Zaskakujące powody problemów ze snem🌙🌟 Intymność i upadanie


W ostatnich tygodniach prowadziłam w kilku firmach warsztaty poświęcone tematyce bezsenności. Wielokrotnie rozmawiam z bardzo świadomymi uczestnikami, którzy dobrze znają BHP snu i szkodliwe nawyki, o których wspominałam więcej na blogu w cyklu artykułów o śnie:http://streso-terapia.pl/proste-zamykasz-oczy-i-spisz-jak-wygrac-z-bezsennoscia-cz-ii/ Ale…to nic nie zmienia. Dalej nie śpią. Tymczasem ja dalej zgłębiam tematykę psychosomatyki i neurobiologii szukając, co jeszcze może nam pomóc. I tak trafiłam na dwie ciekawe koncepcje: dodam, że mocno aktualne również dla mnie swego czasu.


Kiedy czujesz, że żadne oddechy, medytacje, zmiana nawyków nie pomagają, warto sięgnąć głębiej i zadać sobie pytanie:


🌟czy umiem odpuścić kontrolę i poddać się?
Alexander Lowen, twórca psychoterapii poprzez ciało, mówił, że sen jest bardzo podobnym zjawiskiem do spontanicznej miłości. Doskonale oddaje to sam język angielski, gdzie „fall asleep” (zasnąć) i „fall in love” (zakochać się) oznaczają dosłownie „upaść” w sen lub w miłość 🙂 Moment, gdy wyłącza się świadomość i pozwalamy sobie odpłynąć. Zatem jeśli w codzienności mamy tendencję do kontrolowania każdej sytuacji możemy mieć również trudność z zasypianiem…W terapii Lowenowskiej często używa się np. ćwiczeń z upadaniem, klękaniem, aby pokazać ciału możliwość bezpiecznego upadku po którym można się podnieść i żyć dalej 🙂


🌟czy ufam innym i czuję się bezpiecznie?


Stephan Porges, twórca teorii poliwagalnej, opisującej jak działanie nerwu błędnego wpływa na zachowania społeczne i poczucie bezpieczeństwa, mówił, że „Intymność to znieruchomienie pozbawione lęku” . Znieruchomienie to naturalna reakcja ssaków, która jest ostatnią deską ratunku, kiedy nie możemy ani uciec ani walczyć. Możemy tylko udać, że nas nie ma…Jest to neuro- mechanizm ratujący życie, zupełnie poza naszą świadomą kontrolą. Dlatego czasami osoby doświadczające przemocy mówią „chciałam się bronić, ale nie byłam w stanie ruszyć ręką i wydobyć głosu”. Przy czym niekoniecznie muszą być to aż tak mocne doświadczenia- czasami pozornie niegroźna sytuacja dla naszego mózgu oznacza za szybko, za dużo i za mocno.


Jeśli w przeszłości wielokrotnie/intensywnie doświadczyliśmy „zamrożenia” układu nerwowego, to nasz organizm będzie się bronił przed jakimkolwiek momentem zatrzymania. Sen jest tego doskonałym przykładem. To nic, że nie ma racjonalnych podstaw do niepokoju- przecież kochasz tego człowieka, co chrapie obok, wiesz, że możesz mu ufać i Twój dom to Twoje bezpieczne miejsce. Ok- Ty może wiesz, ale Twój układ nerwowy wciąż tego nie czuje i korą nową (to ta część mózgu od myślenia) mu tego nie przetłumaczysz…


Aby pomóc ciału odzyskać zdolność do odpuszczania kontroli lub zaufania trzeba pomóc mu poczuć <3 Samo zrozumienie nie wystarczy. Potrzebny jest kontakt z drugim człowiekiem, który pozwoli nam na bezpieczne przeżycie i domknięcie niedokończonej reakcji układu nerwowego. Ten proces zachodzi min. w procesie terapii Somatic Experiencing, który obecnie studiuję i nieustanie odkrywam nowe rzeczy 🙂

Tymczasem jeśli macie kłopoty ze snem zacznijcie od serii wpisów o bezsenności. W zdecydowanej większości można bardzo poprawić jakość snu za pomocą prostych zmian:) Szukajcie rozwiązania, ono gdzieś na pewno jest <3

Kolorowych snów 🙂

Kamila


Trudne czasy dla bliskich związków: miłość, mózg i kultura

Wpis http://streso-terapia.pl/zwiazek-na-drut-kolczasty-toksyczne-relacje-i-serce/na temat tzw. „toksycznych relacji”, czyli „związków na drut kolczasty” wzbudził u Was sporo reakcji. Ostatnio sporo mojej uwagi kieruję właśnie na ten temat. Jednym z powodów jest to, że ja i moi najbliżsi przyjaciele coraz częściej zastanawiamy się nad tym, czym jest dobry związek. Bo choć współczesny świat bardzo promuje indywidualizm, to bliskie i wspierające relacje są od dawna uznawane w psychologii za najważniejszy element naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. Tak jest zbudowany nasz mózg i układ nerwowy- jesteśmy istotami społecznymi, ssakami, które do przeżycia potrzebują bliskości swojego „stada” 🙂 Im więcej czytam na temat neuronaukowych podstaw naszego funkcjonowania, leczenia traumy i redukcji stresu tym wyraźniej widzę, jak ważną rolę w naszym życiu odgrywa obecność wśród innych, spokojnych i kochających ludzi 🙂

No właśnie. Rozejrzyj się wkoło i policz, ile znasz naprawdę udanych, mądrych i dojrzałych związków, które trwają latami?Jeden, dwa- no może kilka? Dlaczego tak się dzieje? W pokoleniu naszych rodziców związki były trwalsze, co nie znaczy, że wiele z nich było równie nieudanych, tylko nie dochodziło do rozstania z powodów społecznych, ekonomicznych czy światopoglądowych. Mimo wszystko obecnie relacje międzyludzkie wydają się być naprawdę wystawiane na próby. I wiele osób ma wątpliwości, czy w ogóle jest w stanie stworzyć i utrzymać uczucie, które zwiąże mocniej niż przysłowiowy kredyt.

Powodów jest wiele. Jedynym z nich jest to, że współczesny świat w porównaniu do tego z młodości naszych rodziców po prostu kipi od możliwości wyboru. Wzrasta ilość pytań „czy nie ma kogoś lepszego, mądrzejszego, bardziej zaradnego” bo „rynek ludzki” oferuje milion możliwości. Zawsze będzie ktoś „bardziej jakiś”. Pytanie, czy to jest wolność wyboru, czy tyrania wyboru? Jeśli pójdę w czyimś kierunku, to przecież nie pójdę w innym… Indywidualizm dominujący w naszej kulturze ma sporo plusów: mobilizuje do rozwoju, wspiera w osiągnięciu celów i realizacji swoich planów. Jednak w kontekście bliskich relacji nie działa za dobrze. Ponieważ związek wymaga współzależności. Jak mawiał Lis w Małym Księciu „stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoisz.”

Kolejną pułapką jest brak wiedzy. Miłość- z poziomu neurobiologii ma 3 fazy. Początkowo najczęściej pojawia się namiętność, czyli eksplozja hormonów jak oksytocyna, serotonina, dopamina, która ma za zadanie przywiązać partnerów do siebie i jak najszybciej przedłużyć gatunek 😉 Jednak trwając w tej fazie zbyt długo szybko wykończylibyśmy się fizycznie- ile można nie spać, nie jeść, nie ogarniać rzeczywistości. Dlatego namiętność oparta na koktajlu hormonów powoli wygasa. Organizm wraca do neurobiologicznej równowagi i pojawia się miejsce na intymność. Czyli pogłębianie wiedzy o sobie, akceptacji, bliskości. Wymaga wysiłku, ciekawości drugiego człowieka i otwartości na jego odmienność, bo przecież nieustannie się zmieniamy. Intymność staje się mocną podstawą dla relacji, ponieważ przyjaźń jest dużo głębsza niż chemia fizyczna. Ostatnim etapem jest zaangażowanie, czyli świadoma decyzja, że chcę z Tobą tworzyć swoje życie i mam gotowość, żeby podjąć odpowiedzialność. Bywa że związki zaczynają się również od przyjaźni- ważna jest świadomość tego, że brak motyli w brzuchu to nie koniec miłości, tylko naturalny i biologiczny proces przechodzenia relacji na inny etap. Chemia może narodzić się również później- z zaufania i bliskości. Jednak tej wiedzy, o naturalnej dynamice związku, nie dostajemy w szkole. Zamiast tego widzimy sztuczne obrazki „idealnych” związków celebrytów uważając, że my to chyba mamy w domu jakiś gorszy model – home edition 😉 Dlatego często, kiedy chemia wygasa i pojawiają się wyzwania codzienności- relacje się rozpadają. Jednak poza wolą walki o relacje istotne jest także zadanie sobie pytań, czym ona jest dla mnie i czy czuję się w niej widziany/widziana i uszanowana? Poświęcanie siebie jest zaprzeczeniem miłości do najważniejszej osoby – do samej/samego siebie. Czasami trzeba coś puścić i pozwolić się czemuś domknąć- z szacunku dla swojej godności.

