Trudne czasy dla bliskich związków: miłość, mózg i kultura

Wpis http://streso-terapia.pl/zwiazek-na-drut-kolczasty-toksyczne-relacje-i-serce/na temat tzw. „toksycznych relacji”, czyli „związków na drut kolczasty” wzbudził u Was sporo reakcji. Ostatnio sporo mojej uwagi kieruję właśnie na ten temat. Jednym z powodów jest to, że ja i moi najbliżsi przyjaciele coraz częściej zastanawiamy się nad tym, czym jest dobry związek. Bo choć współczesny świat bardzo promuje indywidualizm, to bliskie i wspierające relacje są od dawna uznawane w psychologii za najważniejszy element naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. Tak jest zbudowany nasz mózg i układ nerwowy- jesteśmy istotami społecznymi, ssakami, które do przeżycia potrzebują bliskości swojego „stada” 🙂 Im więcej czytam na temat neuronaukowych podstaw naszego funkcjonowania, leczenia traumy i redukcji stresu tym wyraźniej widzę, jak ważną rolę w naszym życiu odgrywa obecność wśród innych, spokojnych i kochających ludzi 🙂

No właśnie. Rozejrzyj się wkoło i policz, ile znasz naprawdę udanych, mądrych i dojrzałych związków, które trwają latami?Jeden, dwa- no może kilka? Dlaczego tak się dzieje? W pokoleniu naszych rodziców związki były trwalsze, co nie znaczy, że wiele z nich było równie nieudanych, tylko nie dochodziło do rozstania z powodów społecznych, ekonomicznych czy światopoglądowych. Mimo wszystko obecnie relacje międzyludzkie wydają się być naprawdę wystawiane na próby. I wiele osób ma wątpliwości, czy w ogóle jest w stanie stworzyć i utrzymać uczucie, które zwiąże mocniej niż przysłowiowy kredyt.

Powodów jest wiele. Jedynym z nich jest to, że współczesny świat w porównaniu do tego z młodości naszych rodziców po prostu kipi od możliwości wyboru. Wzrasta ilość pytań „czy nie ma kogoś lepszego, mądrzejszego, bardziej zaradnego” bo „rynek ludzki” oferuje milion możliwości. Zawsze będzie ktoś „bardziej jakiś”. Pytanie, czy to jest wolność wyboru, czy tyrania wyboru? Jeśli pójdę w czyimś kierunku, to przecież nie pójdę w innym… Indywidualizm dominujący w naszej kulturze ma sporo plusów: mobilizuje do rozwoju, wspiera w osiągnięciu celów i realizacji swoich planów. Jednak w kontekście bliskich relacji nie działa za dobrze. Ponieważ związek wymaga współzależności. Jak mawiał Lis w Małym Księciu „stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoisz.”

Kolejną pułapką jest brak wiedzy. Miłość- z poziomu neurobiologii ma 3 fazy. Początkowo najczęściej pojawia się namiętność, czyli eksplozja hormonów jak oksytocyna, serotonina, dopamina, która ma za zadanie przywiązać partnerów do siebie i jak najszybciej przedłużyć gatunek 😉 Jednak trwając w tej fazie zbyt długo szybko wykończylibyśmy się fizycznie- ile można nie spać, nie jeść, nie ogarniać rzeczywistości. Dlatego namiętność oparta na koktajlu hormonów powoli wygasa. Organizm wraca do neurobiologicznej równowagi i pojawia się miejsce na intymność. Czyli pogłębianie wiedzy o sobie, akceptacji, bliskości. Wymaga wysiłku, ciekawości drugiego człowieka i otwartości na jego odmienność, bo przecież nieustannie się zmieniamy. Intymność staje się mocną podstawą dla relacji, ponieważ przyjaźń jest dużo głębsza niż chemia fizyczna. Ostatnim etapem jest zaangażowanie, czyli świadoma decyzja, że chcę z Tobą tworzyć swoje życie i mam gotowość, żeby podjąć odpowiedzialność. Bywa że związki zaczynają się również od przyjaźni- ważna jest świadomość tego, że brak motyli w brzuchu to nie koniec miłości, tylko naturalny i biologiczny proces przechodzenia relacji na inny etap. Chemia może narodzić się również później- z zaufania i bliskości. Jednak tej wiedzy, o naturalnej dynamice związku, nie dostajemy w szkole. Zamiast tego widzimy sztuczne obrazki „idealnych” związków celebrytów uważając, że my to chyba mamy w domu jakiś gorszy model – home edition 😉 Dlatego często, kiedy chemia wygasa i pojawiają się wyzwania codzienności- relacje się rozpadają. Jednak poza wolą walki o relacje istotne jest także zadanie sobie pytań, czym ona jest dla mnie i czy czuję się w niej widziany/widziana i uszanowana? Poświęcanie siebie jest zaprzeczeniem miłości do najważniejszej osoby – do samej/samego siebie. Czasami trzeba coś puścić i pozwolić się czemuś domknąć- z szacunku dla swojej godności.

Dlatego bardzo bliskie jest mi postrzeganie relacji, jakie opisał dawno temu Erich Fromm. Według niego, miłość nie jest rzeczą, tylko pewną umiejętnością, która opiera się na czterech filarach:

*troska: interesuje mnie co się z Tobą dzieje, wspieram Ciebie w tym, co daje Ci rozwój. Obchodzi mnie to, co się dzieje z Tobą. Chcę, żebyś wzrastał/a, Jeśli masz zmartwienie, chorujesz, jest Ci źle: chcę wiedzieć, jak mogę Ci pomóc

*wiedza: ciekawisz mnie, jako człowiek. Im więcej o Tobie wiem, tym lepiej mogę Ci towarzyszyć. Chcę wiedzieć, co Ciebie cieszy, a co smuci

*odpowiedzialność: czuję się współodpowiedzialny za to, co się z Tobą dzieje. Nie może być tak, że nie dostrzegam, kiedy gaśniesz. Mobilizuję Ciebie do rozwoju, kiedy widzę w Tobie potencjał

*szacunek: biorę Ciebie takim/ą, jakim/ą jesteś. Doceniam Twoje wartości. Nie wystawiam Twojego zaufania na próby i nie naruszam Twojej godności. Mogę próbować na Ciebie wpływać, ale nie ma intencji zmieniać Twoich przekonań. Nie pozwalam sobie na przemoc słowną i emocjonalną wobec Ciebie.

Warto sobie zadać te kilka pytań i sprawdzić, czy ja otrzymuję od partnera/ki te jakości, ale także-czy potrafię je dawać?

Nie przychodzi mi do głowy żadne podsumowanie tych refleksji poza tym, że zanim zbudujesz z kimś dobry związek, musisz go umieć zbudować z samym sobą. Uczę się tej sztuki nieustannie 🙂 A sam wpis był inspirowany wspaniałym wykładem prof. Katarzyny Popiołek na SWPS, który serdecznie polecam https://www.youtube.com/watch?v=YujuducddJY.

Kamila

Związek na „drut kolczasty”. Toksyczne relacje i serce.

Większość z nas pewnie spotkała się z terminem „toksyczny związek”. Niektórzy nawet doświadczyli go osobiście. Najczęściej w relacji partnerskiej, choć bywa, że są to również relacje w rodzinie, wśród przyjaciół czy w pracy. Osobiście nie lubię tego określenia, ale użyję go, ponieważ funkcjonuje jako termin psychologiczny i pomaga zrozumieć dynamikę takich relacji.

W tzw.”toksycznym związku” zamiast 1+1=2 mamy 1+1= – 1. Zamiast wsparcia, energii i karmiącej obecności partnerzy krzywdzą siebie nawzajem. Może to zabrzmi brutalnie, ale celowo piszę nawzajem, ponieważ często wina leży po obu stronach- to nie ktoś nas krzywdzi, tylko my pozwalamy na to, aby nas krzywdził. W relacjach dorosłych ludzi zazwyczaj mamy możliwość wyboru. Uwaga: nie mam tu na myśli sytuacji stricte przemocowych czy nierównorzędnych relacji np. dorosły- dziecko, na które nie ma żadnej zgody i wytłumaczenia.

W relacji toksycznej:

  • nie możesz być sobą, obawiasz się podzielić swoimi myślami, emocjami, tracisz spontaniczność
  • rezygnujesz ze swoich planów, ambicji i marzeń, bo nie pasują drugiej osobie
  • nieustannie masz poczucie winy, wyrzuty sumienia i wstyd za to, kim i jaki/jaka jesteś
  • potrzeby drugiej osoby są zawsze ważniejsze, nie masz miejsca dla siebie
  • w relacji często odczuwasz lęk, niepokój, smutek
  • bliska osoba krytykuje Ciebie, nie wierzy w Twoje plany i podcina Ci skrzydła
  • jesteś często przedmiotem krytyki partnera, wina zawsze leży po Twojej stronie
  • nieustannie wybaczasz, tłumaczysz, chronisz, usprawiedliwiasz i ratujesz z kłopotów partnera
  • masz poczucie, że bez tej osoby jest Ci spokojniej, swobodniej i bezpieczniej

Związek toksyczny często nie sprowadza się do skrajnych sytuacji jak przemoc fizyczna, relacja z osobą uzależnioną czy z zaburzeniami psychicznymi. Często jest to przemoc w białych rękawiczkach, której otocznie zupełnie nie zauważa. Raniące zachowania mogą zdarzyć się każdemu. Jeśli jednak „zdarzają się” regularnie miesiącami czy latami, a my spadamy na dno swojej samooceny i poczucia bezpieczeństwa, to mamy problem.

Serce w pułapce

Toksyczne relacje bywają bardzo trudne do zakończenia. Jak powiedział w jednym z wywiadów Maciej Bennewicz, znany psychoterapeuta, opierają się na „krzywdo-winie”. Czyli doświadczam dwóch wykluczających się uczuć: poczucia bycia skrzywdzonym i jednocześnie ogromnego poczucia winy, jakie wywołuje u mnie druga osoba. Skoro czuję się winny/winna- to nie podejmę decyzji, bo zrani ona jeszcze bardziej. A jeśli czuję się skrzywdzony/a: to też nie zadziałam, bo przecież „mi się należy”. Często te role przeplatają się, raz ktoś jest katem, a ktoś ofiarą. Bennewicz mówił, że to związek na drut kolczasty: co by nie zrobić, będzie bolało. Pozostając w relacji cierpisz. Próbując się uwolnić- drut rani Ciebie jeszcze bardziej. Jedynym wyjściem jest jej zakończenie i pozwolenie na to, aby rany mogły się w końcu zagoić.

