszej strefy komfortu; trudniej nam się zdenerwować i mamy więcej wyrozumiałości dla innych.

Dlaczego joga może pomagać w zaburzeniach nastroju?

  • zwiększa w mózgu ilość kwasu gamma-aminomasłowego (GABA), neuroprzekaźnika o działaniu hamującym w systemie nerwowym.  W 2007 roku w Boston University School of Medicine przeprowadzono legendarny już dziś eksperyment badania wpływu praktyki jogi na poziom GABA w mózgu. Uczestników podzielono na 2 grupy: jedna czytała magazyny a druga ćwiczyła przez godzinę jogę (różne rodzaje). W grupie jogującej poziom GABA wzrósł o niemal 30%. Co ma to wspólnego z leczeniem depresji? Ano to, że osoby cierpiące na zaburzenia nastroju często mają obniżony poziom GABA i jego wzrost sprzyja również poprawie samopoczucia.
  • dla naukowców: pozwala podnieść poziom energii w naturalny sposób. Jeśli dłużej praktykujecie zapewne zauważacie, że niektóre sekwencje dodają nam energii (aktywne vinyasy, mocne skręty, mocne wygięcia), a inne wyciszają (skłony, podparte wygięcia, stabilne pozycje odwrócone). W lekkiej depresji chorzy mają jeszcze siłę na podjęcie umiarkowanej aktywności fizycznej, ale najlepiej aby była ona mądra. Mądra czyli świadoma. Oddziaływanie poszczególnych asan na ciało i umysł nie jest żadną magią, lecz fizjologią. Wzrost energii lub efekt wyciszający jest związany z pobudzaniem lub hamowaniem Autonomicznego Układu Nerwowego, zmianą ciśnienia krwi czy pojemności oddechowej płuc. Zainteresowanym tematem od strony anatomii i nauki polecam lekturę książki „Anatomia Hatha Jogi” H. Davida Coultera 🙂
  • dla mistyków: reguluje przepływ prany w ciele. Pranę jogini rozumieją jako podstawową energię życiową, która  znajduje się w całym wszechświecie,a więc i w naszym organizmie. Według tradycyjnych przekazów zaburzenia w jej przepływie są powodem chorób i złego samopoczucia. Asany mają przygotować ciało do pracy z oddechem (pranayamą) i medytacją, aby pomagać energii krążyć swobodnie i odżywiać wszystkie komórki. Dla tych, do których nie przemawia koncepcja prany, pozostaje niepodważalny naukowo fakt, że od jakości naszego oddechu zależy jakość naszego funkcjonowania i procesy chemiczne zachodzące w mózgu. Osoby w stanie niepokoju, lęku czy własnie depresji mają tendencję do zbyt płytkiego oddychania. Wpływa to na bardzo niski poziom energii życiowej, utrzymuje organizm w stanie ciągłego niedotlenienia i pogłębia poczucie bezsilności i braku sił.
  • uczestnictwo w grupowych sesjach jogi buduje sieć społecznego wsparcia. Jednym z najsmutniejszych obrazów depresji jest niechęć  do utrzymywania kontaktów społecznych, odizolowanie i poczucie  głębokiego osamotnienia. Szkoły jogi często tworzą specyficzne osoby: które sporo przeszły, sporo przepracowały i mają dużo większą empatię dla drugiego człowieka. Kiedy czujemy się mile widziani, nie oceniani mimo naszych niedoskonałości, chętniej wracamy do takich miejsc. A wsparcie społeczne i poczucie przynależności jest jednym z najpotężniejszych „leków” antydepresyjnych
  • zwiększa umiejętność bycia w tu i teraz. Technika zakorzeniania w chwili obecnej jest jedną z podstawowych metod stosowanych w leczeniu zaburzeń lękowych i PTSD (Post Traumatic Stress Disorder). Umożliwia pacjentom zatrzymanie procesu ruminacji, uspokojenie ciała migdałowatego (struktury w mózgu, która odpowiada za uruchomienie
    reakcji walki lub ucieczki), wyciszenie systemu nerwowego i powrót do racjonalnego myślenia. W jodze nie robimy nic innego, jak próbujemy być właśnie obecni. Jeśli odpływasz myślami w jakiejś pozycji balansowej czeka Cię niechybnie gleba 😉 Zresztą na początku praktyki wszystko jest tak abstrakcyjne i często nieprzyjemne fizycznie, że nie da się od tego uciec. I to własnie jest nasz mindfulness
  • uczy szacunku do własnych ograniczeń jednocześnie dając siłę, aby je przełamywać. Depresja to często temat tabu. Sprawia, że czujemy się beznadziejni, gorsi, pozbawieni prawa szacunku dla samego siebie. Na macie zazwyczaj nie możemy zrobić wszystkiego modelowo. Czasami nie możemy zrobić czegoś w ogóle. I to nas uczy, że to jest ok : czegoś nie potrafić. Że doskonałość to iluzja. Że jednego dnia stoisz na głowie, a drugiego się boisz. A z czasem doświadczamy tego, że jakaś pozycja z kategorii „nigdy w życiu/nie dam rady” jest osiągalna. To uczy nasz mózg wytwarzać nowe połączenia, nowe ścieżki myślenia i działania, które depresja zaciera. Daje wiarę, że pomimo trudności zawsze może nadejść moment, gdy będzie lepiej 🙂

