Gdzie nie szukają szczęścia szczęśliwi ludzie?

Szczęście. To taki towar, który każdy chce mieć, ale nie da się go nigdzie kupić. Co gorsza, jak już się zdobędzie, to okazuje się wyjątkowo nietrwały, nie ma gdzie zgłosić reklamacji.  Niektórzy, na skutek swoich życiowych doświadczeń zorientowali się, że są pewne miejsca, które oferują szczęście. Jednak po nabyciu okazuje się, że bardzo szybko produkt nie spełnia naszych oczekiwań…

Kiedy podróżuję przebywam jak najwięcej z lokalnymi ludźmi. Chodzę po nepalskich wioskach, gdzie obcy ludzie karmią mnie miską zupy. Bawię się w budowanie wieży z patyków z umorusanymi dziećmi. Oddaje swoją koszulę napotkanej dziewczynce w hinduskim miasteczku. Obserwuję, jak niewiele potrzeba, aby być szczęśliwym. Oczywiście, nie jest prawdą, że bycie chorym, biednym i brzydkim to nasze marzenie. Umówmy się- lżej się żyje w godnych warunkach, będąc zdrowym, kochając i będąc kochanym, mając komfortowe warunki do mieszkania, mogąc studiować, zarabiać i poznawać świat od tej lżejszej strony. Jednak zaskakująco dużo ludzi ma te wygody w nadmiarze, a wciąż odczuwa,  że czegoś im w życiu brakuje. W Indiach spotkałam pewną młodą, ale bardzo mądrą nauczycielką yin jogi. Odbyłyśmy wiele rozmów o tym, jak to w życiu jest z tym szczęściem 🙂 Być może dla wielu z Was nie będzie to zaskoczeniem, że nie ma co szukać go w czynnikach zewnętrznych. One się zawsze będą zmieniać.  Szczęście to stan umysłu. Ale jeśli wpadniesz w labirynt tropienia go w tym, co na zewnątrz, to raczej nie znajdziesz go :

  • kupując nowe auto, nowy dom, nową hulajnogę i kosmicznego drona– cokolwiek wmówili Ci twórcy reklam i jest niezbędne w Twoim życiu. Nowe bardzo szybko staje się mniej nowe, a później- stare. I czas kupić coś jeszcze nowszego. Im więcej masz gadżetów czy rzeczy, o które musisz się troszczyć, tym więcej nakładów Twojej energii one wymagają.

 

  • w zarabianiu coraz większych pieniędzy. Owszem- badania wskazują, że istnieje korelacja poziomu szczęścia i zarobków. Pieniądze podnoszą poziom szczęścia do momentu, kiedy są już zaspokojone potrzeby na poziomie optymalnym, tzn. mam gdzie mieszakć, samochód, mogę wysłać dzieci do szkoły i pojechać na wakacje. Ale to czy będę miał apartament 100 czy 300 metrowy- nie ma znaczenia. Podobnie ma się sytuacja ze sprawowaniem władzy. Więcej władzy = więcej odpowiedzialności. A często- kłopotów.

 

  • w kolejnych relacjach. Miłość, na którą składa się zaangażowanie, namiętność i intymność to bez wątpienia coś, co daje nam poczucie sensu i spełnienia w życiu. Jednak dotyczy to tylko dojrzałych związków, gdzie ludzie nie szukają wypełnienia swoich deficytów przez drugą osobę. Żaden człowiek nie zapełni pustki w Twoim sercu, jeśli sam jej nie uleczysz. Oznacza to często spotkanie z tym, co trudne i ukryte. Jednak przynosi prawdziwe szczęście- miłość do siebie samego, którą odpowiedzialnie można dzielić z drugą osobą. W innym wypadku każda zmiana w relacji będzie ciągnąć nas w górę lub w dół…

 

