Archiwum kategorii: emocje

Czy pozytywne myślenie może szkodzić?

Czas Świąt to moment, kiedy wielu z nas kupuje na prezent książki. Od lat na szczycie bestsellerów wygrywają poradniki dotyczące tego, jak „zmienić swoje życie w 10 dni”,  a w tydzień uleczyć wszystkie dotychczasowe problemy. Za chwilę też Nowy Rok, a więc czas postanowień, wprowadzania zmian i życzenia sobie, aby „ten rok był lepszy, niż poprzedni.” No dobrze, i ode mnie czasami można usłyszeć, żeby skupiać się na tym, co dobre, a nie szukać problemów 🙂

Pozytywne myślenie jest z pewnością wartościową umiejętnością. Czasami naprawdę potrzebujemy usłyszeć, że „wszystko się ułoży” i pomaga nam to odzyskać na chwilę siłę do dalszej pracy.  Zaakceptować, że trudniejsze chwile są taką samą częścią życia, jak te dobre i iść dalej. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy zamiast skonfrontować się z problemem, uciekamy od niego afirmując do siebie „na pewno sam się rozwiąże/ sam się uzdrowi/ samo przyjdzie”.  Pozytywne afirmacje nie uzdrowią relacji, która umiera w środku. Ani nie sprawią, że pokochasz pracę, której nie znosisz. Również raczej nie zrobisz kontraktu swojego życia, jeśli nie zaczniesz szukać możliwości biznesowych i klientów.

Zdarza mi się usłyszeć od uczniów „Kamila, próbowałem przez to przejść zmieniając swoje nastawienie, ale to nie działa”. I nigdy nie zadziała- jeśli mierzysz się z np. obniżonym nastrojem, będącym początkiem depresji, to masz do czynienia z dysfunkcją działania Twojego mózgu. Tu potrzebne jest profesjonalne wsparcie terapeutyczne, a nie afirmacje. Podobnie, kiedy powtarzamy pakowanie się w nieodpowiednie relacje. Pozytywne myślenie może dać siłę do przepracowania pewnych schematów, które nas tam zapraszają, ale nie zastąpi pracy nas sobą.

W naszej kulturze lubimy mieć rozwiązania ekspresowe, załatwiające w 5 min. tematy, które wymagają pracy przez 5 dni, tygodni czy miesięcy. Boli brzuch od tego, że jesz przetworzone śmieciowe jedzenie? Nie szkodzi, weź tabletkę, zamiast zacząć zmieniać swoje nawyki”. Imprezujesz i wiesz, że będziesz mieć kaca?Spoko, dorzuć sobie pigułkę zanim zaczniesz pić, będzie mniej bolało rano”. Podobne podejście cechuje niekiedy ludzi, kiedy zamiast dotarcia do źródła swoich kłopotów, próbują dostać taki psychologiczny fast-food. A za dużo fast- foodów zawsze kończy się dla nas niedobrze…

No dobrze, a co z wizualizacjami czy treningiem mentalnym, stosowanym przez sportowców? To wspaniałe narzędzia, tylko również nie zastąpią pracy. Żaden sportowiec nie pobił jeszcze rekordu świata od tego, że popijał drinka, wyobrażając sobie wiwatujące tłumy na trybunach. Trening mentalny bazuje na posiadanych już umiejętnościach i wyobrażaniu sobie krok po kroku czynności, jakie będzie wykonywał na zawodach czy treningu. Podobnie wizualizacje- są ogromnym skarbem dla naszego mózgu, który nie do końca umie odróżnić nasze fantazje od realiów. Uruchamia wówczas podobne działanie układu nerwowego. Dlatego wyobrażając sobie sytuacje stresujące naprawdę odczuwamy niepokój, a myśląc o czymś przyjemnym- radość. Ja również stosowałam wizualizacje, kiedy po operacji kręgosłupa długo nie mogłam normalnie funkcjonować. Wyobrażałam sobie siebie, biegnącą po lesie, ale przez kolejne 1,5 roku przez całe miasto jechałam na rehabilitację i ćwiczyłam dając z siebie 100%.

Jako nauczycielka jogi często obserwuję też tendencję, gdy praktyka jogi i medytacja stają się ucieczką od bycia przy tym, co trudne. Wspaniale jest umieć na chwilę wyłączyć głowę i uspokoić emocje. Jednak po zejściu z maty wracamy do życia. Pozytywne myślenie czy kierowanie się wszechogarniającą miłością może nas również oddalać do prawdy. W życiu istnieją też trudne chwile, jak śmierć, rozstanie, niepowodzenia, choroby, które są elementarną częścią życiorysu. Jeśli uwierzymy, że powinniśmy czuć tylko dobre emocje, zachowywać stoicki spokój wobec tego, co nas boli, to stwarzamy w sobie tylko więcej frustracji, gdy nie dorastamy do tego wzoru.

Ani joga, ani medytacja nie polega na tym, żeby stać się robotem, który nie reaguje na to, co się pojawia. Efektem prawdziwej i uważnej praktyki jogi jest umiejętność obserwacji swoich emocji, pozwalanie im na przepływanie i na odchodzenie. Zrozumienie, że na wszystko jest przestrzeń, również na tą ciemną stronę życia. Wybaczenie jest niezbędne, aby pójść przed siebie bez bagażu żalu i złości, która nas zjada od środka. Ale najpierw powinno mu towarzyszyć świadome poczucie tych wszystkich emocji. Wysyłanie miłości, okazywanie zrozumienia, jeśli jednocześnie czujemy gniew czy smutek, to oszukiwanie samego siebie.

Zatem życzę wszystkim na nadchodzący czas przede wszystkim prawdy, bo to z niej właśnie płynie miłość, która niczego nie oczekuje.

Kamila

 

Yamy – 5 zasad moralnych jogi, które pomagają mi być lepszym człowiekiem

Mity dotyczące jogi. Spotkałam się z wieloma: „joga to grzech, moja wiara nie pozwala mi ćwiczyć”;  „joga to religia, a ja jestem ateistą”; „po co komu filozofia z Azji, mam swoją, słowiańską” itp. Mimo to coraz więcej osób staje na macie. Pomimo trudności na początku prakytki (What?! Mam cofnąć dolne żebra i unieśc lewą nerkę?!Co oni palą w tych kadzidłach przed zajęciami? ) jakoś wraca na matę 😉 Często dzieje się tak nie tylko z powodu ewidentnych korzyści związanych z mądrą praktyką, jak zmniejszenie bólów kręgosłupa, odczucia rozluźnienia w ciele, unikaniu kontuzji, poprawie sprawności. Powodem bywają również zmiany, jakie zaczynasz dostrzegać w swoim życiu: w jakości relacji z ludżmi, ze światem, ze sobą.

Joga, jaką znamy na Zachodzie, jest wycinkiem tego, z czego wyrasta. W naszej kulturze ogromną uwagę przywiązujemy do wyglądu zewnętrzengo, a umysł mamy tak rozbiegany, że w zasadzie jedynie koncentracja na ciele pozwala nam rozpocząć przygodę z jogą. Jednak asany to jedynie jeden z elementów prawdziwej jogi. W trakcie moich podrózy po Indiach wielokrotnie widziałam starszych joginów z pokaźnym brzchem, którzy potrafili godzinami medytować. I raczej nie wykonaliby przejścia ze stania na rękach do kija przez bekasanę;-)

Hindusi z lekkim politowaniem patrzą na zachodnią wersję jogi, która często sprowadza się do dążenia do jakiegoś fizycznego modelu asany i zdjęć w szpagacie w obcisłych leginsach na Instagramie. Często towarzyszy jej napięcie niczym nieróżniące się od ciśnienia, jakie mamy na co dzień w pracy, czy presji kultury na idelany wygląd. Tymczasem pierwszym poziomem ośmiostopniowej ścieżki jogi Patandżalego wcale nie są asany tylko uniwersalne zasady moralne zwane yamami. Zresztą niewiele odbiegające od zasad, jakie możemy znaleźć w każdej religii. I dopiero kiedy  umiemy je stosować możemy stanąc na macie, praktykując ćwiczenia oddechowe i asany. Oczywiście zdecydowana większość ludzi (tak ja i ja) pierwszą przygodę na macie zaczęła od syczenia z bólu przy rozciąganiu tyłów nóg. Nie ma w tym nic złego. Jednak najdoskonalsza asana nie będzie mieć w sobie ducha jogi, jeśli nie zaczniemy patrzeć na nią przez pryzmat yam.

I tak często się dzieje, że te zasady niepostrzeżenie przenikają do Twojego życia. Odkąd praktykuję jogę coraz wyraźniej widzę, jak bardzo pomagają mi one żyć lepiej. W większym spokoju, zaufaniu, wolności i prawdzie. Dlatego chętnie się dzielę swoim doświadczeniem. Bo ja dużo częściej praktykuję jogę poza matą, kiedy życie sprawia, że niespodziewanie sięgam głową do ziemi 🙂

5 zasad moralnych jogi. YAMY.