Na temat dobra płynącego z praktyki jogi w leczeniu zaburzeń nastroju powstały setki artykułów naukowych. W terapii jogą mamy specjalne sekwencje asan i pranayamy, które pomagają w leczeniu depresji. Ja mogę ręczyć za jej dobroczynne rezultaty swoim własnym przykładem. Nieraz w chwilach najgorszego zwątpienia wyciągałam matę i mam głębokie przekonanie, że to mnie zabierało z powrotem w stronę światła 🙂

Jednocześnie kolejny raz podkreślam, że joga może WSPIERAĆ tradycyjne metody leczenia depresji, ale nie powinna nigdy zastąpić profesjonalnej pomocy psychiatrycznej i psychologicznej.

Jeśli macie swoje przemyślenia na ten temat- podzielicie się proszę w komentarzach!

Namaste

Kamila

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1550830711003429

https://www.liebertpub.com/doi/abs/10.1089/acm.2007.6338

7 lekcji, jakich może udzielić Ci dyskomfort

„Pain is inevitable. Suffering is optional” Haruki Murakami

Znowu chwilę mnie nie było na blogu… Tempo życia i pracy, jakie sobie narzuciłam ostatnimi czasy nie dawało mi przestrzeni na pisanie. Hmm, generalnie nie dawało przestrzeni na wiele innych rzeczy. Od miesiąca ciągle czułam się osłabiona, co chwilę łapałam jakąś infekcję, aż w końcu moje ciało uznało, że zadecyduje za mnie i właśnie leżę chora złożona jakąś wybitnie rzadką odmiana anginy. Nie jest to najprzyjemniejszy stan 😉 Tym bardziej, że planowałam w tym tygodniu jeszcze intensywnie popracować (bo przecież potrzebuję zarobić na szkołę psychoterapii, na naprawę auta, na warsztaty itp.) a później odpocząć w górach swój jedyny wolny weekend.

Zamiast tego leżę z antybiotykiem obserwując empirycznie „Gwiezdne Wojny”, toczące się na moim migdałku. I właśnie dlatego postanowiłam dziś podzielić się wpisem o tym, jak akceptować w życiu dyskomfort. Zarówno ten codzienny, jak i ten ekstremalny, związany z odejściem bliskiej osoby, rozpadem relacji, chorobą. Bo skoro on się już pojawia na Twojej drodze, to zapewne ma w tym jakiś cel.

Czy cierpienie uszlachetnia?