  • w perfekcyjnym wyglądzie. Ciało to dom dla duszy i troszczenie się o nie to nasz obowiązek. Jednak często wizja idealnego ciałą staje się obsesją: – 2 kg? Jestem szczęśliwa i piękna. + 10 cm w biodrach: jestem nieatrakcyjna i gruba. Katowanie się na siłowni, kiedy nie masz na to siły. Odmawianie sobie przyjemności i celebrowania czasu z bliskimi, w imię zachowania restrykcyjnej diety. A co, jeśli Twoje ciało któregoś dnia zachoruje? Kiedy stracisz wszystkie mięśnie wypracowane na treningu albo nagle przytyjesz 10 kg od leków?Czy to odbiera Ci prawo do bycia szczęśliwym człowiekiem? Ja doświadczyłam wiele przygód ze swoim ciałem- bywało bardzo chude, bardzo słabe, nieco okrągłe, super silne, umięśnione. Sprawne i chore. Uczyłam się je kochać i akceptować w tym stanie, w jakim jest. Bo wiele lat je niszczyłam. Dziś dbam o nie, czerpię radość z ruchu i jego sprawności, ale nie dramatyzuję, kiedy zjem za dużo czekolady 😉

 

  • w zdobywaniu kolejnych osiągnięć. Mechanizm podobny, jak z zakupami. Obronisz doktorat, awansujesz, zdasz egzamin- super, gratulacje. Cudownie mieć ambicje i plany.Tylko czasami zamiast poczucia szczęścia pojawia się ogromne zmęczenie, wypalenie i poczucie pustki. Szczególnie kiedy czułeś , że ten cel w połowie drogi przestał być już Twój, ale uparłeś się, że nie odpuścisz. Przecież „dasz radę”. Tymczasem największą wartością są te aktywności, które dają nam radośc już w momencie ich wykonywania. Mihaly Csikszentmihalyi, psycholog znany z badań nad szczęściem, określił taki moment stanem przepływu („flow”). Oznacza on wykonywanie czynności z dziecięcą radością- z pełnym zaangażowaniem, utratą poczucia czasu niezależnie od tego, jakie ponosimy w związku z tym koszta czy otrzymujemy nagrody z zewnątrz 🙂

 

  • w uzależnianiu swojego szczęścia od postępowania innych. „Jak ona się zmieni. Jak dziecko się uspokoi. Jak on będzie w końcu mnie słuchać”. Zrzucanie odpowiedzialności na innych za swoje samopoczucie to bardzo częsta pułapka. Nie tylko szkodzi nam- bo zabiera nam decyzyjność, ale i innym- bo obarczamy ich poczuciem winy. Przyjmowanie roli ofiary niestety sprawia, że oddajemy innym prawo do decydowania o sobie i odbieramy szansę na zmianę.

 

  • w dalekich podróżach na koniec świata, aby „rzucić wszystko i zacząć od nowa”. Zaczynanie „od nowa” bieże początek w naszej głowie. Gdziekolwiek ją zabierzemy to po pierwszym okresie euforii najpewniej nasza bomba wybuchnie ponownie i okaże się, że jak zwykle nie wiadomo, jak po niej posprzątać. Podróże, szczególnie samotne i w kontakcie z naturą są wspaniałą drogą do poznania siebie- o ile nie traktujemy ich jak kolejny bieg na oślep w poszukiwaniu szczęścia

 

  • w medytacji, jodze, mindfulness. Zaskoczeni? Są to genialne formy pracy z ciałem i umysłem. Ale niestety często używane jako przestrzeń, w której izolujemy się od swoich problemów. Tymczasem medytacja ma uczyć nas, jak świadomie obserować swoje myśli, nie dając się im pochłonąć. Nie służu temu, aby je zlikwidować. Łatwo w obliczu trudności wyciągnąć matę i odpłynąć w praktyce. Ważne jednak, żeby po zejściu z niej skonfronotwać się ze źródłem problemu.

 

  • w biernym znoszeniu tego, co zsyła na nas los. Wobec trudności życiowych ludzie przyjmują często dwie skrajne postawy: albo walczą z tym, co się dzieje, albo nie robią nic i czekają w apatii na dalszy ciąg. Pierwsza opcja często oznacza utratę sporej ilości energii i nie pozwala zauważyć istoty problemu. Druga- pogrąża nas w smutku i również nie sprzyja temu, aby szukać wyjścia z sytuacji. Tymczasem mądre podejście do wyzwań polega na zaakceptowaniu tego, co jest przy jednoczesnym wyciąganiu wniosków.  To co się stało- już się stało i się nie zmieni. Ale prawa do szukania godnego rozwiązania nikt Ci nie może odebrać.