  • AHIMSA. Niekrzywdzenie. Dużo osób naturalnie przechodzi na dietę bez mięsa. Zaczyna zwracać uwagę na troskę o przyrodę, środowisko, zwierzęta. Według mnie jednak bycie weganinem wcale nie oznacza, że stsoujesz ahimse.  Szczerze, to wzajemne hejty zwolenników vege kontra paleo nie mają dla mnie nic wspólnego z ahimsą… Ponieważ niekrzywdzenie obejmuje przede wszystkim CIEBIE. Czyli szanujesz swoje ograniczenia w ciele i w głowie. Najpierw nie robisz na siłę asany. Poźniej wychodzisz z relacji, która Ciebie rani. Stawiasz granice. Uczysz się kochać siebie. A dzięki temu prawdziwiej i szczerzej umiesz pokochać innych. Bo nie robisz tego z poczucia winy, obowiązku, strachu tylko wybierasz bycie bliżej, bo tak jest lepiej.

  • SATAJA. Prawda. Agghh. Jakie to bywa trudne na początku… Umieć odważnie powiedzieć prosto w oczy sobie samej, że to nie jest mój scenariusz na życie. Na związek. Na pracę. Odpadaja kolejne warstwy błota, które nam ktoś nawrzucał, bo jemu też powiedzili, że bez błota się nie da-no nie wypada! To przecież jakbyś stał nagi… Ale później jest lżej, a błoto spływa, zanim zdąży zaschnąć 🙂

  • ASTEJA. Niekradzenie. Uczciwość. Brak zazdrości. Nie interesuje mnie, czy ktoś obok zakłada nogę na głowę.Albo ma kaloryfer na brzuchu. Albo wspaniały związek, dzieci, świetnie płatną pracę. To ja jestem swoim własnym punktem odniesienia. Doskonalę się dla samej siebie. Cieszy mnie szczęście innych ludzi, bo wiem, że im więcej dobra i miłości wokół mnie, tym świat staje się lepszy.

  • BRAHMACZARJA. Wstrzemięźliwość. Nie chodzi tylko o jej seksulany aspekt. Oznacza to również pohamowanie ciała, mowy i myśli, tak, aby zachowaną energię wykorzystywać na drodze własnego rozwoju. Bo słowa i myśli mają moc. Potrafią ranić, potrafią wzmacniać. Mniej mówienia, więcej działania. To także powściąganie swojego ciała w praktyce- wybieranie asan, które są dla nas trudne, a nie powtarzanie tylko tego, co dla nas łatwe.

  • APARIGRAHA. Niegromadzenie. W trakcie moich podróży doświadczam, jak niewiele potrzeba mi do życia. Przez wiele tygodni mogę zmieścić całe życie w plecaku. Podobnie w życiu. O ile jest lżej kiedy nie zagracam domu zbędnymi gadżetami, nie kupuję kolejnych leginsów, kosmetyków, nie potrzebuję nowszego samochodu. Dotyczy to także relacji- żegnam te, które mi już nie służą. Na ich miejsce pojawiają się ludzie, którzy pomagają mi wzrastać. Na macie nie chcę już robić nic na siłę, byle więcej i mocniej. Zachłanność w praktyce prowadzi do kontuzji. Zachłanność w posiadaniu w życiu bywa równie niebezpieczna.

Dla mnie joga nie ma nic wspólnego z religią. Moją religią jest wiara w dobro, w miłość, w podążanie ścieżką serca. Można to nazwać Bogiem, chrześcijaństwem, buddyzmem, moralnością,przepływem lub przykazaniami Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Interesuje mnie, jakim jestem człowiekiem i jak przeżywam swoje życie, co ono wnosi dla innych.  Z czym odejdę z tej ziemi. Jak powiedział Dalajlama XIV : Moja religia jest prosta. Nie wymaga kamiennych świątyń, nie wymaga filozoficznych dociekań. Świątynia jest nasz umysł i nasze serce; filozofią – dobroć.

Kamila

zdjęcie Kasia Czajkowska

„Chciałem inaczej, wyszło- jak zawsze”. Czyli dlaczego powtarzamy te same błędy w związkach?

Na pewno to znacie. Bardzo tego nie chcieliście, obiecywaliście sobie, że to już ostatni raz: „znowu trafiłam na synka mamusi”, „kolejny emocjonalny oszołom”, „to była straszna kobieta- bluszcz”, „jakbym widziała swojego ojca”. Przecież tyle raz nam się już to zdarzyło- wiemy, jak to się może skończyć. A jednak uparcie wracamy do tego samego schematu. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego powtarzamy te same błędy w relacjach?

Im mocniej eksploruję świat psychoterapii, uczę się, rozmawiam, doświadczam a (przede wszystkim!)- żyję, tym wyraźniej widzę, że problemy w związkach mają mocny związek z naszym dzieciństwem. Psychologowie i terapeuci są zgodni, że ten okres bardzo mocno warunkuje nasze późniejsze relacje. Dostrzeżenie pakowania się w stare schematy pozwala nam uwolnić się od przeszłości i zwrócić ku prawdziwym, dorosłym związkom.

1. „Jesteś, taka sama, jak Twoja matka!”

Jak napisał Aleksander Lowen: „Dziecko, którego potrzeby nie były zaspokojone wyrasta na potrzebującego dorosłego – czuje, że potrzebuje kogoś, kto trwałby przy nim i żył dla niego”. Oznacza to, że w dorosłym życiu wciąż możemy szukać w partnerach zaspokojenia potrzeb niezrealizowanych w dzieciństwie. Wiązać się z wiecznie kontrolującymi nas facetami (jak tata) albo z nieobecnym i zimnymi kobietami (jak mama). Nieważne, że to prawdopodobnie było i jest dla nas raniące. Nasza nienazwana potrzeba z dzieciństwa może w ten sposób domagać się uleczenia. To jest jednak niemożliwe w relacji, ponieważ nigdy już nie będziemy z powrotem małą dziewczynką albo chłopcem. Trzeba uznać przed samym sobą „to, co było minęło i nie wróci.” Wziąć odpowiedzialność za pracę nad tymi obszarami, które wymagają uwagi i wyjść z kręgu nieustannego powtarzania schematu.

2. „Zrobił ze mnie służącą!”

Zrzucanie winy na partnera to bardzo wygodna strategia. Najczęściej oznacza, że to ja nie potrafię postawić granicy, zadbać o swoje potrzeby. Czyli to nie on ze mnie zrobił służącą, tylko ja dałam mu prawo do zrobienia z siebie służącej. Jeśli mamy wtłoczone do głowy, że relacja oznacza poświęcanie się, to trudno będzie nam stworzyć równy związek, gdzie „śmieci wyrzucają się same.” Dojrzała asertywność to nie zgniły kompromis, ale uznanie tego, że „ja mam prawo prosić, a ty masz prawo odmówić. Ty masz prawo prosić, a ja mam prawo odmówić”. A jeśli proszę lub odmawiam zbyt często, to może jestem z osobą, z którą jest nam nie po drodze

Aleksander Lowen pisał, że punktem wyjścia do takiej postawy jest min. umiejętność sięgania po coś w dzieciństwie. Czy kiedy sięgaliśmy po coś ręką, to spotykało się to z akceptacją ze strony dorosłego? Czy zostawiono nas z poczuciem frustracji i smutku, że „mi się nie należy, nie mam po co wyciągać ręki”?

3. „Lepsze zło znane niż nieznane”

Zmiana to ryzyko. Zaproszenie do wyjścia poza to, co wbudowało się w schemat naszego dotychczasowego postępowania. Dlatego osoby, które wyrosły z rodzinach, gdzie była przemoc, często same wybierają dla siebie podobnych partnerów. Ponieważ nieświadomie poszukują tego, co znane. A to, co znane, jest zazwyczaj bezpieczne. Nieważne, że to taka namiastka bezpieczeństwa, bo przecież trudno o nie, kiedy żyję w lęku. Odtwarzanie roli może być cholernie męczące, ale jednak zapamiętałem dobrze te dialogi, scenografię i kostiumy, więc w pewien sposób jest mi wygodniej, niż uczyć się na nowo.

4. „Tym razem będzie inaczej”

Nasza nieświadoma część wciąż może mieć nadzieję, że zmieni bieg scenariusza z dzieciństwa. Przeżyć niekompletną relację na własnych zasadach, odczarowując przeszłość. Jest to oczywiście niemożliwe. Tą pracę można zrobić jedynie samemu ze sobą, przy wsparciu terapeuty lub inną drogą, która nas przekonuje. Powiedzieć sobie „ok, dzieciństwo było słabe, przykro mi. Ale już tam nie wrócę”. Mamy jednak pełno prawo i autonomię, aby już jako dorosły pożegnać tamten etap i pójść dalej. W innym wypadku za każdym razem będzie trafiać na osoby, które „okażą się znowu takie same”.