Najczęściej powodem tkwienia w takich związkach jest lęk przed podjęciem decyzji. Niektórzy liczą na cud, który sprawi, że partner sam od nas odejdzie, albo pojawi się ktoś, kto nas uratuje. Ale tak się nie dzieje. Co gorsza, tkwienie w takiej relacji prowokuje nas samych do otoczenia się kolczastym drutem. Możemy odbijać swoje zmęczenie i frustrację w relacji z dzieckiem, innymi osobami i odpłacać tym samym naszemu partnerowi. Tym samym nie tylko dajemy drugiej stronie argumenty („a Ty co robisz?Nie jesteś wcale lepszy ode mnie”!) ale też podkopujemy poczucie własnej wartości, które jest tu fundamentem do wyplątania się z kolczastego drutu.

Strach przed zakończeniem relacji może wynikać z bardzo wielu uwarunkowań, ale często powodem jest lęk przed samotnością. A u jego podstaw- niska samoocena. Konieczność nieustannego odbijania się w cudzych oczach. Bycie niewystarczającym i niepełnym. Powodów może być mnóstwo, często związanych także ze wzorcami przywiązania jakie wykształciliśmy w dzieciństwie, doświadczeniem przemocy i opuszczenia na wczesnym etapie rozwojowym, z przyjmowaniem roli „ratownika” w rodzinie (np. DDA) itp. Nie pomaga też bycie osobą zewnątrzsterowną, zależną od opinii innych. Bez silnej wewnętrznej kotwicy i przekonania „mam prawo czuć to, co czuję i zdecydować o sobie”, samodzielne wyjście z takiego uwikłania staje się niemal niemożliwe.

Paradoks tej sytuacji polega na tym, że rozumiemy, że ktoś nas krzywdzi, ale dalej nie mamy siły tego zmienić. Nasz skrypt, często wdrukowany na bardzo głębokim, neuronalnym poziomie, jest jedynym „bezpiecznym” wzorcem, jaki znamy. Dlatego często konieczne jest poszukanie wsparcia psychoterapeuty, psychologa lub zaufanej i mądrej osoby, która pomoże nam wytrwać w swojej decyzji. Otoczyć się ludźmi, którzy w nas wierzą, wspierają, podbudowują.

Detoks

Jeśli wizja rozstania nas paraliżuje to warto dać sobie więcej przestrzeni. Poprosić partnera, aby się wyprowadził. albo samemu na jakiś czas kompletnie się od tej osoby odsunąć. Poczuć i przeanalizować na chłodno to, co się dzieje. Na dłuższą metę to sytuacja win-win: jeśli obie strony będą miały wolę pracy nad sobą i związkiem jest szansa na odbudowanie relacji. Jeśli okaże się, że nie- podejmiesz decyzję szybciej. Najgorsze dla nas jest trwanie w stanie zawieszenia. Każda decyzja jest lepsza niż jej brak. Tkwicie w relacjach powodujących u nas permanentny stres wpływa nie tylko destrukcyjnie na nasz stan psychiczny, ale także na nasze zdrowie. Nieustannie podwyższony kortyzol przyczynia się do kłopotów z układem immunologicznym, hormonalnym, krwionośnym i pokarmowym. Istnieją nawet badania,które pokazują, że w długotrwałej perspektywie wpływa na również na ekspresję naszych genów, które zmieniają działanie naszego układu odpornościowego, zwiększają ryzyko zachorowania na choroby autoimmunologiczne (CTRA-conserved transcriptional response to adversity ). Więcej o tym, dlaczego mózg uzależnia się od takich relacji i dlaczego z nich tak trudno wyjść- napiszę Wam w kolejnym wpisie.

Tworząc ten artykuł wielokrotnie myślałam, czy określenie „toksyczny” jest na miejscu. Bo zawiera w sobie mocną i negatywną ocenę. Tymczasem większość życiowych doświadczeń nie jest ani złe ani dobre. I mam wrażenie, że większość naszych relacji działa na zasadzie lustra: inni ludzi pokazują nam to, czego sami w sobie nie chcemy dostrzec. Kiedy tkwimy w relacjach, które nas krzywdzą to po części godzimy się na taki układ. Na przemoc w jakiejkolwiek formie nie mam zgody, ale poza nielicznymi przypadkami skrajnej przemocy i ubezwłasnowolnienia dorośli mają wybór: mogą odejść. Jeśli mimo to tego nie robią oznacza, że ich lekcja o miłości do samego siebie, szacunku, odwadze, poczuciu własnej wartości nie została dobrze odrobiona. Nigdy jednak nie ma sytuacji bez wyjścia, tylko czasami potrzeba czasu i wsparcia innych, żeby je dostrzec.

Kamila

Asany cz. I: pozycje stojące

Ostatnio na blogu zapanowała pewna stagnacja 😉 Nie jest to związane z brakiem weny twórczej, ale z chaosem, który wymagał uporządkowania. Powoli wracam do siebie i blogowych projektów. Ponieważ ostatnio wątek jogowy został nieco zapomniany dziś ruszam z nowym cyklem wpisów na temat asan i ich wpływu: na ciało, emocje i ducha 🙂 Często pytacie mnie w trakcie sesji o wpływ poszczególnych asan na naszą fizjologię i psychikę, dlatego zdecydowałam się na uporządkowanie tych informacji na blogu. Zapraszam do lektury i oczywiście- do zweryfikowania na macie!

Asan i ich wariantów jest bardzo dużo. Ze względu na ułożenie ciała i ich działanie na głębszym poziomie możemy wyróżnić pozycje stojące, skręty, skłony do przodu, wygięcia do tyłu oraz pozycje odwrócone. Zaczniemy od podstawy: czyli od pozycji stojących . Jeśli wybierzecie się na zajęcia dla początkujących w dobrej szkole jogi, to zapewne na tą grupę asan będzie kładziony szczególny nacisk. Początkowo będziecie pytać siebie po jakie licho ktoś każe Wam układać równo palce w stopach i czuć ich docisk? Cóż to ma wspólnego z tymi szpagatami na tle balijskiego wodospadu w reklamach jogowych leginsów? 😉 Ale z upływem czasu pewnie zauważycie, że ta uważność na detale ma sens i duży wpływ na praktykę.

Pozycje stojące: fizjologia

Nasi odlegli przodkowie odeszli od tego uświęconego wiekami tradycji sposobu poruszania się i zmienili się w chodzące wieże, z umieszczonym wysoko środkiem ciężkości i wąską podstawą….Natura powinna wywieszać tabliczkę z ostrzeżeniem „Przebudowa w toku. Dyrekcja przeprasza za wszelkie możliwe niedogodności” E. Morgan „The scars of evolution”

Istoty dwunożne pojawiły się w Afryce ok. 4-6 mln lat temu. Odkąd wyprostowaliśmy się po zejściu z drzewa większość naszego życia spędzamy na stojąco- choć z punktu widzenia anatomii wcale nie jest to najbardziej ergonomiczna pozycja 🙂 Właściwiej byłoby jednak założyć, że obecnie większość z nas po części „cofnęła” się na drabinie ewolucji i spędza życie na siedząco… Niestety, nie w przysiadzie lub w kucki (co byłoby całkiem dobrą opcją dla naszego ciała) lecz na krześle, fotelu, kanapie.To już jest wystarczający powód, aby praktykować asany stojące, wspierając ciało w procesie utrzymywania prawidłowej postawy, ułożenia kręgosłupa, budowania siły dla mięśni i równowagi.

Pozycje stojące w jodze są niezwykle istotne, ponieważ zawierają w sobie dużo ruchów funkcjonalnych tzn. takich, jakie wykonujemy w codziennym życiu nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Sięgamy po coś wyciągając daleko ręce (jak w tadasanie z uniesionymi rękami), balansujemy szukając czegoś w szafce (jak w pozycji vrksasany) , pochylamy się, aby podnieść coś z podłogi (jak w uttanasanie), skręcamy chcąc zobaczyć coś za nami (jak w parrivritta trikonasanie). Ruch wygięcia do tyłu na stojąco (jak w virabhadrasanie I) rzadko występuję w naszej codzienności. Tym bardziej jest cenny, ponieważ równoważy przeważający rodzaj zgięcia- skłonu do przodu (schylanie się). Niestety, jeśli prowadzimy siedzący tryb życia, nasze ciało traci naturalne zakresy ruchów, usztywnia się. Zaczyna kompensować brak zakresów, przeciążając nadmiernie te części ciała, które nie powinny brać w danym ruchu udziału. Prześladujące większość z nas bóle odcinka lędźwiowego często mają własnie przyczynę w nieprawidłowej postawie ciała i pracy nóg, a nie dysfunkcjach samego kręgosłupa.

W tradycyjnym przekazie pozycje stojące budowane są zawsze od podstawy: czyli od stóp. Na co dzień większość z nas zupełnie nie zajmuje się sprawnością swoich stóp. Uwięzione w butach przez większość dnia tracą swoje prawidłowe zakresy ruchu, pojawiają się różne problemy (halluksy, ostroga piętowa itp.). Nie bez powodu wschodnie systemy leczenia wykorzystują masaż odpowiednich punktów w stopach jako element leczenia. W stopach znajduje się mnóstwo receptorów i dlatego już samo chodzenie boso w trakcie sesji wspiera proces autoregulacji naszego organizmu.

Ponadto, praktyka pozycji stojących pomaga nam rozwijać siłę i elastyczność, łagodnie pobudza system nerwowy i oddechowy, dodaje energii i jednocześnie buduje poczucie stabilności, ugruntowania i osadzenia. Na początku jogowej przygody samo utrzymanie asan stojących stanowi duży wysiłek, więc pomaga nam także wzmocnić mięśnie i siłę woli 🙂

Pozycje stojące: psychika

My, istoty ludzkie, jesteśmy jak drzewa, zakorzenione jednym końcem w ziemi, a drugim sięgające ku niebiosom. Głębia sięgania zależy od siły naszego systemu zakorzeniającego. Wyrwanemu drzewu obumierają liście, a u człowieka, któremu odcięto korzenie, duchowość staje się martwą abstrakcją. A. Lowen

W psychoterapii poprzez ciało „stanie na ziemi’ nabiera głębszego znaczenia. „Uziemienie” oznacza poczucie, że wiem kim jestem, wiem po co jestem, wiem na czym stoję. Urealniam się, czuję połączenie z ziemią, innymi ludźmi, swoim ciałem, seksualnością. Czuję oparcie w sobie. Nie fruwam nad ziemią żyjąc w iluzji, ani nie zapadam się pod nią w poczuciu depresji. W Bioenergetyce to, jak stoisz na Matce- Ziemi może też dużo powiedzieć, jaką miałeś/aś relację z rodzicami. Natomiast w metodzie Somatic Experiencing przenoszenie uwagi do stóp używane jest także jako metoda, która pomaga kontrolować i skrócić atak paniki.

