Archiwum kategorii: ciało

Stres mieszka w ciele III: choroby tarczycy, Hashimoto i stres

Dziś powracam do tematu, o który chyba pytacie mnie najczęściej w kontekście chorób związanych z długotrwałą ekspozycją na stres. Tarczycy. Wydaje się, że to już standard, że kobiety mają niedoczynność albo Hashimoto, czyli autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Oczywiście istnieje szereg przyczyn niezwiązanych z psychiką jak np. czynniki środowiskowe, skażenie środowiska i pokarmu, predyspozycje genetyczne. Jednak większość lekarzy zapisuje pacjentom hormony i mówi „tego się nie da wyleczyć” (tak jak ja usłyszałam i uparłam się, że pewnie się da 😉 ). Tymczasem leczenie chorób związanych z funkcjonowaniem nadnerczy (a choroby tarczycy są z tym niezwykle silnie powiązane) bez zmian trybu życia nie może dać pozytywnych rezultatów. Przypominam, że nie jestem lekarzem i nie doradzam w kwestiach kłopotów z tarczycą. Dzielę się jedynie swoim doświadczeniem oraz wiedzą na temat związku stresu i problemów zdrowotnych.

Dlaczego stres rozregulowuje tarczycę?

1. Wielką trójka: podwzgórze- przysadka- nadnercza a problemy z tarczycą

Podwzgórze to rejon w mózgu, który odpowiada za wydzielanie hormonów w naszym organizmie. Informuje przysadkę mózgową o tym, jak ma zarządzić działaniem wielu organów w naszym ciele np. wątroby, nerek czy właśnie nadnerczy. Nadnercza są to małe gruczoły umiejscowione na nerkach, które produkują adrenalinę, noradrenalinę i dopaminę oraz glikokortykoidy, mineralokortykoidy i androgeny. Nie wchodząc w detale chemiczne te hormony są niezbędne do życia i utrzymania prawidłowej gospodarki hormonalnej. Dlatego wszelkie problemy z funkcjonowaniem osi podwzgórze- przysadka- nadnercza dość wyraźnie implikują kłopoty z tarczycą.

2. Stres i „wielka trójka”

W sytuacji stresu nasz organizm aktywuje podwzgórze, które wyzwala szereg reakcji w organizmie z cyklu „walcz lub uciekaj”. Jeśli faktycznie następuje walka lub ucieczka, a hormony w szybki i fizjologiczny sposób są usunięte z ciała- to wracamy do stanu równowagi. Więcej pisałam o tym tu. Niestety, większość współczesnych ludzi nie walczy ani nie ucieka fizycznie, tylko pozostaje przykutymi do fotela, zagryzając zęby ze złości lub dusząc w sobie emocje. I tu zaczynają się spore kłopoty:

3. Odpowiedź układu hormonalnego na stres:

Podobny obraz
https://briewieselman.com/adrenal-fatigue-part-3-adrenal-fatigue-is-actually-a-brain-problem/

→podwzgórze dostaje informację o zagrożeniu

→wydzielają się hormony aktywujące w rdzeniu nadnerczy produkcję adrenaliny i noradrelaniny

→kora nadnerczy wydziela kortyzol i aldosteron

→adrenalina zwęża naczynia krwionośne, wzrasta ciśnienie krwi, aby większy dopływ krwi i tlenu do mózgu pomógł w przeżyciu

→zwiększa się produkcja glukozy i wzrasta odporność na insulinę, aby szybciej dostarczać paliwo do mięśni

Wygląda niewinnie, co nie?

Ale…

Jeśli taka sytuacja utrzymuje się zbyt długo i za często (przypomnij sobie, ile razy w ciągu dnia stresujesz się np. korkiem, spóźnieniem, sprzeczką z dzieckiem, mailem od szefa itp.) nadnercza nie mają już mocy przerobowych. Nieustannie wydzielają kortyzol i jednocześnie „tracą siłę” do równoważenia jego sekrecji DHEA. DHEA (uwaga trudne słowo: dehydroepiandrosteron) to tzw. hormon młodości najsilniej wydzielany do 20 roku życia. Kortyzol i DHEA to jak słońce i księżyc. Oba potrzebne, ale w odpowiednim czasie i ilości 🙂 DHEA neutralizuje negatywne efekty wydzielania kortyzolu i redukuje skutki stresu. Kiedy nadnercza są już umęczone ciągłą stymulacją może dojść do ich wyczerpania. I tu zaczyna się poważny kłopot (o wyczerpaniu nadnerczy na skutek stresu i konsekwencjach- więcej w kolejnym wpisie)

!!! uwaga: bardzo intensywny i długotrwały wysiłek + niedostateczna regeneracja to prawie pewny wzór na zbyt wysoki poziom kortyzolu. Wszyscy trąbią, że wysiłek i sport jest dobry, ale mało kto uwrażliwia na to, jaki konkretnie powinien on być, aby nie pogłębiać kłopotów z tarczycą.  Więcej na temat czy i dlaczego zbyt intensywny trening może nam szkodzić napisałam w tym wpisie.

4. Zmęczone nadnercza a tarczyca

Kortyzol w nadmiarze zaburza prawidłową pracę tarczycy poprzez blokowanie wydzielania TSH (w dużym skrócie- dokładniej mówiąc utrudnia  T4 przemianą w w aktywny T3). Aby pomóc mięśniom otrzymać zastrzyk energii uwalnia z nich aminokwas- glutaminę, która min. chroni także ścianę jelita i uszczelnia jego barierę. To wyjaśnia, dlaczego często problemom z tarczycą towarzyszą kłopoty z trawieniem, cieknące jelito i zaburzenia wchłaniania. Utrudnia DHEA prowadzenie procesów naprawczych tkanek (dlatego każdy zawodowy sportowiec wie, że bez odpowiedniej regeneracji i odpoczynku nie ma co liczyć na przyrost mięśni czy siły). Nadmiar kortyzolu zmniejsza również odporność, powodując spadek wydzielania IgA- immunoglobulin wspierającym pokonanie wirusów i bakterii. W skrajnym wypadku organizm ma już tak rozregulowany układ immunologiczny, że nie rozróżnia własnych tkanek od cudzych. Niski poziom kortyzolu może nadmiernie eksponować Th-1 (limfocyty), a rezultatem tego jest wzmożona produkcja cytokin prozapalnych. Jednym słowem ciało „głupieje” i zaczyna atakować samo siebie, czyli powoduje choroby autoimmunologiczne jak np. Hashimoto.

W pewnym momencie nadnercza nie mają już nawet siły, aby produkować kortyzol, o jaki prosi przysadka i wtedy dochodzi do ich wyczerpania. Kortyzol jest przesadnie niski, podobnie jak jego odwrotność- DHEA, co całkowicie załamuje funkcjonowanie organizmu. Jak to zauważyć (a raczej się nie da nie zauważyć 🙁 ) i jak sobie pomóc napiszę wkrótce.

5. Podsumowanie: problem z tarczycą często NIE jest problemem z tarczycą- lecz problemem ze stresem i naszymi emocjami

Lekarze często traktują człowieka jak maszynę, gdzie szwankują poszczególne części. Patrzą na wyniki badań i wypisują syntetyczne hormony tarczycy mówiąc” no to będzie je pani brać już do końca życia”. A pacjenci, mimo początkowej poprawy po podaniu leków, wracają często do złego samopoczucia. Ponieważ ich nadnercza i cały układ hormonalny dalej nie potrafi się samodzielnie wyregulować. Absolutnie nie mówię, że branie leków jest niewskazane. Każdy, kto kiedyś miał kłopoty z tarczycą wie, że jakość życia bez nich jest czasami nie do zniesienia. Jednak to bardzo ważne, żeby dostrzec, że choroby, a w szczególności choroby autoagresywne ,to sygnał, że choruje cały organizm. Dopiero holistyczne spojrzenie na chorobę może przynieść pozytywne rezultaty.

Nie eliminując możliwych źródeł kłopotów z tarczycą, czyli działania „wielkiej trójki” w permanentnym stresie- nie ma możliwości zmniejszenia objawów choroby.

6.Czy choroby tarczycy mogą pochodzić z naszej głowy?

Mogą. Nawet jeśli nie bezpośrednio, to bez wątpienia emocje odgrywają dużą rolę. Psychosomatyczne podejście do kłopotów z tarczycą zauważa, że rejon gardła jest związany z funkcją mówienia- a więc wyrażania swojego zdania, stawiania granic, prawa do sprzeciwu i swobodnej ekspresji. Jeśli Twoje słowa przez długi czas „utykały w gardle”, to może nie bez powodu tam teraz pojawia się problem? Natomiast choroby autoimmunologiczne bywają rezultatem wieloletniego negowania swoich potrzeb, nadmiernego perfekcjonizmu i nie akceptowania swojego ciała i siebie takim, jakim jest. W końcu jak coś Ci się nie podoba, to jest chyba niepotrzebne, prawda?