5. „Bez Ciebie nie istnieję”

Kiedy nasza potrzeba bliskości, akceptacji i miłości nie była zaspokojona możemy traktować partnera instrumentalnie. Danuta Golec piszę o tym dosadniej, mówiąc że partner przypomina „protezę”, która ma wypełnić to brakujące miejsce. Możemy więc wtłaczać się np. w rolę dziecka, które potrzebuje opieki i wybierać takie osoby, w których dominować będzie postawa opiekuńczości. Albo w rolę wiecznie rozumiejącej mamusi, która ukoi wszystkie smutki partnera (tak jak kiedy będąc dzieckiem pełniliśmy rolę powiernika trosk rodzica). Choć takie związki, mogą być bardzo trwałe, bo dwoje ludzi świetnie odgrywa swój dziecinny teatr, to jednak nie będzie to dojrzała miłość. Nie stworzy się tu żadna przestrzeń na rozwój i zrzucenie masek, a na tym polega dorosłe bycie ze sobą.

Cokolwiek więc dzieje się z naszych relacjach zawsze mówi nam o tym, jaki mamy związek z samym sobą. Nie chodzi o to, aby wiecznie taplać się w traumach z przeszłości, bo życie to nie problem do rozwiązania, ale przygoda do przeżycia 🙂 Jednak prawdziwe uznanie swoich krzywd pozwala tworzyć relacje dające przestrzeń na bycie w prawdzie ze sobą i drugim człowiekiem.

Kamila

ps. Inspirowałam się lekturą książek (poza swoim życiem) 😉  Aleksandra Lowena „Radość” i „Przyjemność” oraz wywiadem z Danutą Golec z książki „Żyj wystarczająco dobrze” Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego

Stres mieszka w ciele III: choroby tarczycy, Hashimoto i stres

Dziś powracam do tematu, o który chyba pytacie mnie najczęściej w kontekście chorób związanych z długotrwałą ekspozycją na stres. Tarczycy. Wydaje się, że to już standard, że kobiety mają niedoczynność albo Hashimoto, czyli autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Oczywiście istnieje szereg przyczyn niezwiązanych z psychiką jak np. czynniki środowiskowe, skażenie środowiska i pokarmu, predyspozycje genetyczne. Jednak większość lekarzy zapisuje pacjentom hormony i mówi „tego się nie da wyleczyć” (tak jak ja usłyszałam i uparłam się, że pewnie się da 😉 ). Tymczasem leczenie chorób związanych z funkcjonowaniem nadnerczy (a choroby tarczycy są z tym niezwykle silnie powiązane) bez zmian trybu życia nie może dać pozytywnych rezultatów. Przypominam, że nie jestem lekarzem i nie doradzam w kwestiach kłopotów z tarczycą. Dzielę się jedynie swoim doświadczeniem oraz wiedzą na temat związku stresu i problemów zdrowotnych.

Dlaczego stres rozregulowuje tarczycę?

1. Wielką trójka: podwzgórze- przysadka- nadnercza a problemy z tarczycą

Podwzgórze to rejon w mózgu, który odpowiada za wydzielanie hormonów w naszym organizmie. Informuje przysadkę mózgową o tym, jak ma zarządzić działaniem wielu organów w naszym ciele np. wątroby, nerek czy właśnie nadnerczy. Nadnercza są to małe gruczoły umiejscowione na nerkach, które produkują adrenalinę, noradrenalinę i dopaminę oraz glikokortykoidy, mineralokortykoidy i androgeny. Nie wchodząc w detale chemiczne te hormony są niezbędne do życia i utrzymania prawidłowej gospodarki hormonalnej. Dlatego wszelkie problemy z funkcjonowaniem osi podwzgórze- przysadka- nadnercza dość wyraźnie implikują kłopoty z tarczycą.

2. Stres i „wielka trójka”

W sytuacji stresu nasz organizm aktywuje podwzgórze, które wyzwala szereg reakcji w organizmie z cyklu „walcz lub uciekaj”. Jeśli faktycznie następuje walka lub ucieczka, a hormony w szybki i fizjologiczny sposób są usunięte z ciała- to wracamy do stanu równowagi. Więcej pisałam o tym tu. Niestety, większość współczesnych ludzi nie walczy ani nie ucieka fizycznie, tylko pozostaje przykutymi do fotela, zagryzając zęby ze złości lub dusząc w sobie emocje. I tu zaczynają się spore kłopoty:

3. Odpowiedź układu hormonalnego na stres:

Podobny obraz
https://briewieselman.com/adrenal-fatigue-part-3-adrenal-fatigue-is-actually-a-brain-problem/

→podwzgórze dostaje informację o zagrożeniu

→wydzielają się hormony aktywujące w rdzeniu nadnerczy produkcję adrenaliny i noradrelaniny

→kora nadnerczy wydziela kortyzol i aldosteron

→adrenalina zwęża naczynia krwionośne, wzrasta ciśnienie krwi, aby większy dopływ krwi i tlenu do mózgu pomógł w przeżyciu

→zwiększa się produkcja glukozy i wzrasta odporność na insulinę, aby szybciej dostarczać paliwo do mięśni

Wygląda niewinnie, co nie?

Ale…

Jeśli taka sytuacja utrzymuje się zbyt długo i za często (przypomnij sobie, ile razy w ciągu dnia stresujesz się np. korkiem, spóźnieniem, sprzeczką z dzieckiem, mailem od szefa itp.) nadnercza nie mają już mocy przerobowych. Nieustannie wydzielają kortyzol i jednocześnie „tracą siłę” do równoważenia jego sekrecji DHEA. DHEA (uwaga trudne słowo: dehydroepiandrosteron) to tzw. hormon młodości najsilniej wydzielany do 20 roku życia. Kortyzol i DHEA to jak słońce i księżyc. Oba potrzebne, ale w odpowiednim czasie i ilości 🙂 DHEA neutralizuje negatywne efekty wydzielania kortyzolu i redukuje skutki stresu. Kiedy nadnercza są już umęczone ciągłą stymulacją może dojść do ich wyczerpania. I tu zaczyna się poważny kłopot (o wyczerpaniu nadnerczy na skutek stresu i konsekwencjach- więcej w kolejnym wpisie)

!!! uwaga: bardzo intensywny i długotrwały wysiłek + niedostateczna regeneracja to prawie pewny wzór na zbyt wysoki poziom kortyzolu. Wszyscy trąbią, że wysiłek i sport jest dobry, ale mało kto uwrażliwia na to, jaki konkretnie powinien on być, aby nie pogłębiać kłopotów z tarczycą.  Więcej na temat czy i dlaczego zbyt intensywny trening może nam szkodzić napisałam w tym wpisie.

4. Zmęczone nadnercza a tarczyca

Kortyzol w nadmiarze zaburza prawidłową pracę tarczycy poprzez blokowanie wydzielania TSH (w dużym skrócie- dokładniej mówiąc utrudnia  T4 przemianą w w aktywny T3). Aby pomóc mięśniom otrzymać zastrzyk energii uwalnia z nich aminokwas- glutaminę, która min. chroni także ścianę jelita i uszczelnia jego barierę. To wyjaśnia, dlaczego często problemom z tarczycą towarzyszą kłopoty z trawieniem, cieknące jelito i zaburzenia wchłaniania. Utrudnia DHEA prowadzenie procesów naprawczych tkanek (dlatego każdy zawodowy sportowiec wie, że bez odpowiedniej regeneracji i odpoczynku nie ma co liczyć na przyrost mięśni czy siły). Nadmiar kortyzolu zmniejsza również odporność, powodując spadek wydzielania IgA- immunoglobulin wspierającym pokonanie wirusów i bakterii. W skrajnym wypadku organizm ma już tak rozregulowany układ immunologiczny, że nie rozróżnia własnych tkanek od cudzych. Niski poziom kortyzolu może nadmiernie eksponować Th-1 (limfocyty), a rezultatem tego jest wzmożona produkcja cytokin prozapalnych. Jednym słowem ciało „głupieje” i zaczyna atakować samo siebie, czyli powoduje choroby autoimmunologiczne jak np. Hashimoto.

W pewnym momencie nadnercza nie mają już nawet siły, aby produkować kortyzol, o jaki prosi przysadka i wtedy dochodzi do ich wyczerpania. Kortyzol jest przesadnie niski, podobnie jak jego odwrotność- DHEA, co całkowicie załamuje funkcjonowanie organizmu. Jak to zauważyć (a raczej się nie da nie zauważyć 🙁 ) i jak sobie pomóc napiszę wkrótce.