Jako fascynatka pracy z ciałem nie mogę nie wspomnieć o roli tej grupy asan w sferze emocjonalnej. Asany stojące bardzo wyraźnie pokazują, że zanim cokolwiek zbudujesz- musisz mieć solidny fundament. To, jak ustawisz podstawę warunkuje jakość całości. Najbardziej kunsztowna konstrukcja nigdy nie utrzyma się na byle jakim gruncie. Z drugiej strony uczą cierpliwości i trwania. Pozornie banalna pozycja tadasany- góry po kilku minutach staje się niezwykle aktywna. Zaczynasz czuć mikroruchy wewnątrz mięśni głębokich, subtelne zmiany ciężaru na stopach, przesunięcia środka ciężkości. Czasami w życiu również musisz na coś poczekać i wytrwać. Patrząc z boku wydaje się, że nic się nie zmienia. Ale to nie jest prawda. Wewnątrz trwa ciągły ruch i ten delikatny postęp zaprowadzi Ciebie kiedyś do nowego miejsca. Może w ciele, a może w sercu. „Forward is forward” 🙂

Namaste

Kamila

Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) Instrukcja obsługi :) cz. II

Witajcie po dłuższej przerwie spowodowanej moim wyjazdem do miejsca wręcz wymarzonego dla HSP: cisza absolutna, brak nawet śladu zasięgu w telefonie, brak ludzi, radia, telewizji, sklepów, samochodów i innych atrakcji życia codziennego, do jakiego jesteśmy przywykli. W zamian za to zanurzenie w dzikiej przyrodzie (Puszcza Białowieska!), długie spacery, kilka godzin spokojnej jogi i ćwiczeń oddechowych i życzliwi ludzie obok. Mimo, że prowadziłam codziennie praktykę dla licznej grupy sama porządnie się zregenerowałam 🙂 I choć taka deprywacja sensoryczna (jak fachowo nazywamy ograniczenie bodźców) służy każdemu, kto na co dzień żyje w mocnym tempie i w mieście, to dla Osób Wysoko Wrażliwych jest w zasadzie jedyną możliwą drogą odpoczynku, która skutecznie je relaksuje.

Poprzedni wpis o HSP i podzielenie się moim doświadczeniem z życia „nadwrażliwca” spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem z Waszej strony 🙂 http://streso-terapia.pl/czuc-za-mocno-dar-czy-utrapienieosoby-wysoko-wrazliwe-highly-sensitive-person-cz-i/ Dlatego dziś obiecana druga część:jak sobie radzić w życiowej dżungli, jeśli Twój układ nerwowy przypomina sitko do odlewania makaronu i sprawia, że czasami trudno jest Ci wytrzymać ilość bodźców, jakie do niego docierają.

Instrukcja Obsługi HSP:

1. zadbaj o swój sen: porada niezbyt odkrywcza, ale jak to często bywa najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze 😉 W trakcie głębokiego snu nasz organizm przeprowadza szereg procesów naprawczych i regeneracyjnych. Ma to ogromne znaczenie dla naszego mózgu, który wtedy porządkuje i układa informacje pozyskane poprzedniego dnia. Nawet osoby, które mają zrównoważony układ nerwowy po zarwanej nocy mogą czuć się poirytowane, przeciążone i reagować nieadekwatnie do sytuacji. W przypadku do HSP można te reakcje pomnożyć x 10… Ja odkąd pamiętam nie umiem zrywać nocy, następnego dnia czuję się dosłownie jak zombie. Długość snu jest sprawą indywidualną, podobnie jak okna czasowe, w jakich śpimy. Nie zamierzam przekonywać „sów” do chodzenia spać z kurami. Jednak w tradycyjnych systemach medycznych (ayurveda, TMC itp) za najlepszą porę do regeneracji uważa się czas przed północą. Ja jestem totalnym skowronkiem: nic mnie tak nie regeneruje, jak sen pomiędzy g. 21.30 a 5.30. Nawet jeśli wrócę z nocnej imprezy o 2 nad ranem i tak wstanę o świcie. Przestałam już z tym walczyć i zaczęłam o to dbać, bo zauważyłam, że jest to najbardziej podstawowy i skuteczny czynnik, który pomaga mi czuć się dobrze 🙂

2. Zadbaj o swoje odżywianie. Zaskoczeni, wiem :-p Jednak dla HSP utrzymanie stałego poziomu cukru i unikanie gwałtownych spadków energii jest bardzo istotne. Regularne, zdrowe posiłki dają nam wentyl bezpieczeństwa i pomagają zachować kontrolę nad kruchym systemem zarządzania energią życiową i emocjami.

3. Zadbaj o swoją ciszę. HSP mają bardzo wysoką wrażliwość na dźwięki. Nie dla nas regularne chadzanie na koncerty, wizyty w kinie na thrillerach, czy mieszkanie przy hałaśliwej ulicy. Mnie wybudzają najmniejsze dźwięki,a po dłuższym przebywaniu w głośnych pomieszczeniach czuję się zmęczona, poirytowana i niespokojna. Można rozważyć używanie stoperów lub dobrze izolujących słuchawek, które pomogą nam ograniczyć ilość dźwięków z zewnątrz.

4. Zadbaj o swój detoks od bodźców : w przypadku HSP bardzo ważne jest aby codziennie znaleźć kilkanaście minut w ciągu dnia (minimum!) na całkowite odcięcie się od bodźców. Ja lubię kłaść się na 20 minut w jogowej savasanie, przykryć oczy i (jeśli nie mam tego szczęścia, że w pomieszczeniu jest zupełnie cicho) użyć zatyczek do uszu. To bardzo istotne, aby przestymulowany układ nerwowy miał szansę na zresetowanie stanu alarmowego. W pracy też masz wybór. Zamiast stać w kuchni i przeglądać fejsbuka możesz założyć słuchawki z relaksującą muzyką i na 10 minut usiąść w cichym miejscu, najlepiej na świeżym powietrzu.

5. Zadbaj o zwolnienie tempa wykonywanych czynności. Taaak, wiem- większość ludzi jest w stanie zrobić wiele, aby przesuwać opcję „drzemki” w swoim telefonie do oporu 😉 W efekcie wyskakujesz z łóżka już spóźniony i od samego rana dorzucasz sobie stresorów. Polecam wstać te pół godziny wcześniej, otworzyć szeroko okno, poodychać, wypić na spokojnie kawę i sprawdzić, jak ta dodatkowa przestrzeń bez pośpiechu stwarza bufor spokoju na nadchodzący dzień.

6. Zadbaj o kontakt z naturą: im więcej czasu HSP przebywa z dala od zgiełku,tłumów, bodźców i hałasu, tym lepiej regeneruje się układ nerwowy i zwiększa jego wytrzymałość. Nie każdy z nas może teraz wszystko rzucić i jechać w Bieszczady. Ale zamiast wycieczki do centrum handlowego możesz wybrać się do parku…Często sama podróż bywa dla HSP stresująca. Wiadomo: dużo ludzi, pośpiech, hałas i ciągłe zmiany. Ja po kilku latach włóczenia się po świecie (co nadal uwielbiam!) odkryłam,że najlepiej regeneruję się w naszym umiarkowanym klimacie, w dzikich i cichych ostępach przyrody i nie testuję mojego organizmu pod kątem odporności na wszelkie tropikalne bakterie, ekstremalne temperatury i florę bakteryjną z odległej galaktyki. Nie warto jechać pod presją na urlop w tropiki, jeśli Twoje ciałko ma się najlepiej w innych warunkach.

7. Zadbaj o swój limit w kontaktach z ludźmi.: HSP nie jest w stanie robić wielu rzeczy na raz. Jest nam też bardzo łatwo „przeładować się” emocjonalnie. Często odczuwamy mocniej i głębiej to, co dzieje się z innymi i ludzkie historie zostają przy nas na dłużej. Z szacunku dla siebie i innych nauczyłam się trudnej sztuki rezygnacji. Nie mogę po kilku godzinach prowadzenia zajęć i bycia z ludźmi pojechać prosto na hałaśliwą imprezę i przekrzykiwać tłum rozmawiając ze znajomymi. Dlatego zmniejszyłam ilość prowadzonych przeze mnie zajęć i zaczęłam otaczać się ludźmi, których obecność wpływa na mnie kojąca i czuję się przy nich swobodnie i spokojnie. Czasami bywa to ciężkie, ale zdarza mi się napisać do przyjaciółki „przepraszam, ale dziś już jestem totalnie przeładowana, nie mam przestrzeni na rozmowę. Czy możemy się usłyszeć jutro?”. To dbanie o swoje granice pozwala mi być w pełni dla innych z uszanowaniem moich możliwości.

8. Zadbaj o samego siebie. Bycie HSP nie zwalania Ciebie z wzięcia odpowiedzialności za swoje emocje 🙂 Dla mnie praktyka jogi, medytacji czy uważności to podstawowy mechanizm regulacji emocjonalnej i fizycznej. Jestem w stanie dużo szybciej zauważyć, kiedy zbliżam się do swojej granicy i po powrocie do domu padnę, lub (gorszy wariant) z przebodźcowania nie będę mogła zasnąć. Jeśli jest Ci naprawdę trudno nauczyć się swojej instrukcji obsługi to warto spotkać się z terapeutą, który Ciebie wesprze.