Dlatego bardzo bliskie jest mi postrzeganie relacji, jakie opisał dawno temu Erich Fromm. Według niego, miłość nie jest rzeczą, tylko pewną umiejętnością, która opiera się na czterech filarach:

*troska: interesuje mnie co się z Tobą dzieje, wspieram Ciebie w tym, co daje Ci rozwój. Obchodzi mnie to, co się dzieje z Tobą. Chcę, żebyś wzrastał/a, Jeśli masz zmartwienie, chorujesz, jest Ci źle: chcę wiedzieć, jak mogę Ci pomóc

*wiedza: ciekawisz mnie, jako człowiek. Im więcej o Tobie wiem, tym lepiej mogę Ci towarzyszyć. Chcę wiedzieć, co Ciebie cieszy, a co smuci

*odpowiedzialność: czuję się współodpowiedzialny za to, co się z Tobą dzieje. Nie może być tak, że nie dostrzegam, kiedy gaśniesz. Mobilizuję Ciebie do rozwoju, kiedy widzę w Tobie potencjał

*szacunek: biorę Ciebie takim/ą, jakim/ą jesteś. Doceniam Twoje wartości. Nie wystawiam Twojego zaufania na próby i nie naruszam Twojej godności. Mogę próbować na Ciebie wpływać, ale nie ma intencji zmieniać Twoich przekonań. Nie pozwalam sobie na przemoc słowną i emocjonalną wobec Ciebie.

Warto sobie zadać te kilka pytań i sprawdzić, czy ja otrzymuję od partnera/ki te jakości, ale także-czy potrafię je dawać?

Nie przychodzi mi do głowy żadne podsumowanie tych refleksji poza tym, że zanim zbudujesz z kimś dobry związek, musisz go umieć zbudować z samym sobą. Uczę się tej sztuki nieustannie 🙂 A sam wpis był inspirowany wspaniałym wykładem prof. Katarzyny Popiołek na SWPS, który serdecznie polecam https://www.youtube.com/watch?v=YujuducddJY.

Kamila

Spotkania z yin jogą i jogą nidrą: odcinek 5 : joga na dobry sen

13.10 niedziela 14.00 – 16.30

Kontynuujemy spotkania z jogą powięziową i relaksacją ♥

Nasz 5 wieczór z cyklu „Spotkanie z yin jogą i jogą nidrą” poświęcimy praktyce wspierającej dobry i regenerujący sen. Pojawią się asany yin jogi, które w szczególny sposób wyciszają nasz układ nerwowy, odprężają napięte mięśnie i uwalniają niepokój z umysłu.
Włączymy również relaksujące techniki oddechowe.

Naszym celem będzie uwolnienie napięć z zazwyczaj niedostępnych nam struktur ciała. Praca na powięziach zajmie nam ok. 90 min. Zakończymy 30 min. sesją jogi nidry: głębokim relaksem, nazywanym jogą snu psychicznego. Sesja dla wszystkich, także dla osób, które nigdy nie stały na macie 

Informacje praktyczne:
Pamiętajcie – ubierzcie się w wygodne stroje do praktyki (takie, aby było Wam ciepło w trakcie leżenia). Można zabrać swoją poduszkę, koc i ewentualnie coś do przykrycia oczu. Nie przychodźcie głodni ani najedzeni. Najlepiej zjeść posiłek 2-3 godziny przed sesją.

Gdzie:
Joga Centrum Adama Bielewicza
ul. Pankiewicza 1 lokal nr 26

*proszę o punktualne przybycie:zapraszam już od 13.30 

Zapisy i rezerwacja:

1. zapisz się mailowo kamila@streso-terapia.pl podaj imię i nazwisko i zapłać całą kwotę gotówką 100 przed warsztatem

* jeśli wolisz zapłacić przelewem to wpłać proszę kwotę 100 zł.na konto:
Stresoterapia Kamila Karpinska
05 1950 0001 2006 0075 1444 0002 z dopiskiem ” Yin joga 13.10.2019″

Czym jest joga powięziowa?

Jest łagodną praktyką jogi, dostępną dla każdego, bez względu na staż na macie. Koncepcja yin jogi inspirowana jest taoistyczną medycyną chińską, wedle której harmonia w naszym ciele i umyśle pochodzi z równowagi pomiędzy Yin i Yang. Yang oznacza to co aktywne, energiczne, szybkie. Yin – bierne, powolne, łagodne. Praca w yin jodze polega na całkowitym odpuszczeniu napięcia mięśniowego i wsłuchaniu się w swoje ciało. W przeciwieństwie do dynamicznych form yogi nie angażujemy do pracy siły mięśni. Dzięki temu docieramy do miejsc, które dotychczas były niedostępne – powięzi, ścięgien, więzadeł a także kości. Ponieważ nasze ciało pamięta emocje lepiej niż nasz świadomy umysł, uwalniamy także niepotrzebne nam więcej odczucia. Odzyskujemy spokój, a ciało – swobodę ruchu i lekkość. Jednocześnie pozycje są komfortowe- używamy dużej ilości koców, poduszek i zawsze szanujemy naszą granicę komfortu.

O yin yodze pisałam na blogu tutaj: http://streso-terapia.pl/yin-yoga-o-potedze-wewnetrznej-ciszy/

Czym jest joga nidra?

Jest prowadzoną medytacją, w warunkach totalnego komfortu: leżymy wygodnie otuleni kocami i podążamy za instrukcjami nauczyciela. Podstawową techniką jest rotacja świadomości, czyli przenoszenie swojej uwagi z poszczególnych części ciała. W klasycznej medytacji umysł pozostaje świadomy a ciało aktywne. W jodze nidrze staramy się uzyskać stan świadomego snu. Nie doświadczamy w niej marzeń sennych lecz stan snu głębokiego. Dzięki temu nasz mózg zaczyna pracować w obszarze fal Delta (0,5-4 Hz).). Fala delta jest najwolniejszą ze wszystkich fal mózgowych typową dla stanu głębokiego snu (Non-rapid eye movement, NREM, SEM). Głęboko regeneruje ciało, sprzyja procesom zdrowienia. Sesja jogi nidry potrafi zastąpić 3 godziny snu. Jest także doskonałą metodą rozpoczęcia swojej przygody z medytacją, ponieważ łatwiej w niej utrzymać koncentrację i nie wymaga pozycji siedzącej. Jest dostępna dla każdego, również osób z poważnymi kontuzjami i ograniczeniami zdrowotnymi.

O jodze nidrze więcej na blogu:http://streso-terapia.pl/joga-nidra-medytacja-dla-kazdego/

Zapraszam

Kamila

Związek na „drut kolczasty”. Toksyczne relacje i serce.

Większość z nas pewnie spotkała się z terminem „toksyczny związek”. Niektórzy nawet doświadczyli go osobiście. Najczęściej w relacji partnerskiej, choć bywa, że są to również relacje w rodzinie, wśród przyjaciół czy w pracy. Osobiście nie lubię tego określenia, ale użyję go, ponieważ funkcjonuje jako termin psychologiczny i pomaga zrozumieć dynamikę takich relacji.

W tzw.”toksycznym związku” zamiast 1+1=2 mamy 1+1= – 1. Zamiast wsparcia, energii i karmiącej obecności partnerzy krzywdzą siebie nawzajem. Może to zabrzmi brutalnie, ale celowo piszę nawzajem, ponieważ często wina leży po obu stronach- to nie ktoś nas krzywdzi, tylko my pozwalamy na to, aby nas krzywdził. W relacjach dorosłych ludzi zazwyczaj mamy możliwość wyboru. Uwaga: nie mam tu na myśli sytuacji stricte przemocowych czy nierównorzędnych relacji np. dorosły- dziecko, na które nie ma żadnej zgody i wytłumaczenia.

W relacji toksycznej:

  • nie możesz być sobą, obawiasz się podzielić swoimi myślami, emocjami, tracisz spontaniczność
  • rezygnujesz ze swoich planów, ambicji i marzeń, bo nie pasują drugiej osobie
  • nieustannie masz poczucie winy, wyrzuty sumienia i wstyd za to, kim i jaki/jaka jesteś
  • potrzeby drugiej osoby są zawsze ważniejsze, nie masz miejsca dla siebie
  • w relacji często odczuwasz lęk, niepokój, smutek
  • bliska osoba krytykuje Ciebie, nie wierzy w Twoje plany i podcina Ci skrzydła
  • jesteś często przedmiotem krytyki partnera, wina zawsze leży po Twojej stronie
  • nieustannie wybaczasz, tłumaczysz, chronisz, usprawiedliwiasz i ratujesz z kłopotów partnera
  • masz poczucie, że bez tej osoby jest Ci spokojniej, swobodniej i bezpieczniej

Związek toksyczny często nie sprowadza się do skrajnych sytuacji jak przemoc fizyczna, relacja z osobą uzależnioną czy z zaburzeniami psychicznymi. Często jest to przemoc w białych rękawiczkach, której otocznie zupełnie nie zauważa. Raniące zachowania mogą zdarzyć się każdemu. Jeśli jednak „zdarzają się” regularnie miesiącami czy latami, a my spadamy na dno swojej samooceny i poczucia bezpieczeństwa, to mamy problem.