5. Podsumowanie: problem z tarczycą często NIE jest problemem z tarczycą- lecz problemem ze stresem i naszymi emocjami

Lekarze często traktują człowieka jak maszynę, gdzie szwankują poszczególne części. Patrzą na wyniki badań i wypisują syntetyczne hormony tarczycy mówiąc” no to będzie je pani brać już do końca życia”. A pacjenci, mimo początkowej poprawy po podaniu leków, wracają często do złego samopoczucia. Ponieważ ich nadnercza i cały układ hormonalny dalej nie potrafi się samodzielnie wyregulować. Absolutnie nie mówię, że branie leków jest niewskazane. Każdy, kto kiedyś miał kłopoty z tarczycą wie, że jakość życia bez nich jest czasami nie do zniesienia. Jednak to bardzo ważne, żeby dostrzec, że choroby, a w szczególności choroby autoagresywne ,to sygnał, że choruje cały organizm. Dopiero holistyczne spojrzenie na chorobę może przynieść pozytywne rezultaty.

Nie eliminując możliwych źródeł kłopotów z tarczycą, czyli działania „wielkiej trójki” w permanentnym stresie- nie ma możliwości zmniejszenia objawów choroby.

6.Czy choroby tarczycy mogą pochodzić z naszej głowy?

Mogą. Nawet jeśli nie bezpośrednio, to bez wątpienia emocje odgrywają dużą rolę. Psychosomatyczne podejście do kłopotów z tarczycą zauważa, że rejon gardła jest związany z funkcją mówienia- a więc wyrażania swojego zdania, stawiania granic, prawa do sprzeciwu i swobodnej ekspresji. Jeśli Twoje słowa przez długi czas „utykały w gardle”, to może nie bez powodu tam teraz pojawia się problem? Natomiast choroby autoimmunologiczne bywają rezultatem wieloletniego negowania swoich potrzeb, nadmiernego perfekcjonizmu i nie akceptowania swojego ciała i siebie takim, jakim jest. W końcu jak coś Ci się nie podoba, to jest chyba niepotrzebne, prawda?

Z tą refleksją Was zostawiam i mam nadzieję, że pomoże Wam to w znalezieniu drogi do zadbania o swoją tarczycę 🙂

Kamila

ps. zainteresowanym medycznym i dietetycznym ujęciem tematu gorąco polecam bloga i książkę genialnej autorki: Izabelli Wentz oraz kultowy już blog, które są prawdziwą kopalnią rzetelnych informacji o kłopotach z tarczycą i były również dla mnie ogromnym wparciem, kiedy uparłam się samodzielnie wyjśc na prostą z niedoczynności 🙂

 

 

Stres mieszka w ciele I : kiedy choruje głowa, choruje ciało…

Po dłuższej przerwie od blogowania- wracam do obiecanych, trzymających się bliżej ziemi artykułów 🙂

Kolejny cykl wpisów chciałabym poświęcić na przyjrzenie się związkowi chorób ciała i doświadczanych przez nas emocji.  Medycyna zachodnia dopiero od niedawna dostrzega związek naszej psychiki ze stanem naszego ciała. W tym kręgu kulturowym przez wieki człowieka traktowano jako system niezwiązanych ze sobą części, działających w oderwaniu od siebie. Tymczasem lekarze na Wschodzie zawsze patrzyli na człowieka holistycznie- lecząc przyczynę zaburzeń, a nie tylko zaleczając objawy. Obecnie coraz więcej osób jest świadomych, że doświadczenia życiowe i emocje wywierają ogromny wpływ na stan naszego zdrowia. Aleksander Lowen, twórca metody psychoterapii poprzez ciało, mawiał „Problemy człowieka zawsze można odczytać z jego ciała, ponieważ ciało jest tym, kim jest człowiek.”

Lowen i inne metody pracujące z „głową” poprzez ciało wskazują na szczegółowy związek przeżywanych emocji i tego, co później dzieje się z naszym organizmem. Na potrzeby mojego bloga skupię się jednak na bardziej ogólnych, ale wciąż niezwykle częstych problemach ze zdrowiem, które mają swoje główne źródło w psychice. Konkretnie- na chorobach psychosomatycznych. Od stresu nikt z nas nie ucieknie i każdy miewa w życiu etap, gdy czuje jak grunt usuwa się spod nóg… Jeśli nie umiemy tego gruntu złapać, albo świadomie się zrelaksować, narażamy się na całkiem namacalne problemy ze zdrowiem. Ciało ma swoje możliwości adaptacji i jest w stanie zaskakująco długo znosić nawet długotrwałą ekspozycję na stres.  Jednak w pewnym momencie nie ma już zasobów i zaczyna odbijać skutki stresu w ciele. Woła „nie dam rady, zobacz!” na swój, cielesny sposób.

Mechanizm zaburzeń psychosomatycznych: „Naprawdę mnie boli, a nikt nie wie, dlaczego”

Kiedy doświadczamy stresującej sytuacji nasze ciało wchodzi w tryb „walcz lub uciekaj”. Towarzyszy temu szereg reakcji fizjologicznych, która mają pomóc nam przeżyć (dosłownie!). O dokładnym mechanizmie pisałam tutaj. Jeśli następuje fizyczne wyładowanie (tzn. naprawdę uciekasz lub walczysz) organizm może w procesie ruchu zużyć hormony stresu, które przed chwilą wyprodukował. Umówmy się, że jednak mało kto goni po firmowym korytarzu albo porzuca auto w korku i wykonuje 50 pompek na przystanku…W efekcie nasz układ hormonalny i odpornościowy stopniowo upośledza swoje działanie. Częściej mamy infekcje, pojawiają się problemy ze zdrowiem. Czasami wyniki badań nie pokazują nic niepokojącego, a nas boli brzuch, głowa, tracimy oddech albo pojawiają się kołatania serca- to może sugerować, że ciało nie radzi sobie ze skutkami stresu. Są też choroby, które w wyraźny sposób wiążą się z doświadczaniem długotrwałego stresu. Określamy je chorobami psychosomatycznymi.

Choroby psychosomatyczne: gdy cierpi dusza, choruje ciało

Choroby psychosomatyczne to „choroby przebiegające albo pod postacią zaburzeń funkcji, albo zmian organicznych dotyczących poszczególnych narządów czy układów, w przebiegu których czynniki psychiczne odgrywają istotną rolę w występowaniu objawów chorobowych i ich zaostrzeniu” (definicja WHO). Istnieje także grupa chorób (tzw. „Chicagowska siódemka”, autorstwa F.G, Alexandra), które uznawane są za dysfunkcje związane z ekspozycją na stres:

  • choroba wrzodowa żołądka

  • nadciśnienie tętnicze

  • astma oskrzelowa

  • reumatoidalne zapalenie stawów

  • zapalenie jelita grubego

  • nadczynność tarczycy

  • atopowe zapalenie skóry

Zestawienie pochodzi z zamierzchłych czasów (lata 50-te XX wieku) i dziś można śmiało do niego dodac także (nękające szczególnie kobiety) choroby autoimmunologiczne np. zapalenie tarczycy Hashimoto, toczeń, choroba Gravesa-Basedova, choroba Addisona, Stwardnienie Rozsiane, IBS (Zespół Jelita Drażliwego), CFS (Zespół Przewlekłego Zmęczenia), fibromalgia. Plus „klasyki”: stany depresyjne, nerwice, bezsenność, zaburzenia libido, zaburzenia odżywiania, problemy z płodnością.

Jak sobie pomóc w chorobach psychosomatycznych? 

Jeśli trafisz na mądrego lekarza, to zasugeruje wizytę u psychoterapeuty. Ponieważ choroby psychosomatyczne często powiązane są z brakiem umiejętności stawiania granic, mówienia o swoich potrzebach, proszenia o pomoc. Osoby, które otoczone są wsparciem społecznym i potrafią dzielić się swoimi emocjami, dużo rzadziej nękają tego typu dolegliwości. Badania inter-kulturowe wyraźnie pokazują, że zaburzenia autoimmunologiczne to domena wysoko uprzemysłowionych krajów Zachodu. Rzadko kiedy występują w uboższych i mniej zaawansowanych społecznościach. Dzieje się tak dlatego, że w tradycyjnych kulturach ludzie spędzają dużo czasu z bliskimi a rodzina stanowi znaczącą sieć wsparcia. Co więcej- tryb życia wymaga dużo więcej ruchu i nie generuje takiej dawki stresu. A nawet jeśli generuje stres, to ma on charakter krótkofalowy (goni Cię tygrys- uciekasz) i ciało w naturalny sposób wraca do stanu równowagi.

Życie samo w sobie zawsze będzie zawierało stresujące sytuacje. Nie mamy na to wpływu. Mamy wpływ jednak na to, jak na nie reagujemy. I bardzo dobrze jest umieć je w pełni przeżywać- tzn. śmiać się, gdy coś nad raduje i płakać, gdy jest trudno. Tu właśnie kluczowa może okazać się pomoc psychoterapeuty. Zmiana wzorców reagowania na stres, zadbania o siebie, porzucenia schematów postępowania, które wkładają nas w rolę życiowej ofiary- to najważniejsza droga do zmniejszenia, a może i zlikwidowania objawów chorób.