Na zakończenie dodam, że bycie wysoko-wrażliwcem bynajmniej nie czyni z nas bezwolnych odludków. Bardzo wielu HSP jest jednocześnie ekstrawertykami (ja!), uwielbia kontakt z ludźmi (ten bonus w postaci dużej empatii) i ekspozycję społeczną. Ale bez umiejętności zarządzania swoją codziennością bardzo łatwo jest stracić równowagę i wyczerpać swoje zasoby sił. Dlatego dbajcie o siebie drogie HSP, a jeśli macie kogoś bliskiego o takiej urodzie układu nerwowego, to bądźcie wyrozumiali. Ludzie o wysokiej wrażliwości to dar dla tego pędzącego, często brutalnego świata.

Kamila

8

Lęk. Twój dobry przyjaciel w nieładnym przebraniu.

Lęk. Chyba nie ma zbyt wielu ludzi,którzy przyjmują go z otwartymi ramionami. Zaciśnięte gardło, spocone dłonie, mętlik w głowie, ból brzucha, płytki oddech… I wiele innych sygnałów od nieproszonego gościa, którego najchętniej wyrzucilibyśmy za drzwi zanim zdąży zapukać. Ale on bywa uparty. Zatrzaskujesz drzwi, ale on i tak potrafi wślizgnąć się uchylonym oknem w środku parnej, lipcowej nocy, kiedy teoretycznie „wszystko jest w porządku”. 


Lęk był moim towarzyszem przez sporą część mojego życia. Przez wiele lat nie pozwalał mi zasnąć, a jednocześnie nie pozwalał się w pełni obudzić na to, co nazywamy życiem. Na zewnątrz byłam dzielną i silną dziewczyną. Pracowałam jako nurek, dźwigałam ciężary, włóczyłam się z plecakiem po kole podbiegunowym, wbijałam czekan w śnieg na lodowcu. Ale w środku było we mnie pełno lęku. Nieproszony gość, który pojawiał się  w bliskich relacjach, w podejmowanych decyzjach i obawach o moje zdrowie. Często zupełnie nieadekwatny do sytuacji. Zwykła wymiana zdań z ukochaną osobą potrafiła spowodować u mnie wewnętrzną panikę. Zazwyczaj uciekałam. Kończyłam relacje, zmieniałam miejsce pobytu, podejmowałam kolejne studia, kolejne stypendia, podróżowałam. Byle nie czuć.

Dopiero niedawno poczułam jak wielkim darem w moim życiu jest lęk. Posłańcem, który z niespotykaną cierpliwością wsuwa w moje drzwi karteczki z informacją, które części mnie domagają się zauważenia i uzdrowienia. Przestałam go odpychać. W końcu niechętnie poszłam do kuchni, zaprosiłam go do stołu i zaparzyłam herbatę…Pozwoliłam mu mówić. Zaczęłam słuchać jego opowieści. Powoli zaczęłam rozumieć. Usłyszałam głos małej, wystraszonej dziewczynki, która kiedyś bardzo się bała. Pozwoliłam jej być słabą. Bo jak być silną ona wiedziała doskonale.

Nie jest to jednak łatwy proces. Nasza kultura nie przepada za wrażliwością, emocjonalnością i przyznaniem się do słabości. Nie lubi tez dyskomfortu. Preferujemy klimatyzację, miękkie fotele, wygodne samochody. Kiedy coś nas boli łykamy „tabletkę”- może jakieś leki, może kilka szklaneczek dobrego alkoholu dla rozluźnienia,  może kolejna powierzchowna relacja dla zabicia samotności. Ale ból nie znika, on wciąż  tam jest. Bywa że niespodziewanie wybuchnie w postaci ataku paniki, kiedy sam w środku nocy będziesz jechać ciemnym tunelem na autostradzie. I wtedy część z nas pobiegnie do psychiatry po leki, żeby „TO” już nigdy więcej się nie powtórzyło. 

Ale paradoksalnie „TO” jest darem. I tylko kiedy pochylimy się nad swoim lękiem, damy mu szansę mówić możemy dotrzeć do jego źródła. Ale do tego konieczny jest czas. Ograniczenie bodźców, pobycie ze sobą w ciszy, w tej przestrzeni gdzie wcale nie jest miło i wygodnie. 


Moja droga do oswajania leku wiedzie różnymi ścieżki. Celowo piszę w czasie teraźniejszym, bo choć zaprzyjaźniłam się z lękiem i mam wrażenie, że teraz mamy całkiem dobrą relację, to na pewno trzeba o nią dbać całe życie 🙂

– joga uczy mnie nieoceniania. Jest jak jest na ten moment, inaczej teraz nie będzie. I to jest ok.

-medytacja: bycia w perspektywie obserwatora, a nie aktora. Zrozumienia że moje myśli to tylko myśli, niekoniecznie fakty.

– psychoterapia: wyrażania wszystkich emocji,także smutku, gniewu i rozpaczy. Czerpania siły ze swojej wrażliwości

– Somatic Experiencing (metoda terapii traumy, jaką studiuję) pokazuje, że lęk często bywa po prostu niedokończoną reakcją naszego układu nerwowego i mamy metody, żeby go uwolnić. To, że teraz jest trudno, to wcale nie oznacza, że tak będzie zawsze 🙂

– praca z ciałem (psychoterapia metodą A. Lowena, Trauma Release Excercises, tantra, medytacje aktywne Osho, choeroterapia, Integracja Strukturalna) pozwoliły mi wykrzyczeć, wyskakać, wytrząść zablokowane emocje

-praca z tradycyjną medycyną pokazuje mi, że czasami coś we mnie musi umrzeć, żeby przyszło nowe, ale to wcale nie oznacza mojego końca 

-podróże w odległe rejony pomagają tolerować dyskomfort- upał, zimno, wilgoć, monotonnie, zmęczenie 

Przede wszystkim moimi najlepszymi nauczycielami są bliscy ludzie. Bo jeśli lęk powstał właśnie w pierwotnej relacji,w dzieciństwie to nigdy nie uleczysz go w samotności. Więc wdzięczna jestem za te wszystkie momenty w relacjach , kiedy musiałam się z nim skonfrontować.


Mój ostatni tydzień, kiedy zniknęłam zupełnie z  zasięgu to był również czas konfrontowania się z lękiem. Z lękiem wysokości w trakcie wspinaczki (patrz zdjęcie ;-). Z lękiem przed spotkaniem ze swoim cieniem, kiedy przez wiele dni dzielisz z kimś maleńką przestrzeń i tak łatwo o irytację. Z lękiem przed zmęczeniem, płytkim oddechem, ograniczeniami ciała, ostatnim podciągnięciem które dzieli Cie od szczytu. Dyskomfortem w każdym wydaniu. Ale czasami mam wrażenie, że dopiero kiedy dotykam tej swojej granicy, gdzie (choćbym chciała) nie mam już sił udawać pojawia się prawda i uzdrowienie. 

Dedykuję ten wpis wszystkim, którzy mierzą się z lękiem. Z podziękowaniem dla ludzi, którzy wytrącają mnie ze strefy komfortu, a jednocześnie uczą mnie bezwarunkowej miłości .I wiece co? Jestem bardzo dumna z tych, którzy potrafią pokazać swoją słabość. Bo trzeba mieć dużo odwagi, aby pozwolić się sobie bać.

Love  & Light
Kamila 

ps. jeśli interesuje Was temat radzenia sobie z lękiem od strony terapii i pracy z układem nerwowym zajrzyjcie do wpisu: http://streso-terapia.pl/kiedy-twoim-zyciem-rzadzi-lek-jak-cialo-uczy-sie-bac-wlasnych-mysli/

Czuć za mocno: dar czy utrapienie?Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) cz. I

Rajstopki. Te straszne rajstopki, w które rodzice (dosłownie) wbijali mnie każdego ranka przed wyjściem do przedszkola. Nie rozciągało się to dziadostwo ani o centymetr, drapało i brutalnie wciskało w skórę. Do dzisiaj to pamiętam! I w przeciwieństwie do innych dzieci nie umiałam spać w dzień. Leżakowanie. Co za koszmar. Przecież jest jasno, mózg nie śpi, kiedy jest dzień 😉 Za to zasypiałam o zmroku i budziłam się z pierwszymi promieniami słońca. To było przekleństwo moich (wówczas jeszcze młodych i imprezujących) rodziców, którzy kończyli nad ranem nocne Polaków rozmowy, a ja właśnie pytałam mamy, gdzie jest „kakałko” na śniadanie. Kiedy ktoś na mnie krzyczał odbierałam to jako fizyczny ból, a obserwowanie kłótni rodzinnych kończyło się u mnie zazwyczaj histerycznym płaczem. A, no i jeszcze sławetny spot w wiadomościach o mordowaniu żółwi, które obejrzałam w wieku 7 lat, po czym dostałam całonocnej histerii i spazmów…

Minęły dwie dekady i starłam się odnaleźć w Warszawskim pędzie w mojej pierwszej pracy w korporacji. Najpierw był dojazd. Kolejką WKD i codzienny bieg podziemiami dworca centralnego. Cuchnące powietrze, dziki tłum, intensywne lipcowe zapachy w miejskim środku transportu.Koktajl ludzkich emocji upchnięty na kilku metrach kwadratowych. I open-space. Bez możliwości otwarcia okna w nowoczesnym, betonowym bunkrze. Bez tlenu. Bez ruchu. W temperaturze znacząco zbyt wysokiej, jak na zdolności mojego organizmu. Ostrym świetle biurowych lamp i suchym powietrzu z klimatyzacji. Każda komórka mojego ciała chciała się stamtąd wydostać, zaczerpnąć powietrza; każdy mięsień chciał się ruszyć. Ach, i te sztywne uwierające koszule i klejące się do ciała rajstopy. Szpilki, w których stopa prosiła o wolność. I small- talki w kuchni. O wakacjach, samochodach i innych ważnych życiowych kwestiach. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Naprawdę się starałam i ciągle słyszałam, że jestem jakaś dziwna. Sama w to uwierzyłam. Bo jak to jest możliwe, że ja wszystko czuję bardziej?Dlaczego innym nie przeszkadza, że ich ciało od 5 godzin nie zmieniło pozycji, a w pokoju zawartość tlenu spadła do 5 %? Jak to możliwe, że potrafili na zebraniu kogoś publicznie skrytykować- czy nie poczuli emocji, jakie wywołali? Dlaczego nie dostrzegają tych wyraźnych sygnałów, kiedy ktoś ich nie słucha, nie ma ochoty rozmawiać, a nawet cierpi?No i po co ludzie rozmawiają o pierdołach, skoro czuć na odległość, że w środku coś się przewraca i aż prosi o utulenie?