Z tą refleksją Was zostawiam i mam nadzieję, że pomoże Wam to w znalezieniu drogi do zadbania o swoją tarczycę 🙂

Kamila

ps. zainteresowanym medycznym i dietetycznym ujęciem tematu gorąco polecam bloga i książkę genialnej autorki: Izabelli Wentz oraz kultowy już blog, które są prawdziwą kopalnią rzetelnych informacji o kłopotach z tarczycą i były również dla mnie ogromnym wparciem, kiedy uparłam się samodzielnie wyjśc na prostą z niedoczynności 🙂

 

 

Stres mieszka w ciele II: jelita kontra stres (IBS i choroby autoimmunologiczne)

Jak wspomniałam wcześniej zajmiemy się chorobami związanymi z nadmierną i długotrwałą ekspozycją na stres. Dziś przyjrzymy się niezwykle ważnej części ciała, siedzibie naszych najważniejszych organów czyli… jamie brzusznej (nie- nie głowie!). Chyba nie ma osoby, która wyraźnie nie doświadczyła, co się dzieje z naszym brzuchem w sytuacji stresu 😉 Nie wchodząc w szczegóły: jedni biegną od razu do łazienki, a inni omijają ją (choć nie chcą) przez kilka dni. Poczucie wzdętego i bolesnego brzucha, problemy z trawieniem, brak lub nadmierny apetyt- to dość oczywiste reakcje na silny stres. Jeśli występują one jako bezpośrednia i jednorazowa odpowiedź na bodziec stresowy- to jest naturalne. Gorzej, gdy stres utrzymuje się permanentnie (codziennie jesteś w pracy, gdzie na samą myśl o poniedziałku biegniesz do toalety). Ciało traci wówczas naturalną zdolność do homeostazy i zaczynają się kłopoty.

Gdzie mieszka drugi mózg?

Jeśli sądzicie, że jakoś naszego życia i myślenia zależy tylko od mózgu, to niestety jesteście w błędzie 🙂 Oczywiście- mózg pełni masę ważnych funkcji, jednak to nie on w pierwszej kolejności reguluje nasze poczucie witalności i zdrowia. Od niedawna wiadomo bowiem, że posiadamy również „drugi mózg” czyli… JELITA. Nazywamy go enterycznym układem nerwowym. Jelita wyścielone są gęstą siecią komórek nerwowych i do tego podobnymi do tych, które wyściełają korę mózgową. Podobno jest ich więcej niż w rdzeniu kręgowym! Jelita więc ściśle współdziałają z mózgiem, ale jednocześnie mają pewną autonomię tzn. same reagują np. na szkodliwy pokarm czy właśnie stres. Mózg jest mistrzem optymalizacji (w zasadzie to nawet lenistwa), zatem „oddał” część funkcji właśnie jelitom. Fascynujące jest to, że 90 % informacji biegnie z jelit do mózgu, a mózg łaskawie wysyła impulsy do jelit tylko w 10% ! To one zatem w pierwszej kolejności reagują na zagrożenie i przekazują informację do mózgu za pomocą nerwu błędnego. Jedną z jego funkcji jest aktywacja układu przywspółczulnego, czyli tego, który zwalnia aktywność ciała, uspokaja, przełącza nas w tryb regeneracji. Jeśli więc jelita się niepokoją, to niepokoi się cały organizm. A biegunka jest typową reakcją organizmu, który pozbywa się w trybie awaryjnym z organizmu „balastu”, aby przygotować się do walki lub ucieczki. Jeśli nie uciekasz ani nie walczysz, tylko siedzisz zamrożony przy biurku, to wszystkie hormony stresu zostają w środku ciała i dzień po dniu kumulują się w organizmie, szykując mu problemy…

Dlaczego zestresowane jelita oznaczają kłopoty?

  • Zestresowane jelita to problemy z nietolerancją pokarmową i alergią. Jelita mają pewną tolerancję na stres. Jeśli wydziela się zbyt wiele kortyzolu i trwa to zbyt długo- zaburza to mikroflorę jelitową. A to właśnie ona odpowiada za naszą odporność, trawienie, a nawet tendencję do zaburzeń psychicznych. Mikroflora jelitowa może wydzielać neurotransmitery i neuromodulatory, np. serotoninę, acetylocholinę, melatoninę, GABA, katecholaminy, czy histaminę lub kortykoliberynę (CRF). Te dwa ostatnie są odpowiedzialne za powstanie nieszczelnego jelita, przyczyniając się do nietolerancji pokarmowych i chorób autoimmunologicznych

  • Zestresowane jelita nie mogą spać i mają depresję. Wspomniana wyżej serotonina jest hormonem, który odpowiada za nasze poczucie szczęścia. To właśnie problemy z jej sekrecją odpowiadają za kliniczną postać depresji, która często wymaga podania leków podnoszących jej poziom. Wydzielanie prozapalnych cytokin blokuje również prawidłowy proces syntezy tryptofanu – hormonu, który wspiera nasz dobry sen. W efekcie problemy z jelitami mogą powodować zaburzenia gospodarki hormonalnej, regulującej nasz rytm dobowy i samopoczucie psychiczne.

  • Zestresowane jelita tyją albo chudną. Cytokiny prozapalne powodują, że nasz ośrodek regulacji głodu/sytości wariuje i mózg otrzymuje błędne informacje. Hormon sytości (lepytna), który normalnie już dawno powiedziałby mózgowi „hej, najadłem się” nie dociera do niego. Analogicznie zaburzenia mogą dotyczyć hormonu greliny, która odpowiada za poczucie głodu.

  • Zestresowane jelita mają słabą odporność. Działanie układu immunologicznego jest ściśle powiązane z mikroflorą jelitową. Stres działa jak szczota, „wyczesując” dobre bakterie z naszych jelit i tym samym zwiększając podatność na infekcje.

  • Zestresowane jelita cierpią na choroby autoimmunologiczne. Osoby, borykające się z Hashimoto, RZS, SM, toczniem itp. często spotykają się z sugestią, że dieta jest podstawą do przywrócenia prawidłowego działania układu odpornościowego. Chodzi o to, aby organizm przestał atakować swoje komórki (np. niszczyć własną tarczycę). Mechanizm ten jest dość złożony, nie będą więc w niego wnikać na ten moment. Osoby, które interesują się dietą w chorobach autoimmunologicznych niech zajrzą na te blogi: http://www.tarczycahashimoto.pl/blog lub http://www.tlustezycie.pl/

  • Zestresowane jelita mają swoje własne choroby jak bardzo popularny IBS (Zespół Jelita Drażliwego). Ponieważ nie jestem ani dietetykiem ani lekarzem,to po medyczny opis odsyłam Was tu:

Jak pomóc jelitom w stresie?

Poza dietą i odbudową mikroflory jelitowej koniecznie trzeba pomóc jelitom się relaksować. Od strony psychologicznej należy robić wszystko, aby wesprzeć układ przywspółczulny, który powie im „hej, wszystko jest dobrze, nie musicie się napinać”. Odsyłam Was do wpisu, który opisywał mechanizm działania AUN oraz rolę relaksacji.

Bardzo pomocna będzie praktyka jogi powięziowej oraz asany, które rozluźniają napięcie w jamie brzusznej, rozciągają przód ciała i sprzyjają wyciszeniu (łagodne wygięcia na wałkach, klockach itp.). Polecam grupy kobiece w szkołach jogi, bo tam pozycje często mają za zadanie właśnie rozluźnić miednicę i jej zawartość. Po więcej praktycznych inspiracji zapraszam Was na warsztaty antystresowe 🙂

Spokojnych jelit dla nas wszystkich 🙂

Kamila

Bibliografia:

www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4202342/
emeranmayer.com/the-brain-gut-microbiomes-connection-to-ibd-obesity-and-anxietydepression/
Rudzki L., Szulc A., Wpływ jelitowej flory bakteryjnej na ośrodkowy układ nerwowy i jej potencjalne znaczenie w leczeniu zaburzeń psychicznych, Farmakoterapia w psychiatrii i neurologii, 2013

Stres mieszka w ciele I : kiedy choruje głowa, choruje ciało…

Po dłuższej przerwie od blogowania- wracam do obiecanych, trzymających się bliżej ziemi artykułów 🙂

Kolejny cykl wpisów chciałabym poświęcić na przyjrzenie się związkowi chorób ciała i doświadczanych przez nas emocji.  Medycyna zachodnia dopiero od niedawna dostrzega związek naszej psychiki ze stanem naszego ciała. W tym kręgu kulturowym przez wieki człowieka traktowano jako system niezwiązanych ze sobą części, działających w oderwaniu od siebie. Tymczasem lekarze na Wschodzie zawsze patrzyli na człowieka holistycznie- lecząc przyczynę zaburzeń, a nie tylko zaleczając objawy. Obecnie coraz więcej osób jest świadomych, że doświadczenia życiowe i emocje wywierają ogromny wpływ na stan naszego zdrowia. Aleksander Lowen, twórca metody psychoterapii poprzez ciało, mawiał „Problemy człowieka zawsze można odczytać z jego ciała, ponieważ ciało jest tym, kim jest człowiek.”