Serce w pułapce

Toksyczne relacje bywają bardzo trudne do zakończenia. Jak powiedział w jednym z wywiadów Maciej Bennewicz, znany psychoterapeuta, opierają się na „krzywdo-winie”. Czyli doświadczam dwóch wykluczających się uczuć: poczucia bycia skrzywdzonym i jednocześnie ogromnego poczucia winy, jakie wywołuje u mnie druga osoba. Skoro czuję się winny/winna- to nie podejmę decyzji, bo zrani ona jeszcze bardziej. A jeśli czuję się skrzywdzony/a: to też nie zadziałam, bo przecież „mi się należy”. Często te role przeplatają się, raz ktoś jest katem, a ktoś ofiarą. Bennewicz mówił, że to związek na drut kolczasty: co by nie zrobić, będzie bolało. Pozostając w relacji cierpisz. Próbując się uwolnić- drut rani Ciebie jeszcze bardziej. Jedynym wyjściem jest jej zakończenie i pozwolenie na to, aby rany mogły się w końcu zagoić.

Najczęściej powodem tkwienia w takich związkach jest lęk przed podjęciem decyzji. Niektórzy liczą na cud, który sprawi, że partner sam od nas odejdzie, albo pojawi się ktoś, kto nas uratuje. Ale tak się nie dzieje. Co gorsza, tkwienie w takiej relacji prowokuje nas samych do otoczenia się kolczastym drutem. Możemy odbijać swoje zmęczenie i frustrację w relacji z dzieckiem, innymi osobami i odpłacać tym samym naszemu partnerowi. Tym samym nie tylko dajemy drugiej stronie argumenty („a Ty co robisz?Nie jesteś wcale lepszy ode mnie”!) ale też podkopujemy poczucie własnej wartości, które jest tu fundamentem do wyplątania się z kolczastego drutu.

Strach przed zakończeniem relacji może wynikać z bardzo wielu uwarunkowań, ale często powodem jest lęk przed samotnością. A u jego podstaw- niska samoocena. Konieczność nieustannego odbijania się w cudzych oczach. Bycie niewystarczającym i niepełnym. Powodów może być mnóstwo, często związanych także ze wzorcami przywiązania jakie wykształciliśmy w dzieciństwie, doświadczeniem przemocy i opuszczenia na wczesnym etapie rozwojowym, z przyjmowaniem roli „ratownika” w rodzinie (np. DDA) itp. Nie pomaga też bycie osobą zewnątrzsterowną, zależną od opinii innych. Bez silnej wewnętrznej kotwicy i przekonania „mam prawo czuć to, co czuję i zdecydować o sobie”, samodzielne wyjście z takiego uwikłania staje się niemal niemożliwe.

Paradoks tej sytuacji polega na tym, że rozumiemy, że ktoś nas krzywdzi, ale dalej nie mamy siły tego zmienić. Nasz skrypt, często wdrukowany na bardzo głębokim, neuronalnym poziomie, jest jedynym „bezpiecznym” wzorcem, jaki znamy. Dlatego często konieczne jest poszukanie wsparcia psychoterapeuty, psychologa lub zaufanej i mądrej osoby, która pomoże nam wytrwać w swojej decyzji. Otoczyć się ludźmi, którzy w nas wierzą, wspierają, podbudowują.

Detoks

Jeśli wizja rozstania nas paraliżuje to warto dać sobie więcej przestrzeni. Poprosić partnera, aby się wyprowadził. albo samemu na jakiś czas kompletnie się od tej osoby odsunąć. Poczuć i przeanalizować na chłodno to, co się dzieje. Na dłuższą metę to sytuacja win-win: jeśli obie strony będą miały wolę pracy nad sobą i związkiem jest szansa na odbudowanie relacji. Jeśli okaże się, że nie- podejmiesz decyzję szybciej. Najgorsze dla nas jest trwanie w stanie zawieszenia. Każda decyzja jest lepsza niż jej brak. Tkwicie w relacjach powodujących u nas permanentny stres wpływa nie tylko destrukcyjnie na nasz stan psychiczny, ale także na nasze zdrowie. Nieustannie podwyższony kortyzol przyczynia się do kłopotów z układem immunologicznym, hormonalnym, krwionośnym i pokarmowym. Istnieją nawet badania,które pokazują, że w długotrwałej perspektywie wpływa na również na ekspresję naszych genów, które zmieniają działanie naszego układu odpornościowego, zwiększają ryzyko zachorowania na choroby autoimmunologiczne (CTRA-conserved transcriptional response to adversity ). Więcej o tym, dlaczego mózg uzależnia się od takich relacji i dlaczego z nich tak trudno wyjść- napiszę Wam w kolejnym wpisie.

Tworząc ten artykuł wielokrotnie myślałam, czy określenie „toksyczny” jest na miejscu. Bo zawiera w sobie mocną i negatywną ocenę. Tymczasem większość życiowych doświadczeń nie jest ani złe ani dobre. I mam wrażenie, że większość naszych relacji działa na zasadzie lustra: inni ludzi pokazują nam to, czego sami w sobie nie chcemy dostrzec. Kiedy tkwimy w relacjach, które nas krzywdzą to po części godzimy się na taki układ. Na przemoc w jakiejkolwiek formie nie mam zgody, ale poza nielicznymi przypadkami skrajnej przemocy i ubezwłasnowolnienia dorośli mają wybór: mogą odejść. Jeśli mimo to tego nie robią oznacza, że ich lekcja o miłości do samego siebie, szacunku, odwadze, poczuciu własnej wartości nie została dobrze odrobiona. Nigdy jednak nie ma sytuacji bez wyjścia, tylko czasami potrzeba czasu i wsparcia innych, żeby je dostrzec.

Kamila

Asany cz. I: pozycje stojące

Ostatnio na blogu zapanowała pewna stagnacja 😉 Nie jest to związane z brakiem weny twórczej, ale z chaosem, który wymagał uporządkowania. Powoli wracam do siebie i blogowych projektów. Ponieważ ostatnio wątek jogowy został nieco zapomniany dziś ruszam z nowym cyklem wpisów na temat asan i ich wpływu: na ciało, emocje i ducha 🙂 Często pytacie mnie w trakcie sesji o wpływ poszczególnych asan na naszą fizjologię i psychikę, dlatego zdecydowałam się na uporządkowanie tych informacji na blogu. Zapraszam do lektury i oczywiście- do zweryfikowania na macie!

Asan i ich wariantów jest bardzo dużo. Ze względu na ułożenie ciała i ich działanie na głębszym poziomie możemy wyróżnić pozycje stojące, skręty, skłony do przodu, wygięcia do tyłu oraz pozycje odwrócone. Zaczniemy od podstawy: czyli od pozycji stojących . Jeśli wybierzecie się na zajęcia dla początkujących w dobrej szkole jogi, to zapewne na tą grupę asan będzie kładziony szczególny nacisk. Początkowo będziecie pytać siebie po jakie licho ktoś każe Wam układać równo palce w stopach i czuć ich docisk? Cóż to ma wspólnego z tymi szpagatami na tle balijskiego wodospadu w reklamach jogowych leginsów? 😉 Ale z upływem czasu pewnie zauważycie, że ta uważność na detale ma sens i duży wpływ na praktykę.

Pozycje stojące: fizjologia

Nasi odlegli przodkowie odeszli od tego uświęconego wiekami tradycji sposobu poruszania się i zmienili się w chodzące wieże, z umieszczonym wysoko środkiem ciężkości i wąską podstawą….Natura powinna wywieszać tabliczkę z ostrzeżeniem „Przebudowa w toku. Dyrekcja przeprasza za wszelkie możliwe niedogodności” E. Morgan „The scars of evolution”

Istoty dwunożne pojawiły się w Afryce ok. 4-6 mln lat temu. Odkąd wyprostowaliśmy się po zejściu z drzewa większość naszego życia spędzamy na stojąco- choć z punktu widzenia anatomii wcale nie jest to najbardziej ergonomiczna pozycja 🙂 Właściwiej byłoby jednak założyć, że obecnie większość z nas po części „cofnęła” się na drabinie ewolucji i spędza życie na siedząco… Niestety, nie w przysiadzie lub w kucki (co byłoby całkiem dobrą opcją dla naszego ciała) lecz na krześle, fotelu, kanapie.To już jest wystarczający powód, aby praktykować asany stojące, wspierając ciało w procesie utrzymywania prawidłowej postawy, ułożenia kręgosłupa, budowania siły dla mięśni i równowagi.