Tych „drażniących” elementów rzeczywistości było więcej. Radio w samochodzie i brutalne reklamy, telewizor w domu rodziców, za głośna muzyka na imprezie. Ciągle jakby za mocno i za dużo, choć przecież reszcie osób wydaje się to nie przeszkadzać. Jednocześnie dostrzegałam dużo mocniej piękno tego świata: zmienność kolorów na niebie, zapach porannej wilgotnej ziemi, głębię spojrzenia drugiego człowieka, uśmiech maleńkiej córeczki mojej znajomej.

Choć od zawsze byłam ekstrawertyczką i uwielbiam ludzi, to do zachowaniu równowagi potrzebna jest mi cisza, pobyt w przyrodzie- a często i wiele dni resetu w samotności. Potrafię wyjść na scenę przed 100 osobami i wygłosić improwizowany wykład, a jednocześnie okropnie męczy mnie pobyt w centrum handlowym. Wybudza mnie śpiew ptaków, ale jednocześnie jestem niesamowicie wrażliwa na muzykę. I gwóźdź programu: emocje. Wyczuwam je u innych, zanim cokolwiek powiedzą. Czuję, kiedy kogoś coś boli i jak poprawić czyjeś ciało na jodze, żeby zmniejszyć napięcie. Naprawdę interesują mnie historie innych ludzi. Ale jest i ciemna strona medalu. Wszystko przeżywam podwójnie. Odczuwam smutek czy ból drugiej osoby jak swoją własną stratę. Nie raz usłyszałam, że jestem fałszywa, bo jak to możliwe, żeby się wzruszyć słuchając czyjejś historii albo roześmiać?

Mój mózg ma problem, żeby oddzielić realia od np. filmu, dlatego od 4 lat nie byłam w kinie. Ostatni wyskok na „Django” zakończył się u mnie 2 godzinnym płaczem (” no co Ty, przecież to Tarantino, ta krew nie jest prawdziwa, oni udają!”) Serio? Wiem, ale dla mojego przewrażliwionego mózgu nie ma to znaczenia- krew to krew, ból to ból.

Próbowałam się dopasować do żelaznych reguł pędzącego świata, ale nie potrafiłam. W efekcie byłam coraz bardziej rozdrażniona, niespokojna i zmęczona. Niedoczynność tarczycy, bezsenność, problemy z hormonami. Aż zmieniłam pracę. Zaczęłam więcej przebywać na powietrzu. Choć pracuję dużo więcej i intensywniej, niż dawniej, to dobieram czas pracy i warunki w zgodzie ze swoją osobą. Noszę luźne ciuchy. Unikam miejsc, gdzie jest bardzo głośno, ciasno i pełno ludzi. Chodzę spać wcześnie i wstaję o wschodzie słońca (słaba partnerka do imprez, ale na poranne bieganie czy jogę- polecam się 😉 ) Intuicyjnie zrozumiałam, że najlepsze co mogę zrobić, to zmienić styl życia, bo inaczej czeka mnie bieg po równi pochyłej. Wciąż jednak nie wiedziałam, skąd ta nadwrażliwość pochodzi i czy to normalne być tak kruchą i podatną na bodźce osobą?

1,5 roku temu trafiłam na metodę leczenia traumy i stresu- Somatic Experiencing. Z fascynacją zaczęłam zagłębiać się w neuronaukę i w ramach rozrywki- oglądać skany mózgu 🙂 I bingo! Okazuje się, że to, co odbierałam jako swoje utrapienie i dar zarazem- to po prostu uroda mojego układu nerwowego 😀 I część z nas po prostu przychodzi taka na świat: chłonąc wszystko jak gąbka i intensywniej odczuwając rzeczywistość. I nie są to „histerycy”, „niedopasowani społecznie”, „odludki”, „przewrażliwieni”. Tylko osoby, których mózg jest dużo bardziej wyczulony. Trafiłam na badania Elaine Aron, która od połowy lat 90-tych eksplorowała centralny układ nerwowy pod kątem jego reaktywności na bodźce. Istnieją nawet badania prof. R. Todd, która postawiła hipotezę, że niektórzy z nas mają specjalny wariant genu (ADRA2B) wpływającego na poziom noradrenaliny, czyli hormonu związanego z uruchamianiem reakcji stresowej. Również ciało migdałowate, które uruchamia reakcję walki lub ucieczki, dużo łatwiej ulegało aktywacji u osób nad wyraz wrażliwcyh. W efekcie takie osoby reagują dużo mocniej na bodźce zewnętrzne. Wyobraźmy sobie, że mózg „zwykłej” osoby ma tamę, przez którą przepuszcza pewne informacje. Zatem ilość bodźców (wody) spływa powoli do układu nerwowego i poddawana jest selekcji (reagować czy wyluzować). U osób Wysoko Wrażliwych ta tama nie istnieje : spada informacyjny deszcz i bang: mamy powódź i alarm powodziowy 3 stopnia. Dzisiaj określamy takie osoby jako Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Persons).

I dlatego mnie np. koszmarnie uwierały rajstopki, a inne dzieci miały to w nosie 😉 Do dziś nie znoszę obcisłych ciuchów i sztucznych materiałów (drażni mnie nawet biżuteria). To dlatego, że HSP obejmuje też sensorykę, czyli reakcje na dźwięki, kolory, zapachy czy wspomniany dotyk.

Wedle badań Osoby Wysoko Wrażliwe stanowią ok 20 % populacji. Okazuje się, że wysoko wrażliwe mogą być też inne gatunki. W przeszłości, kiedy przeżycie zależało od wyczucia zagrożenia na sawannie, były darem dla społeczności: szybciej niż inne zauważały potencjalne niebezpieczeństwo. Potrafiły też łagodzić konflikty i wspierać harmonijny rozwój społeczności, ze względu na wysoką empatię. Obecnie, w świecie przebodźcowanym do granic możliwości, tacy ludzie często przechodzą katusze. Często wycofują się z życia (unikają dużych i hałaśliwych imprez, trudno im zarwać noc itp. ) Czują się niezrozumiane i tylko ucieczka w ciszę, samotność, naturę czy sen pozwala ich mózgowi odzyskać równowagę.

Ważna uwaga: jeśli nie ogarniasz sowich emocji, rzucasz talerzami, albo z łatwością wybuchasz- to wcale nie oznacza, że jesteś Osobą Wysoko Wrażliwą! Najpewniej jesteś osobą wysoko zestresowaną oraz nie do końca masz pomysł na strategię wyrażania swoich uczuć 😉 Wysoka Wrażliwość czyli Highly Sensitive Personality jest specyficzną konstrukcją psychiczną i działaniem układu nerwowego. Wymaga odpowiedniego podejścia i zadbania o codzienne warunki pracy (a często-zmiany trybu życia), żeby móc dobrze funkcjonować. I niestety, nikt za HSP tej roboty nie zrobi: trzeba o siebie zadbać i edukować otoczenie, a nie się nad sobą użalać, a HSP mają tendencję do nadmiernego wałkowania swoich emocji 😉 W kolejnym wpisie podzielę się z Wami badaniami na ten temat oraz krótkim testem, który pozwala nam wstępnie określić, czy jesteśmy książkowym wrażliwcem 🙂

Niezależnie od tego, jak działa nasz mózg, każdy z nas jest piękny na swój niepowtarzalny sposób i tylko szanując naszą niezwykłość możemy zapewnić sobie równowagę <3

Kamila- Osoba Wysoko Wrażliwa

zdjęcie: https://czuleoko.com/

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0149763418306250?via%3Dihub

https://royalsocietypublishing.org/doi/pdf/10.1098/rstb.2017.0161

Jak wypleniłam negatywność z mojego życia :)

Niektórym będzie trudno w to uwierzyć, ale jeszcze nie tak dawno byłam jednym z najbardziej czarnowidzących, narzekających i niecierpliwych stworzeń na tej planecie. Często słyszałam od innych „Kama, przestań marudzić”, ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Ok, obiektywnie patrząc na niektóre moje doświadczenia życiowe, miałam prawo domagać się współczucia i uwagi (bo o to wołało właśnie moje marudzenie) . Dziś, bogatsza o doświadczenia i wiedzę psychologiczną widzę wyraźnie, skąd jeszcze taka tendencja się u mnie wzięła. Ale to temat od oddzielny i bardzo osobisty wpis, może przyjdzie na niego kiedyś przestrzeń.

Skupmy się jednak na pozytywach 😀 Bardzo chciałam zmienić swoje nastawienie. Mimo, że dostrzegałam ten mechanizm i nawet rozumiałam- za nic nie mogłam się go pozbyć. Bo zrozumieć, a umieć to zintegrować ze swoją głową i zachowaniem- to dwie różne rzeczy. Pozytywne myślenie nie działało. Dzisiaj, kiedy słyszę od innych, że jestem chodzącym optymizmem i uśmiechem zastanawiam się, kiedy właściwiej nastąpiła ta zmiana? Kiedy po przebudzeniu zaczęłam uśmiechać się do życia? Kiedy przed snem zaczęłam dziękować Bogu (siłom wyższym, wszechświatowi, Absolutowi lub nicości- co tam komu pasuje)? To był proces. To był dzień po dniu mikro zmian. I kilkoro ważnych nauczycieli, którzy przez ostatnie 10 lat (noo, proces, mówię Wam!) uczyli mnie, że można inaczej 🙂

Nauczyciel numer 1 : (najważniejszy) CIAŁO.

O moich perypetiach ze zdrowiem pisałam sporo.
Podsumuję to krótko: Człowieka łatwo uszczęśliwić. Należy zabrać mu to miał i oddać z powrotem. Kiedy miesiącami czy latami towarzyszy Ci permanentny ból, kiedy trafiasz na stół operacyjny, kiedy każda zwyczajna czynność urasta do rangi marzenia i boisz się, czy kiedykolwiek będzie inaczej- to zyskujesz nową perspektywę na to, co nazywasz „problemem”. Kiedy jest mi trudno i smutno często sobie myślę „Hej, Kama, jest temat, ale spójrz- wstałaś rano, masz siłę żyć, możesz pracować i praktykować jogę: to już tak wiele!” Może brzmi to banalnie i infantylnie, ale poważnie – każdy dzień traktuję jak dar. Choroby nauczyły mnie, co jest w życiu ważne. I kiedy milimetr po milimetrze pogłębiam asanę, która była dla mnie zupełną abstrakcją, czuję w sercu ogromną wdzięczność. Wdzięczność za zwyczajność. I nawet, kiedy ciało mi odmawia współpracy, to mam też w sobie pokorą i nadzieję, że będzie lepiej, że to chwilowe. Że to jakiś sygnał od organizmu, który o coś prosi. Bo skoro raz się udało to dlaczego miałoby się nie udać kolejny? 🙂

Nauczyciel numer 2: JOGA.