Lowen i inne metody pracujące z „głową” poprzez ciało wskazują na szczegółowy związek przeżywanych emocji i tego, co później dzieje się z naszym organizmem. Na potrzeby mojego bloga skupię się jednak na bardziej ogólnych, ale wciąż niezwykle częstych problemach ze zdrowiem, które mają swoje główne źródło w psychice. Konkretnie- na chorobach psychosomatycznych. Od stresu nikt z nas nie ucieknie i każdy miewa w życiu etap, gdy czuje jak grunt usuwa się spod nóg… Jeśli nie umiemy tego gruntu złapać, albo świadomie się zrelaksować, narażamy się na całkiem namacalne problemy ze zdrowiem. Ciało ma swoje możliwości adaptacji i jest w stanie zaskakująco długo znosić nawet długotrwałą ekspozycję na stres.  Jednak w pewnym momencie nie ma już zasobów i zaczyna odbijać skutki stresu w ciele. Woła „nie dam rady, zobacz!” na swój, cielesny sposób.

Mechanizm zaburzeń psychosomatycznych: „Naprawdę mnie boli, a nikt nie wie, dlaczego”

Kiedy doświadczamy stresującej sytuacji nasze ciało wchodzi w tryb „walcz lub uciekaj”. Towarzyszy temu szereg reakcji fizjologicznych, która mają pomóc nam przeżyć (dosłownie!). O dokładnym mechanizmie pisałam tutaj. Jeśli następuje fizyczne wyładowanie (tzn. naprawdę uciekasz lub walczysz) organizm może w procesie ruchu zużyć hormony stresu, które przed chwilą wyprodukował. Umówmy się, że jednak mało kto goni po firmowym korytarzu albo porzuca auto w korku i wykonuje 50 pompek na przystanku…W efekcie nasz układ hormonalny i odpornościowy stopniowo upośledza swoje działanie. Częściej mamy infekcje, pojawiają się problemy ze zdrowiem. Czasami wyniki badań nie pokazują nic niepokojącego, a nas boli brzuch, głowa, tracimy oddech albo pojawiają się kołatania serca- to może sugerować, że ciało nie radzi sobie ze skutkami stresu. Są też choroby, które w wyraźny sposób wiążą się z doświadczaniem długotrwałego stresu. Określamy je chorobami psychosomatycznymi.

Choroby psychosomatyczne: gdy cierpi dusza, choruje ciało

Choroby psychosomatyczne to „choroby przebiegające albo pod postacią zaburzeń funkcji, albo zmian organicznych dotyczących poszczególnych narządów czy układów, w przebiegu których czynniki psychiczne odgrywają istotną rolę w występowaniu objawów chorobowych i ich zaostrzeniu” (definicja WHO). Istnieje także grupa chorób (tzw. „Chicagowska siódemka”, autorstwa F.G, Alexandra), które uznawane są za dysfunkcje związane z ekspozycją na stres:

  • choroba wrzodowa żołądka

  • nadciśnienie tętnicze

  • astma oskrzelowa

  • reumatoidalne zapalenie stawów

  • zapalenie jelita grubego

  • nadczynność tarczycy

  • atopowe zapalenie skóry

Zestawienie pochodzi z zamierzchłych czasów (lata 50-te XX wieku) i dziś można śmiało do niego dodac także (nękające szczególnie kobiety) choroby autoimmunologiczne np. zapalenie tarczycy Hashimoto, toczeń, choroba Gravesa-Basedova, choroba Addisona, Stwardnienie Rozsiane, IBS (Zespół Jelita Drażliwego), CFS (Zespół Przewlekłego Zmęczenia), fibromalgia. Plus „klasyki”: stany depresyjne, nerwice, bezsenność, zaburzenia libido, zaburzenia odżywiania, problemy z płodnością.

Jak sobie pomóc w chorobach psychosomatycznych? 

Jeśli trafisz na mądrego lekarza, to zasugeruje wizytę u psychoterapeuty. Ponieważ choroby psychosomatyczne często powiązane są z brakiem umiejętności stawiania granic, mówienia o swoich potrzebach, proszenia o pomoc. Osoby, które otoczone są wsparciem społecznym i potrafią dzielić się swoimi emocjami, dużo rzadziej nękają tego typu dolegliwości. Badania inter-kulturowe wyraźnie pokazują, że zaburzenia autoimmunologiczne to domena wysoko uprzemysłowionych krajów Zachodu. Rzadko kiedy występują w uboższych i mniej zaawansowanych społecznościach. Dzieje się tak dlatego, że w tradycyjnych kulturach ludzie spędzają dużo czasu z bliskimi a rodzina stanowi znaczącą sieć wsparcia. Co więcej- tryb życia wymaga dużo więcej ruchu i nie generuje takiej dawki stresu. A nawet jeśli generuje stres, to ma on charakter krótkofalowy (goni Cię tygrys- uciekasz) i ciało w naturalny sposób wraca do stanu równowagi.

Życie samo w sobie zawsze będzie zawierało stresujące sytuacje. Nie mamy na to wpływu. Mamy wpływ jednak na to, jak na nie reagujemy. I bardzo dobrze jest umieć je w pełni przeżywać- tzn. śmiać się, gdy coś nad raduje i płakać, gdy jest trudno. Tu właśnie kluczowa może okazać się pomoc psychoterapeuty. Zmiana wzorców reagowania na stres, zadbania o siebie, porzucenia schematów postępowania, które wkładają nas w rolę życiowej ofiary- to najważniejsza droga do zmniejszenia, a może i zlikwidowania objawów chorób.

Istnieje także wyraźny związek niektórych zaburzeń z doświadczanymi przez nas emocjami. Np. kłopoty z sercem lub oddychaniem często wiążą się z trudnościami w relacjach i np. lękiem przed bliskością. Problemy z jelitami, odżywaniem korelują min. z tendencją do perfekcjonizmu, potrzebą kontroli lub też intensywnie przeżywanym poczuciem wstydu. Bóle kręgosłupa, mięśni czy stawów często sugerują, że dźwigamy coś na swoich barkach czy niesiemy „krzyż” na plecach (niekoniecznie swój…). Choroby autoimmunologiczne bywają ostatnim wołaniem naszego ciała :”Czy tak trudno jest Ci mnie zaakceptować, że muszę zacząć siebie niszczyć?”

Na bieżąco warto nauczyć się prawidłowo odpoczywać i relaksować. Metody są dowolne, choć najbardziej zależałoby nam na zminimalizowaniu aktywności ciała i umysłu. Joga, medytacja, techniki oddechowe, masaż- sprawdźcie, co do Was najbardziej przemawia. O tym, dlaczego relaksacja jest niezbędna, aby żyć w zdrowiu pisałam więcej tu. Można zacząć od słuchania nagrań relaksacyjnych, np. na Stresoterapii 🙂

W kolejnym wpisie przyjrzymy się dokładniej roli stresu w konkretnych, najbardziej dotkliwych zaburzeniach.

Tymczasem pamiętajcie, że dopóki człowiek oddycha, to żyje i ma możliwość i szansę, żeby coś zmienić!

Kamila

 

Sztuka odejmowania sobie (w mojej praktyce)

Ciało:-„Puk, puk…”

Głowa-„Kto tam?”

Ciało:”To ja. Twoje ciało.”

Głowa:’Znowu? Co tam?”

Ciało:”Czuję się bardzo zmęczone. Brakuje mi wolnego dnia od kilku tygodni. Dłuższego urlopu od roku. Weekendów od 4 lat. Nie mam siły.”

Głowa: „Wiem… Ale dasz jeszcze radę, co? Jeszcze trochę? Obiecuję, że dam Ci odpocząć, ale zróbmy kilka warsztatów, szkoleń i wyjazdów. Weźmy kilkanaście zastępstw. Chcę się jeszcze więcej nauczyć, odłożyć na szkołę, na podróż. Na marzenia. Przekazać to innym ludziom. Potrzebuje Ciebie.”

Ciało: „proszę, usłysz mnie…”

Głowa: ” Nie dramatyzuj. Jesteś silne, już tyle przetrwaliśmy. Dasz radę”

Serce (wtrąca się) :”Hmm, wybacz Głowo, ale słyszę tą gadkę już od kilku lat. „Później” i „za chwilę” mieszka w krainie „Nigdy-nigdy”. Poza tym to trochę nieładnie mówić innym o prawdzie,a samej składać obietnice bez pokrycia”.

Głowa: „A ty znowu nie umiesz siedzieć cicho. Nie wtrącaj się. Ciało już nie z takich sytuacji wychodziło. Ciało da radę! Przeżyjesz jeszcze trochę, co?”

Ciało:”Nie. Nie chcę przeżyć. Chce ŻYĆ.”