Istnieje także wyraźny związek niektórych zaburzeń z doświadczanymi przez nas emocjami. Np. kłopoty z sercem lub oddychaniem często wiążą się z trudnościami w relacjach i np. lękiem przed bliskością. Problemy z jelitami, odżywaniem korelują min. z tendencją do perfekcjonizmu, potrzebą kontroli lub też intensywnie przeżywanym poczuciem wstydu. Bóle kręgosłupa, mięśni czy stawów często sugerują, że dźwigamy coś na swoich barkach czy niesiemy „krzyż” na plecach (niekoniecznie swój…). Choroby autoimmunologiczne bywają ostatnim wołaniem naszego ciała :”Czy tak trudno jest Ci mnie zaakceptować, że muszę zacząć siebie niszczyć?”

Na bieżąco warto nauczyć się prawidłowo odpoczywać i relaksować. Metody są dowolne, choć najbardziej zależałoby nam na zminimalizowaniu aktywności ciała i umysłu. Joga, medytacja, techniki oddechowe, masaż- sprawdźcie, co do Was najbardziej przemawia. O tym, dlaczego relaksacja jest niezbędna, aby żyć w zdrowiu pisałam więcej tu. Można zacząć od słuchania nagrań relaksacyjnych, np. na Stresoterapii 🙂

W kolejnym wpisie przyjrzymy się dokładniej roli stresu w konkretnych, najbardziej dotkliwych zaburzeniach.

Tymczasem pamiętajcie, że dopóki człowiek oddycha, to żyje i ma możliwość i szansę, żeby coś zmienić!

Kamila

 

Gdzie nie szukają szczęścia szczęśliwi ludzie?

Szczęście. To taki towar, który każdy chce mieć, ale nie da się go nigdzie kupić. Co gorsza, jak już się zdobędzie, to okazuje się wyjątkowo nietrwały, nie ma gdzie zgłosić reklamacji.  Niektórzy, na skutek swoich życiowych doświadczeń zorientowali się, że są pewne miejsca, które oferują szczęście. Jednak po nabyciu okazuje się, że bardzo szybko produkt nie spełnia naszych oczekiwań…

Kiedy podróżuję przebywam jak najwięcej z lokalnymi ludźmi. Chodzę po nepalskich wioskach, gdzie obcy ludzie karmią mnie miską zupy. Bawię się w budowanie wieży z patyków z umorusanymi dziećmi. Oddaje swoją koszulę napotkanej dziewczynce w hinduskim miasteczku. Obserwuję, jak niewiele potrzeba, aby być szczęśliwym. Oczywiście, nie jest prawdą, że bycie chorym, biednym i brzydkim to nasze marzenie. Umówmy się- lżej się żyje w godnych warunkach, będąc zdrowym, kochając i będąc kochanym, mając komfortowe warunki do mieszkania, mogąc studiować, zarabiać i poznawać świat od tej lżejszej strony. Jednak zaskakująco dużo ludzi ma te wygody w nadmiarze, a wciąż odczuwa,  że czegoś im w życiu brakuje. W Indiach spotkałam pewną młodą, ale bardzo mądrą nauczycielką yin jogi. Odbyłyśmy wiele rozmów o tym, jak to w życiu jest z tym szczęściem 🙂 Być może dla wielu z Was nie będzie to zaskoczeniem, że nie ma co szukać go w czynnikach zewnętrznych. One się zawsze będą zmieniać.  Szczęście to stan umysłu. Ale jeśli wpadniesz w labirynt tropienia go w tym, co na zewnątrz, to raczej nie znajdziesz go :

  • kupując nowe auto, nowy dom, nową hulajnogę i kosmicznego drona– cokolwiek wmówili Ci twórcy reklam i jest niezbędne w Twoim życiu. Nowe bardzo szybko staje się mniej nowe, a później- stare. I czas kupić coś jeszcze nowszego. Im więcej masz gadżetów czy rzeczy, o które musisz się troszczyć, tym więcej nakładów Twojej energii one wymagają.

 

  • w zarabianiu coraz większych pieniędzy. Owszem- badania wskazują, że istnieje korelacja poziomu szczęścia i zarobków. Pieniądze podnoszą poziom szczęścia do momentu, kiedy są już zaspokojone potrzeby na poziomie optymalnym, tzn. mam gdzie mieszakć, samochód, mogę wysłać dzieci do szkoły i pojechać na wakacje. Ale to czy będę miał apartament 100 czy 300 metrowy- nie ma znaczenia. Podobnie ma się sytuacja ze sprawowaniem władzy. Więcej władzy = więcej odpowiedzialności. A często- kłopotów.

 

  • w kolejnych relacjach. Miłość, na którą składa się zaangażowanie, namiętność i intymność to bez wątpienia coś, co daje nam poczucie sensu i spełnienia w życiu. Jednak dotyczy to tylko dojrzałych związków, gdzie ludzie nie szukają wypełnienia swoich deficytów przez drugą osobę. Żaden człowiek nie zapełni pustki w Twoim sercu, jeśli sam jej nie uleczysz. Oznacza to często spotkanie z tym, co trudne i ukryte. Jednak przynosi prawdziwe szczęście- miłość do siebie samego, którą odpowiedzialnie można dzielić z drugą osobą. W innym wypadku każda zmiana w relacji będzie ciągnąć nas w górę lub w dół…

 

  • w perfekcyjnym wyglądzie. Ciało to dom dla duszy i troszczenie się o nie to nasz obowiązek. Jednak często wizja idealnego ciałą staje się obsesją: – 2 kg? Jestem szczęśliwa i piękna. + 10 cm w biodrach: jestem nieatrakcyjna i gruba. Katowanie się na siłowni, kiedy nie masz na to siły. Odmawianie sobie przyjemności i celebrowania czasu z bliskimi, w imię zachowania restrykcyjnej diety. A co, jeśli Twoje ciało któregoś dnia zachoruje? Kiedy stracisz wszystkie mięśnie wypracowane na treningu albo nagle przytyjesz 10 kg od leków?Czy to odbiera Ci prawo do bycia szczęśliwym człowiekiem? Ja doświadczyłam wiele przygód ze swoim ciałem- bywało bardzo chude, bardzo słabe, nieco okrągłe, super silne, umięśnione. Sprawne i chore. Uczyłam się je kochać i akceptować w tym stanie, w jakim jest. Bo wiele lat je niszczyłam. Dziś dbam o nie, czerpię radość z ruchu i jego sprawności, ale nie dramatyzuję, kiedy zjem za dużo czekolady 😉

 

  • w zdobywaniu kolejnych osiągnięć. Mechanizm podobny, jak z zakupami. Obronisz doktorat, awansujesz, zdasz egzamin- super, gratulacje. Cudownie mieć ambicje i plany.Tylko czasami zamiast poczucia szczęścia pojawia się ogromne zmęczenie, wypalenie i poczucie pustki. Szczególnie kiedy czułeś , że ten cel w połowie drogi przestał być już Twój, ale uparłeś się, że nie odpuścisz. Przecież „dasz radę”. Tymczasem największą wartością są te aktywności, które dają nam radośc już w momencie ich wykonywania. Mihaly Csikszentmihalyi, psycholog znany z badań nad szczęściem, określił taki moment stanem przepływu („flow”). Oznacza on wykonywanie czynności z dziecięcą radością- z pełnym zaangażowaniem, utratą poczucia czasu niezależnie od tego, jakie ponosimy w związku z tym koszta czy otrzymujemy nagrody z zewnątrz 🙂

 

  • w uzależnianiu swojego szczęścia od postępowania innych. „Jak ona się zmieni. Jak dziecko się uspokoi. Jak on będzie w końcu mnie słuchać”. Zrzucanie odpowiedzialności na innych za swoje samopoczucie to bardzo częsta pułapka. Nie tylko szkodzi nam- bo zabiera nam decyzyjność, ale i innym- bo obarczamy ich poczuciem winy. Przyjmowanie roli ofiary niestety sprawia, że oddajemy innym prawo do decydowania o sobie i odbieramy szansę na zmianę.

 

  • w dalekich podróżach na koniec świata, aby „rzucić wszystko i zacząć od nowa”. Zaczynanie „od nowa” bieże początek w naszej głowie. Gdziekolwiek ją zabierzemy to po pierwszym okresie euforii najpewniej nasza bomba wybuchnie ponownie i okaże się, że jak zwykle nie wiadomo, jak po niej posprzątać. Podróże, szczególnie samotne i w kontakcie z naturą są wspaniałą drogą do poznania siebie- o ile nie traktujemy ich jak kolejny bieg na oślep w poszukiwaniu szczęścia

 

  • w medytacji, jodze, mindfulness. Zaskoczeni? Są to genialne formy pracy z ciałem i umysłem. Ale niestety często używane jako przestrzeń, w której izolujemy się od swoich problemów. Tymczasem medytacja ma uczyć nas, jak świadomie obserować swoje myśli, nie dając się im pochłonąć. Nie służu temu, aby je zlikwidować. Łatwo w obliczu trudności wyciągnąć matę i odpłynąć w praktyce. Ważne jednak, żeby po zejściu z niej skonfronotwać się ze źródłem problemu.