Ciekawi mnie, gdzie Wy szukacie (albo nie szukacie)szczęścia, jakie są Wasze doświadczenia i co daje Wam radość w życiu? Podzielicie się? A jeśli szukacie mocniejszego wpisu o szczęściu zajrzyjcie do tego wpisu

Namaste

Kamila

zdjęcia wykonała Katarzyna Czajkowska

 

 

 

 

Sztuka odejmowania sobie (w mojej praktyce)

Ciało:-„Puk, puk…”

Głowa-„Kto tam?”

Ciało:”To ja. Twoje ciało.”

Głowa:’Znowu? Co tam?”

Ciało:”Czuję się bardzo zmęczone. Brakuje mi wolnego dnia od kilku tygodni. Dłuższego urlopu od roku. Weekendów od 4 lat. Nie mam siły.”

Głowa: „Wiem… Ale dasz jeszcze radę, co? Jeszcze trochę? Obiecuję, że dam Ci odpocząć, ale zróbmy kilka warsztatów, szkoleń i wyjazdów. Weźmy kilkanaście zastępstw. Chcę się jeszcze więcej nauczyć, odłożyć na szkołę, na podróż. Na marzenia. Przekazać to innym ludziom. Potrzebuje Ciebie.”

Ciało: „proszę, usłysz mnie…”

Głowa: ” Nie dramatyzuj. Jesteś silne, już tyle przetrwaliśmy. Dasz radę”

Serce (wtrąca się) :”Hmm, wybacz Głowo, ale słyszę tą gadkę już od kilku lat. „Później” i „za chwilę” mieszka w krainie „Nigdy-nigdy”. Poza tym to trochę nieładnie mówić innym o prawdzie,a samej składać obietnice bez pokrycia”.

Głowa: „A ty znowu nie umiesz siedzieć cicho. Nie wtrącaj się. Ciało już nie z takich sytuacji wychodziło. Ciało da radę! Przeżyjesz jeszcze trochę, co?”

Ciało:”Nie. Nie chcę przeżyć. Chce ŻYĆ.”

Po kilku latach pracy w każdy dzień tygodnia, z ludźmi i dla ludzi podjęłam decyzję o zaopiekowaniu się sobą. Od września nie będę prowadzić stałych zajęć w weekendy oraz (poza poniedziałkiem i wtorkiem)- po południu. Wciąż będzie można mnie spotkać na weekendowych warsztatach, wyjazdach i szkoleniach. Być może pojawią się nowe godziny poranne jogi na Wilanowie 🙂

Od dłuższego czasu narastał we mnie sprzeciw wobec tego, o czym piszę i mówię, a moim trybem życia. Zachęcam Was do odzyskania równowagi, zatroszczenia się o siebie i odpuszczania. Tymczasem sama od lat pracuję w niemal każdy dzień tygodnia. Tak, kocham to co robię. Nie zamierzam zrezygnować z tej ścieżki na teraz. Jednak jest to praca. Praca, wymagające koncentracji, uważności i obecności. Która przez kilka lat wymagała takich nakładów energii, abym mogła się z niej utrzymać.

Czuję, kiedy Was coś boli, w czymś Wam niewygodnie. Kiedy poruszenie ciała uwolniło coś trudnego z głowy i ważne, żebym mogła podejść i powiedzieć „spokojnie, nic nie musisz.” Czasami moje grupy liczą 30-40 osób Choć moje ego się cieszy, to taka ilość duszyczek wymaga ode mnie dużych nakładów energii. Hasło „przecież nie musisz ćwiczyć” nie rozwiązuje tematu, bo tu nie o tylko o zmęczenie fizyczne się rozchodzi. Tylko o energię, jaką chcesz się dzielić z innymi. Nie mam ochoty dzielić się z Wami zmęczeniem.

Nie interesują mnie „fejkowe” relacje na Instagramie i fejsbuku, opisujące,jakie moje życie jest wspaniałe i bezproblemowe, a jak przyjdziecie na moje warsztaty, to Wasze też takie będzie. Interesuje mnie prawda. A prawda jest taka, że potrzebuję z czegoś zrezygnować, aby BYĆ DLA SIEBIE DOBRĄ.