Po kilku latach pracy w każdy dzień tygodnia, z ludźmi i dla ludzi podjęłam decyzję o zaopiekowaniu się sobą. Od września nie będę prowadzić stałych zajęć w weekendy oraz (poza poniedziałkiem i wtorkiem)- po południu. Wciąż będzie można mnie spotkać na weekendowych warsztatach, wyjazdach i szkoleniach. Być może pojawią się nowe godziny poranne jogi na Wilanowie 🙂

Od dłuższego czasu narastał we mnie sprzeciw wobec tego, o czym piszę i mówię, a moim trybem życia. Zachęcam Was do odzyskania równowagi, zatroszczenia się o siebie i odpuszczania. Tymczasem sama od lat pracuję w niemal każdy dzień tygodnia. Tak, kocham to co robię. Nie zamierzam zrezygnować z tej ścieżki na teraz. Jednak jest to praca. Praca, wymagające koncentracji, uważności i obecności. Która przez kilka lat wymagała takich nakładów energii, abym mogła się z niej utrzymać.

Czuję, kiedy Was coś boli, w czymś Wam niewygodnie. Kiedy poruszenie ciała uwolniło coś trudnego z głowy i ważne, żebym mogła podejść i powiedzieć „spokojnie, nic nie musisz.” Czasami moje grupy liczą 30-40 osób Choć moje ego się cieszy, to taka ilość duszyczek wymaga ode mnie dużych nakładów energii. Hasło „przecież nie musisz ćwiczyć” nie rozwiązuje tematu, bo tu nie o tylko o zmęczenie fizyczne się rozchodzi. Tylko o energię, jaką chcesz się dzielić z innymi. Nie mam ochoty dzielić się z Wami zmęczeniem.

Nie interesują mnie „fejkowe” relacje na Instagramie i fejsbuku, opisujące,jakie moje życie jest wspaniałe i bezproblemowe, a jak przyjdziecie na moje warsztaty, to Wasze też takie będzie. Interesuje mnie prawda. A prawda jest taka, że potrzebuję z czegoś zrezygnować, aby BYĆ DLA SIEBIE DOBRĄ.

Chcę mięć siłę na własną praktykę. Czerpać radość z tego, że idę na rower lub pobiegać, a nie zastanawiać się, jak tu zebrać siły, żeby zrobić trening po 5 godzinach prowadzenia zajęć i pracy nad szkoleniami do 22. Mieć wolny weekend i obudzić się w sobotę z myślą ” Bosko, całe 2 dni wolnego- to co dzisiaj dobrego dla siebie robimy?” Wpaść na obiad do rodziców, odwiedzić przyjaciół. Zakopać się pod kocem z książką i przeleżeć tak pół dnia. A może rozpocząć w weekendy szkołę psychoterapii, aby móc Wam pomagać pełniej, głębiej, bardziej odpowiedzialnie. Ale na to potrzebny jest czas i przestrzeń. I ja właśnie tą przestrzeń sobie stwarzam.

Bardzo zżyłam się z grupami na Gocławiu i Wilanowie, z którymi pracuję od kilku lat. Obserwowałam jak pięknie rozwijacie swoje jogowe skrzydła. Niektóre dziewczyny pojawiały się na jodze, ponieważ nie mogły zajść w ciążę i szukały powrotu do siebie, do spokoju. Bywało, że później pojawiały się już z maluchem w brzuchu, a wracały jako mamy 🙂 To dla mnie ogromna radość towarzyszyć Wam w tej ścieżce. To jakby oglądać na żywo film o rodzącym się życiu, a później do tego życia móc się uśmiechać i połaskotać w małą stopę 🙂

Dziękuję również wszystkim, którzy obdarzyli mnie zaufaniem i cierpliwie słuchali moich przydługich opowieści i dygresji na sesjach 🙂 Mam nadzieję, że i Wy zadbacie o siebie. Puścicie to, co Wam już nie służy. Bo nie ma możliwości, żeby zaprosić do swojego życia coś nowego, jeśli wciąż trzymamy się kurczowo starego.

Życzę Wam tego, co życzy nam ciało: NIE CHCĘ PRZEŻYĆ. CHCĘ ŻYĆ.

Namaste

Kamila

Dlaczego boimy się ciszy?

Umówiłam się z kimś u niego w mieszkaniu. Jadę. Wsiadam do metra. 90 % ludzi patrzy na ekran komórek, uszczęśliwieni, że LTE jest już nawet pod ziemią i możesz być nieustanie on-line. Uff. Nic nie stracisz!  Ekrany smartofnów migają, co chwilę przypominając, że ktoś nam właśnie wysłał wiadomość i gdzieś jest promocja na buty, które oglądałeś pół roku temu (ach, te cookies…). Aplikacje co chwilę aktualizują pogodę w Bangladeszu i informują o najświeższych katastrofach. Ewentualnie wzroście kursu franka- tak, abyś zawsze był na bieżąco. Docieram. Wchodzę do czyjegoś mieszkania. Niby przyszłam porozmawiać, ale w tle gra telewizor. Hałaśliwe reklamy nawołują do połknięcia tabletek od wszystkiego na wszystko. W wiadomościach ktoś płacze, bo własnie stracił w powodzi całą rodzinę, gdzies zawalił się most i zginęło X ludzi, a polityk z partii Y krzyczy na wiecu, jakim rajem uczyni nasze życie, gdy dojdzie do władzy. W pokoju obok gra muzyka, ale przecież nikt jej nie słucha, bo zajęty jest przeglądaniem facebooka i dawaniem lajków na Instagramie. Mam wrażenie, że zaraz mój mózg eksploduje. Poprosiłam o wyłączenie telewizora, aby w ogóle móc się skupić na rozmówcy. Nie spotkalo się to jednak ze zrozumieniem („no przecież Ciebie słyszę!”). W końcu ktoś mówi „no dobra, ale jak wyłączę telewizor, to nie będzie niczego. No tak. To „nic” jest własnie tym, przed czym tak często uciekamy.

Nic dziwnego. Cisza w dzisiejszym świecie to towar deficytowy. Jesteśmy bombardowani nieustannym zalewem informacji, dzwięków, wiadomośći i obrazów. Media mówią „rób więcej, intensywniej, żyj na maksa”. Nawet na wakacjach ludzie odpalają muzykę. W lesie, nad jeziorem. Byle nie być w ciszy. Dlatego, że brak bodźców stwarza przestrzeń na bycie w prawdzie ze sobą. I dlatego nas to często przeraża. Łatwiej jest biec, uciekać- bo to przecież schemat, który często znamy od dawna. A będąc w ciszy można nagle usłyszeć swoje myśli. Poczuć smutek, żal, niepokój- emocje, które kamuflujemy nieustannym hałasem. Często pojawia się wtedy dyskomfort. Bo nagle okazuje się, że wcale nie jest Ci dobrze w tej pracy ani w tym związku. A może nawet nie jest Ci dobrze samemu ze sobą. Ale przecież ławiej jest wlączyć jakieś gadające głowy na ekranie, obejrzeć zdjęcia z wakacji na fb albo odpalić serial. Zakrzyczeć, to co cicho w środku prosi „hej, wysłuchaj mnie”. I tak każdego dnia. Do samego końca.

Ale możesz też inaczej. Możesz pobyć w tej ciszy. Nie musisz od razu odpalać kadzidła i zasiąść na poduszce zafu w kwiecie lotosu. Wystarczy, że na 5 minut odłożysz telefon,wyłączysz telewizor i zamkniesz oczy. Zaczniesz oddychać. Być może z przerażeniem stwierdzasz, że po chwili zatrzymania w Twojej głowie jest większy chaos, niż na środku hinduskiego skrzyżowania. To nic. Jest ok. Tak właśnie działa nasz umysł. A my chcemy to tylko zauważyć. Tym jest właśnie istota medytacji. Obserwacją myśli. Nie ich zlikwidowaniem. Naturą umysłu jest myślenie. To, co chcemy uzyskać w medytacji. to umiejętność bycia w ciszy i nie oceniania tego, co produkuje nasza głowa. Czasem mówię na moich sesjach „obserwuj swoje myśli, tak jak chmury na niebie. Pojawiają się i znikają ale Ty wciąż jesteś w środku taki sam. Pozwalasz im przypływac i odpływać, nie oceniając.” Jeśli uda Ci się to zabrać do życia, to zobaczysz, o ile jest lżej, kiedy przestajesz się przejmować tymi wszystkimi obrazami, jakie podsuwa Ci co sekundę Twoja głowa.

Cisza jest też trudna w byciu z drugim człowiekem. Dla mnie miarą głębi moich relacji jest to, czy umiemy być z sobą w ciszy. Bez potrzeby dawania rad, zagadywania. Po prostu bycia obecnym. Tak naprawdę ludzie nie potrzebują rozwiązań. Potrzebuję tego, aby ktoś potrzymał ich za rękę, przytulił, popatrzył w oczy, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Powiedział tak bez słów „jestem”.  Murakami napisał „Jeżeli nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”.  Mam to niebywałe szczęście mieć obok siebie ludzi, z którymi mogę iść kilka godzin przez las niewiele mówiąc, a na koniec stwierdzić, że to było wspaniałe spotkanie. Ale do tego potrzeba zatrzymania i wrażliwości. Otwarcia siebie na prawdziwy i intymny konatkt z drugą osobą. Kiedy byłam na kilkudniowym kursie ciszy mieszkałam w jednym pokoju z koleżanką. Bez słów byłyśmy w stanie się dogadać, która pierwsza myje głowę albo czy ma ochotę na herbatę. Ale też zaobserwować, kiedy druga miała ciężki moment i potrzebuje mojej obecności. Potrafiłam z 20 osobami gotować obiad i nie przesolić zupy ani nie przypalić cebuli- nie wypowiadając jednego słowa. Uśmiech, cień przebiegający przez twarz, rozświetlające się lub zachodzące mgłą oczy- to był doskonały język ciszy, który zastępował milion zbędnych słów. Pokazał mi, jak bardzo można zbliżyć sie do kogoś będąc uważnym. I jak bardzo można się oddalić, zagadując prawdę potokiem zbędnych słów.