Och, to temat rzeka. Na blogu są już wpisy, gdzie dzieliłam się dobrem, jakie płynie z jogi min. tu http://streso-terapia.pl/rozciaganie-na-macie-czy-praktyka-jogi-po-czym-poznac-ze-praktykujesz-joge-a-nie-gimnastykujesz-cialo/ Joga jest w moim życiu na macie i poza nią. Wszystko, co robię w asanach, przenoszę do codzienności. Uczę się więc pokory, odpuszczania, szanowana granic, przekraczania ograniczeń, podążania za oddechem. Praktyka jogi jest drogą, a nie celem samym w sobie. Kiedy to rozumienie przeniknęło do mojego życia, zaczęłam ze spokojem obserwować to, co się wydarza. Idę swoją ścieżką, ale też daje sobie przestrzeń na danie kroku w tył, jeśli się pomylę. Joga nauczyła mnie, że jedyny moment jaki istnieje to TERAZ. Jeśli robię trikonasanę, to TA trikonasana jest najważniejszą rzeczą na świecie 🙂 Nie mogę się więc martwić tym, co jest w przyszłości lub tym, co było-to przecież nie istnieje. Jasne, czasami wkręcam się w jakieś rzeczy, ale dość szybko dyscyplinuje mnie wewnętrzny głos i staram się wracać do tu i teraz.

Nauczyciel numer 3: LUDZIE.

Jesteśmy istotami społecznymi. Mamy neurony lustrzane. Mamy swoistą energię, która nas otacza. Jim Rohn –  amerykański pisarz i  mówca motywacyjny powiedział, że „jesteśmy wypadkową sumą 5 osób, z którymi najczęściej przebywamy”. Co czujesz, kiedy wyobrażasz sobie te osoby? Czy ich obecność Ci służy? Jeśli nie- jeśli ściągają Cię w dół, zaśmiecają swoimi katastroficznymi wizjami i marudzeniem to może czas odejść z tego kręgu? Nie możemy i nie mamy prawa oczekiwać od innych, że się zmienią. Ale mamy prawo zadbać o siebie i wziąć odpowiedzialność za to, kto na co dzień ma na nas największy wpływ. Wiem, czasami jest to brutalne, bo są to nasi bliscy. Ale ja dopiero zaczęłam nad sobą pracować, kiedy zakończył się mój wieloletni związek- tak, mój wieczny pesymizm i narzekanie,również były powodem. BTW- współczuję Igorowi, że musiał tego słuchać i jednocześnie pozdrawiam, bo dziś wciąż jest dla mnie jednym z bliższych przyjaciół 😉 Bolało. Ale inaczej się nie da. Jak napisał Jung „Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgną do piekła”. Musiałam pozostać sama ze sobą, żeby to zrozumieć i zmienić. Dzisiaj wybieram siebie, otaczając się ludźmi, którzy patrzą na świat podobnie jak ja i widzą więcej dobra, niż zła.

Nauczyciel numer 4: PODRÓŻE.

O podróżach pisałam ostatnio w tym wpisie: http://streso-terapia.pl/podroze-w-pojedynke-samotnosc-czy-wolnosc/ . Podróże po Azji pokazały mi bezsens narzekania, irytowania się i próby przewidzenia rozwoju wydarzeń. Tłok, upał, kurz, brud i dni spędzone w lokalnych autobusach. Wielogodzinne czekanie. Psujące się i rozklekotane taksówki. Biorę przykład z miejscowych. Zaczynam zabijać czas rozmową, wypijam kolejną słodką herbatę z mlekiem i ze spokojem przyjmuję informację, że odjedziemy „jak się zbiorą ludzie, a zbiorą się- kiedy się zbiorą” 🙂 Sytuacja i tak nie ulegnie zmianie od moich nerwów, a o ile mniej energii człowiek zużywa. I miejscowi ludzie. Dzieci w Nepalu, dla których połamany patyk obwinięty nitką to najlepsza na świecie zabawka. I jedyna, jaką mają. Hinduska dziewczynka, której oddaję swoje bluzki, bo jej koszulka ma więcej dziur niż materiału. A mimo wszystko tyle w nich radości! Pogody ducha w bezzębnych tybetańskich staruszkach, które częstują Ciebie herbatą z masłem, szeroko się uśmiechając. A my, ludzie Zachodu, mamy coraz więcej, ciągle coś trzeba kupić, naprawić, poświęcić czas i energię na rzeczy. Martwimy się ,kiedy nas nie stać, kiedy się psują, kiedy ciągle trzeba o nie dbać. A przecież tylko relacja z drugim człowiekiem ma znaczenie. Mniej rzeczy, więcej ludzi…

Nauczyciel numer 5: DUCHOWOŚĆ.

Dla mnie duchowość to poczucie, że jestem czymś więcej, niż zbieraniną kości i mięśni obleczoną w powięź 😉 Współistnieję jako malutka cząstka wszechświata i każdy atom, jaki mam w sobie, kiedyś był częścią kamienia, dinozaura, innego człowieka. Zaufanie, że wszystko ma swój czas i miejsce. Zaufanie, że dostanę to, co chcę kiedy będę gotowa, a nie kiedy mi się wydaje, że już zasłużyłam. Kiedyś irytowałam się, kiedy coś nie wychodziło. Dzisiaj mówię „ok, widocznie to się dzieje po coś, może dzięki temu uniknęłam jakiegoś większego kłopotu?”. I dostrzegam, że „jak mówię- tak mam” w życiu. Co za ulga nie dokładać sobie zmartwień!

Wiem, że podróż do „pozytywności” to proces. Ale uwielbiam tą ścieżkę, bo dostrzeganie szklanki do połowy pełnej, a nie pustej, czyni moje życie dużo piękniejszym 🙂

ps. zdjęcie autorstawa Kasi Czajkowskiej https://czuleoko.com/ w makijażu Marty Kozioł http://www.martakoziolmakeup.pl/ Przy okazji ta sesja była w kosmicznym upale, w środku puszczy, gryzły nas robale, komary, zaszło słońce, a mnie dopadła alergia. Ale jak widać, pozytywność nas nie opuszczała 🙂

Kiedy Twoim życiem rządzi lęk. Jak ciało uczy się bać własnych myśli

To by znaczyło, że tym, czego się boisz najbardziej, jest… strach. To bardzo mądre, Harry.  J.K. Rowling, Więzień z Azbakanu

Każdy z nas doświadczył w swoim życiu lęku. Ciężkich poranków, spoconych dłoni, płytkiego oddechu i tych ciągnących się w nieskończoność nocnych godzin, kiedy w głowie kotłowała się masa myśli, a żołądek zawijał w ciasny supełek. Niektórzy z nas spotykają się z nim na chwilę. Inni mają wrażenie, że potykają się o niego na każdym kroku. A bywa też tak, że lęk nie pozwala nam już wyjść z domu i mamy poczucie, że tak właśnie wygląda koniec. Ale bez względu na to, jak jest nam źle, w przeważającej liczbie przypadków- wciąż żyjemy. Bo nasze ciało ma ogromną mądrość i potencjał. To przekonanie towarzyszy mi od dawna. Jednak odkąd rozpoczęłam szkolenie terapeuty w metodzie Somatic Experiencing zyskałam jeszcze większą pewność, że ma to również uzasadnienie w neurofizjologii i może pomóc bardzo wielu osobom odnaleźć ponownie spokój i radość życia 🙂

Skąd bierze się lęk?

Lęk nie jest chorobą. Odczuwanie lęku nie oznacza, że zwariowałeś. Wszystko jest z Tobą ok. Lęk stanowi naturalną reakcję, która być może kiedyś uratowała nam życie. Kiedy coś zadziało się zbyt szybko, zbyt mocno i zbyt intensywnie. Kiedy nasz układ nerwowy wypracował sobie taki system wczesnego ostrzegania. Kłopot w tym, że ten system ma dość prosty algorytm. Nie ma czasu na długą analizę, czy kłótnia z partnerem, mail od szefa i podwyższone wyniki białych krwinek morfologii to subtelne problemy, czy wielkie zagrożenie. Działa szybko i wydajnie. Uruchamia kaskadę hormonów stresu, odcina racjonalne myślenie. Niestety, najczęściej zupełnie nieadekwatnie do rzeczywistości…


Kiedy mózg się boi, ciało cierpi

W metodzie Somatic Experiencing poświęcamy szczególną uwagę zjawisku lęku, który zawsze sygnalizuje nam coś ważnego. Jeśli wsłuchamy się w sygnały płynące wówczas z ciała możemy zauważyć jak mocno rezonuje on z fizjologią np. ból brzucha, głowy, napięcie mięśni itp. Proces wywoływania lęku w naszym ciele jest związany min. z ciałem migdałowatym, któremu natura dała pierwszeństwo przed logicznym myśleniem, za które odpowiada min. kora mózgowa. Ewolucyjnie na pierwszym planie zawsze było przetrwanie (uciekasz przed mamutem, albo walczysz) nie rozmyślanie (mamutowi wszystko jedno, co sądzisz na jego temat i swoich szans na zbudowanie z nim relacji).

Dlatego też tak trudno nam zarządzać procesem lęku z poziomu myślenia. Przecież dobrze wiemy, że nam to nie służy; rozumiemy skąd się to bierze; może nawet spędziliśmy wiele godzin z terapeutą nad przyglądaniem się traumom z przeszłości. Ale mimo to miewamy momenty, kiedy ponownie wpadamy w błędne koło strachu. Nie jest to najprzyjemniejszy stan, dlatego większość z nas ma liczne strategie pomagające nam uciekać przed takimi myślami np. zajmujemy się czymś innym albo uciekamy w alkohol, kompulsje (uciekać również można w jogę, medytację itp.)