Pozycje stojące w jodze są niezwykle istotne, ponieważ zawierają w sobie dużo ruchów funkcjonalnych tzn. takich, jakie wykonujemy w codziennym życiu nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Sięgamy po coś wyciągając daleko ręce (jak w tadasanie z uniesionymi rękami), balansujemy szukając czegoś w szafce (jak w pozycji vrksasany) , pochylamy się, aby podnieść coś z podłogi (jak w uttanasanie), skręcamy chcąc zobaczyć coś za nami (jak w parrivritta trikonasanie). Ruch wygięcia do tyłu na stojąco (jak w virabhadrasanie I) rzadko występuję w naszej codzienności. Tym bardziej jest cenny, ponieważ równoważy przeważający rodzaj zgięcia- skłonu do przodu (schylanie się). Niestety, jeśli prowadzimy siedzący tryb życia, nasze ciało traci naturalne zakresy ruchów, usztywnia się. Zaczyna kompensować brak zakresów, przeciążając nadmiernie te części ciała, które nie powinny brać w danym ruchu udziału. Prześladujące większość z nas bóle odcinka lędźwiowego często mają własnie przyczynę w nieprawidłowej postawie ciała i pracy nóg, a nie dysfunkcjach samego kręgosłupa.

W tradycyjnym przekazie pozycje stojące budowane są zawsze od podstawy: czyli od stóp. Na co dzień większość z nas zupełnie nie zajmuje się sprawnością swoich stóp. Uwięzione w butach przez większość dnia tracą swoje prawidłowe zakresy ruchu, pojawiają się różne problemy (halluksy, ostroga piętowa itp.). Nie bez powodu wschodnie systemy leczenia wykorzystują masaż odpowiednich punktów w stopach jako element leczenia. W stopach znajduje się mnóstwo receptorów i dlatego już samo chodzenie boso w trakcie sesji wspiera proces autoregulacji naszego organizmu.

Ponadto, praktyka pozycji stojących pomaga nam rozwijać siłę i elastyczność, łagodnie pobudza system nerwowy i oddechowy, dodaje energii i jednocześnie buduje poczucie stabilności, ugruntowania i osadzenia. Na początku jogowej przygody samo utrzymanie asan stojących stanowi duży wysiłek, więc pomaga nam także wzmocnić mięśnie i siłę woli 🙂

Pozycje stojące: psychika

My, istoty ludzkie, jesteśmy jak drzewa, zakorzenione jednym końcem w ziemi, a drugim sięgające ku niebiosom. Głębia sięgania zależy od siły naszego systemu zakorzeniającego. Wyrwanemu drzewu obumierają liście, a u człowieka, któremu odcięto korzenie, duchowość staje się martwą abstrakcją. A. Lowen

W psychoterapii poprzez ciało „stanie na ziemi’ nabiera głębszego znaczenia. „Uziemienie” oznacza poczucie, że wiem kim jestem, wiem po co jestem, wiem na czym stoję. Urealniam się, czuję połączenie z ziemią, innymi ludźmi, swoim ciałem, seksualnością. Czuję oparcie w sobie. Nie fruwam nad ziemią żyjąc w iluzji, ani nie zapadam się pod nią w poczuciu depresji. W Bioenergetyce to, jak stoisz na Matce- Ziemi może też dużo powiedzieć, jaką miałeś/aś relację z rodzicami. Natomiast w metodzie Somatic Experiencing przenoszenie uwagi do stóp używane jest także jako metoda, która pomaga kontrolować i skrócić atak paniki.

Jako fascynatka pracy z ciałem nie mogę nie wspomnieć o roli tej grupy asan w sferze emocjonalnej. Asany stojące bardzo wyraźnie pokazują, że zanim cokolwiek zbudujesz- musisz mieć solidny fundament. To, jak ustawisz podstawę warunkuje jakość całości. Najbardziej kunsztowna konstrukcja nigdy nie utrzyma się na byle jakim gruncie. Z drugiej strony uczą cierpliwości i trwania. Pozornie banalna pozycja tadasany- góry po kilku minutach staje się niezwykle aktywna. Zaczynasz czuć mikroruchy wewnątrz mięśni głębokich, subtelne zmiany ciężaru na stopach, przesunięcia środka ciężkości. Czasami w życiu również musisz na coś poczekać i wytrwać. Patrząc z boku wydaje się, że nic się nie zmienia. Ale to nie jest prawda. Wewnątrz trwa ciągły ruch i ten delikatny postęp zaprowadzi Ciebie kiedyś do nowego miejsca. Może w ciele, a może w sercu. „Forward is forward” 🙂

Namaste

Kamila

Moja joga. 15 lat na macie.

„Człowieka z pasją nie da się kontrolować; to jest niemożliwe. Można kontrolować tylko nieszczęśliwą osobę. Osoba ekstatyczna pozostaje wolna, nie może być zredukowana do roli niewolnika. Nie zniszczą cię tak łatwo; nie nakłonią cię, byś żyła w więzieniu. Chcesz tańczyć pod gwiazdami, iść z wiatrem, rozmawiać ze słońcem i księżycem. Potrzebujesz tego, co rozległe, co nieskończone, co ogromne, olbrzymie. Nikt cię nie skłoni do życia w ciemnej celi. Nie zrobią z ciebie niewolnika. Będziesz żyła własnym życiem i będziesz robiła swoje.”–OSHO


We wrześniu minie 15 lat odkąd stanęłam na macie. Poszłam na pierwsze zajęcia, bo trafiłam na artykuł o jodze i informację, „że nawet najwięksi twardziele z siłowni wymiękają na macie”. Ja, harpagan, ta Która-Zawsze-Daje-Radę” oczywiście musiałam sprawdzić. Faktycznie wymiękłam. 😉 Najbardziej chyba na poziomie umysłu, który cierpiał katausze w ciszy, chwilach bezruchu i dyskomforcie, w którym ktoś kazał Ci trwać i oddychać 😉

Od tego czasu zrobiłam sobie kilka kontuzji kierując się swoim ego. Przez dobre 10 lat uważałam savasanę za stratę czasu, mój umysł przypominał stado małp, byłam często nieuważna i robiłam większość asan w oparach przemocy. Ale coś mnie jednak pchało na matę. Kazało jechać kilkanaście kilometrów na rowerze albo stać pół godziny w korku, żeby zdążyć na zajęcia. Od urodzenia byłam sztywna jak Pal Azji, więc większość asan wykonywałam z wdziękiem kija od szczotki 😉 Po kilku latach takiej bezrefleksyjnej praktyki zmierzyłam się z operacją kręgosłupa, naczyniakiem, cierpieniem, niesprawnością i lękiem. Przez 1,5 roku jedyną asaną, jaka przynosiła mi ulgę była supta padangusthasana (dla niezorientowanych- rozciąganie nogi z paskiem w leżeniu na plechach). I choć było we mnie pełno lęku, stawałam na macie i szukałam nowego miejsca, w którym jest mniej strachu. Aż któregoś dnia, po kilku latach zauważyłam, że ból zniknął. Została natomiast większa uważność, akceptacja swoich ograniczeń, nieporównywanie się do innych i czerpanie radości z samego faktu ruchu. A kiedy jednak ból i lęk wracał, to powoli pojawiało się we mnie zaufanie, że skoro już raz było dobrze, to dlaczego nie mogłoby być znowu? 🙂

Mijały lata, a moja praktyka stawała się coraz bardziej spokojna, refleksyjna i dobra dla samej siebie. Rozstania, choroby, szpitale, odchodzenie bliskich, nowe związki, kilka kilo do przodu i kilka do tyłu, sukcesy i porażki- kręciłam się na życiowej karuzeli, a joga wciąż była obok. Zauważyłam, że jej istota to głównie to, co robię poza matą: jak traktuję inne istoty, jak rozumiem prawdę, dobro i szacunek wobec wszystkiego, co mnie otacza. Czy umiem się nie przywiązywać do tego, co produkuje mój umysł. Czy potrafię zachować otwartość na to, co nieznane. Czy udaje mi się nie oceniać, a obserwować. To, czy dotknę głową do ziemi nabrało zupełnie innego wymiaru. A moje ciało milimetr po milimetrze zaczęło puszczać. Pod plecami pojawiało się coraz mniej wałków, a klocki przestawały być potrzebne. Zaczęłam czuć subtelności: jak mój umysł się uspokaja i koncentruje w pozycjach odwróconych; jak w oczach pojawiają się łzy w wygięciach, kiedy dotykam oddechem serca; jak trudno mi jest wytrwać w skłonach- gdy trzeba pokłonić się życiu, zatrzymać i odpuścić.