Kto zna mnie z pracy, może być zaskoczony. Bo w końcu jestem ekstrawertykiem, dużo się smieję, ciągle gdzieś mnie nosi, uwielbiam gadać (tak, wiem- pracuję nad tym) 😉 i słuchać Waszych opowieści. Jednocześnie zawsze z ulgą wracam do swojej ciszy. Cisza nieustannie uczy mnie jak być bliżej siebie i innych. Jak najwięcej odwagi do szukania ciszy Wam życzę 🙂

Namaste, Kamila

ps.zdjęcie zrobiła mi Kasia Czajkowska – wspaniała fotografka, w trakcie jednej sesji, gdy bardzo tej ciszy szukałyśmy, a z powodu chaosu w mojej głowie,  nie udało nam się znaleźć. Kasia jest jednak mistrzynią uchwycenia tych krótkich chwil, kiedy ona się pojawia i bardzo jej za to dziękuję 🙂

 

 

 

Emocje zapisane w ciele: jak usunąć stres z ciała. Joga powięziowa.

 

Kiedy wybrałam się na moją pierwszą sejsę yin yogi miałam wrażenie, że nic się nie dzieje. Pozycje trwają wiele minut, żadnego napinania mięśni, podciągania palców i rzepek kolan do góry. Jednym słowem strata czasu 😉 Jednak po kilkudziesęciu minutach  zaczęłam czuć wyraźny dyskomfort. Początkowo proste pozycje stały się zaskakująco intenswyne. Miałam wrażenie, że docieram do miejsc, do których jeszcze nie zajrzałam.  Bolało mnie wszystko. Ciało i dusza. Kiedy przeszliśmy do bioder nagle w mojej głowie pojawiły się wspomnienia dotyczące pewnej relacji i zaczęłam płakać. Płakałam dalej po sesji 15 min. patrząc w ścianę i zastanawiając się, o czym to było… Po 2 latach praktykowania yin yogi takie sytuacje są dla mnie zupełnie normalne i nawet się cieszę, kiedy w trakcie sesji uwalniają się intensywne emocje. Spotkanie z yin yogą zapoczątkowało u mnie fascynację rolą powięzi, czyli tkanki łącznej, dzięki której nasze ciało tworzy całość i nie rozsypuje sie na oddzielne kawałki. Jako psycholog zawsze uważnie przyglądam się połączeniu ciała i emocji, a praktyka yin yogi jest zupełnie wyjątkową pracą, która dociera dużo dalej niż do ciała. Dziś chciałabym Wam przybliżyć znaczenie pracy z ciałem i wyjaśnić, dlaczego joga powięziowa ma taką moc 🙂

Co to jest powięź?

Yin joga, zwana jogą powięziową, oparta jest przede wszystkim na koncepcji taśm anatomicznych. Taśmy anatomiczne to struktura mięśni i powięzi, którą chyba najbardziej szczegółowo do tej pory zbadał Tom Myers. Myers wyróżnił kilka taśm mięśniowo-powięziowych, ale sa zastrzega, że może być ich dużo więcj- możecie obejrzeć je na tym zdjęciu.Co ciekawe, wyróżnione taśmy pokrywają się w dużym stopniu z meridianami w medycynie chińskiej. Jednak zostały one opisane na podstawie „twardej” medycyny, w oparciu o sekcje zwłok. Do tej pory medycyna zachodnia traktowała ciało jak worek z odseparowanymi od siebie elementami jak kości, więzadła czy mięśnie. Temat powięzi to stosunkowo niedawne odkrycie. Nie służy ona jedynie jako „opakowanie” dla naszego ciała. Szczegółowo o anatomii powięzi pisałam w poprzednim wpisie o yin jodze. Dziś skupię się jednak na jej związku z naszymi emocjami, ponieważ jest to bardzo cenna wiedza, jeśli chcemy skutecznie zrelaksować ciało i uwolnić skutki stresu!

Powięź spełnia wiele fascynujących ról. Bierze udział w funkcjach ruchowych, czuciowych i metabolicznych. Ma niezwykłą wrażliwość – znajduje się na niej więcej receptorów, niż w innych rodzajach tkanek. Kurczy się, rozciąga i reaguje w trakcie wszystkich czynności ruchowych. Adaptuje się do zmieniających się warunków i odkształca. Jeśli cały dzień siedzimy, niczym zgarbione zombie przed komputerem. to najpewniej skracamy i przykurczamy zginacz biodra. Zmienia to automatycznie ustawienie miednicy, klatki piersiowej i szyi, powodując bóle w odległych rejonach ciała. Zła wiadomość jest taka, że powięź szybko przejmuje negatywne nawyki ruchowe i w efekcie przenosi ich konsekwencje na cały złożony system, jakim jest nasze ciało. Dlatego ból pleców może pochodzić np. z przykurczów w…stopie. Dobra wiadomość- jej plastyczność daje duże możliwości pracy z takimi napięcami np. poprzez masaż powięziowy, integrację strukturalną, rolowanie czy właśnie jogę powięziową 🙂

Dlaczego stres mieszka w ciele?

No dobrze- ale jak to się ma do eliminowania skutków stresu albo doświadczania trudnych emocji w trakcie pracy na powięzi? Odpowiedź jest jak zwykle związana z fascynującą zdolnością naszego ciała. Czyli to co w ciele- to i w głowie. I odwrotnie. Każde wydarzenie z naszego życia, szczególnie to intensywnie wypierane przez nas na poziomie umysłu, znajduje swoje odwzorowanie w ciele. Wdowi garb, dzwiganie czegoś na swoich barkach, niesienie krzyża, zgrzytanie zębami- na pewno znacie te określenia i wielokrotnie widzieliście, że nie są to tylko metafory… Jak pisał Aleksander Lowen w „Duchowośc ciała” , twórca psychoterapii poprzez ciało: Często się mówi, że jesteśmy ukształtowani przez nasze przeżycia, lecz teraz chcę to powiedzieć jak najbardziej dosłownie. Nasze ciała odzwierciedlają nasze przeżycia.  Dlatego osoby, które np. mają depresję często cechuje określona postawa: zapadnięta klatka piersiowa, pochylona głowa, spuszczony wzrok pokazuje chęć odsunięcia się od świata i skierowanie uwagi na trudne, wewnętrzne przeżycia. Na drugim biegunie może być postawa z bardzo silnie rozwiniętą klatką piersiową, wypchniętą do przodu, silną i zdecydowaną budową. Często jednak jest to jedynie „pancerz” mięśniowy , odcięty od czucia. Zbroja, która powstała, aby uchronić się od cierpienia, od możliwości zbliżenia się do drugiego człowieka. W obu przypadkach praca na powięzi związanej z klatką piersiową może wywołać silne reakcje emocjonalne. Jednocześnie, prowadzona świadomie i w asyście dobrego terapeuty, pozwoli na przyspieszenie procesu zdrowienia. Nie twierdzę, że jest to jedyna i komplememtarna metoda pracy, ale warto uwzlędnić pracę z ciałem w procesie terapii.

Jak usuwać stres z ciała?

Jednak praca na powięzi nie dotyczy tylko tak trudnych sytuacji. Jest niezwykle użyteczna w codziennym usuwaniu skutków stresu. Powięź bowiem reaguje na napięcie psychiczne szybciej, niż my zdążymy jeświadomie zauważyć. Wkurzył Ciebie szef i masz ochotę mu solidnie przyłożyć? O ile nie jesteś zupełnie pozbawiony mechanizmu kontroli emocjonalnej, to raczej tego nie zrobisz 😉 Jednak Twoje ciało zatrzyma impuls ciosu i prawdopodobnie napnie mocno mięśnie, które normalnie biorą w tym udział. W efekcie będziesz odczuwał ból ramion, karku, szyi. Zdałeś egzamin i masz ochotę krzyczeć i skakać z radości, ale przecież „nie wypada”? Twoje ciało zatrzyma impuls chęci skoku i skumuluje napięcie w nogach i miednicy. Ktoś właśnie kieruje do Ciebie krzywdzące słowa, a Ty- zamiast krzyczeć, zaciskasz zęby? Może wieczorem poczucjesz bóle głowy i napięcie w żuchwie.