Trudno jest mi się z tym zgodzić. Kiedy sama doświadczałam bólu i strachu związanego ze swoim zdrowiem bynajmniej nie czułam, żeby wspierało to proces mojego „oświecenia”. Raczej zamykało, kurczyło, oddalało od radości życia i sprawiało, że głównym pytaniem w moim życiu było „dlaczego, po co i jak długo jeszcze?”. Jednak z perspektywy czasu zauważam, że właśnie ten czas stał się dla mnie najbardziej rozwojowym momentem . Umiejętność zaakceptowania tego stanu była kamieniem milowym na mojej drodze poznawania siebie. Pamiętam, kiedy po operacji kręgosłupa, która zakończyła się powikłaniami dowiedziałam się, że wygląda na to, że robi mi się bliznowiec. Leżałam sama w zimową noc w szpitalu i myślałam sobie, że serio- nie chcę takiego życia. Życia, w którym mam 24 lata, od miesięcy z bólu nie mogę sama założyć butów, usiąść na krześle, a tu jeszcze mi mówią, że może być jeszcze gorzej. Pamiętam swój bunt i lęk o to, co będzie dalej. I ten moment, kiedy płacząc powiedziałam do siebie „ok, jest jak jest. Inaczej nie będzie na ten czas. Może nie będziesz mogła biegać, ale zawsze możesz pływać”. I to był ten moment, kiedy zebrałam siły i zaczęłam szukać drogi wyjścia. Moment, w którym nauczyłam się doceniać takie życie, jakie mam. I dużej mierze zawdzięczam tamtej nocy to, gdzie teraz jestem.

Dalej nie uważam, że cierpnie nie uszlachetnia. Uszlachetnia nas jednak nasze podejście do niego i to, jak potrafimy sobie z nim radzić. Dlatego warto zauważyć, co może dam przynieść mądre podejście do doświadczanego przez nas dyskomfortu. Mnie nauczył wiele:

Lekcja numer 1 : WDZIĘCZNOŚĆ Nauczyłam cieszyć się z najprostszych rzeczy. Z tego, że wstaję, nic mnie nie boli, mogę iść zarabiać, wyjść na własnych nogach na ten obślizły warszawski deszcz w lutowy poranek 🙂 To jest tylko tyle i AŻ TYLE.

Lekcja numer 2: USTAWIANIE PRIORYTETÓW W tym czasie zrozumiałam, jak ważne jest wsparcie najbliższych. Jak cenne jest to, że ktoś jedzie 1,5 g. podmiejskim autobusem, żeby potrzymać mnie za rękę. Wysyła smsa. Jak ważne są relacje oparte na prawdziwej obecności. Priorytetem jest dla mnie również moje zdrowie- wybieram taką pracę, taki styl życia, który je wspiera, a nie eksploatuje. Priorytetem jest dla mnie życie w zgodzie z tym, co mnie wzmacnia, dodaje energii, rozwija. Korzystać z każdej okazji, która cieszy moje serce. Bo naprawdę nie wiemy, ile mamy czasu na tej planecie.

Lekcja numer 3 : ROZWÓJ DUCHOWY  Kiedy nie mogłam się ruszać- nauczyłam się medytować. Nic innego mi nie pozostało i po lekturze kilku książek stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia 😉 Zrozumiałam też głębiej istotę jogi. Sens uważnej praktyki, pracy nad detalami, obecności. Tego, że pozycję można rozwijać bardzo subtelnie, oddechem, nawet gdy na zewnątrz nie zajdzie żaden fizyczny ruch. Zaczęłam pracować z wyobraźnią, podświadomością i intuicją. Jestem absolutnie pewna, że to była praca, która w głównej mierze dała mi siłę, aby się nie dać i pomogła stanąć na nogi.

Lekcja numer 4 : WEWNĘTRZNA SIŁA 
Tyle wiemy o sobieile nas sprawdzono” napisała Wisława Szymborska. Ludzie, w sytuacjach kryzysowych potrafią w sobie znaleźć zasoby sił, o które nigdy siebie nie podejrzewali. To skarb i kotwica, która nie raz pomogła mi w trudniejszych momentach. Kiedy świat się wywalał myślałam „Hej, jest ciężko, ale zobacz, z czym sobie poradziłaś, co przeszłaś, to też uniesiesz i jak wszystko- to też przeminie”.