Chcę mięć siłę na własną praktykę. Czerpać radość z tego, że idę na rower lub pobiegać, a nie zastanawiać się, jak tu zebrać siły, żeby zrobić trening po 5 godzinach prowadzenia zajęć i pracy nad szkoleniami do 22. Mieć wolny weekend i obudzić się w sobotę z myślą ” Bosko, całe 2 dni wolnego- to co dzisiaj dobrego dla siebie robimy?” Wpaść na obiad do rodziców, odwiedzić przyjaciół. Zakopać się pod kocem z książką i przeleżeć tak pół dnia. A może rozpocząć w weekendy szkołę psychoterapii, aby móc Wam pomagać pełniej, głębiej, bardziej odpowiedzialnie. Ale na to potrzebny jest czas i przestrzeń. I ja właśnie tą przestrzeń sobie stwarzam.

Bardzo zżyłam się z grupami na Gocławiu i Wilanowie, z którymi pracuję od kilku lat. Obserwowałam jak pięknie rozwijacie swoje jogowe skrzydła. Niektóre dziewczyny pojawiały się na jodze, ponieważ nie mogły zajść w ciążę i szukały powrotu do siebie, do spokoju. Bywało, że później pojawiały się już z maluchem w brzuchu, a wracały jako mamy 🙂 To dla mnie ogromna radość towarzyszyć Wam w tej ścieżce. To jakby oglądać na żywo film o rodzącym się życiu, a później do tego życia móc się uśmiechać i połaskotać w małą stopę 🙂

Dziękuję również wszystkim, którzy obdarzyli mnie zaufaniem i cierpliwie słuchali moich przydługich opowieści i dygresji na sesjach 🙂 Mam nadzieję, że i Wy zadbacie o siebie. Puścicie to, co Wam już nie służy. Bo nie ma możliwości, żeby zaprosić do swojego życia coś nowego, jeśli wciąż trzymamy się kurczowo starego.

Życzę Wam tego, co życzy nam ciało: NIE CHCĘ PRZEŻYĆ. CHCĘ ŻYĆ.

Namaste

Kamila

Dlaczego boimy się ciszy?

Umówiłam się z kimś u niego w mieszkaniu. Jadę. Wsiadam do metra. 90 % ludzi patrzy na ekran komórek, uszczęśliwieni, że LTE jest już nawet pod ziemią i możesz być nieustanie on-line. Uff. Nic nie stracisz!  Ekrany smartofnów migają, co chwilę przypominając, że ktoś nam właśnie wysłał wiadomość i gdzieś jest promocja na buty, które oglądałeś pół roku temu (ach, te cookies…). Aplikacje co chwilę aktualizują pogodę w Bangladeszu i informują o najświeższych katastrofach. Ewentualnie wzroście kursu franka- tak, abyś zawsze był na bieżąco. Docieram. Wchodzę do czyjegoś mieszkania. Niby przyszłam porozmawiać, ale w tle gra telewizor. Hałaśliwe reklamy nawołują do połknięcia tabletek od wszystkiego na wszystko. W wiadomościach ktoś płacze, bo własnie stracił w powodzi całą rodzinę, gdzies zawalił się most i zginęło X ludzi, a polityk z partii Y krzyczy na wiecu, jakim rajem uczyni nasze życie, gdy dojdzie do władzy. W pokoju obok gra muzyka, ale przecież nikt jej nie słucha, bo zajęty jest przeglądaniem facebooka i dawaniem lajków na Instagramie. Mam wrażenie, że zaraz mój mózg eksploduje. Poprosiłam o wyłączenie telewizora, aby w ogóle móc się skupić na rozmówcy. Nie spotkalo się to jednak ze zrozumieniem („no przecież Ciebie słyszę!”). W końcu ktoś mówi „no dobra, ale jak wyłączę telewizor, to nie będzie niczego. No tak. To „nic” jest własnie tym, przed czym tak często uciekamy.