Tak właśnie działa nasze ciało i umysł. Nie zawsze mamy możliwość wyrazić na bieżąco swoje emocje. Szczerze mówiąc, to chwilami nie byłoby to wskazane i naraziłoby nas na jeszcze większy stres 😉 Jednak ważne, aby pozwolić ciału na odregowanie później- w mądry sposób. Z jednej strony należy napięcie z ciała wyładować. O tym, jak to zrobić pisałam tu. Kiedy proponuję pracownikom firm w trakcie antystresowych warsztatów uderzanie w poduszkę, wprawianie ciała w drżenie czy wydawanie dźwięków- patrzą na mnie w podejrzany sposób 😉 Chwilę później często słyszę, że to było najlepsze ćwiczenie, jakie zrobili w życiu! Z drugej strony należy rozluźnić, uelatstycznić i nawilżyć powięź. Tak jak robimy to w trakcie sesji yin jogi, gdzie poza pracą w asanach używamy też automasażu piłeczkami.

Jeśli ciekawi Was praca na powięzi za pomocą jogi wpadnijcie na warsztaty antystresowe . Jeśli chcecie sięgnąć głębiej i przyjrzeć się również emocjom zapisanym w ciele to polecam wybranie się na sesje TRE, psychoterapii metodą Lowena czy Somatic Experiencing. Planuję niedługo rozpocząć szkolenie w tych obszarach i na pewno dam znać, kiedy będę gotowa na zajęcie się Wami w odpowiedni sposób!

Namaste,

Kamila

zdjęcie powięzi pochodzi ze strony http://www.gstbody.com/important-discovery-related-fascia/
zdjęcie w linku:https://www.livingbulletproof.com.au/bulletproof-your-facia/

Zadbaj o siebie wirtualnie: Stresoterapia na YouTube :)

Po dłuuugim czasie mówienia o tym, zdecydowałam się to zrobić 😉 Stresoterapia ma już swój kanał na YouTube!

Wiem, że sporo z Was nie daje rady dotrzeć na moje zajęcia, mieszka daleko, wyjeżdzacie, a czasami po prostu miejsce na swój spokój ginie w natłoku codzinnych obowiązków. Dlatego postaram się z Wami dzielić swoją pracą również na odległość 😉 Na kanale będą pojawiać się krótkie sesje jogi i ćwiczeń, kiedy macie tylko 20 minut, a chcecie zrobić coś dla siebie. Będą też nieco dłuższe filmiki, ćwiczenia relaksacyjne, oddechowe i wszystko, co pomaga nam w redkowaniu stresu i poszukiwaniu siebie w pędzie codzienności.

Nie zabraknie również kochanej przez wielu i równie mocno niedostępnej jogi powięziowej, czyli yin 🙂

Piszcie proszę w komentarzach, co Wam jest potrzebne? Tworzę to miejsce przede wszystkim dla Was i ważne jest dla mnie, aby była to nasza wspólna przestrzeń.

Ogromnie dziękuję też Kasi Czajkowskiej za jej wkład w tworzenie filmików i demonstrowanie ćwiczeń. Kasia robi przepiękne zdjęcia i projekty artstyczne-zajrzyjcie do niej, jeśli potrzebujecie wyjątkowych zdjęć http://czuleoko.com/

Zapraszam do polubienia, subskrybowania i dzielenia się siłą spokoju z innymi!

Namaste

Kamila

Smutek- emocja, która uczy nas żyć w pełni. Jak go przeżywać, jak towarzyszyć innym w smutku?

„Jesteś tutaj. Nie jesteś tym, który przyjdzie i odejdzie. Pozwól, by twoje cierpienie przychodziło i odchodziło, a nie ty. Ty zostań na miejscu.”
Mooji

W trakcie naszych warsztatów często rozmawiamy o emocjach. O złości, gniewie,lęku i smutku. O tym, że są tak samo potrzebne jak te po drugiej stronie brzegu, czyli radość i spokój. Często jednak nie pozwalamy sobie na ich ekspresję. W dzieciństwie słyszymy „nie płacz”, „nie becz”, „chłopcy się nie mażą”. Wyrastamy na dorosłych, którzy nie potrafią płakać. Sama wiele, wiele lat wstydziłam się swoich leż, a kiedy już pękłam i „się rozkleiłam”, to nie potrafiłam zatrzymać szlochu. Tak, jakbym próbowała nadrobić lata, kiedy swoje łzy trzymałam w ukryciu. Wydawało mi się, że skoro nie pozwolę sobie na płacz a czasami- rozpacz, to tak jakby tego wcale nie było…

Tymczasem płacz (podobnie jak krzyk) jest najprostszą i najbardziej naturalną drogą uwalniania napięcia. Aleksander Lowen, twórca metody psychoterapii, pracującej bardzo mocno poprzez ciało napisał:

Uczucie smutku lub krzywdy uwalniamy poprzez płacz. Jeśli nie możemy płakać, gdyż boimy się reakcji rodziców lub z innych powodów, to mięśnie, które normalnie uczestniczyłyby w płaczu, się napinają. Są to mięśnie ust, gardła, piersi i brzucha. Jeśli uczuciem, które domaga się uwolnienia, jest gniew, napinają się mięśnie pleców i ramion. Zakazany impuls gryzienia napina szczęki, zakazany impuls kopania prowadzi do napięcia w nogach. Korelacja między napięciami mięśniowymi a zakazami jest tak wyraźna, że studiując rozkład napięć w ciele jakiejś osoby, można powiedzieć, jakie impulsy i emocje uważa ona za zakazane.

Nie pozwalając sobie na płacz wcale nie zmniejszamy swojego cierpienia. Zamiast tego „przepychamy” te emocje do niektórych miejsc w ciele. Ciało się kurczy, spina, a my czujemy się coraz bardziej wyczerpani i samotni. Czasami robimy jakąś asanę i nagle łzy napływają do oczu. Szczególnie widać to w wygięcach, kiedy odsłaniamy nasze gardło i klatkę piersiową, a więc te miejsca, które mocno powiązane są z ekspresją smutku.

„Właśnie się rozstaję z partnerem, straciłam pracę, mama jest w szpitalu, ale jakoś się trzymam…Zawsze może być gorzej, prawda?”. Jeśli należycie do takich „fajterów” z kamienną twarzą, wiecznie odmawiający sobie prawa do płaczu, to warto spróbować przyjrzeć się swojemu smutkowi. Nie umiesz się rozpłakać? Zapytaj siebie, gdzie czujesz ten smutek, w ciele. Pozwól go sobie przeżyć. Jak każda emocja minie i przyniesie odczucie oczyszczenia i ulgi. Jak go przeżywać? Mamy różne sposoby. Jedni potrzebują wypłakać się przy bliskiej osobie, inni w poduszkę; przytulić do zwierzaka. Objąć siebie. Choć czasami strategia odraczania smutku („zajmę się czymś, co mnie odciągnie, obejrzę dobrą komedię” itp.) jest dobra, to na dłuższą metę będzie tylko pogarszać sytuację. Z emocjami jest jak z zamiataniem kurzu po dywan. Co chwilę nie ma dobrego momentu na gruntowne odkurzenie- a to wpadają goście, a to czasu brakuje… I tygodniami dorzucamy kolejne śmieci, aż któregoś dnia w najmniej spodziewanym momencie potykamy się na wystającej górce…

Smutek jest jedną z podstawowych emocji wyróżnionych przez Paula Ekmana. Wyrażają go identycznie wszyscy ludzie, w każdej kulturze. Umożliwia zatrzymanie się, refleksję nad tym, co w naszym życiu jest na tu i teraz. Uwrażliwia na emocje swoje i innych. Przeżywaniu smutku jest dla nas także trudne w roli obserwatora. Bardzo często widok innej osoby, która płacze, powoduje przywołanie naszych trudnych uczuć.  Osoby bardziej empatyczne mogą same się rozpłakać albo wycofać, aby nie konfrontować się ze swoim smutkiem. Często trudno nam też towarzyszyć innym w trudnych chwilach. Mamy tendencję do dawania rad („ja bym zrobiła tak”), pocieszania („to nie koniec świata, dasz radę”), rozśmieszania lub odwracania uwagi. Tymczasem w takim momencie wszyscy potrzebujemy przede wszystkim wysłuchania i akceptacji.

Co mówić, kiedy ktoś przy nas przeżywa smutek?

  1. Widzę, że jest Ci trudno
  2. Jestem przy Tobie
  3. Dobrze, że płaczesz
  4. Co mogę zrobić, aby Ci pomóc?
  5. Opowiedz mi, co się dzieje
  6. Czego ode mnie potrzebujesz?
  7. Wyobrażam sobie, że to trudne
  8. Pomogę Ci w tej sytuacji, jeśli chcesz?
  9. Będę obok, jeśli będziesz mnie potrzebował
  10. Czy potrzebujesz być sam czy mam z Tobą pobyć?

Towarzyszenie przy czyimś smutku polega na BYCIU OBECNYM. Na jednym z warsztatów usłyszałam od prowadzącej takie polecenie „Pozwólcie tej drugiej osobie przeżywać, a wy po prostu trzymajcie przestrzeń”. Jak dla mnie- jedno z piękniejszych słów na określenie wsparcia.