Lekcja numer 5 EMPATIA Kiedy pracuję z osobami, które doświadczają bólu, fizycznego i  emocjonalnego jest mi łatwiej pomagać. Because „I’ ve been there, i know that.” Jednocześnie mam prawo z pełnym przekonaniem komuś powiedzieć „wiesz co, z tym można coś zrobić, tylko się nie poddawaj”, bo sama to przeszłam. Odczuwam też głębiej ludzkie emocje, dostrzegam subtelności, jakie pokazuje ciało. Jest mi łatwiej być bliżej drugiego człowieka.

Lekcja numer 6 SZACUNEK DO WŁASNYCH OGRANICZEŃ Choroba pozostawiła na moim ciele ślady, które sprawiają,  że pewne rzeczy są dla mnie niedostępne. Dzisiaj nie buntuje się przeciwko temu. Nie jestem w stanie wszystkiego kontrolować, układać wedle swojej myśli. Nie oznacza to bierności, ponieważ wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie kompletną abstrakcją, dziś mogę robić 🙂 Jednak na to potrzebny był czas i determinacja. Przenoszę to również na życie: jeśli coś kompletnie mi nie idzie mówię sobie „ok, widocznie nie jest to dla Ciebie na ten czas” i szukam innego wyjścia.

Lekcja numer 7: ZAUFANIE Nie jestem zwolenniczką przyjmowania z biernością wszystkiego, co zsyła na nas życie. Jestem przekonana, że robienie w swoim umyśle dramatu, kierowanie pretensji do świata i Boga, uciekanie przed problemem to strata energii. Ufam, że czasami pewne lekcje po prostu muszą się w naszym życiu przytrafić, aby wybić nas ze starych schematów. I to od nas zależy, jak do tych lekcji podejdziemy.

Przez większość swojego życia reagowałam na trudności dokładnie odwrotnie, spalając się, tracąc energię i siły. Z pełną odpowiedzialnością Wam powiedzieć, że odrabiając powyższe lekcje lżej mi się żyje 🙂

Na koniec jeszcze jedna, bardzo ważna uwaga. Pogodzenie z cierpieniem nigdy nie powinno oznaczać zamrożenia, bierności i otępienia. Niektórzy myślą, że człowiek na pewnym stopniu rozwoju powinien niczym się nie przejmować, nie okazywać emocji, tylko obserwować. W moim odczuciu to duży błąd! Nie wolno nie okazywać emocji, które pojawiają się w trakcie trudnych doświadczeń. To jedna z gorszych rzeczy, jakie można zrobić 🙁 Krzyk, złość, płacz, rozpacz, bunt jest zdrowym i naturalnym mechanizmem samoregulacji i usuwania napięcia, kiedy spada na nas coś trudnego. To ważne, aby znaleźć sobie bezpieczną przestrzeń (rodzina, przyjaciele, psycholog, grupa wsparcia) na wyrażenie i pobycie ze WSZYSTKIMI emocjami. Istotne jest to, żeby później z tego czerpać siłę do szukania rozwiązania, a nie pogrążać się w tym emocjonalnym koktajlu.

Życzę Wam dużo akceptacji i sił, wtedy kiedy będziecie ich potrzebować, ale jednocześnie- oby nie za często 🙂

Kamila

ps.na zdjęciu jestem w pozycji Supta Virasana, czyli jednej z najbardziej niewygodnych, jakie zna moje ciało. Kiedyś jej unikałam jak ognia, a dziś wykonuję bardzo chętnie. Dostrzegam, że właśnie to, co powoduje na macie największy dyskomfort, odpowiednio dopasowane przynosi mi największe korzyści. I z czasem potrzebuję coraz mniej wałków 🙂

Zdjęcie @justynatomczakfoto

Stres mieszka w ciele V: kiedy choruje głowa. Depresja.