To jednak nie pomaga, bo w naszym układzie nerwowym utrwalamy informację, ślad pamięciowy, że ta myśl=zagrożenie dla życia. Jeśli przed czymś nieustannie uciekamy, to mózg uczy się uruchamiać automatycznie coraz silniejszą reakcję stresową w odpowiedzi na dany bodziec. Finalnie życie w permanentnym lęku może doprowadzić do ataków paniki, gdy układ nerwowy tak wyspecjalizował się w śledzeniu zagrożenia, że ciało reaguje eksplozją lęku, zanim my zdążymy pomyśleć, czy ma on jakiekolwiek uzasadnienie.

To, co może nam pomóc, to ucieleśnienie tego doświadczenia. Odczuwanie i urealnienie danego zjawiska w ciele pomaga nam wypracować nowe wzorce reagowania w układzie nerwowy,

Ucieleśnienie. Jak sobie pomóc.


Dzięki zrozumieniu tego mechanizmu możemy spróbować zatrzymać proces wpadania w wir lęku. Na wczesnym etapie odczuwania dyskomfortu związanego z jakimiś myślami pomocna jest obserwacja reakcji płynących z ciała.
Jeśli czujesz, że Twoja głowa znowu generuje negatywne myśli nie uciekaj. Zatrzymaj się.

  • zaobserwuj czy lęk, który odczuwasz to prawdziwe zagrożenie?
  • rozejrzyj się po swoim otoczeniu, znajdź bezpieczne i wygodne miejsce, usiądź, poczuj bezpieczne oparcie dla ciała (to uspokaja nasz układ nerwowy).Oddychaj.
  • postaraj się zostać z tą myślą (na chwilę, może być to kilkanaście sekund) i zaobserwuj co się dzieje w Twoim ciele
  • możesz teraz odłożyć myśl na zewnątrz swojej głowy, może jest to jakieś miejsce w pokoju lub poza nim, gdzie myśl może poczekać
  • teraz przypomnij sobie pozytywną sytuację, kiedy czułeś się bezpiecznie, dobrze, spokojnie i odczuj wszystkie wrażenia płynące z ciała
  • jeśli jesteś gotowy/gotowa możesz z powrotem przyjrzeć się tej trudnej sytuacji i zaprosić bliżej siebie
  • zaobserwuj, czy coś zmienia się w ciele, kiedy ponownie konfrontujesz się z tą myślą?
  • ponownie zorientuj się gdzie jesteś, rozejrzyj, poczuj osadzenie w swoim ciele


Jeśli nie chcemy być niewolnikami swoich myśli potrzebujemy się nad nimi pochylić. Odebrać im moc cieni czyhających na nas za każdym rogiem. Lęk kryje w sobie potężną siłę. To, czego się tak bardzo boimy i tak mocno nas pogrąża, potrafiłoby nas z równą mocną unieść, tylko konieczne jest zatrzymanie i spojrzenie na niego z ciekawością i życzliwością.

Uzdrawianie lęku


Co ważne, z perspektywy Somatic Experiencing aby poznać i oswoić lęk nie musimy zagłębiać się w przeszłość i analizować z detalami naszych trudnych lub traumatycznych doświadczeń. Skonfrontowanie się ze swoją przeszłością jest niezbędne to rozpoczęcia procesu zmiany. Jednak jeśli spędzamy kilka lat na terapii i rozpamiętywaniu swoich ran, efekt bywa odwrotny od tego, na co liczyliśmy. To, co się stało już się nie zmieni. Zmienić możemy jedynie teraźniejszość, dostrzegając jak przeszłość wpłynęła na nasz sposób działania i myślenia. Nauczyć się zmieniać stare wzorce i odkrywać nową jakość funkcjonowania.

Kiedy nieustannie koncentrujemy się na przeszłych traumatycznych przeżyciach ponownie angażujemy te struktury mózgu, które zapisały tamte wspomnienia jako źródło naszego strachu. To, czemu poświęcasz uwagę rośnie w siłę. W pracy z Somatic Experiencing nie chcemy nieustannie aktywizować tego, co trudne. Skupiamy się na tym, żeby przetransformować wzorce reagowania w naszej codzienności. Bo żyjemy w tu i teraz. Nasz mózg jest plastyczny, układ nerwowy nieustannie potrafi się uczyć i oduczać danych reakcji. Jest to ogromny potencjał, który może nas wesprzeć w wyjściu z błędnego koła lęku. Bardzo często proces ten jest możliwy tylko przy wsparciu życzliwej i uważnej osoby czy terapeuty, który nie obawia się naszego lęku i potrafi stworzyć nam bezpieczną przestrzeń.

Nigdy nie wzniesiesz się ponad to, czemu nie chcesz spojrzeć w oczy.

Anthony de Mello

Kamila

zdjęcie: https://www.facebook.com/justynatomczakphoto/?modal=admin_todo_tour

„Stracić głowę, aby odzyskać serce.” Dlaczego rozluźnianie głowy jest takie ważne?


Wczorajszy warsztat jogi powięziowej dotyczył obszaru bioder i o tym zamierzałam dziś napisać. Jednak poczułam, że zamiast o biodrach napiszę o…głowie 🙂 Kto bywa na moich sesjach wie, że często powtarzam „puść głowę”, „pozwól głowie się rozluźnić”, „daj głowie oparcie”. Czasami nawet proszę Was, by zrobić to fizycznie. Oprzeć ją na kocu, na wałku. Puścić. Podtrzymać czoło jedną ręką, a drugą położyć na potylicy. Sprawdzić, czy w ogóle potrafimy głowę rozluźnić? Zaobserwować jak się czujemy? Czy potrafimy w ogóle dotknąć swojej głowy? Czy myślimy, że to dziwne, nienormalne czy może kojące i potrzebne? Czujemy niechęć do bycia w kontakcie ze swoją głową? Być może zastanawiacie się, dlaczego, jakie to ma znaczenie?

Ogromne.

Na poziomie fizjologicznym do naszej czaszki przyczepia się wiele taśm powięziowych. Zatem napięcie i ból karku czy samej głowy może pochodzić z pozornie niezwiązanych obszarów ciała. Przykład taśm przechodzących przez różne płaszczyzny ciała jest na rysunku poniżej. Sztywność karku może być zależna od napięć w stopie i odwrotnie.
Nadmierne usztywnienie w okolicy głowy może przejawiać się kłopotami ze wzrokiem, bólem karku, szyi, łopatek, migrenami itp. Dlatego wszystko, co pomaga nam zmniejszyć napięcia mięśniowe w karku, jest dobre: masaż, ciepła kąpiel, odpowiednie asany jogi itp.

źródło: Mayers T. Anatomy Trains

Na poziomie emocjonalnym puszczenie głowy ma dużo głębsze znaczenie. Kiedy jesteśmy maleńkimi dziećmi nie potrafimy samodzielnie utrzymać głowy. Musimy otrzymać OPARCIE: stabilne i (oby) kochające ugruntowanie w postaci dłoni mamy, taty, opiekuna. Matka karmiąc dziecko zawsze daje mu podparcie dla głowy w postaci swojego ciała. Jest to jeden z najbardziej pierwotnych mechanizmów, który kojarzy nam się z poczuciem bezpieczeństwa. Alexander Lowen, twórca psychoterapii pracującej z ciałem, określał to jako pierwsze i najważniejsze „uziemienie”. Na jodze często mówimy „stań świadomie i pewnie na ziemi, poczuj swoje stopy”, odwołując się właśnie do umiejętności czucia stabilnego gruntu pod nogami. Jednak na najgłębszym poziomie pierwsze poczucie uziemienie dokonuje się właśnie poprzez głowę.

Jednak nawet jeśli mieliśmy świadomą i kochającą mamę, która dawała swojemu maleńkiemu dziecku oparcie, to życie często wystawia nas na próby, w których je tracimy. Kiedy spotyka nas cierpienie, ale nie widzimy lub nie mamy możliwości ucieczki, ciało przechodzi w fazę zamrożenia/ odcięcia. Lowen opisywał to jako stan, w którym „muszę wyjść z ciała, muszę przestać czuć, bo inaczej tego nie przeżyję”.

Nie muszą to jednak być bardzo traumatyczne przeżycia. Z perspektywy dziecka każda sytuacja, w której jest karane za wyrażanie swoich uczuć, będzie budować pewien wzorzec napięć w ciele, utrwalający się z wiekiem. Szczególnie istotne jest blokowanie złości, strachu i smutku. Jeśli taki wzorzec się utrwali zaczynamy „żyć w głowie” zamiast „czuć w ciele”. Dlatego im jesteśmy starsi, im więcej za nami doświadczeń, prób życiowych, sytuacji trudnych- tym więcej mamy w ciele napięć, bólów, sztywności. Jeśli jednak mamy tego świadomość, uczymy się wracać do ciała, wyrażać emocje możliwe jest usunięcie/zmniejszenie tego dyskomfortu.

Dlatego wszelkie chwile, kiedy pozwalamy głowie odpocząć, opaść; kiedy dajemy jej stabilne oparcie- są dla nas bezcenne. Często pojawia się smutek, złość, lęk – czyli wszystkie emocje, które na poziomie napięć mięśniowych „zamroziliśmy” wewnątrz swojego ciała. Jedyne, co może nam przynieść ulgę to ich uwolnienie -poprzez płacz lub krzyk. Dla wielu z nas, szczególnie tych, którzy „zawsze sobie radzą” i „nigdy się nie łamią” może być to niemożliwe do przeprowadzenia samodzielnie. Dlatego polecam gorąco wybranie się na warsztaty lub grupy ćwiczeniowe w analizie bioenergetycznej. Sama uczęszczałam i nie sądziłam, że mogę mieć w sobie tak wiele poupychanych emocji…Nie jest to łatwy proces, ale pojawia się ogromna ulga i ciało uzyskuje więcej swobody 🙂

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto wspomnieć „puszczając głowę”. Z poziomu rozwoju osobistego puszczenie głowy może stanowić przełomowy moment. Nasza kultura przyznaje prymat myśleniu, czucie rezerwując dla mięczaków. W szkołach uczymy się budowy osławionego pantofelka, tymczasem nikt nas nie uczy, jak komunikować się z samym sobą i innymi ludźmi. W efekcie bardzo często żyjemy tylko „w głowie” : nie pozwalamy sobie na podejmowanie nieracjonalnych decyzji, kierujemy się tym, co nam wtłoczono do niej jako jedyny słuszny schemat postępowania; rezygnujemy z własnych marzeń i wyborów, aby spełnić społeczne oczekiwania, automatycznie odtwarzamy znane nam role. Tymczasem „wyjście z głowy” i pozwolenie sobie na odczuwanie ciała, na doświadczanie emocji, na ekspresję, to często najprostszy sposób na bycie w „tu i teraz”. Na wprowadzenie zmiany do swojego życia. Żyjemy w ciele i ono nieustannie z nami próbuje z nami rozmawiać. Ale my je zagłuszamy, kiedy boli łykamy tabletkę, bo głowa ma tyle do zrobienia, tyle zaplanowała… Ogarnia nas lęk przed tym, żeby wyjść z myślenia na rzecz czucia. Ale czasami nadchodzi taki moment, gdy wreszcie „tracimy głowę”, odzyskując serce, czyli dostęp do uczuć.