 

  • w biernym znoszeniu tego, co zsyła na nas los. Wobec trudności życiowych ludzie przyjmują często dwie skrajne postawy: albo walczą z tym, co się dzieje, albo nie robią nic i czekają w apatii na dalszy ciąg. Pierwsza opcja często oznacza utratę sporej ilości energii i nie pozwala zauważyć istoty problemu. Druga- pogrąża nas w smutku i również nie sprzyja temu, aby szukać wyjścia z sytuacji. Tymczasem mądre podejście do wyzwań polega na zaakceptowaniu tego, co jest przy jednoczesnym wyciąganiu wniosków.  To co się stało- już się stało i się nie zmieni. Ale prawa do szukania godnego rozwiązania nikt Ci nie może odebrać.

Ciekawi mnie, gdzie Wy szukacie (albo nie szukacie)szczęścia, jakie są Wasze doświadczenia i co daje Wam radość w życiu? Podzielicie się? A jeśli szukacie mocniejszego wpisu o szczęściu zajrzyjcie do tego wpisu

Namaste

Kamila

zdjęcia wykonała Katarzyna Czajkowska

 

 

 

 

Sztuka odejmowania sobie (w mojej praktyce)

Ciało:-„Puk, puk…”

Głowa-„Kto tam?”

Ciało:”To ja. Twoje ciało.”

Głowa:’Znowu? Co tam?”

Ciało:”Czuję się bardzo zmęczone. Brakuje mi wolnego dnia od kilku tygodni. Dłuższego urlopu od roku. Weekendów od 4 lat. Nie mam siły.”

Głowa: „Wiem… Ale dasz jeszcze radę, co? Jeszcze trochę? Obiecuję, że dam Ci odpocząć, ale zróbmy kilka warsztatów, szkoleń i wyjazdów. Weźmy kilkanaście zastępstw. Chcę się jeszcze więcej nauczyć, odłożyć na szkołę, na podróż. Na marzenia. Przekazać to innym ludziom. Potrzebuje Ciebie.”

Ciało: „proszę, usłysz mnie…”

Głowa: ” Nie dramatyzuj. Jesteś silne, już tyle przetrwaliśmy. Dasz radę”

Serce (wtrąca się) :”Hmm, wybacz Głowo, ale słyszę tą gadkę już od kilku lat. „Później” i „za chwilę” mieszka w krainie „Nigdy-nigdy”. Poza tym to trochę nieładnie mówić innym o prawdzie,a samej składać obietnice bez pokrycia”.

Głowa: „A ty znowu nie umiesz siedzieć cicho. Nie wtrącaj się. Ciało już nie z takich sytuacji wychodziło. Ciało da radę! Przeżyjesz jeszcze trochę, co?”

Ciało:”Nie. Nie chcę przeżyć. Chce ŻYĆ.”

Po kilku latach pracy w każdy dzień tygodnia, z ludźmi i dla ludzi podjęłam decyzję o zaopiekowaniu się sobą. Od września nie będę prowadzić stałych zajęć w weekendy oraz (poza poniedziałkiem i wtorkiem)- po południu. Wciąż będzie można mnie spotkać na weekendowych warsztatach, wyjazdach i szkoleniach. Być może pojawią się nowe godziny poranne jogi na Wilanowie 🙂

Od dłuższego czasu narastał we mnie sprzeciw wobec tego, o czym piszę i mówię, a moim trybem życia. Zachęcam Was do odzyskania równowagi, zatroszczenia się o siebie i odpuszczania. Tymczasem sama od lat pracuję w niemal każdy dzień tygodnia. Tak, kocham to co robię. Nie zamierzam zrezygnować z tej ścieżki na teraz. Jednak jest to praca. Praca, wymagające koncentracji, uważności i obecności. Która przez kilka lat wymagała takich nakładów energii, abym mogła się z niej utrzymać.

Czuję, kiedy Was coś boli, w czymś Wam niewygodnie. Kiedy poruszenie ciała uwolniło coś trudnego z głowy i ważne, żebym mogła podejść i powiedzieć „spokojnie, nic nie musisz.” Czasami moje grupy liczą 30-40 osób Choć moje ego się cieszy, to taka ilość duszyczek wymaga ode mnie dużych nakładów energii. Hasło „przecież nie musisz ćwiczyć” nie rozwiązuje tematu, bo tu nie o tylko o zmęczenie fizyczne się rozchodzi. Tylko o energię, jaką chcesz się dzielić z innymi. Nie mam ochoty dzielić się z Wami zmęczeniem.

Nie interesują mnie „fejkowe” relacje na Instagramie i fejsbuku, opisujące,jakie moje życie jest wspaniałe i bezproblemowe, a jak przyjdziecie na moje warsztaty, to Wasze też takie będzie. Interesuje mnie prawda. A prawda jest taka, że potrzebuję z czegoś zrezygnować, aby BYĆ DLA SIEBIE DOBRĄ.

Chcę mięć siłę na własną praktykę. Czerpać radość z tego, że idę na rower lub pobiegać, a nie zastanawiać się, jak tu zebrać siły, żeby zrobić trening po 5 godzinach prowadzenia zajęć i pracy nad szkoleniami do 22. Mieć wolny weekend i obudzić się w sobotę z myślą ” Bosko, całe 2 dni wolnego- to co dzisiaj dobrego dla siebie robimy?” Wpaść na obiad do rodziców, odwiedzić przyjaciół. Zakopać się pod kocem z książką i przeleżeć tak pół dnia. A może rozpocząć w weekendy szkołę psychoterapii, aby móc Wam pomagać pełniej, głębiej, bardziej odpowiedzialnie. Ale na to potrzebny jest czas i przestrzeń. I ja właśnie tą przestrzeń sobie stwarzam.

Bardzo zżyłam się z grupami na Gocławiu i Wilanowie, z którymi pracuję od kilku lat. Obserwowałam jak pięknie rozwijacie swoje jogowe skrzydła. Niektóre dziewczyny pojawiały się na jodze, ponieważ nie mogły zajść w ciążę i szukały powrotu do siebie, do spokoju. Bywało, że później pojawiały się już z maluchem w brzuchu, a wracały jako mamy 🙂 To dla mnie ogromna radość towarzyszyć Wam w tej ścieżce. To jakby oglądać na żywo film o rodzącym się życiu, a później do tego życia móc się uśmiechać i połaskotać w małą stopę 🙂

Dziękuję również wszystkim, którzy obdarzyli mnie zaufaniem i cierpliwie słuchali moich przydługich opowieści i dygresji na sesjach 🙂 Mam nadzieję, że i Wy zadbacie o siebie. Puścicie to, co Wam już nie służy. Bo nie ma możliwości, żeby zaprosić do swojego życia coś nowego, jeśli wciąż trzymamy się kurczowo starego.

Życzę Wam tego, co życzy nam ciało: NIE CHCĘ PRZEŻYĆ. CHCĘ ŻYĆ.

Namaste

Kamila

Dlaczego boimy się ciszy?

Umówiłam się z kimś u niego w mieszkaniu. Jadę. Wsiadam do metra. 90 % ludzi patrzy na ekran komórek, uszczęśliwieni, że LTE jest już nawet pod ziemią i możesz być nieustanie on-line. Uff. Nic nie stracisz!  Ekrany smartofnów migają, co chwilę przypominając, że ktoś nam właśnie wysłał wiadomość i gdzieś jest promocja na buty, które oglądałeś pół roku temu (ach, te cookies…). Aplikacje co chwilę aktualizują pogodę w Bangladeszu i informują o najświeższych katastrofach. Ewentualnie wzroście kursu franka- tak, abyś zawsze był na bieżąco. Docieram. Wchodzę do czyjegoś mieszkania. Niby przyszłam porozmawiać, ale w tle gra telewizor. Hałaśliwe reklamy nawołują do połknięcia tabletek od wszystkiego na wszystko. W wiadomościach ktoś płacze, bo własnie stracił w powodzi całą rodzinę, gdzies zawalił się most i zginęło X ludzi, a polityk z partii Y krzyczy na wiecu, jakim rajem uczyni nasze życie, gdy dojdzie do władzy. W pokoju obok gra muzyka, ale przecież nikt jej nie słucha, bo zajęty jest przeglądaniem facebooka i dawaniem lajków na Instagramie. Mam wrażenie, że zaraz mój mózg eksploduje. Poprosiłam o wyłączenie telewizora, aby w ogóle móc się skupić na rozmówcy. Nie spotkalo się to jednak ze zrozumieniem („no przecież Ciebie słyszę!”). W końcu ktoś mówi „no dobra, ale jak wyłączę telewizor, to nie będzie niczego. No tak. To „nic” jest własnie tym, przed czym tak często uciekamy.