Nie ma na świecie takiego leku, który nadałby sens życiu S. Kane 

To smutne zdanie bywa dobrze rozumiane przez sporą część ludzi, których codziennie mijasz na ulicy. Szacuje się, że na depresję cierpi kilkanaście procent społeczeństwa i dwukrotnie częściej zapadają na nią kobiety.  Odbiera siłę i chęć do życia, wolę przetrwania, zmienia świat w czarny worek bez dna. Czasami dopada w najmniej spodziewanym momencie życia, a czasami skrada się po chichu i jest jasną odpowiedzią na trudne doświadczenia życiowe. Smutek, apatia i marazm to naturalne etapy naszego życia. Depresja do nich nie należy- jest zaburzeniem psychicznym, wymagającym leczenia na wielu poziomach. W przeciwnym wypadku skutki mogą być bardzo poważne.

Smutek czy depresja? Jak je odróżnić?

  • smutek jest naturalną i zdrową reakcją na ból, trudne doświadczenia życiowe czy emocje.  Depresja to chroniczny stan, utrzymujący się przez dłuższy czas – bliższy poczuciu totalnej bezradności, niemocy, paraliżu.
  • smutek nie oddziaływuje na nasze zobowiązania- możesz być zrozpaczony, po śmierci kogoś bliskiego, ale dajesz radę iść do pracy, wykąpać dziecko, zrobić obiad. W depresji często chorzy nie są w stanie nawet podnieść się z łóżka.

Smutek w naturalny sposób przemija. Kiedy stan apatii, poczucia, że życie nie ma sensu, brak sił do umycia zębów utrzymuje się dłużej niż 2 tygodnie należy poszukać pomocy specjalisty.

Jak rozpoznać depresję?

ICD 10 (Międzynarodowaj Klasyfikacja Chorób) do najczęstszych klinicznych objawów epizodu depresji zalicza :

  • obniżony nastrój- najczęściej już od samego rana odczuwasz apatię, smutek, przygnębienie nieuzasadnione żadnymi konkretnymi czynnikami.
  • utrata zainteresowania zajęciami, które wcześniej przynosiły Ci radość
  • anhedonia, czyli zobojętnienie emocjonalne, kiedy masz poczucie, że cokolwiek się nie dzieje- jest Ci obojętne
  • bardzo niski poziom energii życiowej

Depresji bardzo często towarzyszą inne objawy również w ciele tj.

  • kłopoty ze snem : bezsenność lub bardzo długi sen
  • obniżenie apetytu (częstsze, niż nadmierny)
  • spowolnienie ruchów i wykonywania czynności
  • kłopoty z pamięcią, koncentracją
  • myśli samobójcze
  • obniżona samoocena; brak wiary w swoje możliwości

Jak poznać, że to depresja?

  • objawy występują przez min. 2 tygodnie
  • obserwujesz przynajmniej 2 główne objawy i 2 symptomy fizyczne
  • objawy mogą być też niespecyficzne: kluczem jest tu obserwacja swojego ciała i nastroju (lub bliskiej osoby)
źródło: http://online.synapsis.pl/Depresja-podstawowe-informacje/Przyczyny-etiologia-depresji.html

Skąd bierze się depresja?

Obecnie odchodzi się od obwiniania jednego czynnika, który może wywoływać depresję. W tradycyjnym ujęciu za przyczynę depresji uważa się zaburzenia w działaniu wewnątrzsynaptycznych mediatorów tj. serotoniny i dopaminy. Mocno upraszczając – nasz układ nerwowy nie potrafi prawidłowo wykorzystać hormonów „szczęścia”, które odpowiadają min. za nasze dobre samopoczucie. To tak, jakby budować dom: na ciężarówce leżą cegły, ale nie ma drogi, po której można je przewieźć na plac budowy. Nasze zachowanie i stan psychiczny jest w dużej mierze pochodną koktajlu hormonów i sprawnego działania neuroprzekaźników:

https://brief.pl/biohacking-czyli-o-tym-jak-suplementowac-szczescie-sukces-i-dobre-samopoczucie/

Jednak obecnie dużo bardziej podkreśla się rolę wielu czynników, które sprzyjają wystąpieniu depresji:

  • predyspozycje genetyczne (niektóre odmiany genów (alleli), mogą utrudniać prawidłowe działanie neurotransmiterów)
  • doświadczenia społeczne z okresu dzieciństwa (trudne i długotrwałe wydarzenia w dzieciństwie „przewrażliwiają” układ nerwowy, który nadmiernie reaguje na wydarzenia stresowe)
  • określony typ osobowości, który cechuje pesymizm, krytycyzm, perfekcjonizm, zewnątrzsterowność, niezdolność do wyrażania emocji i tłumienie trudnych uczuć w sobie
  • nadwrażliwość układu nerwowego i hormonalnego na światło słoneczne / jego brak
  • doświadczanie długotrwałego stresu lub nagłego traumatycznego wydarzenia może zdestabilizować mechanizmy regulacji nastroju i emocji w mózgu i sprzyjać powstaniu depresji
  • czynniki hormonalne (menopauza, ciąża)
  • przyjmowanie pewnych leków, które oddziaływują na układ nerwowy; pewne choroby; urazy fizyczne głowy

Dużą uwagę zwraca się dziś na to,że depresja często jest poprzedzona latami doświadczania stresu, który (w nadmiarze) rozregulowuje nasz układ nerwowy, hormonalny i odpornościowy. Trwanie w stanie „walcz lub uciekaj” powoduje stałe wydzielanie kortyzolu, adrenaliny, cytokin prozpalnych. Więcej pisałam o tym w poprzednim wpisie http://streso-terapia.pl/stres-mieszka-w-ciele-ii-choroby-tarczycy-hashimoto-a-stres/ Naczelnym mechanizmem do którego dąży nasz organizm jest równowaga. Kiedy jej braknie odbija się to na każdym poziomie naszego funkcjonowania min.na psychice.

Depresja WYMAGA LECZENIA I OPIEKI SPECJALISTÓW. To nie jest zwykłe przygnębienie. Nie mówcie komuś, żeby wziął się w garść, kiedy ktoś czuje, że nie ma ręki…Nieleczona depresja może mieć fatalne skutki. Ale istnieje wiele sposobów terapii, leczenia. Depresja to nie wyrok. Tylko potrzeba działać i tym, jak to zrobić zajmę się w kolejnym wpisie 🙂

Kamila

źródła:
1.  Rajewska-Rager A., Rybakowski J. Rola stresujących wydarzeń życiowych w patogenezie depresji. Neuropsychiatria i Neuropsychologia 2008; 3, 3–4: 147–152.

2. Godlewska B. R.: Genetyka i psychiatria w praktyce lekarskiej. Psychiatria w Praktyce Ogólnolekarskiej 2007, 7 (2), 97-109.

3. http://online.synapsis.pl/

Czy pozytywne myślenie może szkodzić?

Czas Świąt to moment, kiedy wielu z nas kupuje na prezent książki. Od lat na szczycie bestsellerów wygrywają poradniki dotyczące tego, jak „zmienić swoje życie w 10 dni”,  a w tydzień uleczyć wszystkie dotychczasowe problemy. Za chwilę też Nowy Rok, a więc czas postanowień, wprowadzania zmian i życzenia sobie, aby „ten rok był lepszy, niż poprzedni.” No dobrze, i ode mnie czasami można usłyszeć, żeby skupiać się na tym, co dobre, a nie szukać problemów 🙂

Pozytywne myślenie jest z pewnością wartościową umiejętnością. Czasami naprawdę potrzebujemy usłyszeć, że „wszystko się ułoży” i pomaga nam to odzyskać na chwilę siłę do dalszej pracy.  Zaakceptować, że trudniejsze chwile są taką samą częścią życia, jak te dobre i iść dalej. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy zamiast skonfrontować się z problemem, uciekamy od niego afirmując do siebie „na pewno sam się rozwiąże/ sam się uzdrowi/ samo przyjdzie”.  Pozytywne afirmacje nie uzdrowią relacji, która umiera w środku. Ani nie sprawią, że pokochasz pracę, której nie znosisz. Również raczej nie zrobisz kontraktu swojego życia, jeśli nie zaczniesz szukać możliwości biznesowych i klientów.