Smutek to nie depresja. Zdrowe uczucie smutku jest żywe, intensywne, odczuwalne. Depresja to stan, kiedy czujemy się pozbawieni uczuć i przestaje nam na czymkolwiek zależeć. Depresja uwarunkowana jest wieloma czynnikami, również czysto fizjologicznymi (jak np. funkcjonowanie naszych przekaźników nerwowych, wychwytu serotoniny czy predyspozycji genetycznych). Zdrowe wyrażanie smutku uwalnia napięcia na bieżąco, jednocześnie obniżając ryzyko przerodzenia się długo tłumionych uczuć w stany obniżonego nastroju. Ale to temat na odrębny wpis .

A cytat Mooji jest dla mnie właśnie o tym. Jeśli pozwalasz sobie na przeżycie uczuć na bieżąco, to dajesz sobie prawo na wyrażanie siebie. Wszystko co się pojawia (i to,co trudne i to, co łatwe) i tak przeminie, ale Ty w środku jesteś taki wciąż taki sam 

Dobrego i prawdziwego czasu dla Was – ze smutkiem i radością 

Namaste

Kamila

Ja i moje ciało. Kim dla siebie jesteśmy?

Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest najważniejsza relacja w naszym życiu? Mąż, żona, dziecko? Przyjaciele? Rodzice? Nie. Najważniejszą relacją w naszym życiu jest relacja z naszym ciałem. To od niej zależy zdrowie fizyczne i psychiczne, a więc jakość całego naszego życia. Rodzimy się bez świadomości naszego ciała. Kiedy rośniemy uczymy się, czym jest dotyk, jakie są nasze granice. Czasami mamy go zbyt mało, czasami za dużo. W oparciu o nasze doświadczenia z dzieciństwa nabywamy pewien rodzaj relacji z naszym ciałem. Czasami jest to piękny stan akceptacji i życia w harmonii. Dużo częściej jest to jednak odrzucenie, obrzydzenie, lekceważenie a czasami nawet nienawiść. Dopóki nie zaakceptujemy swojego ciała dopóty będzie ono spięte, zaniedbane, zestresowane i obce. Będzie chorować. Będziemy ćwiczyć na siłowni, a ono dalej nie będzie wyglądać jak z okładki Men’s Health. Będziemy stosować cudowne diety, a ono wciąż będzie o te kilka kilo do przodu. Proces odrzucenia ciała oznacza odrzucenie siebie. Szczególnie widoczny jest u kobiet, ponieważ na nas wywiera się dużo większą presję dotyczącą wyglądu. Rzadko kiedy pamiętamy, że modelki na zdjęciach są poddawane retuszowi albo przynajmniej fotografowane w taki sposób, aby zamaskować ich niedoskonałości…

Tymczasem w trakcie moich podróży obserwuję różne wymiary kobiecości. I te najpiękniejsze cechuje jedno- akceptacja. Kobiety w Azji rzadko kiedy się malują, za to dużo się śmieją, tańczą i poruszają biodrami. Noszą luźne spódnice i kolorowe sukienki.  Ich brzuch służy do oddychania, przyjemności i dawania życia, nie do permanetnego zamęczania go ćwiczeniami. Większość tancerek na Wschodzie ma miękkie i falujące brzuchy. Trudno wyobrazić sobie taniec brzucha bez jego obecności. Kiedy wracam do Europy, a Polski- w szczególności, widzę wiele naprawdę pięknych i zgrabnych kobiet. Zadbanych, umalowanych i świetnie ubranych. Tylko często w nich nie ma życia. Poruszają się sztywno, jak w klatce stworzonej z kompleksów, odrzucenia i presji społecznej. Nie wiem, jak odczuwają to mężczyźni, ale zapewne im też nie jest lekko spełniać społeczne standardy i akceptować swoje ciało, choć podejrzewam, że jednak mają mniejszy problem.

Niektórzy z nas traktują swoje ciało jak nieposłusznego zwierzaka: tresują, karcą, rygorystycznie trzymają się diety lub nie dają sobie prawa do odpuszczenia treningu, kiedy są bardzo zmęczeni. Wiecie, jak zachowuje się pies, którego nikt nigdy nie głaszcze i wiąże na łancuchu? Dokładnie tak samo odczuwa to nasze ciało… Jest też druga strona medalu- odrzucenie. Skoro brzuch za gruby, cellulit na udach, mięśnie za małe, to lepiej w ogóle się ciałem nie zajmować. W końcu nie dotykasz czegoś, czego się brzydzisz. W oby warianatch nasze ciało usycha, marnieje; staje się coraz mniej zdolne do czerpania z życia radości i przyjemności.

Dlaczego o tym piszę właśnie dziś? Z dwóch powodów. Jeden osobisty. Drugi- zawodowy 🙂 Za kilka dni skończę 33 lata. I nigdy tak dobrze nie czułam się w swoim ciele. Choć 10 lat temu byłam o te 10 lat młodsza, szczuplejsza i moje ciało też wyglądało inaczej. Ale czy lepiej? Nie sądzę. Choć zawsze byłam wysportowana i miałam całkiem niezlą sylwetkę, to nie akceptowałam swojego ciała.  Traktowałam je jak maszynę do spełniania okreśłonych zadań. Ignorowałam jego gorsze momenty, nie potrafiłam się o nie zatroszczyć. Potrafiłam po treningu wymiotować ze zmęczenia i uważałam, że to „nagroda” za dosadne dociśnięcie organizmu. Pewnym punktem zwrotnym był czas, kiedy problemy z kręgosłupem nasiliły się tak bardzo, że nie mogłam już normalnie funkcjonować. Każdy dzień rozpoczynał się i kończył przeszywającym bólem. Wiele miesięcy rehabilitacji i czekania z nadzieją na moment bez bólu sprawiły, że doceniłam to co mialam. Sprawne i zdrowe ciało. Aleksandra Stec autorka pięknego bloga kiedyś napisała:”Myślę, że człowieka łatwo uszczęśliwić, wiesz. Wystarczy zabrać mu coś, co było jego, a później mu to oddać. I nagle okazuje się, że miał wszystko. Kiedy jestem w stanie znowu wejść na matę, biegać czy choćby podróżować wiele godzin na siedząco bez bólu to mam wrażenie, że nic mi więcej nie potrzeba, aby wyrazić wdzięczność swojemu ciału i sobie. Za to, że po prostu jest i umożliwa mi doświadczanie życia w każdym jego aspekcie.

Drugi powód jest związany z moją pracą. Doświadczenia w pracy psychologa i nauczycielki jogi coraz wyraźniej pokazują mi, że ciało i nasze emocje są ze sobą nierozerwalnie połączone.  Powięź – tkanka łączna, która otacza wszystkie struktury w naszym ciele magazynuje wszelkie emocje i traumy- również te, które chcieliśmy wyprzeć. Bóle kręgosłupa, sztywność mięśni, stany zapalne w organiźmie nie pochodzą tylko od złego stylu życia i godzin przesiedzianych przed komputerem. Są także wynikiem nie stawiania granic w naszym życiu, mówienia „tak” kiedy wszystko w środku krzyczało „nie”. Pozwalania innym decydowania o sobie, ignorowaniu swojego prawa do odpoczynku i wyborów swojej drogi życiowej. Wszytskie te momenty, kiedy chieliśmy tupać nogami ze złości albo okładać kogoś pięściami- zostają w naszym ciele uwięzione. Dlatego wchodząc głębiej w pratykę jogi czasami przypominają nam się zupełnie bez powodu jakieś sytuacje. Albo odczuwamy emocje, które nie mają uzasadnienia w rzeczywistej chwili. Choć bywa to niepokojące, to jest dla nas dobre i oczyszczające. Poruszając ciało zawsze poruszamy też to, co w nim schowane. Jeśli pozwalamy sobie raz jeszcze na przeżycie niewyrażonych uczuć, to zdejmujemy z siebie ogromny ciężar.

Praca ze stresem nie może odwrócić się od ciała. Dzieci, zanim dorośli zaczną je socjalizować mówiąć „nie wypada, nie wolno, nie można”, wyrażają emocje całymi sobą. Krzyczą, płaczą, smieją się, skaczą, kopią, rzucają się na podlogę i walą rękoma w ziemię. W ten sposób insynktownie uwalniają napięcie i neutralizują fizjologiczny efekt hormonów stresu. Jako dorośli ze względów społecznych rzadko kiedy możemy pozwolić sobie na taką ekspresję, choć byłoby to dla nas dobre. Jednak trudno byłoby rzucać laptopem o ziemię na widok maila od szefa lub kijem baseballowym potraktować telefony w call center 😉 Dlatego musimy zadbać o to, aby na bieżąco uwalniać nasz organizm ze stresu. Po pracy zapewnić sobie chociaż kilkanaście minut intensywnego wysiłku, najlepiej nienastawionego na żaden wynik. Idealnie, jeśłi udałoby się nam też swobodnie wzdychać lub krzyczeć. Do krzyczenia świetnie nadaje się samotna jazda samochodem autostradą. Polecam 🙂  Na  tym polegają min. ćwiczenia w metodzie Lowena, TRE( Trauma Release Excercises) czy medytacje aktywne Osho, które skutecznie niwelują skutki stresu. O naukowym uzasadnieniu tego procesu pisałam więcej w tym  artykule.