Nic dziwnego. Cisza w dzisiejszym świecie to towar deficytowy. Jesteśmy bombardowani nieustannym zalewem informacji, dzwięków, wiadomośći i obrazów. Media mówią „rób więcej, intensywniej, żyj na maksa”. Nawet na wakacjach ludzie odpalają muzykę. W lesie, nad jeziorem. Byle nie być w ciszy. Dlatego, że brak bodźców stwarza przestrzeń na bycie w prawdzie ze sobą. I dlatego nas to często przeraża. Łatwiej jest biec, uciekać- bo to przecież schemat, który często znamy od dawna. A będąc w ciszy można nagle usłyszeć swoje myśli. Poczuć smutek, żal, niepokój- emocje, które kamuflujemy nieustannym hałasem. Często pojawia się wtedy dyskomfort. Bo nagle okazuje się, że wcale nie jest Ci dobrze w tej pracy ani w tym związku. A może nawet nie jest Ci dobrze samemu ze sobą. Ale przecież ławiej jest wlączyć jakieś gadające głowy na ekranie, obejrzeć zdjęcia z wakacji na fb albo odpalić serial. Zakrzyczeć, to co cicho w środku prosi „hej, wysłuchaj mnie”. I tak każdego dnia. Do samego końca.

Ale możesz też inaczej. Możesz pobyć w tej ciszy. Nie musisz od razu odpalać kadzidła i zasiąść na poduszce zafu w kwiecie lotosu. Wystarczy, że na 5 minut odłożysz telefon,wyłączysz telewizor i zamkniesz oczy. Zaczniesz oddychać. Być może z przerażeniem stwierdzasz, że po chwili zatrzymania w Twojej głowie jest większy chaos, niż na środku hinduskiego skrzyżowania. To nic. Jest ok. Tak właśnie działa nasz umysł. A my chcemy to tylko zauważyć. Tym jest właśnie istota medytacji. Obserwacją myśli. Nie ich zlikwidowaniem. Naturą umysłu jest myślenie. To, co chcemy uzyskać w medytacji. to umiejętność bycia w ciszy i nie oceniania tego, co produkuje nasza głowa. Czasem mówię na moich sesjach „obserwuj swoje myśli, tak jak chmury na niebie. Pojawiają się i znikają ale Ty wciąż jesteś w środku taki sam. Pozwalasz im przypływac i odpływać, nie oceniając.” Jeśli uda Ci się to zabrać do życia, to zobaczysz, o ile jest lżej, kiedy przestajesz się przejmować tymi wszystkimi obrazami, jakie podsuwa Ci co sekundę Twoja głowa.

Cisza jest też trudna w byciu z drugim człowiekem. Dla mnie miarą głębi moich relacji jest to, czy umiemy być z sobą w ciszy. Bez potrzeby dawania rad, zagadywania. Po prostu bycia obecnym. Tak naprawdę ludzie nie potrzebują rozwiązań. Potrzebuję tego, aby ktoś potrzymał ich za rękę, przytulił, popatrzył w oczy, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Powiedział tak bez słów „jestem”.  Murakami napisał „Jeżeli nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”.  Mam to niebywałe szczęście mieć obok siebie ludzi, z którymi mogę iść kilka godzin przez las niewiele mówiąc, a na koniec stwierdzić, że to było wspaniałe spotkanie. Ale do tego potrzeba zatrzymania i wrażliwości. Otwarcia siebie na prawdziwy i intymny konatkt z drugą osobą. Kiedy byłam na kilkudniowym kursie ciszy mieszkałam w jednym pokoju z koleżanką. Bez słów byłyśmy w stanie się dogadać, która pierwsza myje głowę albo czy ma ochotę na herbatę. Ale też zaobserwować, kiedy druga miała ciężki moment i potrzebuje mojej obecności. Potrafiłam z 20 osobami gotować obiad i nie przesolić zupy ani nie przypalić cebuli- nie wypowiadając jednego słowa. Uśmiech, cień przebiegający przez twarz, rozświetlające się lub zachodzące mgłą oczy- to był doskonały język ciszy, który zastępował milion zbędnych słów. Pokazał mi, jak bardzo można zbliżyć sie do kogoś będąc uważnym. I jak bardzo można się oddalić, zagadując prawdę potokiem zbędnych słów.

Kto zna mnie z pracy, może być zaskoczony. Bo w końcu jestem ekstrawertykiem, dużo się smieję, ciągle gdzieś mnie nosi, uwielbiam gadać (tak, wiem- pracuję nad tym) 😉 i słuchać Waszych opowieści. Jednocześnie zawsze z ulgą wracam do swojej ciszy. Cisza nieustannie uczy mnie jak być bliżej siebie i innych. Jak najwięcej odwagi do szukania ciszy Wam życzę 🙂

Namaste, Kamila

ps.zdjęcie zrobiła mi Kasia Czajkowska – wspaniała fotografka, w trakcie jednej sesji, gdy bardzo tej ciszy szukałyśmy, a z powodu chaosu w mojej głowie,  nie udało nam się znaleźć. Kasia jest jednak mistrzynią uchwycenia tych krótkich chwil, kiedy ona się pojawia i bardzo jej za to dziękuję 🙂

 

 

 

„Sklepik z marzeniami”

Na drzwiach sklepu wisi tabliczka:

„Jeśli Twoje życzenie nie zostało spełnione, to znaczy, że jeszcze nie zapłaciłaś.”
Na peryferiach Wszechświata znajduje się mały sklepik. Szyldu dawno już nie ma, został zdmuchnięty przez kosmiczny huragan. Nowego szyldu właściciel sklepu nie powiesił, ponieważ wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzą przecież, że sklep sprzedaje marzenia.
Asortyment jest bardzo bogaty – można tu kupić praktycznie wszystko. Jacht, dom, małżeństwo, posadę prezesa korporacji, pieniądze, dzieci, dobrą pracę, duży biust, medal olimpijski, samochody, drużyny piłkarskie, władzę, sukces i wiele innych dóbr.
W sprzedaży nie ma jedynie Życia i Śmierci – ich dystrybucją zajmuje się Centrala znajdująca się w innej Galaktyce.
Każdy klient, który wchodzi do sklepu (bo są też tacy, którzy ani razu nie weszli i do tej pory siedzą na tyłku i zajmują się chceniem) w pierwszej kolejności pyta o cenę swojego marzenia.

A ceny są różne…

Wymarzona praca na przykład, kosztuje rezygnację ze stabilności i przewidywalności, gotowość do samodzielnego planowania i organizowania własnego życia, wiarę we własne siły oraz pozwolenia sobie na taką pracę, jaką kochasz, a nie taką, jaka się nawinie.
Władza ma nieco wyższą cenę: trzeba zrezygnować z pewnych swoich przekonań, nauczyć się znajdować do wszystkiego racjonalne wytłumaczenie, umieć odmawiać, znać swoją wartość (a powinna ona być wysoka), pozwalać sobie na mówienie „ja”, wyrażać własną opinię, niezależnie od akceptacji czy dezaprobaty otoczenia.
Niektóre ceny wydają się dość dziwne: małżeństwo można otrzymać w zasadzie za bezcen, natomiast szczęśliwe życie kosztuje bardzo drogo – wymaga osobistej odpowiedzialności za własne szczęście, umiejętności cieszenia się życiem, znajomości swoich celów, rezygnacji z dążenia by wszystkim dogodzić, doceniania wszystkiego co się ma, pozwolenia sobie na bycie szczęśliwym, świadomości własnych zalet, rezygnacji z bonusu „ofiary”, ryzyka utraty niektórych znajomych…

Nie każdy klient, który wchodzi do sklepu, jest gotów, aby od razu kupić marzenie.
Niektórzy, gdy widzą cenę, natychmiast wychodzą. Inni stoją w zadumie, licząc swoje zasoby i zastanawiając się, skąd wziąć więcej środków.
Czasem ktoś skarży się, że ceny są za wysokie i prosi właściciela o rabat albo pyta, kiedy będzie wyprzedaż.
Są też tacy, którzy wyciągają z kieszeni wszystkie swoje oszczędności i odbierają marzenie, zapakowane w piękny szeleszczący papier.
Są zawsze odprowadzani wzrokiem przez zazdrosnych klientów, którzy szepczą złośliwie, że właściciel sklepu to na pewno ktoś z rodziny i marzenie dostali pod ladą, po znajomości.
Właściciela sklepu dawno już proszono, aby obniżył ceny, co zwiększyłoby liczbę klientów.
Ale takie postulaty za każdym razem spotykały się z odmową, bowiem właściciel uważa, że to obniży jakość marzeń.
Kiedy pytano go, czy nie obawia się bankructwa, mówił, że nigdy nie zabraknie śmiałków, gotowych ryzykować i zmieniać swoje życie, rezygnując z nawyków i bezpiecznej przewidywalności, zdolnych do wiary w swoje marzenia, mających dość sił i środków, by zapłacić za ich realizację…”

Autor: Stephen King ” Sklepik z marzeniami „

Namaste, Kamila

Emocje zapisane w ciele: jak usunąć stres z ciała. Joga powięziowa.