Zdarza mi się usłyszeć od uczniów „Kamila, próbowałem przez to przejść zmieniając swoje nastawienie, ale to nie działa”. I nigdy nie zadziała- jeśli mierzysz się z np. obniżonym nastrojem, będącym początkiem depresji, to masz do czynienia z dysfunkcją działania Twojego mózgu. Tu potrzebne jest profesjonalne wsparcie terapeutyczne, a nie afirmacje. Podobnie, kiedy powtarzamy pakowanie się w nieodpowiednie relacje. Pozytywne myślenie może dać siłę do przepracowania pewnych schematów, które nas tam zapraszają, ale nie zastąpi pracy nas sobą.

W naszej kulturze lubimy mieć rozwiązania ekspresowe, załatwiające w 5 min. tematy, które wymagają pracy przez 5 dni, tygodni czy miesięcy. Boli brzuch od tego, że jesz przetworzone śmieciowe jedzenie? Nie szkodzi, weź tabletkę, zamiast zacząć zmieniać swoje nawyki”. Imprezujesz i wiesz, że będziesz mieć kaca?Spoko, dorzuć sobie pigułkę zanim zaczniesz pić, będzie mniej bolało rano”. Podobne podejście cechuje niekiedy ludzi, kiedy zamiast dotarcia do źródła swoich kłopotów, próbują dostać taki psychologiczny fast-food. A za dużo fast- foodów zawsze kończy się dla nas niedobrze…

No dobrze, a co z wizualizacjami czy treningiem mentalnym, stosowanym przez sportowców? To wspaniałe narzędzia, tylko również nie zastąpią pracy. Żaden sportowiec nie pobił jeszcze rekordu świata od tego, że popijał drinka, wyobrażając sobie wiwatujące tłumy na trybunach. Trening mentalny bazuje na posiadanych już umiejętnościach i wyobrażaniu sobie krok po kroku czynności, jakie będzie wykonywał na zawodach. Podobnie wizualizacje- są ogromnym skarbem dla naszego mózgu, który nie do końca umie odróżnić nasze fantazje od realiów. Uruchamia wówczas podobne działanie układu nerwowego. Dlatego wyobrażając sobie sytuacje stresujące naprawdę odczuwamy niepokój, a myśląc o czymś przyjemnym- radość. Ja również stosowałam wizualizacje, kiedy po operacji kręgosłupa długo nie mogłam normalnie funkcjonować. Wyobrażałam sobie siebie, biegnącą po lesie, ale przez kolejne 1,5 roku przez całe miasto jechałam na rehabilitację i ćwiczyłam dając z siebie 100%.

Jako nauczycielka jogi często obserwuję też tendencję, gdy praktyka jogi i medytacja stają się ucieczką od bycia przy tym, co trudne. Wspaniale jest umieć na chwilę wyłączyć głowę i uspokoić emocje. Jednak po zejściu z maty wracamy do życia. Pozytywne myślenie czy kierowanie się wszechogarniającą miłością może nas również oddalać do prawdy. W życiu istnieją też trudne chwile, jak śmierć, rozstanie, niepowodzenia, choroby, które są elementarną częścią życiorysu. Jeśli uwierzymy, że powinniśmy czuć tylko dobre emocje, zachowywać stoicki spokój wobec tego, co nas boli, to stwarzamy w sobie tylko więcej frustracji, gdy nie dorastamy do tego wzoru.

Ani joga, ani medytacja nie polega na tym, żeby stać się robotem, który nie reaguje na to, co się pojawia. Efektem prawdziwej i uważnej praktyki jogi jest umiejętność obserwacji swoich emocji, pozwalanie im na przepływanie i na odchodzenie. Zrozumienie, że na wszystko jest przestrzeń, również na tą ciemną stronę życia. Wybaczenie jest niezbędne, aby pójść przed siebie bez bagażu żalu i złości, która nas zjada od środka. Ale najpierw powinno mu towarzyszyć świadome poczucie tych wszystkich emocji. Wysyłanie miłości, okazywanie zrozumienia, jeśli jednocześnie czujemy gniew czy smutek, to oszukiwanie samego siebie.

Zatem życzę wszystkim na nadchodzący czas przede wszystkim prawdy, bo to z niej właśnie płynie miłość, która niczego nie oczekuje.

Kamila