Z pasji joga stała się powoli moją ścieżką. Praca z ciałem zaprowadziła mnie do studiowania metody Somatic Experiencing i szukania narzędzi, by pomagać innym głębiej. Odważyłam się odejść z pracy, która poza cyframi na koncie przynosiła mi zaostrzenie problemów zdrowotnych, bezsenność, zmęczenie i przede wszystkim- poczucie bezsensu. Nie mogłam też już dłużej pracować 10 godzin na siedząco- ból był nie do zniesienia. Pierwsze dwa lata szukania swojej drogi zawodowej były bardzo trudne i nie dałabym sobie rady bez pomocy rodziców, którzy wspierali mnie w trakcie zmagań z chorobą. Ale nawet wówczas nie żałowałam tej decyzji. A dziś, kiedy czuję, że to co robię, rodzi DOBRO, czuję się najbogatsza na świecie 🙂

Przede wszystkim, jak mówił cytowany przeze mnie Osho- joga dała mi wewnętrzną WOLNOŚĆ. Dalej płacę podatki, dalej wypatruję miłości, dalej wyniki badań bywają różne, dalej mieszkam w betonowym bloku i dalej mierzę się z naszą codziennością. Ale już się jej nie boję. Pojawiła się jakaś nowa przestrzeń, gdzie zamiast lęku o jutro jest wdzięczność za dziś 🙂 Nie zastanawiam się „a co będzie, a jak nie wyjdzie, a jak się pogorszy, jak nie zdążę, jak będzie za późno. Bla, bla, bla”. Bo, jak mawia jeden z moich nauczycieli „teraz wyciągnij dalej ręce, teraz wzmocnij nogi, teraz sprawdź, co możesz zmienić w asanie”. Bo poza tym, w tej sekundzie, nic innego nie ma znaczenia. Tylko Ty decydujesz, na co przeznaczasz swoją energię. Cokolwiek robisz – bądź w tym. BE. HERE. NOW.

Z serca dziękuję Wam za to, że mogę z Wami się dzielić swoim doświadczeniem. Za to, że przychodzicie na nasze sesje, przyjeżdżacie na warsztaty, obdarzacie mnie zaufaniem. Bo dobro to podobno taki wyjątkowy przypadek, który mnoży się, kiedy się dzieli 🙂 Z ciekawością wypatruję kolejnych 15 lat. Widzę, jak wiele jeszcze nie wiem i jak wiele jeszcze na tej ścieżce do odkrycia 🙂

Namaste <3

Kamila

Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) Instrukcja obsługi :) cz. II

Witajcie po dłuższej przerwie spowodowanej moim wyjazdem do miejsca wręcz wymarzonego dla HSP: cisza absolutna, brak nawet śladu zasięgu w telefonie, brak ludzi, radia, telewizji, sklepów, samochodów i innych atrakcji życia codziennego, do jakiego jesteśmy przywykli. W zamian za to zanurzenie w dzikiej przyrodzie (Puszcza Białowieska!), długie spacery, kilka godzin spokojnej jogi i ćwiczeń oddechowych i życzliwi ludzie obok. Mimo, że prowadziłam codziennie praktykę dla licznej grupy sama porządnie się zregenerowałam 🙂 I choć taka deprywacja sensoryczna (jak fachowo nazywamy ograniczenie bodźców) służy każdemu, kto na co dzień żyje w mocnym tempie i w mieście, to dla Osób Wysoko Wrażliwych jest w zasadzie jedyną możliwą drogą odpoczynku, która skutecznie je relaksuje.

Poprzedni wpis o HSP i podzielenie się moim doświadczeniem z życia „nadwrażliwca” spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem z Waszej strony 🙂 http://streso-terapia.pl/czuc-za-mocno-dar-czy-utrapienieosoby-wysoko-wrazliwe-highly-sensitive-person-cz-i/ Dlatego dziś obiecana druga część:jak sobie radzić w życiowej dżungli, jeśli Twój układ nerwowy przypomina sitko do odlewania makaronu i sprawia, że czasami trudno jest Ci wytrzymać ilość bodźców, jakie do niego docierają.

Instrukcja Obsługi HSP:

1. zadbaj o swój sen: porada niezbyt odkrywcza, ale jak to często bywa najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze 😉 W trakcie głębokiego snu nasz organizm przeprowadza szereg procesów naprawczych i regeneracyjnych. Ma to ogromne znaczenie dla naszego mózgu, który wtedy porządkuje i układa informacje pozyskane poprzedniego dnia. Nawet osoby, które mają zrównoważony układ nerwowy po zarwanej nocy mogą czuć się poirytowane, przeciążone i reagować nieadekwatnie do sytuacji. W przypadku do HSP można te reakcje pomnożyć x 10… Ja odkąd pamiętam nie umiem zrywać nocy, następnego dnia czuję się dosłownie jak zombie. Długość snu jest sprawą indywidualną, podobnie jak okna czasowe, w jakich śpimy. Nie zamierzam przekonywać „sów” do chodzenia spać z kurami. Jednak w tradycyjnych systemach medycznych (ayurveda, TMC itp) za najlepszą porę do regeneracji uważa się czas przed północą. Ja jestem totalnym skowronkiem: nic mnie tak nie regeneruje, jak sen pomiędzy g. 21.30 a 5.30. Nawet jeśli wrócę z nocnej imprezy o 2 nad ranem i tak wstanę o świcie. Przestałam już z tym walczyć i zaczęłam o to dbać, bo zauważyłam, że jest to najbardziej podstawowy i skuteczny czynnik, który pomaga mi czuć się dobrze 🙂

2. Zadbaj o swoje odżywianie. Zaskoczeni, wiem :-p Jednak dla HSP utrzymanie stałego poziomu cukru i unikanie gwałtownych spadków energii jest bardzo istotne. Regularne, zdrowe posiłki dają nam wentyl bezpieczeństwa i pomagają zachować kontrolę nad kruchym systemem zarządzania energią życiową i emocjami.

3. Zadbaj o swoją ciszę. HSP mają bardzo wysoką wrażliwość na dźwięki. Nie dla nas regularne chadzanie na koncerty, wizyty w kinie na thrillerach, czy mieszkanie przy hałaśliwej ulicy. Mnie wybudzają najmniejsze dźwięki,a po dłuższym przebywaniu w głośnych pomieszczeniach czuję się zmęczona, poirytowana i niespokojna. Można rozważyć używanie stoperów lub dobrze izolujących słuchawek, które pomogą nam ograniczyć ilość dźwięków z zewnątrz.

4. Zadbaj o swój detoks od bodźców : w przypadku HSP bardzo ważne jest aby codziennie znaleźć kilkanaście minut w ciągu dnia (minimum!) na całkowite odcięcie się od bodźców. Ja lubię kłaść się na 20 minut w jogowej savasanie, przykryć oczy i (jeśli nie mam tego szczęścia, że w pomieszczeniu jest zupełnie cicho) użyć zatyczek do uszu. To bardzo istotne, aby przestymulowany układ nerwowy miał szansę na zresetowanie stanu alarmowego. W pracy też masz wybór. Zamiast stać w kuchni i przeglądać fejsbuka możesz założyć słuchawki z relaksującą muzyką i na 10 minut usiąść w cichym miejscu, najlepiej na świeżym powietrzu.

5. Zadbaj o zwolnienie tempa wykonywanych czynności. Taaak, wiem- większość ludzi jest w stanie zrobić wiele, aby przesuwać opcję „drzemki” w swoim telefonie do oporu 😉 W efekcie wyskakujesz z łóżka już spóźniony i od samego rana dorzucasz sobie stresorów. Polecam wstać te pół godziny wcześniej, otworzyć szeroko okno, poodychać, wypić na spokojnie kawę i sprawdzić, jak ta dodatkowa przestrzeń bez pośpiechu stwarza bufor spokoju na nadchodzący dzień.

6. Zadbaj o kontakt z naturą: im więcej czasu HSP przebywa z dala od zgiełku,tłumów, bodźców i hałasu, tym lepiej regeneruje się układ nerwowy i zwiększa jego wytrzymałość. Nie każdy z nas może teraz wszystko rzucić i jechać w Bieszczady. Ale zamiast wycieczki do centrum handlowego możesz wybrać się do parku…Często sama podróż bywa dla HSP stresująca. Wiadomo: dużo ludzi, pośpiech, hałas i ciągłe zmiany. Ja po kilku latach włóczenia się po świecie (co nadal uwielbiam!) odkryłam,że najlepiej regeneruję się w naszym umiarkowanym klimacie, w dzikich i cichych ostępach przyrody i nie testuję mojego organizmu pod kątem odporności na wszelkie tropikalne bakterie, ekstremalne temperatury i florę bakteryjną z odległej galaktyki. Nie warto jechać pod presją na urlop w tropiki, jeśli Twoje ciałko ma się najlepiej w innych warunkach.

7. Zadbaj o swój limit w kontaktach z ludźmi.: HSP nie jest w stanie robić wielu rzeczy na raz. Jest nam też bardzo łatwo „przeładować się” emocjonalnie. Często odczuwamy mocniej i głębiej to, co dzieje się z innymi i ludzkie historie zostają przy nas na dłużej. Z szacunku dla siebie i innych nauczyłam się trudnej sztuki rezygnacji. Nie mogę po kilku godzinach prowadzenia zajęć i bycia z ludźmi pojechać prosto na hałaśliwą imprezę i przekrzykiwać tłum rozmawiając ze znajomymi. Dlatego zmniejszyłam ilość prowadzonych przeze mnie zajęć i zaczęłam otaczać się ludźmi, których obecność wpływa na mnie kojąca i czuję się przy nich swobodnie i spokojnie. Czasami bywa to ciężkie, ale zdarza mi się napisać do przyjaciółki „przepraszam, ale dziś już jestem totalnie przeładowana, nie mam przestrzeni na rozmowę. Czy możemy się usłyszeć jutro?”. To dbanie o swoje granice pozwala mi być w pełni dla innych z uszanowaniem moich możliwości.