Nic dziwnego. Cisza w dzisiejszym świecie to towar deficytowy. Jesteśmy bombardowani nieustannym zalewem informacji, dzwięków, wiadomośći i obrazów. Media mówią „rób więcej, intensywniej, żyj na maksa”. Nawet na wakacjach ludzie odpalają muzykę. W lesie, nad jeziorem. Byle nie być w ciszy. Dlatego, że brak bodźców stwarza przestrzeń na bycie w prawdzie ze sobą. I dlatego nas to często przeraża. Łatwiej jest biec, uciekać- bo to przecież schemat, który często znamy od dawna. A będąc w ciszy można nagle usłyszeć swoje myśli. Poczuć smutek, żal, niepokój- emocje, które kamuflujemy nieustannym hałasem. Często pojawia się wtedy dyskomfort. Bo nagle okazuje się, że wcale nie jest Ci dobrze w tej pracy ani w tym związku. A może nawet nie jest Ci dobrze samemu ze sobą. Ale przecież ławiej jest wlączyć jakieś gadające głowy na ekranie, obejrzeć zdjęcia z wakacji na fb albo odpalić serial. Zakrzyczeć, to co cicho w środku prosi „hej, wysłuchaj mnie”. I tak każdego dnia. Do samego końca.

Ale możesz też inaczej. Możesz pobyć w tej ciszy. Nie musisz od razu odpalać kadzidła i zasiąść na poduszce zafu w kwiecie lotosu. Wystarczy, że na 5 minut odłożysz telefon,wyłączysz telewizor i zamkniesz oczy. Zaczniesz oddychać. Być może z przerażeniem stwierdzasz, że po chwili zatrzymania w Twojej głowie jest większy chaos, niż na środku hinduskiego skrzyżowania. To nic. Jest ok. Tak właśnie działa nasz umysł. A my chcemy to tylko zauważyć. Tym jest właśnie istota medytacji. Obserwacją myśli. Nie ich zlikwidowaniem. Naturą umysłu jest myślenie. To, co chcemy uzyskać w medytacji. to umiejętność bycia w ciszy i nie oceniania tego, co produkuje nasza głowa. Czasem mówię na moich sesjach „obserwuj swoje myśli, tak jak chmury na niebie. Pojawiają się i znikają ale Ty wciąż jesteś w środku taki sam. Pozwalasz im przypływac i odpływać, nie oceniając.” Jeśli uda Ci się to zabrać do życia, to zobaczysz, o ile jest lżej, kiedy przestajesz się przejmować tymi wszystkimi obrazami, jakie podsuwa Ci co sekundę Twoja głowa.

Cisza jest też trudna w byciu z drugim człowiekem. Dla mnie miarą głębi moich relacji jest to, czy umiemy być z sobą w ciszy. Bez potrzeby dawania rad, zagadywania. Po prostu bycia obecnym. Tak naprawdę ludzie nie potrzebują rozwiązań. Potrzebuję tego, aby ktoś potrzymał ich za rękę, przytulił, popatrzył w oczy, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Powiedział tak bez słów „jestem”.  Murakami napisał „Jeżeli nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”.  Mam to niebywałe szczęście mieć obok siebie ludzi, z którymi mogę iść kilka godzin przez las niewiele mówiąc, a na koniec stwierdzić, że to było wspaniałe spotkanie. Ale do tego potrzeba zatrzymania i wrażliwości. Otwarcia siebie na prawdziwy i intymny konatkt z drugą osobą. Kiedy byłam na kilkudniowym kursie ciszy mieszkałam w jednym pokoju z koleżanką. Bez słów byłyśmy w stanie się dogadać, która pierwsza myje głowę albo czy ma ochotę na herbatę. Ale też zaobserwować, kiedy druga miała ciężki moment i potrzebuje mojej obecności. Potrafiłam z 20 osobami gotować obiad i nie przesolić zupy ani nie przypalić cebuli- nie wypowiadając jednego słowa. Uśmiech, cień przebiegający przez twarz, rozświetlające się lub zachodzące mgłą oczy- to był doskonały język ciszy, który zastępował milion zbędnych słów. Pokazał mi, jak bardzo można zbliżyć sie do kogoś będąc uważnym. I jak bardzo można się oddalić, zagadując prawdę potokiem zbędnych słów.