 

Kiedy wybrałam się na moją pierwszą sejsę yin yogi miałam wrażenie, że nic się nie dzieje. Pozycje trwają wiele minut, żadnego napinania mięśni, podciągania palców i rzepek kolan do góry. Jednym słowem strata czasu 😉 Jednak po kilkudziesęciu minutach  zaczęłam czuć wyraźny dyskomfort. Początkowo proste pozycje stały się zaskakująco intenswyne. Miałam wrażenie, że docieram do miejsc, do których jeszcze nie zajrzałam.  Bolało mnie wszystko. Ciało i dusza. Kiedy przeszliśmy do bioder nagle w mojej głowie pojawiły się wspomnienia dotyczące pewnej relacji i zaczęłam płakać. Płakałam dalej po sesji 15 min. patrząc w ścianę i zastanawiając się, o czym to było… Po 2 latach praktykowania yin yogi takie sytuacje są dla mnie zupełnie normalne i nawet się cieszę, kiedy w trakcie sesji uwalniają się intensywne emocje. Spotkanie z yin yogą zapoczątkowało u mnie fascynację rolą powięzi, czyli tkanki łącznej, dzięki której nasze ciało tworzy całość i nie rozsypuje sie na oddzielne kawałki. Jako psycholog zawsze uważnie przyglądam się połączeniu ciała i emocji, a praktyka yin yogi jest zupełnie wyjątkową pracą, która dociera dużo dalej niż do ciała. Dziś chciałabym Wam przybliżyć znaczenie pracy z ciałem i wyjaśnić, dlaczego joga powięziowa ma taką moc 🙂

Co to jest powięź?

Yin joga, zwana jogą powięziową, oparta jest przede wszystkim na koncepcji taśm anatomicznych. Taśmy anatomiczne to struktura mięśni i powięzi, którą chyba najbardziej szczegółowo do tej pory zbadał Tom Myers. Myers wyróżnił kilka taśm mięśniowo-powięziowych, ale sa zastrzega, że może być ich dużo więcj- możecie obejrzeć je na tym zdjęciu.Co ciekawe, wyróżnione taśmy pokrywają się w dużym stopniu z meridianami w medycynie chińskiej. Jednak zostały one opisane na podstawie „twardej” medycyny, w oparciu o sekcje zwłok. Do tej pory medycyna zachodnia traktowała ciało jak worek z odseparowanymi od siebie elementami jak kości, więzadła czy mięśnie. Temat powięzi to stosunkowo niedawne odkrycie. Nie służy ona jedynie jako „opakowanie” dla naszego ciała. Szczegółowo o anatomii powięzi pisałam w poprzednim wpisie o yin jodze. Dziś skupię się jednak na jej związku z naszymi emocjami, ponieważ jest to bardzo cenna wiedza, jeśli chcemy skutecznie zrelaksować ciało i uwolnić skutki stresu!

Powięź spełnia wiele fascynujących ról. Bierze udział w funkcjach ruchowych, czuciowych i metabolicznych. Ma niezwykłą wrażliwość – znajduje się na niej więcej receptorów, niż w innych rodzajach tkanek. Kurczy się, rozciąga i reaguje w trakcie wszystkich czynności ruchowych. Adaptuje się do zmieniających się warunków i odkształca. Jeśli cały dzień siedzimy, niczym zgarbione zombie przed komputerem. to najpewniej skracamy i przykurczamy zginacz biodra. Zmienia to automatycznie ustawienie miednicy, klatki piersiowej i szyi, powodując bóle w odległych rejonach ciała. Zła wiadomość jest taka, że powięź szybko przejmuje negatywne nawyki ruchowe i w efekcie przenosi ich konsekwencje na cały złożony system, jakim jest nasze ciało. Dlatego ból pleców może pochodzić np. z przykurczów w…stopie. Dobra wiadomość- jej plastyczność daje duże możliwości pracy z takimi napięcami np. poprzez masaż powięziowy, integrację strukturalną, rolowanie czy właśnie jogę powięziową 🙂

Dlaczego stres mieszka w ciele?

No dobrze- ale jak to się ma do eliminowania skutków stresu albo doświadczania trudnych emocji w trakcie pracy na powięzi? Odpowiedź jest jak zwykle związana z fascynującą zdolnością naszego ciała. Czyli to co w ciele- to i w głowie. I odwrotnie. Każde wydarzenie z naszego życia, szczególnie to intensywnie wypierane przez nas na poziomie umysłu, znajduje swoje odwzorowanie w ciele. Wdowi garb, dzwiganie czegoś na swoich barkach, niesienie krzyża, zgrzytanie zębami- na pewno znacie te określenia i wielokrotnie widzieliście, że nie są to tylko metafory… Jak pisał Aleksander Lowen w „Duchowośc ciała” , twórca psychoterapii poprzez ciało: Często się mówi, że jesteśmy ukształtowani przez nasze przeżycia, lecz teraz chcę to powiedzieć jak najbardziej dosłownie. Nasze ciała odzwierciedlają nasze przeżycia.  Dlatego osoby, które np. mają depresję często cechuje określona postawa: zapadnięta klatka piersiowa, pochylona głowa, spuszczony wzrok pokazuje chęć odsunięcia się od świata i skierowanie uwagi na trudne, wewnętrzne przeżycia. Na drugim biegunie może być postawa z bardzo silnie rozwiniętą klatką piersiową, wypchniętą do przodu, silną i zdecydowaną budową. Często jednak jest to jedynie „pancerz” mięśniowy , odcięty od czucia. Zbroja, która powstała, aby uchronić się od cierpienia, od możliwości zbliżenia się do drugiego człowieka. W obu przypadkach praca na powięzi związanej z klatką piersiową może wywołać silne reakcje emocjonalne. Jednocześnie, prowadzona świadomie i w asyście dobrego terapeuty, pozwoli na przyspieszenie procesu zdrowienia. Nie twierdzę, że jest to jedyna i komplememtarna metoda pracy, ale warto uwzlędnić pracę z ciałem w procesie terapii.

Jak usuwać stres z ciała?

Jednak praca na powięzi nie dotyczy tylko tak trudnych sytuacji. Jest niezwykle użyteczna w codziennym usuwaniu skutków stresu. Powięź bowiem reaguje na napięcie psychiczne szybciej, niż my zdążymy jeświadomie zauważyć. Wkurzył Ciebie szef i masz ochotę mu solidnie przyłożyć? O ile nie jesteś zupełnie pozbawiony mechanizmu kontroli emocjonalnej, to raczej tego nie zrobisz 😉 Jednak Twoje ciało zatrzyma impuls ciosu i prawdopodobnie napnie mocno mięśnie, które normalnie biorą w tym udział. W efekcie będziesz odczuwał ból ramion, karku, szyi. Zdałeś egzamin i masz ochotę krzyczeć i skakać z radości, ale przecież „nie wypada”? Twoje ciało zatrzyma impuls chęci skoku i skumuluje napięcie w nogach i miednicy. Ktoś właśnie kieruje do Ciebie krzywdzące słowa, a Ty- zamiast krzyczeć, zaciskasz zęby? Może wieczorem poczucjesz bóle głowy i napięcie w żuchwie.

Tak właśnie działa nasze ciało i umysł. Nie zawsze mamy możliwość wyrazić na bieżąco swoje emocje. Szczerze mówiąc, to chwilami nie byłoby to wskazane i naraziłoby nas na jeszcze większy stres 😉 Jednak ważne, aby pozwolić ciału na odregowanie później- w mądry sposób. Z jednej strony należy napięcie z ciała wyładować. O tym, jak to zrobić pisałam tu. Kiedy proponuję pracownikom firm w trakcie antystresowych warsztatów uderzanie w poduszkę, wprawianie ciała w drżenie czy wydawanie dźwięków- patrzą na mnie w podejrzany sposób 😉 Chwilę później często słyszę, że to było najlepsze ćwiczenie, jakie zrobili w życiu! Z drugej strony należy rozluźnić, uelatstycznić i nawilżyć powięź. Tak jak robimy to w trakcie sesji yin jogi, gdzie poza pracą w asanach używamy też automasażu piłeczkami.

Jeśli ciekawi Was praca na powięzi za pomocą jogi wpadnijcie na warsztaty antystresowe . Jeśli chcecie sięgnąć głębiej i przyjrzeć się również emocjom zapisanym w ciele to polecam wybranie się na sesje TRE, psychoterapii metodą Lowena czy Somatic Experiencing. Planuję niedługo rozpocząć szkolenie w tych obszarach i na pewno dam znać, kiedy będę gotowa na zajęcie się Wami w odpowiedni sposób!

Namaste,

Kamila

zdjęcie powięzi pochodzi ze strony http://www.gstbody.com/important-discovery-related-fascia/
zdjęcie w linku:https://www.livingbulletproof.com.au/bulletproof-your-facia/