8. Zadbaj o samego siebie. Bycie HSP nie zwalania Ciebie z wzięcia odpowiedzialności za swoje emocje 🙂 Dla mnie praktyka jogi, medytacji czy uważności to podstawowy mechanizm regulacji emocjonalnej i fizycznej. Jestem w stanie dużo szybciej zauważyć, kiedy zbliżam się do swojej granicy i po powrocie do domu padnę, lub (gorszy wariant) z przebodźcowania nie będę mogła zasnąć. Jeśli jest Ci naprawdę trudno nauczyć się swojej instrukcji obsługi to warto spotkać się z terapeutą, który Ciebie wesprze.

Na zakończenie dodam, że bycie wysoko-wrażliwcem bynajmniej nie czyni z nas bezwolnych odludków. Bardzo wielu HSP jest jednocześnie ekstrawertykami (ja!), uwielbia kontakt z ludźmi (ten bonus w postaci dużej empatii) i ekspozycję społeczną. Ale bez umiejętności zarządzania swoją codziennością bardzo łatwo jest stracić równowagę i wyczerpać swoje zasoby sił. Dlatego dbajcie o siebie drogie HSP, a jeśli macie kogoś bliskiego o takiej urodzie układu nerwowego, to bądźcie wyrozumiali. Ludzie o wysokiej wrażliwości to dar dla tego pędzącego, często brutalnego świata.

Kamila

8

Nie stawiasz granic? Bądź pewien, że ktoś to zrobi za Ciebie

Idziesz do nowej pracy, zaczynasz nowy związek, rozkręcasz inicjatywę z dobrą paczką znajomych. Zazwyczaj czujesz przypływ energii, chęć działania i optymizm pod hasłem „a teraz to będzie już zupełnie inaczej”. Po pewnym czasie okazuje się, że nie wiadomo jak, ale znowu lądujesz w tej samej sytuacji, tylko często dużo mocniejszej niż ostatnio. Wszechświat sobie myśli ” uparta Istoto, skoro nie odrobiłaś lekcji na miękko, to teraz potrzeba dorzucić nieco do ognia, żebyś poczuła”.

Pisząc artykuły na blogu często odwołuję się do moich doświadczeń, więc i tym razem refleksja na temat (nie) stawiania granic jest właśnie o tym. O tym, kiedy kolejny raz spostrzegłam, że znalazłam się w tej samej bajce. Z poziomu głowy rozumiem, co się dzieje i dlaczego. Ale poziom serca to całkiem inna historia…

Jeśli nie umiemy wyrazić swojego sprzeciwu, kiedy ktoś narusza nasze granice, to zawsze znajdą się osoby, które będą je przekraczać. Mało tego, podświadomie będziemy wybierać takich partnerów lub sytuacje, w których po jakimś czasie poczujemy się wykorzystani. Zdrowa umiejętność powiedzenia „dotąd- to mnie boli/ krzywdzi/ nie chcę więcej” powinna kształtować się w dzieciństwie, kiedy jako mały człowieczek dostajemy przyzwolenie na wyraźnie swojego sprzeciwu i (w zdrowych granicach) jest to uszanowane przez dorosłych. Często zdarza się, że nasi rodzice sami nie dostali tego wzorca od swoich rodziców, więc nie potrafią nam go przekazać. Kiedy do tego dochodzi przemoc emocjonalna (lub co gorsza- fizyczna) wobec dziecka, to mamy niemal całkowitą pewność, że w dorosłym życiu nie będziemy umieli postawić granic. Obrana przed dorosłym z perspektywy małej istoty jest niemożliwa: rodzic jest większy, silniejszy i potężniejszy. Dodatkowo, lęk przed utratą miłości rodzica na skutek wyrażenia swojego sprzeciwu, całkowicie blokuje w dziecku możliwość obrony. Kształtuje postawę „jeśli powiem „nie” stracę Twoją miłość. Kiedy jako mały człowiek nauczysz się, że próby oporu są skazane na porażkę i jedynym wyjściem jest poddanie się cudzej woli, najpewniej będziesz powielać ten wzorzec w dorosłym życiu.

Wiem, wiem – teraz wielu z nas chciałoby się trochę poużalać nad sobą „ale ja jestem taka dobra/dobry i znowu czuję, że więcej daję niż dostaję”. Znam to 😉 Tylko wiecie co- to jest tylko i wyłącznie nasza odpowiedzialność. Bojąc się cudzej reakcji w odpowiedzi na nasz sprzeciw najczęściej nie stawiamy granicy. Druga osoba (choćby miała dobre intencje) porusza się po omacku w naszym świecie: nie słyszy naszego „nie”, więc skąd ma wiedzieć, jakie są nasze potrzeby? Czasami sytuacja wygląda jeszcze intensywniej: spotykamy ludzi, którzy stosują wobec nas zachowania przemocowe (nie mam na myśli przemocy fizycznej, choć i tak się może zdarzyć, lecz wszystkie zachowania dla nas krzywdzące). To są nasi nauczyciele, których sami sobie wybraliśmy (yesss- to nie zły los ani karma), aby w końcu dotknąć takiej granicy, żeby usłyszeć swoje „nie”. Zamiast wziąć odpowiedzialność za swoje granice reagujemy agresją lub (częściej) ucieczką. Kończymy związek, zmieniamy pracę, przyjaciół po raz kolejny wchodząc w rolę ofiary i czując się skrzywdzeni. Ale to relacje międzyludzkie pokazują wszystkie nasze zranienia. Możesz być perfekcyjnie zorganizowanym i idącym do przodu jak walec managerem w firmie. I bezradnym małym człowieczkiem w domowym zaciszu. Ucieczka nie jest rozwiązaniem, ponieważ schemat, który narodził się w relacji, może być tylko wzbudzony na tym samym poziomie zaangażowania. Nie uleczysz serca w samotności.

Na kłopoty ze stawianiem granic możemy także spojrzeć od strony neuronauki. W metodzie Somatic Experiencing dużo uwagi poświęcamy również schematom reagowania, jakie wykształciły się w naszym układzie nerwowym. Pewne struktury w mózgu (np.jądro migdałowate, które odpowiada za reakcję walki/ucieczki w sytuacji zagrożenia) działa ciągle na stand-by’u i wzbudza alarm przy najmniejszej wymianie zdań. Bywa, że nasze dzieciństwo upłynęło na słuchaniu kłótni i żyliśmy w stanie permanentnego napięcia. Dlatego każda wizja skonfrontowania się z cudzym gniewem i niezadowolenia jest dla nadmiernie czuwającego układu nerwowego katastrofą-zamiast zwykłym aspektem relacji międzyludzkich. W trakcie terapii metodą SE uczymy nasz układ nerwowy ponownie regulować swoje napięcie, redukować lęk i odzyskiwać poczucie równowagi i bezpieczeństwa 🙂

Jeśli czujecie, że ten wpis z Wami rezonuje i macie potrzebę o siebie zadbać, to jest wiele metod pracy:

psychoterapia : jakakolwiek ścieżka, w której psychoterapeuta pomoże nam obiektywnie dostrzec pewne wzorce, nazwać je i wyrazić swoje uczucia

warsztaty grupowe dotyczące asertywności, stawiania granic itp. Jako absolwentka Ośrodka Intra w Warszawie mogę Wam z czystym sumieniem polecić to miejsce lub Nową Psychologię w Krakowie (dużo pięknej pracy z ciałem!)

praca z ciałem metodą Aleksandra Lowena: poza procesami mentalnymi genialnie działają warsztaty, gdzie wykonujemy różne ćwiczenia pomagające nam postawić granice. Czasami jest to tylko zatrzymanie czyjejś ręki i powiedzenie głośnego „nie”. A czasami mocny krzyk i ruch, uwalniający zablokowany gniew. Warsztaty Lowenowskie bywają bardzo mocnym doświadczaniem, więc polecam je tym z Was, którzy nie stoją na krawędzi kryzysu emocjonalnego (to moja subiektywna opinia) i mają kontakt ze swoimi „bezpiecznym miejscem”

Somatic Experiencing metoda regulowania reakcji układu nerwowego. W moim odczuciu będzie lepszym wyborem, jeśli doświadczyliście traumy lub bardzo silnego stresu i bardzo trudno jest Wam kontrolować swoje emocje

NARM NeuroAffective Relational  Model™ to przepiękna metoda terapii, która łączy podejście oparte na układzie nerwowym z pracą na relacji, ucząc nasz mózg ponownego budowania bezpiecznych i zdrowych więzi z innymi ludźmi (niestety w Polsce nie ma zbyt wielu terapeutów, którzy mają kwalifikacje do prowadzenia terapii NARM, ale można wspomóc się Googlem. Ja planuję zacząć kurs NARM dopiero za rok 😉 )

Życzę Nam powodzenia w mówieniu swojego „nie!”. Jednocześnie dziękuję tym osobom, które sprowokowały mnie w końcu, do wkurzenia się i zadbania o siebie. Namaste <3

Kamila

Lęk. Twój dobry przyjaciel w nieładnym przebraniu.