Kto zna mnie z pracy, może być zaskoczony. Bo w końcu jestem ekstrawertykiem, dużo się smieję, ciągle gdzieś mnie nosi, uwielbiam gadać (tak, wiem- pracuję nad tym) 😉 i słuchać Waszych opowieści. Jednocześnie zawsze z ulgą wracam do swojej ciszy. Cisza nieustannie uczy mnie jak być bliżej siebie i innych. Jak najwięcej odwagi do szukania ciszy Wam życzę 🙂

Namaste, Kamila

ps.zdjęcie zrobiła mi Kasia Czajkowska – wspaniała fotografka, w trakcie jednej sesji, gdy bardzo tej ciszy szukałyśmy, a z powodu chaosu w mojej głowie,  nie udało nam się znaleźć. Kasia jest jednak mistrzynią uchwycenia tych krótkich chwil, kiedy ona się pojawia i bardzo jej za to dziękuję 🙂

 

 

 

„Sklepik z marzeniami”

Na drzwiach sklepu wisi tabliczka:

„Jeśli Twoje życzenie nie zostało spełnione, to znaczy, że jeszcze nie zapłaciłaś.”
Na peryferiach Wszechświata znajduje się mały sklepik. Szyldu dawno już nie ma, został zdmuchnięty przez kosmiczny huragan. Nowego szyldu właściciel sklepu nie powiesił, ponieważ wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzą przecież, że sklep sprzedaje marzenia.
Asortyment jest bardzo bogaty – można tu kupić praktycznie wszystko. Jacht, dom, małżeństwo, posadę prezesa korporacji, pieniądze, dzieci, dobrą pracę, duży biust, medal olimpijski, samochody, drużyny piłkarskie, władzę, sukces i wiele innych dóbr.
W sprzedaży nie ma jedynie Życia i Śmierci – ich dystrybucją zajmuje się Centrala znajdująca się w innej Galaktyce.
Każdy klient, który wchodzi do sklepu (bo są też tacy, którzy ani razu nie weszli i do tej pory siedzą na tyłku i zajmują się chceniem) w pierwszej kolejności pyta o cenę swojego marzenia.

A ceny są różne…

Wymarzona praca na przykład, kosztuje rezygnację ze stabilności i przewidywalności, gotowość do samodzielnego planowania i organizowania własnego życia, wiarę we własne siły oraz pozwolenia sobie na taką pracę, jaką kochasz, a nie taką, jaka się nawinie.
Władza ma nieco wyższą cenę: trzeba zrezygnować z pewnych swoich przekonań, nauczyć się znajdować do wszystkiego racjonalne wytłumaczenie, umieć odmawiać, znać swoją wartość (a powinna ona być wysoka), pozwalać sobie na mówienie „ja”, wyrażać własną opinię, niezależnie od akceptacji czy dezaprobaty otoczenia.
Niektóre ceny wydają się dość dziwne: małżeństwo można otrzymać w zasadzie za bezcen, natomiast szczęśliwe życie kosztuje bardzo drogo – wymaga osobistej odpowiedzialności za własne szczęście, umiejętności cieszenia się życiem, znajomości swoich celów, rezygnacji z dążenia by wszystkim dogodzić, doceniania wszystkiego co się ma, pozwolenia sobie na bycie szczęśliwym, świadomości własnych zalet, rezygnacji z bonusu „ofiary”, ryzyka utraty niektórych znajomych…

Nie każdy klient, który wchodzi do sklepu, jest gotów, aby od razu kupić marzenie.
Niektórzy, gdy widzą cenę, natychmiast wychodzą. Inni stoją w zadumie, licząc swoje zasoby i zastanawiając się, skąd wziąć więcej środków.
Czasem ktoś skarży się, że ceny są za wysokie i prosi właściciela o rabat albo pyta, kiedy będzie wyprzedaż.
Są też tacy, którzy wyciągają z kieszeni wszystkie swoje oszczędności i odbierają marzenie, zapakowane w piękny szeleszczący papier.
Są zawsze odprowadzani wzrokiem przez zazdrosnych klientów, którzy szepczą złośliwie, że właściciel sklepu to na pewno ktoś z rodziny i marzenie dostali pod ladą, po znajomości.
Właściciela sklepu dawno już proszono, aby obniżył ceny, co zwiększyłoby liczbę klientów.
Ale takie postulaty za każdym razem spotykały się z odmową, bowiem właściciel uważa, że to obniży jakość marzeń.
Kiedy pytano go, czy nie obawia się bankructwa, mówił, że nigdy nie zabraknie śmiałków, gotowych ryzykować i zmieniać swoje życie, rezygnując z nawyków i bezpiecznej przewidywalności, zdolnych do wiary w swoje marzenia, mających dość sił i środków, by zapłacić za ich realizację…”

Autor: Stephen King ” Sklepik z marzeniami „

Namaste, Kamila