Coraz więcej pracy z ciałem pojawia się na moich antystresowych warsztatach. Czasami sama jestem zaskoczona z jaką otwartością i ciekawością pracownicy firm wchodzą w tak wyraziste ćwiczenia. Kiedy minie moment pierwszego skrępowania domagają się nawet więcej np. rąbania drewna na kolanach 🙂 Niebawem planuję nagrać na you tube przykłady takich ćwiczeń. Często trudno jest jednak pozwolić sobie na taką ekspresję w ciele, jeśli go nie akceptujemy…  Dlatego jeśli macie chwilę- spróbujcie przyjrzeć się temu, o co prosi Wasze ciało i napiszcie list. List od ciała do Was. Co mogłoby chcieć przekazać, gdybyś zadał sobie te pytania?

*co Twoje ciało czuje?

*czym je krzywdzisz?

*za co jest Ci wdzięczne?

*co je cieszy a co smuci?

*kiedy jest mu z Tobą najtrudniej?

*o co chciałoby poprosić?

Dzięki temu prostemu ćwiczeniu możemy dowiedzieć się bardzo wiele o tym, jaką mamy relację ze swoim ciałem i rozpocząć proces troszczenia się o nie. Kiedy kochasz siebie, dajesz sobie i światu odetchnąć 🙂

Namaste, Kamila

 

Rozciąganie na macie, czy praktyka jogi? Po czym poznać, że praktykujesz jogę, a nie gimnastykujesz ciało :)

Każda asana to pozycja wykonywana z odczuciem stabilności, zrównoważenia, i wytrwałości w ciele: życzliwości w inteligencji głowy oraz uważności i zadowolenia w inteligencji serca. Oto jak jak należy rozumieć, praktykować i doświadczać każdej asany. Wykonanie asan powinno być odżywcze i oświecające. ~BKS Iyengar

Kiedy prowadzę zajęcia w grupach początkujących i przychodzą nowe osoby zazwyczaj przestawiają się: „cześć, mam na imię X i jestem zupełnie nierozciągnięty. Będę sobie ostrożnie ćwiczyć w kącie”. Ewentualnie „przyszłam na zajęcia, bo bardzo sztywna jestem i plecy mnie bolą” 🙂 Dla osób spoza jogowego świata joga oznacza ćwiczenia rozciągające, ewentualnie jakieś kadzidełka i „om” śpiewane nie wiadomo w jakim celu 🙂 Zresztą wystarczy wpisać „yoga” w wyszukiwarkę na Instagramie i naszym oczom ukażą się piękne kobiety i mężczyźni zawieszeni w szpagacie nad przepaścią. Tymczasem prawdziwa joga i praktyka asan ma niewiele wspólnego z tym, czy zakładasz nogę za głowę. Do tego, aby praktykować jogę konieczna jest świadomość i uważność. Najbardziej spektakularna pozycja pozostanie tylko akrobacją, jeśli nie będziemy obecni w tym, co robimy. Stojąc w autobusie możesz przyjąć piekną tadasanę. Możesz też zrobić byle jaki (choć doskonały technicznie) mostek na jogowych warsztatch. Bywa, że ćwicząc jogę nabawiamy się kontuzji albo frustrujemy tym, że coś nam nie wychodzi. Po niektórych sesjach boli nas głowa i czujemy duże zmęczenie. To właśnie sygnały, że ćwiczymy, a nie praktykujemy. Jeśli jesteś obecny w swoim ciele i umyśle to możesz dostrzec, która asana Ci dzisiaj służy, jakich pomocy użyć aby ciało przyjemnie się wydłużało, a nie napinało. Czasami ta uważność oznacza też przekraczanie swoich granic, strachu, lenistwa. A następnie zabranie tych doświadczeń poza matę. Odkrywanie, że lżej się żyje 🙂 To jest właśnie istota jogi. Oczywiście, zawsze zaczynamy od ciała, ale to tylko wstęp do tego, aby pozwolić jodze rozgościć się też daleko poza naszym największym palcem u stopy 🙂

Dlatego dziś dzielę się z Wami kolejnymi skarbami z jogowego świata 🙂 Po czym możesz poznać, że joga zmienia Twoje życie?

  1. Nie nudzisz się w asanach i czerpiesz coraz więcej radości z sesji 🙂 Wręcz przeciwnie, zaczynasz zauważać, że dopiero po dłuższym czasie pozycja zaczyna się zmieniać, pracować.  W cichej obserwacji dostrzegasz subtelne poruszenia w ciele i w umyśle.
  2. Zauważasz wpływ poszczególnych asan na ciało. Czujesz, kiedy potrzebne są wyciszające skłony, kiedy energetyzujące mostki. Czujesz, kiedy Twoje „nie chce mi się” pochodzi z umysłu, a kiedy ciało prosi „daj mi odpocząć, zaopiekuj się mną”
  3. Na macie z nikim nie konkurujesz i nie rywalizujesz. Nie interesuje Ciebie, czy sąsiad dotyka głową do kolana. Nie oceniasz siebie, ani nikogo innego. Rozumiesz, że jeśli jesteś w swojej praktyce uczciwy i uważny- jest ona na ten moment doskonała.
  4. Rozumiesz, że codziennie jesteś inny, Twoje ciało jest inne i ma inne potrzeby. Szanujesz jego gorsze dni i wykorzystujesz te, kiedy masz więcej energii. Czasami odpuszczenie sesji i sen jest dużo bardziej potrzebne, niż 108 powitań słońca.
  5. Nie krzywdzisz się.  Mamy różną budowę ciała, swoje kontuzje i traumy w nim zapisane. Akceptujesz, że pewne pozycje mogą pozostać poza Twoim zasięgiem. Nie robisz ich brutalnie i na siłę.
  6. Zaczynasz akceptować swoje ciało i siebie właśnie takie, jakie jest. Uczysz się troszczyć o siebie, jak o najukochańszą osobę w swoim życiu
  7. Nie opuszczasz savasany. Relaksacja na koniec sesji to najważniejszy element integrujący pracę wykonaną na macie i uspokajający układ nerwowy.
  8. Jesteś w stałym kontakcie ze swoim oddechem. Wiesz, że kiedy on znika, to czas zmienić sposób wykonywania pozycji.
  9. Uważność ciała towarzyszy Ci już cały czas. Siedząc w pracy prostujesz kręgosłup i rotujesz barki 🙂 Podnosząc coś cięzkiego zwraczasz uwagę na pracę nóg i brzucha. Chodząc- unosisz mostek i patrzysz przed siebie, nie w ziemię. Wszystko, co robisz staje się bardziej uważne i świadome.
  10. Dostrzegasz inteligencję Twojego ciała. Zauważasz, że dociśnięcie małego palca u stopy zmienia to, jak ustawia się Twoja miednica. Każda wielka zmiana miała gdzieś najmniejszy początek.
  11. Rozumiesz, że pewne sekwencje mają określoną kolejność i układ, aby przynieść jak najwięcej korzyści. Ufasz nauczycielowi. Nie robisz pozycji „po swojemu” i nie sięgasz głową do podłogi, jeśli nauczyciel mówi, że dla Ciebie lepiej będzie ją położyć na krześle.
  12. Odkrywasz, że dojrzała praktyka nie polega na uciecze w jogę lecz na zabraniu jogi do codzienności. Uważności i obserwacji poza matą. W trudnych chwilach nie dajesz się wkręcać w wycieczki Twojego umysłu, tylko wracasz do oddechu i obecności. Łatwiej opanowujesz emocje i mniej przywiązujesz się do materialnych aspektów życia. Umysł staje się bardziej stabilny a ciało- pewniej stoi na ziemi.
  13. Jesteś lepszym człowiekiem 🙂 Szanujesz inne istoty, przyrodę i czujesz, że wszystko co robisz w życiu- wróci do Ciebie.

Dla mnie zdecydowanie najpiękniejszy efektem mojej praktyki jest to, co dzieje się po zejściu z maty. Przełożenie akceptacji, uważności, ale też determinacji i konsekwencji na wszystkie obszary życia. Bycia bardziej wyrozumiałym i kochającym dla siebie. Dla innych. Jeśli od dłuższego czasu praktykujecie jogę, ale nie macie poczucia, że cokolwiek się zmienia- porozmawiajcie z nauczycielem 🙂 Czasami osoba do której chodzimy nie rezonuje z nami swoją energią czy stylem nauczania i trudno wtedy o postępy. Najczęściej jednak powód leży w nas. Zastanówcie się, czy przez te 1,5 godziny na pewno jesteście obecni i uważni? Czy dajecie jodze szansę na zapukanie do tych zamkniętych zakamarków ciała i umysłu? 🙂

Pięknej praktyki Nam życzę 🙂

Namaste,

Kamila