Lęk. Chyba nie ma zbyt wielu ludzi,którzy przyjmują go z otwartymi ramionami. Zaciśnięte gardło, spocone dłonie, mętlik w głowie, ból brzucha, płytki oddech… I wiele innych sygnałów od nieproszonego gościa, którego najchętniej wyrzucilibyśmy za drzwi zanim zdąży zapukać. Ale on bywa uparty. Zatrzaskujesz drzwi, ale on i tak potrafi wślizgnąć się uchylonym oknem w środku parnej, lipcowej nocy, kiedy teoretycznie „wszystko jest w porządku”. 


Lęk był moim towarzyszem przez sporą część mojego życia. Przez wiele lat nie pozwalał mi zasnąć, a jednocześnie nie pozwalał się w pełni obudzić na to, co nazywamy życiem. Na zewnątrz byłam dzielną i silną dziewczyną. Pracowałam jako nurek, dźwigałam ciężary, włóczyłam się z plecakiem po kole podbiegunowym, wbijałam czekan w śnieg na lodowcu. Ale w środku było we mnie pełno lęku. Nieproszony gość, który pojawiał się  w bliskich relacjach, w podejmowanych decyzjach i obawach o moje zdrowie. Często zupełnie nieadekwatny do sytuacji. Zwykła wymiana zdań z ukochaną osobą potrafiła spowodować u mnie wewnętrzną panikę. Zazwyczaj uciekałam. Kończyłam relacje, zmieniałam miejsce pobytu, podejmowałam kolejne studia, kolejne stypendia, podróżowałam. Byle nie czuć.

Dopiero niedawno poczułam jak wielkim darem w moim życiu jest lęk. Posłańcem, który z niespotykaną cierpliwością wsuwa w moje drzwi karteczki z informacją, które części mnie domagają się zauważenia i uzdrowienia. Przestałam go odpychać. W końcu niechętnie poszłam do kuchni, zaprosiłam go do stołu i zaparzyłam herbatę…Pozwoliłam mu mówić. Zaczęłam słuchać jego opowieści. Powoli zaczęłam rozumieć. Usłyszałam głos małej, wystraszonej dziewczynki, która kiedyś bardzo się bała. Pozwoliłam jej być słabą. Bo jak być silną ona wiedziała doskonale.

Nie jest to jednak łatwy proces. Nasza kultura nie przepada za wrażliwością, emocjonalnością i przyznaniem się do słabości. Nie lubi tez dyskomfortu. Preferujemy klimatyzację, miękkie fotele, wygodne samochody. Kiedy coś nas boli łykamy „tabletkę”- może jakieś leki, może kilka szklaneczek dobrego alkoholu dla rozluźnienia,  może kolejna powierzchowna relacja dla zabicia samotności. Ale ból nie znika, on wciąż  tam jest. Bywa że niespodziewanie wybuchnie w postaci ataku paniki, kiedy sam w środku nocy będziesz jechać ciemnym tunelem na autostradzie. I wtedy część z nas pobiegnie do psychiatry po leki, żeby „TO” już nigdy więcej się nie powtórzyło. 

Ale paradoksalnie „TO” jest darem. I tylko kiedy pochylimy się nad swoim lękiem, damy mu szansę mówić możemy dotrzeć do jego źródła. Ale do tego konieczny jest czas. Ograniczenie bodźców, pobycie ze sobą w ciszy, w tej przestrzeni gdzie wcale nie jest miło i wygodnie. 


Moja droga do oswajania leku wiedzie różnymi ścieżki. Celowo piszę w czasie teraźniejszym, bo choć zaprzyjaźniłam się z lękiem i mam wrażenie, że teraz mamy całkiem dobrą relację, to na pewno trzeba o nią dbać całe życie 🙂

– joga uczy mnie nieoceniania. Jest jak jest na ten moment, inaczej teraz nie będzie. I to jest ok.

-medytacja: bycia w perspektywie obserwatora, a nie aktora. Zrozumienia że moje myśli to tylko myśli, niekoniecznie fakty.

– psychoterapia: wyrażania wszystkich emocji,także smutku, gniewu i rozpaczy. Czerpania siły ze swojej wrażliwości

– Somatic Experiencing (metoda terapii traumy, jaką studiuję) pokazuje, że lęk często bywa po prostu niedokończoną reakcją naszego układu nerwowego i mamy metody, żeby go uwolnić. To, że teraz jest trudno, to wcale nie oznacza, że tak będzie zawsze 🙂

– praca z ciałem (psychoterapia metodą A. Lowena, Trauma Release Excercises, tantra, medytacje aktywne Osho, choeroterapia, Integracja Strukturalna) pozwoliły mi wykrzyczeć, wyskakać, wytrząść zablokowane emocje

-praca z tradycyjną medycyną pokazuje mi, że czasami coś we mnie musi umrzeć, żeby przyszło nowe, ale to wcale nie oznacza mojego końca 

-podróże w odległe rejony pomagają tolerować dyskomfort- upał, zimno, wilgoć, monotonnie, zmęczenie 

Przede wszystkim moimi najlepszymi nauczycielami są bliscy ludzie. Bo jeśli lęk powstał właśnie w pierwotnej relacji,w dzieciństwie to nigdy nie uleczysz go w samotności. Więc wdzięczna jestem za te wszystkie momenty w relacjach , kiedy musiałam się z nim skonfrontować.


Mój ostatni tydzień, kiedy zniknęłam zupełnie z  zasięgu to był również czas konfrontowania się z lękiem. Z lękiem wysokości w trakcie wspinaczki (patrz zdjęcie ;-). Z lękiem przed spotkaniem ze swoim cieniem, kiedy przez wiele dni dzielisz z kimś maleńką przestrzeń i tak łatwo o irytację. Z lękiem przed zmęczeniem, płytkim oddechem, ograniczeniami ciała, ostatnim podciągnięciem które dzieli Cie od szczytu. Dyskomfortem w każdym wydaniu. Ale czasami mam wrażenie, że dopiero kiedy dotykam tej swojej granicy, gdzie (choćbym chciała) nie mam już sił udawać pojawia się prawda i uzdrowienie. 

Dedykuję ten wpis wszystkim, którzy mierzą się z lękiem. Z podziękowaniem dla ludzi, którzy wytrącają mnie ze strefy komfortu, a jednocześnie uczą mnie bezwarunkowej miłości .I wiece co? Jestem bardzo dumna z tych, którzy potrafią pokazać swoją słabość. Bo trzeba mieć dużo odwagi, aby pozwolić się sobie bać.

Love  & Light
Kamila 

ps. jeśli interesuje Was temat radzenia sobie z lękiem od strony terapii i pracy z układem nerwowym zajrzyjcie do wpisu: http://streso-terapia.pl/kiedy-twoim-zyciem-rzadzi-lek-jak-cialo-uczy-sie-bac-wlasnych-mysli/

Czuć za mocno: dar czy utrapienie?Osoby Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Person) cz. I

Rajstopki. Te straszne rajstopki, w które rodzice (dosłownie) wbijali mnie każdego ranka przed wyjściem do przedszkola. Nie rozciągało się to dziadostwo ani o centymetr, drapało i brutalnie wciskało w skórę. Do dzisiaj to pamiętam! I w przeciwieństwie do innych dzieci nie umiałam spać w dzień. Leżakowanie. Co za koszmar. Przecież jest jasno, mózg nie śpi, kiedy jest dzień 😉 Za to zasypiałam o zmroku i budziłam się z pierwszymi promieniami słońca. To było przekleństwo moich (wówczas jeszcze młodych i imprezujących) rodziców, którzy kończyli nad ranem nocne Polaków rozmowy, a ja właśnie pytałam mamy, gdzie jest „kakałko” na śniadanie. Kiedy ktoś na mnie krzyczał odbierałam to jako fizyczny ból, a obserwowanie kłótni rodzinnych kończyło się u mnie zazwyczaj histerycznym płaczem. A, no i jeszcze sławetny spot w wiadomościach o mordowaniu żółwi, które obejrzałam w wieku 7 lat, po czym dostałam całonocnej histerii i spazmów…

Minęły dwie dekady i starłam się odnaleźć w Warszawskim pędzie w mojej pierwszej pracy w korporacji. Najpierw był dojazd. Kolejką WKD i codzienny bieg podziemiami dworca centralnego. Cuchnące powietrze, dziki tłum, intensywne lipcowe zapachy w miejskim środku transportu.Koktajl ludzkich emocji upchnięty na kilku metrach kwadratowych. I open-space. Bez możliwości otwarcia okna w nowoczesnym, betonowym bunkrze. Bez tlenu. Bez ruchu. W temperaturze znacząco zbyt wysokiej, jak na zdolności mojego organizmu. Ostrym świetle biurowych lamp i suchym powietrzu z klimatyzacji. Każda komórka mojego ciała chciała się stamtąd wydostać, zaczerpnąć powietrza; każdy mięsień chciał się ruszyć. Ach, i te sztywne uwierające koszule i klejące się do ciała rajstopy. Szpilki, w których stopa prosiła o wolność. I small- talki w kuchni. O wakacjach, samochodach i innych ważnych życiowych kwestiach. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Naprawdę się starałam i ciągle słyszałam, że jestem jakaś dziwna. Sama w to uwierzyłam. Bo jak to jest możliwe, że ja wszystko czuję bardziej?Dlaczego innym nie przeszkadza, że ich ciało od 5 godzin nie zmieniło pozycji, a w pokoju zawartość tlenu spadła do 5 %? Jak to możliwe, że potrafili na zebraniu kogoś publicznie skrytykować- czy nie poczuli emocji, jakie wywołali? Dlaczego nie dostrzegają tych wyraźnych sygnałów, kiedy ktoś ich nie słucha, nie ma ochoty rozmawiać, a nawet cierpi?No i po co ludzie rozmawiają o pierdołach, skoro czuć na odległość, że w środku coś się przewraca i aż prosi o utulenie?