Jeśli interesuje Was, jak można pomóc głowie odpuścić za pomocą prostych ćwiczeń to polecam lekturę artykułów Marzeny Barszcz: https://www.marzenabarszcz.com/uziemienie-glowy-dostep-do-samokojenia/

Tymczasem życzę nam wszystkim spokojnej głowy,którą czasami możemy po prostu puścić 🙂

Kamila

opierałam się na lekturze książek Alexandra Lowena „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” oraz „Bioenergetyka. O tym jak poprzez ciało leczyć problemy umysłu”

Jak joga pomaga leczyć depresję?

Obiecałam wpis o metodach leczenia depresji. Kiedy jednak zaczęłam zagłębiać się w literaturę naukową (nie lubię opierać się tylko na tym, co pamiętam ze studiów lub książek) uznałam, że jest dużo różnych podejść i nurtów. Niewątpliwie są sytuacje, gdy osobom chorującym na depresję należy włączyć leki przeciwdepresyjne. Czasami może być to jedyny sposób, aby odzyskać choć odrobinę jasności w głowie i sił do kontynuowania leczenia. Według mnie nie powinny być one nigdy jedynym środkiem stosowanym w leczeniu depresji. Bardzo ważne jest podjęcie psychoterapii, ponieważ tylko wtedy mamy szansę dotrzeć do podstaw choroby. Nawet jeśli depresja nie jest indukowana przez trudną sytuację życiową, lecz np. przez genetyczną podatność naszego mózgu, psychoterapia daje nam narzędzia, które pomogą nam poradzić sobie w gorszym momencie.

Niestety w naszym fast-foodowym świecie antydepresanty są nadużywane, przepisywane bez faktycznej potrzeby i łykane jak aspiryna. Spotykałam ludzi, którzy brali je latami, jednocześnie nie wykonując żadnej pracy nad chorobą u źródeł. Ponownie podkreślam, że nie jestem przeciwna farmakoterapii (bywa, że ratuje życie kiedy pojawią się np. myśli samobójcze). Jednak poleganie tylko na czynnikach zewnętrznych w leczeniu, odbiera pacjentowi najpotężniejsze narzędzie- wiedzę i wiarę w to, że sam dysponuje zasobami pomagającymi wyjść z choroby albo zmniejszyć jej intensywność.

Jako że nie jestem psychiatrą, nie chciałabym wnikać dłużej w ten temat. Skupię się natomiast na obszarze, w którym poruszam się dużo swobodniej tzn. pracy z ciałem i praktyką jogi 🙂 Sama doświadczyłam wiele razy, jak praktyka jogi może wspierać w najtrudniejszych momentach życia (pisałam o tym min. tu http://streso-terapia.pl/7-lekcji-od-cierpienia-akceptacja-dyskomfortu/  I tak się zresztą często dzieje, że na pierwsze sesje jogi trafiamy, bo szukamy wyciszenia, zatrzymania; bo wszystko już zawiodło i ktoś nam powiedział, że joga dobrze robi na głowę; bo jesteśmy osłabieni, chorujemy, nie mamy siły na rzucanie hantlami i tylko „rozciąganie” zostało. I po niedługim czasie okazuje się, że zamiast rozciągania głowy mamy rozciąganie umysłu 😉 Poszerza się zakres sytuacji, które potrafimy zaakceptować; rośnie przestrzeń naszej strefy komfortu; trudniej nam się zdenerwować i mamy więcej wyrozumiałości dla innych.

Dlaczego joga może pomagać w zaburzeniach nastroju?

  • zwiększa w mózgu ilość kwasu gamma-aminomasłowego (GABA), neuroprzekaźnika o działaniu hamującym w systemie nerwowym.  W 2007 roku w Boston University School of Medicine przeprowadzono legendarny już dziś eksperyment badania wpływu praktyki jogi na poziom GABA w mózgu. Uczestników podzielono na 2 grupy: jedna czytała magazyny a druga ćwiczyła przez godzinę jogę (różne rodzaje). W grupie jogującej poziom GABA wzrósł o niemal 30%. Co ma to wspólnego z leczeniem depresji? Ano to, że osoby cierpiące na zaburzenia nastroju często mają obniżony poziom GABA i jego wzrost sprzyja również poprawie samopoczucia.
  • dla naukowców: pozwala podnieść poziom energii w naturalny sposób. Jeśli dłużej praktykujecie zapewne zauważacie, że niektóre sekwencje dodają nam energii (aktywne vinyasy, mocne skręty, mocne wygięcia), a inne wyciszają (skłony, podparte wygięcia, stabilne pozycje odwrócone). W lekkiej depresji chorzy mają jeszcze siłę na podjęcie umiarkowanej aktywności fizycznej, ale najlepiej aby była ona mądra. Mądra czyli świadoma. Oddziaływanie poszczególnych asan na ciało i umysł nie jest żadną magią, lecz fizjologią. Wzrost energii lub efekt wyciszający jest związany z pobudzaniem lub hamowaniem Autonomicznego Układu Nerwowego, zmianą ciśnienia krwi czy pojemności oddechowej płuc. Zainteresowanym tematem od strony anatomii i nauki polecam lekturę książki „Anatomia Hatha Jogi” H. Davida Coultera 🙂
  • dla mistyków: reguluje przepływ prany w ciele. Pranę jogini rozumieją jako podstawową energię życiową, która  znajduje się w całym wszechświecie,a więc i w naszym organizmie. Według tradycyjnych przekazów zaburzenia w jej przepływie są powodem chorób i złego samopoczucia. Asany mają przygotować ciało do pracy z oddechem (pranayamą) i medytacją, aby pomagać energii krążyć swobodnie i odżywiać wszystkie komórki. Dla tych, do których nie przemawia koncepcja prany, pozostaje niepodważalny naukowo fakt, że od jakości naszego oddechu zależy jakość naszego funkcjonowania i procesy chemiczne zachodzące w mózgu. Osoby w stanie niepokoju, lęku czy własnie depresji mają tendencję do zbyt płytkiego oddychania. Wpływa to na bardzo niski poziom energii życiowej, utrzymuje organizm w stanie ciągłego niedotlenienia i pogłębia poczucie bezsilności i braku sił.
  • uczestnictwo w grupowych sesjach jogi buduje sieć społecznego wsparcia. Jednym z najsmutniejszych obrazów depresji jest niechęć  do utrzymywania kontaktów społecznych, odizolowanie i poczucie  głębokiego osamotnienia. Szkoły jogi często tworzą specyficzne osoby: które sporo przeszły, sporo przepracowały i mają dużo większą empatię dla drugiego człowieka. Kiedy czujemy się mile widziani, nie oceniani mimo naszych niedoskonałości, chętniej wracamy do takich miejsc. A wsparcie społeczne i poczucie przynależności jest jednym z najpotężniejszych „leków” antydepresyjnych
  • zwiększa umiejętność bycia w tu i teraz. Technika zakorzeniania w chwili obecnej jest jedną z podstawowych metod stosowanych w leczeniu zaburzeń lękowych i PTSD (Post Traumatic Stress Disorder). Umożliwia pacjentom zatrzymanie procesu ruminacji, uspokojenie ciała migdałowatego (struktury w mózgu, która odpowiada za uruchomienie
    reakcji walki lub ucieczki), wyciszenie systemu nerwowego i powrót do racjonalnego myślenia. W jodze nie robimy nic innego, jak próbujemy być właśnie obecni. Jeśli odpływasz myślami w jakiejś pozycji balansowej czeka Cię niechybnie gleba 😉 Zresztą na początku praktyki wszystko jest tak abstrakcyjne i często nieprzyjemne fizycznie, że nie da się od tego uciec. I to własnie jest nasz mindfulness
  • uczy szacunku do własnych ograniczeń jednocześnie dając siłę, aby je przełamywać. Depresja to często temat tabu. Sprawia, że czujemy się beznadziejni, gorsi, pozbawieni prawa szacunku dla samego siebie. Na macie zazwyczaj nie możemy zrobić wszystkiego modelowo. Czasami nie możemy zrobić czegoś w ogóle. I to nas uczy, że to jest ok : czegoś nie potrafić. Że doskonałość to iluzja. Że jednego dnia stoisz na głowie, a drugiego się boisz. A z czasem doświadczamy tego, że jakaś pozycja z kategorii „nigdy w życiu/nie dam rady” jest osiągalna. To uczy nasz mózg wytwarzać nowe połączenia, nowe ścieżki myślenia i działania, które depresja zaciera. Daje wiarę, że pomimo trudności zawsze może nadejść moment, gdy będzie lepiej 🙂

Na temat dobra płynącego z praktyki jogi w leczeniu zaburzeń nastroju powstały setki artykułów naukowych. W terapii jogą mamy specjalne sekwencje asan i pranayamy, które pomagają w leczeniu depresji. Ja mogę ręczyć za jej dobroczynne rezultaty swoim własnym przykładem. Nieraz w chwilach najgorszego zwątpienia wyciągałam matę i mam głębokie przekonanie, że to mnie zabierało z powrotem w stronę światła 🙂

Jednocześnie kolejny raz podkreślam, że joga może WSPIERAĆ tradycyjne metody leczenia depresji, ale nie powinna nigdy zastąpić profesjonalnej pomocy psychiatrycznej i psychologicznej.

Jeśli macie swoje przemyślenia na ten temat- podzielicie się proszę w komentarzach!

Namaste

Kamila

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1550830711003429

https://www.liebertpub.com/doi/abs/10.1089/acm.2007.6338