Tych „drażniących” elementów rzeczywistości było więcej. Radio w samochodzie i brutalne reklamy, telewizor w domu rodziców, za głośna muzyka na imprezie. Ciągle jakby za mocno i za dużo, choć przecież reszcie osób wydaje się to nie przeszkadzać. Jednocześnie dostrzegałam dużo mocniej piękno tego świata: zmienność kolorów na niebie, zapach porannej wilgotnej ziemi, głębię spojrzenia drugiego człowieka, uśmiech maleńkiej córeczki mojej znajomej.

Choć od zawsze byłam ekstrawertyczką i uwielbiam ludzi, to do zachowaniu równowagi potrzebna jest mi cisza, pobyt w przyrodzie- a często i wiele dni resetu w samotności. Potrafię wyjść na scenę przed 100 osobami i wygłosić improwizowany wykład, a jednocześnie okropnie męczy mnie pobyt w centrum handlowym. Wybudza mnie śpiew ptaków, ale jednocześnie jestem niesamowicie wrażliwa na muzykę. I gwóźdź programu: emocje. Wyczuwam je u innych, zanim cokolwiek powiedzą. Czuję, kiedy kogoś coś boli i jak poprawić czyjeś ciało na jodze, żeby zmniejszyć napięcie. Naprawdę interesują mnie historie innych ludzi. Ale jest i ciemna strona medalu. Wszystko przeżywam podwójnie. Odczuwam smutek czy ból drugiej osoby jak swoją własną stratę. Nie raz usłyszałam, że jestem fałszywa, bo jak to możliwe, żeby się wzruszyć słuchając czyjejś historii albo roześmiać?

Mój mózg ma problem, żeby oddzielić realia od np. filmu, dlatego od 4 lat nie byłam w kinie. Ostatni wyskok na „Django” zakończył się u mnie 2 godzinnym płaczem (” no co Ty, przecież to Tarantino, ta krew nie jest prawdziwa, oni udają!”) Serio? Wiem, ale dla mojego przewrażliwionego mózgu nie ma to znaczenia- krew to krew, ból to ból.

Próbowałam się dopasować do żelaznych reguł pędzącego świata, ale nie potrafiłam. W efekcie byłam coraz bardziej rozdrażniona, niespokojna i zmęczona. Niedoczynność tarczycy, bezsenność, problemy z hormonami. Aż zmieniłam pracę. Zaczęłam więcej przebywać na powietrzu. Choć pracuję dużo więcej i intensywniej, niż dawniej, to dobieram czas pracy i warunki w zgodzie ze swoją osobą. Noszę luźne ciuchy. Unikam miejsc, gdzie jest bardzo głośno, ciasno i pełno ludzi. Chodzę spać wcześnie i wstaję o wschodzie słońca (słaba partnerka do imprez, ale na poranne bieganie czy jogę- polecam się 😉 ) Intuicyjnie zrozumiałam, że najlepsze co mogę zrobić, to zmienić styl życia, bo inaczej czeka mnie bieg po równi pochyłej. Wciąż jednak nie wiedziałam, skąd ta nadwrażliwość pochodzi i czy to normalne być tak kruchą i podatną na bodźce osobą?

1,5 roku temu trafiłam na metodę leczenia traumy i stresu- Somatic Experiencing. Z fascynacją zaczęłam zagłębiać się w neuronaukę i w ramach rozrywki- oglądać skany mózgu 🙂 I bingo! Okazuje się, że to, co odbierałam jako swoje utrapienie i dar zarazem- to po prostu uroda mojego układu nerwowego 😀 I część z nas po prostu przychodzi taka na świat: chłonąc wszystko jak gąbka i intensywniej odczuwając rzeczywistość. I nie są to „histerycy”, „niedopasowani społecznie”, „odludki”, „przewrażliwieni”. Tylko osoby, których mózg jest dużo bardziej wyczulony. Trafiłam na badania Elaine Aron, która od połowy lat 90-tych eksplorowała centralny układ nerwowy pod kątem jego reaktywności na bodźce. Istnieją nawet badania prof. R. Todd, która postawiła hipotezę, że niektórzy z nas mają specjalny wariant genu (ADRA2B) wpływającego na poziom noradrenaliny, czyli hormonu związanego z uruchamianiem reakcji stresowej. Również ciało migdałowate, które uruchamia reakcję walki lub ucieczki, dużo łatwiej ulegało aktywacji u osób nad wyraz wrażliwcyh. W efekcie takie osoby reagują dużo mocniej na bodźce zewnętrzne. Wyobraźmy sobie, że mózg „zwykłej” osoby ma tamę, przez którą przepuszcza pewne informacje. Zatem ilość bodźców (wody) spływa powoli do układu nerwowego i poddawana jest selekcji (reagować czy wyluzować). U osób Wysoko Wrażliwych ta tama nie istnieje : spada informacyjny deszcz i bang: mamy powódź i alarm powodziowy 3 stopnia. Dzisiaj określamy takie osoby jako Wysoko Wrażliwe (Highly Sensitive Persons).

I dlatego mnie np. koszmarnie uwierały rajstopki, a inne dzieci miały to w nosie 😉 Do dziś nie znoszę obcisłych ciuchów i sztucznych materiałów (drażni mnie nawet biżuteria). To dlatego, że HSP obejmuje też sensorykę, czyli reakcje na dźwięki, kolory, zapachy czy wspomniany dotyk.

Wedle badań Osoby Wysoko Wrażliwe stanowią ok 20 % populacji. Okazuje się, że wysoko wrażliwe mogą być też inne gatunki. W przeszłości, kiedy przeżycie zależało od wyczucia zagrożenia na sawannie, były darem dla społeczności: szybciej niż inne zauważały potencjalne niebezpieczeństwo. Potrafiły też łagodzić konflikty i wspierać harmonijny rozwój społeczności, ze względu na wysoką empatię. Obecnie, w świecie przebodźcowanym do granic możliwości, tacy ludzie często przechodzą katusze. Często wycofują się z życia (unikają dużych i hałaśliwych imprez, trudno im zarwać noc itp. ) Czują się niezrozumiane i tylko ucieczka w ciszę, samotność, naturę czy sen pozwala ich mózgowi odzyskać równowagę.

Ważna uwaga: jeśli nie ogarniasz sowich emocji, rzucasz talerzami, albo z łatwością wybuchasz- to wcale nie oznacza, że jesteś Osobą Wysoko Wrażliwą! Najpewniej jesteś osobą wysoko zestresowaną oraz nie do końca masz pomysł na strategię wyrażania swoich uczuć 😉 Wysoka Wrażliwość czyli Highly Sensitive Personality jest specyficzną konstrukcją psychiczną i działaniem układu nerwowego. Wymaga odpowiedniego podejścia i zadbania o codzienne warunki pracy (a często-zmiany trybu życia), żeby móc dobrze funkcjonować. I niestety, nikt za HSP tej roboty nie zrobi: trzeba o siebie zadbać i edukować otoczenie, a nie się nad sobą użalać, a HSP mają tendencję do nadmiernego wałkowania swoich emocji 😉 W kolejnym wpisie podzielę się z Wami badaniami na ten temat oraz krótkim testem, który pozwala nam wstępnie określić, czy jesteśmy książkowym wrażliwcem 🙂

Niezależnie od tego, jak działa nasz mózg, każdy z nas jest piękny na swój niepowtarzalny sposób i tylko szanując naszą niezwykłość możemy zapewnić sobie równowagę <3

Kamila- Osoba Wysoko Wrażliwa

zdjęcie: https://czuleoko.com/

źródła:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0149763418306250?via%3Dihub

https://royalsocietypublishing.org/doi/pdf/10.1098/rstb.2017.0161